Wiesław T. Kolarz – “Czekam”

Wiesław T. Kolarzkolarz1
“Czekam”

Wydano staraniem Oficyny Wydawniczej “Impuls”, Śródmiejskiego Ośrodka Kultury przy pomocy finansowej rodziny autora oraz Wydziału Kultury i Dziedzictwa Narodowego Urzędu Miasta Krakowa, Kraków 2003

 

Wiesław T. Kolarz (1945-2001). Poeta, redaktor, dziennikarz. Urodzony w Nowym Sączu. Absolwent Filologii Polskiej w Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach szkolnych i studenckich recytator, laureat wielu nagród. Współtwórca Teatru Słowa „Akapit” w Nowym Sączu. Kierownik artystyczny Grupy Twórczej „Sowizdrzał” UJ. Utwory poetyckie pisał od wczesnej młodości. Debiutował na łamach „Życia Literackiego” w 1968 roku. Tomik poezji „Ballady Prowincjusza” ukazał się w 1973 roku. Animator kultury i opiekun młodych poetów. W latach 1968-1973 Sekretarz Komisji Kultury ZW ZMW, przewodniczący Krakowskiego Ośrodka Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy. Współzałożyciel grupy poetyckiej „Tylicz”. Od 1973 roku redaktor i dziennikarz „Gazety Krakowskiej”. Publikował artykuły, felietony, recenzje, wywiady, wiersze. Redagował kolumnę „Kaduceusz”. W 2001 roku otrzymał prestiżową nagrodę środowiska dziennikarskiego „Złotą Gruszkę”. Ostatni tomik poezji „Nic, nic i koniec” ukazał się w 1996 roku. W planach wydawniczych miał zbiór p.t. „Cafe Imperiał”.

 

Liryk i szyderca

Pełen antynomii zdaje się nie tyle poetycki świat Wiesława Kolarza, co wypowiadane przezeń poglądy dotyczące społecznej funkcji poezji, jej roli i miejsca w życiu jednostek, zbiorowości oraz narodów, wreszcie jej istoty i wpływów, jaką ona odegrała kiedyś i w czasach współczesnych. Jest więc ona – jak pisze w liryku „Czym jest poezja”:

Tęsknotą i miłością
Odkrywaniem światów
Stróżem tajemnic
Odwróceniem dnia

czy zaledwie „niczym”:

Tylko słów zabawą
Kaprysem chwili
Strachem przed szczerością
– a może wręcz „krwioobiegiem życia”?

W jednym z wywiadów stwierdził: „Misja poety skończyła się w XIX wieku, z mistycyzmem, „Dziadami” i wszelkimi boskimi fluidami. Poezja ma proste zadanie – powinna towarzyszyć ludziom. Nie wierzę w posłannictwo literatury, bo cóż ona nam załatwiła? Mieliśmy jedynie piękny wątek tzw. literatury patriotycznej”(1).

W poezji bardziej fascynowała go forma niż jej posłannictwo. Zwykł mówić, że to jego stanowisko wobec poezji wynika m.in. z faktu, iż – jak sam stwierdzał – terminował nie u byle kogo: poezja Konstantego I. Gałczyńskiego, warsztatowo wysokiej klasy, była dla niego wzorcem i przesłaniem. Ten spośród szerszego grona mistrzów, któremu będzie miał Wiesław Kolarz jako poeta wiele do zawdzięczenia, przed poezją „nie klęczał na kolanach”.

Zwykł mówić, że krakusem został z wyboru, ale w sercu pozostanie zawsze sądeczaninem. Lubił też przypominać słowa Juliana Ka-walca, utrzymującego, iż człowieka kształtuje pierwszy obraz, który zobaczył w życiu. W znaczeniu niedosłownym, ogólnym, oznacza to, iż miejsce, z którego pochodzimy, środowisko rodzinne i najwcześniejsze doświadczenia odgrywają w życiu człowieka, rolę zasadniczą, trudną do przecenienia. Nigdy nie zapominał o swoich korzeniach, owszem mówiąc o nich, o związkach z rodzinnym miastem i regionem, częstokroć podkreślał rolę, jaką ta mała ojczyzna pełni w jego życiu i twórczości artystycznej.

Urodził się 19 maja 1945 r. w Nowym Sączu. Po ojcu był Morawianinem spod Ołomuńca. W czasach austriackich, za rządów cesarza Franciszka Józefa I Kolarzowie osiedli w Broszniowie i Drohobyczu, na dawnych ziemiach wschodnich Rzeczypospolitej; rodzina matki, pradziad i dziadek Mikusińscy pochodzili z Nowego Sącza. Podczas wojny ojciec Wiesława Kolarza, Zenon, zdołał – wraz z rodziną uciekł ze wschodnich rubieży Rzeczypospolitej i osiadł w Nowym Sączu. Dziadek Wiesława ze strony ojca był stolarzem, a ojciec – inżynierem technologiem drewna.
Od najwcześniejszych więc lat Wiesław Kolarz miał poprzez zajęcia ojca i jego życiowe pasje bliski kontakt z górami pełnymi lasów – naturalnym bogactwem Sądecczyzny, z obróbką drewna, zapachem żywicy. Obaj kochali góry, umieli je podziwiać i docenić ich urodę i tajemnice, ale dla Wiesława były trudno dostępne wskutek przebytej w wieku 4 lat choroby Heine-Medina. Z konieczności więc owe kontakty z górami i przyrodą musiały być mniej forsowne i bardziej doraźne, ale skalą wrażeń i przeżyć nie mniej intensywne. W umyśle chłopca góry tworzyły już od wczesnego dzieciństwa obszary spotęgowanego piękna, jakieś wyspy szczęśliwe, rejony od innych odmienne nie tylko swoim niepowtarzalnym krajobrazem, ale także mentalnością mieszkańców gór, wychowanych w miłości do tej ziemi.
Inny jego mistrz, Jerzy Harasymowicz, nazwał te ziemie, tę małą ojczyznę Wiesława Kolarza – „Krainą Łagodności” – i kto wie, czy spośród tamtego pokolenia poetów, zafascynowanych nią, właśnie Kolarz miał najgłębsze poczucie jej niepowtarzalności, rozumiał jej złożone problemy, daleki był wszakże od oleodrukowej wizji Beskidów i ich mieszkańców.

Urodził się w starej, pożydowskiej kamienicy przy ul ks. Piotra Skargi 5, naprzeciwko kościoła Jezuitów, w centrum miasta. Dookoła sporo było zniszczonych domów, wręcz gruzów, przykrego następstwa wysadzenia w powietrze przez wojska sowieckie pobliskiego zamku. W Nowym Sączu uczęszczał do szkoły podstawowej, a następnie do cieszącego się znakomitą renomą I Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Długosza. Dzieciństwo jego zmącone zostało tragedią rodzinną: gdy miał zaledwie 11 lat utracił ojca. Nagła śmierć ojca była dla młodego chłopca nie tylko dramatycznym przeżyciem o nietrudnych do przewidzenia następstwach, otwarła też przed nim nowe obszary myśli, które skierowały go w kierunku literatury pięknej, zarówno prozy, jak i poezji, w relacji z którą mógł czuć się trochę mniej osamotniony, mniej doświadczony.

   – Śmierć ojca – wyznawał wielokrotnie – tak bardzo przedwczesna, skierowała moje zainteresowania w inne obszary istnienia, w kierunku literatury, zwłaszcza poezji. Tragedia uświadomiła mi nagle jedenastoletniemu chłopcu, że w każdej chwili, często zupełnie niespodziewanie, może zdarzyć się coś takiego, co „rozwala” nasze życie. W moim domu była zasobna biblioteka, sięgnąłem po beletrystykę. Jako dwunastoletni młodzieniec przeczytałem wszystkie dzieła Słowackiego, jednym tchem przeczytałem Trylogię Henryka Sienkiewicza. Prawie nic z tego Słowackiego nie zrozumiałem. Przeżyłem wstrząs, jakąś rewolucję w moim życiu. Wtedy zacząłem pisać pierwsze, nieporadne wiersze własne, jakieś przeróbki Słowackiego.

    Zainteresowanie literaturą skierowało go w kierunku recytacji. Miał znakomite warunki głosowe, niemałą wrażliwość interpretacyjną, inwencję. Powiadano w Nowym Sączu, że zastąpił pod tym względem Józefa Lipca, który podjął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, a wkrótce stał się filarem tamtejszego Teatru 38. Ale Wiesław Kolarz recytował wiersze bardzo spontanicznie, nie tylko na szkolnych miejscowych akademiach. Uczestniczył ze znakomitymi efektami w eliminacjach powiatowych ogólnopolskiego konkursu recytatorskiego. Jego licealna polonistka, Zofia Oleksówna, nauczycielka osiągająca świetne wyniki w nauczaniu młodzieży, ale i stawiająca przed nią wysokie wymagania, uczyła go innej, mniej emocjonalnej, za to bardziej intelektualnej interpretacji tekstu, ona też skierowała go do tamtejszego Teatru Poezji.

Wiesław Kolarz zwykł mówić, że największy wpływ na rozwój jego osobowości, wrażliwości artystycznej, wreszcie światopogląd, miał rzeźbiarz z Torunia, Leszek Zalewski, który przybywszy do Nowego Sącza, uczył recytacji wiersza w tamtejszym Młodzieżowym Domu Kultury, a wkrótce potem założył tam Teatr „Akapit”.

Poeta odkrył tam, że poza szkolnym programem istnieje także inna, fascynująca poezja. Leszek Zalewski zwrócił jego uwagę m.in. na poezję Gałczyńskiego. Właśnie na poezji Gałczyńskiego ćwiczyli sztukę mówienia wiersza. Otworzyły się przed nim nowe obszary piękna, świat wspaniałych doznań. Kolarz zrozumiał, że poezję należy, „rozgryźć”, a emocjami w jej interpretacji należy gospodarować rozsądnie i oszczędnie. Był to moment przełomowy w jego życiu.

Przez wiele lat czuł się nawet bardziej recytatorem niż poetą, wierszy wszak jeszcze nie publikował, a rozgłos, jaki zyskał jako recytator, był zgoła imponujący, już nie tylko w skali regionalnej.
Na kształtowanie kierunków artystycznych poszukiwań Kolarza niemały wpływ mieli goście ówczesnej kawiarni sądeckiej „Imperiał”, w której spotykali się tradycyjnie miejscowi artyści i przedstawiciele środowisk kultury — m.in. dyrektor tamtejszego Muzeum Okręgowego Tadeusz Szczepanek oraz malarze: Stanisław Kuskowski i Adam Walczyński. Ożywione dyskusje, które wiedli ze sobą przy kawiarnianym stoliku wykraczały merytorycznie poza samą kawiarnię i miasto, jako nierzadko wielce inspirujące i poruszające jego wyobraźnię artystyczną.

Po zdaniu matury (1963 r.) podjął studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zamieszkał w legendarnym II Domu Akademickim „Żaczek”. Od początku zaangażował się w bogaty i wielostronny nurt życia kulturalnego i artystycznego studentów. Przy działającej od listopada 1964 r. w klubie „Nowy Żaczek” Grupie Twórczej „Sowizdrzał” – w skład której wchodziły Teatr Piosenki, dwie grupy plastyczne, scena poetycka, dramatyczna, muzyczna i literacka – założył Kolarz w lutym 1965 r. Koło Recytatorskie „Sowizdrzała”. Ściśle współpracował z szefem i założycielem Grupy Twórczej „Sowizdrzał”, Leszkiem Aleksandrem Moczulskim, Wincentym Faberem, także w odniesieniu do innych sekcji „Sowizdrzała”. W Kole Recytatorskim zgromadził liczne grono osób, których pasjonowała sztuka recytacji i literatura (m.in. Barbara Natkaniec, Marek Pacuła, Andrzej Urbańczyk, Jerzy Komhold, Olimpia Napolska, Tadeusz Ryłko). Wspólnie z nimi, czasem indywidualnie, opracowywał scenariusze poetyckie, według których zespół przygotowywał cieszące się sporą popularnością spotkania z poezją. Preferowali poezję współczesną – m.in. Tadeusza Nowaka, Stanisława Grochowiaka, Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Andrzeja Bursy, ale sięgali także do klasyki polskiej i obcej. Wspólnie z romanistami przygotowali wieczór poezji renesansowej, polskiej i francuskiej. To właśnie w tym czasie Wiesław Kolarz był dwukrotnie zwycięzcą ogólnopolskiego konkursu recytatorskiego w Szczecinie. Pisał teksty piosenek dla „sowizdrzałowego” teatrzyku piosenki, do których muzykę komponowali m.in. Paweł Bieńkowski i Krzysztof Szwajger. Z „Sowizdrzałem” i „Nowym Żaczkiem”, klubem studenckim Zrzeszenia Studentów Polskich – podejmującym wiele cennych inicjatyw kulturalnych, śmiałe na owe czasy dyskusje polityczne, spotkania z politykami i znanymi artystami – związany był do 1968 r.

Czuł się zdecydowanie bardziej poetą niż recytatorem, gdy dokonywał wyboru seminarium magisterskiego. Wybrał seminarium u prof. Marii Dłuskiej, najlepszego w Polsce specjalisty z zakresu wersologii wersyfikacji. Maria Dłuska uczyła nie tylko podstaw teorii wiersza polskiego, potrafiła szczerze zachwycić urodą poetyckiego słowa, zachęcić młodych adeptów do podejmowania prób pisania wierszy, ale i pokory. Sama pięknie recytowała, pisała wiersze, ale wysoce krytyczna wobec efektów swoich poczynań, nigdy ich nie publikowała. Uważała, że poezja powinna być dobra, bo inaczej jest zbędna. Na ile ta ostrożność prof. Marii Dłuskiej w podejmowaniu decyzji o publikacji swoich wierszy utwierdziła jej ucznia, Wiesława Kolarza w potrzebie podobnej ostrożności? Tę powściągliwość, uznawaną przez wielu za wysoce nieuzasadnioną, zachował do końca. Wielu wierszy, nieraz w całości przemyślanych, utrwalonych w pamięci, przez długie lata nie spisywał. Były jego światem, wewnętrznym zapisem przeżyć i rozterek.

Debiutował jako poeta na łamach „Życia Literackiego” w 1968 r. Ojcem chrzestnym owego debiutu był znany krakowski poeta, Tadeusz Śliwiak. Po uzyskaniu tzw. absolutorium (pracy magisterskiej poświęconej twórczości K. I. Gałczyńskiego nie bronił) postanowił pozostać w Krakowie. Przez niespełna rok pracował jako instruktor kulturalno–oświatowy w Wytwórni Witraży w Krakowie, po czym przyjął propozycję pracy animatora kultury w Zarządzie Wojewódzkim Związku Młodzieży Wiejskiej w Krakowie.     Praca w Związku Młodzieży Wiejskiej była dla niego nie tylko nowym doświadczeniem, czuł jej celowość i potrzebę, otwierała też przed nim nowe kierunki aktywności, bardzo mu bliskie. Docierając niejednokrotnie do odległych klubów, świetlic czy domów ludowych, poznał nieznane mu dotąd rejony województwa, ich mieszkańców i codzienne problemy. Właśnie wtedy poznał i pokochał Żywiecczyznę. Organizował w wielu miejscowościach życie kulturalne, inicjował konkursy czytelnicze czy folklorystyczne; blisko współpracował z placówkami zajmującymi się życiem kulturalnym wsi, m.in. z Uniwersytetem Ludowym w Wierzchosławicach.

    Rozmaitego autoramentu plastycy – wspomina po latach Henryk Cyganik – wyrobnicy pióra, animatorzy artystycznych zjawisk regionalnych przychodzili do niego jak do konfesjonału. Wiesiek miał nie tylko umiejętności słuchania, potrafił uszanować ludzi, porozumieć się z nimi, ale przede wszystkim budził zaufanie swoją statecznością, mądrością, wiedzą i ciepłem.

    Pełnił w tym czasie także funkcję przewodniczącego Krakowskiego Oddziału Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy i wiceprzewodniczącego Rady Krajowej KKMP. Klub funkcjonował przy Związku Młodzieży Wiejskiej. Organizował turnieje klubów wiejskich, sejmiki młodych twórców, biesiady literackie, opiekował się artystami-amatorami, organizował Sejmiki Młodych Twórców oraz Konfrontacje Ruchu Artystycznego Młodzieży w Myślcu nad Popradem. Klubowi patronowali Stanisław Piętak i Tadeusz Nowak. Publikował wtedy Kolarz w „Głosie Młodzieży”, „Zarzewiu”, „Kurierze Akademickim”, a także „Tygodniku Kulturalnym”, „Poezji”, „Nowej Wsi”, „Studencie”, „Dzienniku Polskim” oraz w almanachach poetyckich. Ilu młodym ludziom dopomógł w debiucie, w publikacji tekstów? Jedno zdaje się pewne: pomagał, gdy był przeświadczony, że tekst nadaje się do druku, w innych, o wiele częstszych przypadkach, doradzał wyczekiwanie i doskonalenie warsztatu literackiego, czasem zgoła zajęcie się czymś innym.

Końcem 1969 r. związał się z grupą literacką „Tylicz”. Założyli ją kilka miesięcy wcześniej Andrzej Warzecha, Jerzy Gizella i Andrzej Krzysztof Torbus, a wkrótce dołączyli do niej Adam Ziemianin, Franciszek Brataniec i właśnie Wiesław Kolarz. Grupa nie posiadała wspólnego programu literackiego, ten bowiem – sądzili – ograniczałby swobodę twórczą młodych poetów.

    „Duchowe i stylistyczne pokrewieństwo nie musiało zdaniem “tyliczan” wynikać z teorii, przeciwnie, swoboda, w której ujawnia się pewna jedność, musiała być potwierdzeniem literackiego i duchowego pokrewieństwa” – napisał po latach Andrzej Warzecha(3).

    Nie mając sprecyzowanego programu, a nawet od takiego programu stroniąc, mieli swojego literackiego patrona. Był nim Jerzy Hara-symowicz. Nawiązywali też „wyliczanie” do tradycji i doświadczeń działającej w latach 1957-61 grupy twórczej „Muszyna”, założonej właśnie przez Harasymowicza. „Wyliczanie”, w opozycji do ugrupowań „Nowej Fali”, preferując prywatność i przewrotny antyintelektu-alizm, unikali politycznej deklaratywności, nie pomijali problematyki społecznej, ale postrzegali jaw powiązaniu ze swymi małymi ojczyznami, rodzimym pejzażem Krainy Łagodności. Dostrzegali w niej autentyczne piękno i odwieczny porządek świata, oparty na trwałych systemach wartości. Stronili przy tym od sentymentalnych, podretuszo-wanych ocen i powierzchowności.

Wiesław Kolarz wraz z innymi „tyliczanami” uczestniczył w licznych spotkaniach autorskich, imprezach młodoliterackich, konkursach literackich. Grupa związana była przez kilka lat z krakowskim klubem studenckim „Pod Jaszczurami”, tam też na ogół młodzi poeci spotykali się z krakowską publicznością. W konkursach literackich o „Jaszczurowy Laur”, organizowanych w tymże klubie, zdobywali liczne nagrody(4).

W 1972 r., kiedy pierwszym „tyliczanom” udało się opublikować debiutanckie tomiki, ukazał się almanach grupy, wydany m.in. dzięki zabiegom Kolarza nakładem Zarządu Wojewódzkiego Związku Młodzieży Wiejskiej i redakcji „Głosu Młodzieży”, z okazji Ogólnopolskiego Seminarium Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy – Industrializacja wyobraźni. W przedmowie do almanachu „Tylicz”, Jacek Kajtoch stwierdził m.in.: „Nie unikają problematyki politycznej, ani zagadnień uniwersalnych. Chcą tylko mówić o tych sprawach w kontekstach najbliższych: krajobrazu, społeczności regionalnej, mieszkańców prowincji […] nie ulega wątpliwości, że ich twórczość ewoluuje w różnych kierunkach. Jest to widoczne przede wszystkim u Wiesława Kolarza i Andrzeja Warzechy, którzy coraz bardziej angażują się w pi bierny społeczne naszego czasu”(5).

W roku następnym, 1973, nakładem Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy i Ludowej Spółdzielni Wydawniczej ukazał się debiutancki tomik poetycki Wiesława Kolarza – „Ballady prowincjusza”. W jednym z liryków, „Balladzie o pejzażu z lat dziecinnych”, poeta stwierdza wręcz:

Który jesteś ode mnie
na odległość myśli
odsunięty obrazie
niedojrzałych przeżyć
[…]
milczeniem i słowem
zieloną linią życia
blizną raną snem
który poza mną zostałeś
jak cień
[…]
ziarno
posiane we mnie
które ciągle tkwi
wyschniętym ostem
w perspektywie dni

    Czy można było te związki z ziemią rodzinną, znaczone miłość sentymentem, ale i bólem, bliznami wyniesionymi z niełatwego dzieciństwa, wreszcie wyzierającą z wielu innych wierszy, pomieszczonych w tym tomiku, nostalgię wyrazić równie otwarcie i przejmująco?

To był mój debiutancki tomik, ale niewiele się zmień w moim myśleniu. Dlatego należałem do grupy „Tylicz”. Wszyscy byliśmy prowincjuszami i to haftowaliśmy na swoich sztandarach już w Krakowie. Ciągle czułem się w tym moim wyśniony wymarzonym Krakowie przybyszem z prowincji. Nie dlatego, nie umiałem się znaleźć, ale dlatego, że wszystkim chciałem opowiedzieć, skąd przybyłem(6).

    Tak częsta w wierszach Wiesława Kolarza tęsknota za krainą utraconego dzieciństwa nie ma w sobie poczucia dramatyzmu, wewnętrznego rozdarcia, a tylko głęboką refleksję spowodowaną nieuchronnym przemijaniem. Chętnie powracał, choćby na krótko, na Sądecczyznę i mimo że nie mógł odbywać wędrówek pieszych po jego ukochanych Beskidach, mimo że były pod tym względem jednoznaczne przeciwwskazania, chęć indywidualnego doświadczenia ich piękna, bywała silniejsza:

    Musiał się pożegnać z wędrówkami po ukochanych górach, ale bywał tak uparty, że w moim towarzystwie w latach 80. wychodził na Parchowatkę dwukrotnie – raz z Łabowej przez Łabowską, drugi – z Łomnicy przez Łysinki po kopnym śniegu. Tę miłość do gór rekompensował sobie ich wszechobecnością w jego wierszach, miłością do góralszczyzny i namiętnym śpiewaniem góralskich przyśpiewek. Znał ich ogrom – od Lachów Sądeckich po Beskid Śląski. Śpiewał znakomicie, miał dobry słuch, grał na pianinie(7).

    Od 1973 r. do końca życia, przez 28 lat związany był zawodowo z redakcją „Gazety Krakowskiej” (przejściowo wydawanej pod nazwą „Gazeta Południowa”). Trafił do działu kulturalnego, kierowanego naówczas przez Henryka Cyganika, z którym przez cztery lata wspólnie redagował rubrykę „Kronika Obecnych”, gdzie prezentowane były inicjatywy kulturalne młodych. Na łamach „Gazety”, w tej właśnie „Kronice”, debiutowało w tym czasie kilkudziesięciu młodych poetów.

W „Gazecie Krakowskiej”, w której publikował systematycznie swoje artykuły, głównie o tematyce kulturalnej i społecznej oraz wiersze, pełnił przejściowo funkcje sekretarza redakcji, zastępcy redaktora naczelnego, wreszcie kierownika działu kulturalnego. W latach 1994-2000 redagował cotygodniową kolumnę satyryczną „Kaduceusz”, w której zamieszczał cieszące się dużą popularnością felietony oraz własne wiersze.

Wiesław Kolarz nie tylko nie zabiegał o wydawanie następnych tomików wierszy, nieczęsto też dbał o nadanie wielu lirykom ostatecznej wersji. Wiele z nich nigdy nie zostało choćby wstępnie zapisanych, pozostając w pamięci autora. Był w ocenie swoich wierszy zawsze bardzo wymagający, na ogół nadmiernie surowy, zachowywał wobec nich głęboki dystans. W 1996 r. nakładem Oficyny Konfraterni Poetów ukazał się, staraniem niezmordowanego Jacka Lubarta-Krzysicy, drugi tomik poetycki Wiesława Kolarza – „Nic, nic i koniec”. Wbrew trochę nihilistycznemu tytułowi, nie jest on mroczny w swojej całościowej wymowie, owszem jest w nim miejsce i na nostalgię oraz myśli o przemijaniu, częstą w twórczości tego poety prześmiewczość i szyderstwo, wreszcie tony biesiadne. Są i motywy tak bliskie kiedyś „tyliczanom”, ale bez cienia wtór-ności artystycznej: antyfony rodzinne, zapisy wigilijnych refleksji, pastorałki, beskidzkie impresje.

 

    Większość z nich właśnie [wierszy – przyp. S.D.] – stwierdza Andrzej Warzecha – poprzez poetyckie konstrukcje stara się przeciwstawić temu codziennemu i nieuchronnemu przemijaniu. Poeta pragnie owo „nic” przemienić w obrazy i liryczne sytuacje, które być może przetrwaj ą o wiele dłużej niż zdarzenia i towarzyszące im refleksje będące ich inspiracją. Stąd w wierszach Wiesława Kolarza powtarzalność pewnych motywów i refleksji: cykl pór roku, jego niezmienność, ale też nieunikniony koniec tego cyklu – zima. Ona właśnie najbardziej fascynuje i niepokoi poetę. Z niej wydobywa wiele obrazów i metafor, lęków i nadziei. Jest przecież zima symbolem końca życia, ale życia wciąż się odradzającego […] Kolarz jawi się więc bardziej jako poeta ludzi poszukujących sposobów na uświadomienie sobie sensu życia niż jako artysta mocno w ten sens wierzący(8).

    Tomik ten wieńczy pogodna „pieśń biesiadna” – „My jeszcze wciąż”, dedykowana Adamowi Ziemianinowi, nie poddająca się przygnębiającemu nastrojowi przemijania, pojmowanego tu jako atrybut obecności i życia dobrze na co dzień spełnianego:

Nie wierzcie mili, że to koniec
[…]
Przed nami jeszcze burze astrów
W kimonach wschodu chryzantemy
nie ma co gadać, mój Adaśku!
Jeszcze żyjemy

Jeszcze są w oczach naszych dziewczyn
Miód pożądania cichcem warzy
Przy siwych brodach, mimo wszystko,
Z chyżą młodością nam do twarzy

Wiersz „Amen”, zamykający tomik, jest pełną refleksji modlitwą o wiarę i siłę, by „życie przeżyć mądrzej”, by władza posiadała więcej szarych komórek, by tchórzostwo przestało być znamieniem naszych czasów, tu nad Wisłą. Czy mógł przewidzieć, mocując się z chorobami i czasem, że nie zdoła wydać następnego tomiku wierszy, że ta modlitwa o znamiennym tytule będzie przesłaniem o szczególnej nośności, ostatnim, zamykającym drugi i ostatni wydany za życia autora tomik poetycki?     W kwietniu 2001 r. otrzymał prestiżową krakowską nagrodę dziennikarską-„Złotą Gruszkę 2001”. W liście gratulacyjnym Andrzej Urbańczyk, kiedyś jego bliski współpracownik z „Sowizdrzała” napisał:

    Drogi Wieśku, byłeś tym, który w „Żaczku” potrafił w mały pokój wpisać poezję. […] Kiedy dziś dostajesz laury […] jestem z Tobą, gratuluję i życzę bycia sobą.

    Zmarł 22 listopada 2001 r. Zgodnie z jego wolą skremowane szczątki pochowano w Krakowie na cmentarzu Batowickim, ale ich część została rozsypana w Dolinie Roztoki w Rytrze, u stóp jego ukochanej Radziejowej.

W pierwszą rocznicę śmierci Wiesława Kolarza odbył się w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie wieczór literacki “Liryk i Szyderca”, według scenariusza Olimpii Napolskiej-Kolarzowej.
Wiersze poety czytali znani aktorzy krakowscy: Bożena Adamek, Krzysztof Górecki i Tadeusz Kwinta, a Joanna Słowińska śpiewała specjalnie skomponowany na ten wieczór utwór przez Zygmunta Koniecznego według wierszy W. Kolarza. Wówczas rozmawiano o konieczności wydania wierszy poety, w którym zawarte byłyby także utwory dotąd nie publikowane, bądź drukowane w prasie i przez to rozproszone. Przypomniano słowa Wieśka, który w jednym z felietonów napisał: „Coś zostawiłem Warn – chcecie czytajcie, nie chcecie, nie czytajcie…”. Nikt nie wiedział, ile wierszy pozostawił. Zresztą, on także tego nie wiedział, nie dbał o ich publikację.
Dokonany przez Olimpie Napolską-Kolarzową wybór wierszy obejmuje zarówno publikowane, jak i pozostające dotąd w rękopisie.
Pochodzą z różnych okresów życia poety: najwcześniejsze powstały końcem lat sześćdziesiątych, najnowsze – na krótko przed jego śmiercią. Różne były koncepcje doboru utworów, ich układu etc. Budują one duchowy wizerunek poety: dziennikarza, człowieka o głębokiej wiedzy i psychice, osadzonego w rzeczywistości, poszukującego, rozmiłowanego w górach, krakowianina z wyboru, w sercu sądeczanina.

    W rok po jego przedwczesnej śmierci – stwierdza Tadeusz Skoczek – nabieram przekonania, że Wiesław Kolarz był przede wszystkim poetą […] Przejawiał artystyczną wrażliwość, mówił często językiem poetyckim pełnym metafor, odczytywał i interpretował życie pełnią poetyckiej głębi(9).

We wszystkim, co robił, choć by były to sfery wielce odległe, myślał i czuł kategoriami człowieka o wrażliwości poety. Tom wierszy Czekam przynosi potwierdzenie tej opinii. Sporo w nim liryków o niezwyczajnej urodzie, warsztatowo bardzo sprawnych.

Stanisław Dziedzic

Przypisy

1 Cyt. za: Henryk Cyganik: Wiesław Kolarz (1945-2001) -poeta sądeczanin, „Rocznik Sądecki”, t. XXXI s. 344. w.s.343.
3 Cyt. za: Ewa Głębicka: Grupy literackie -w Polsce 1945-1998, leksykon. Warszawa 1993, s. 395.
4 Szerzej: Stanisław Dziedzic: Monografia Klubu „Pod Jaszczurami”, Kraków 1980.
5 Tylicz (almanach poetycki), red. Jacek Kajtoch, Kraków 1972, s. 3.
6 Cyt. za: Henryk Cyganik: Wiesław Kolarz…, jw., s. 343.
7 Tamże, s. 342.
8 Andrzej Warzecha: Uczmy się mówić prosto, „Dziennik Polski” z 15.01.1997.
9 Tadeusz Skoczek: Niewolnik wolnego słowa, „Wieści”, nr 5-6, z2-9.02.2003.