Marek Baczewski „Wiersze żebrane” (1999)

dacswia7Marek Krystian Emanuel Baczewski urodził się w 1966 roku. Poeta, prozaik, autor słuchowisk radiowych. Wiersze i opowiadania drukował w wielu czasopismach literackich., m.in. mikołowskiej “Arkadii”. Laureat wielu cenionych nagród, m.in. Nagrody Poetyckiej im. R.M. Rilkego (1997). Autor trzech książek. Pierwsza z nich opowiada o fruwającym fortepianie (Fortepian Baczewskiego, Płock 1994), druga o tańczącym piórze (Taniec piórem, Chorzów 1998), trzecia, jak sugeruje tytuł (Kasandra idzie przypudrować nosek, Kraków 1999), należy do literatury podróżniczej. W 1999 roku otrzymał Nagrodę Główną w VII ogólnopolskim Konkursie Poetyckiem “Dać świadectwo” zorganizowanym przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie.

 

Zabawka

Gdyby ktoś, przebywający na zewnątrz zabawki, zapytał,

nie umiałbym mu w sposób przytłaczająco kompetentny

odpowiedzieć, że urodziłem się, żyję, sapię przez sen,

piszę wiersz o stopniu, w jakim oczywistość jest oczywista.

To tak, jakbyś zasady gry w szachy próbował objaśnić

laufrowi, który gania po czarnych przekątnych i zupełnie

nie wie o istnieniu białych pól. I jakby teraz laufer

powtarzał lekcję pionowi, który pojmuje tylko jedno

jego zdanie: “Rozumisz, ciulu?”, ale dzielnie kiwa

coraz cięższą głową, szepcząc: “Ech, poeta…”

Głowa mi była ciężarem. Czapkę nosiłbym z chęcią

w torbie. A szczoteczką do zębów czyścił miejsce, gdzie krąg

szczytowy wystawałby guzem na płaskowyżu zaślepionego

karku. Skoro

nie potrafię sobie odmówić, odpowiem. Jeśli nie potrafię wierzyć,

zejdę z wieży. Nie jest rzeczą piona być na poziomie.

 

Wspólny świat

W gruncie rzeczy cieszyłbym się, gdyby

był stworzony dla mnie zupełnie odrębny świat.

Jakiś ogryzek planety, rzucony na peryferie

Mlecznego Bezdroża, dokąd nie dotarłaby

żadna flaszka z żadnym listem, żaden

ponadświetlny Hernan Cortes z portretem

Matki Boskiej de Guadalupe w koszulce

National Geographic. Chciałbym w spokoju

liczyć kozy, chędożyć obejście, czytać Odyseję,

wymyślać na własny użytek język pozbawiony czasowników,

oczekiwać na horyzoncie wzejścia Słońca Śmierci.

A potem wcielić się, całą duszą, w coś

na pewno mniej skomplikowanego: w wesz łonową,

mikroprocesor, szczotkę do czyszczenia kibli.

 

List z bezludnej wyspy

(o tym, jak poeta złożył wizytę dawnej kochance,

która urodziła dziecko innemu mężczyźnie)

 

Tego dnia nie zmyśliłem nic

ciekawszego niż frezje. Smutne,

spleśniałe kropeczki w ostatnim stadium

żółtaczki. Pachniały po prostu bezradnie,

gdy niosłem je przez miasto, jak Świetlicki

włoszczyznę, z powagą kapłana.

Duszny smród niemowlaka. Nienapoczętego.

FUCKK IS LUCK – napis na poręczy schodów,

wyryty kluczem w takt ostatniej wspinaczki,

i z powrotem: LUCK IS FUCK (potem klucz

nurkuje do skrzynki

jak list z bezludnej wyspy).

Zbieram siły. Trzeba przetrwać

do końca herbaty. Z nas czworga

nie milkną tylko pralka i czajnik

Za progiem stąpam czujniej,

wysoko unoszę stopy.

Gówniarz zakrztusił się płaczem

On też już wie, w co wdepnął.

 

Leżenie ma przyszłość

ten co leży ma warunki

by się skupić i dojść do wniosku

że idzie szybciej od innych

ponieważ do takich wniosków dochodzi się

zawsze kosztem marszu

leżenie ma przyszłość

jakkolwiek jest tak przyszłość

która dla nas będzie już tylko leżeniem

 

wiersze pochodzą z tomiku “Wiersze żebrane”, Kraków 1999, Śródmiejski Ośrodek Kultury, Wydawnictwo FALL, ss. 48.