Maciej Melecki „Te sprawy” (1995)

dacswia3
Maciej Melecki urodził się w 1969 r. w Mikołowie. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Publikował w “Opcjach”, “FA-arcie”, “Nowym Nurcie”, “Na Głosie”, “kresach”, “Akcencie”, “Już Jest Jutro”, “bruLionie”, “Tygodniku Powszechnym” oraz w innych pismach literackich.

W roku 1994 otrzymał główną nagrodę w konkursie im. Jana Śpiewaka, w 1995 został laureatem konkursu literackiego “Tygodnika Powszechnego” oraz otrzymał Główną Nagrodę w III Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim “Dać świadectwo”, organizowanym corocznie przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie. Równocześnie z tomikiem “Te sprawy” opublikował zbiór wierszy “Niebezpiecznie blisko” (Wydawnictwo Przedświt).

 

Te sprawy

Ta kupa węgla, którą zrzucili we dwoje do

piwnicznego okienka, pozostawiła po sobie

czarny osad na brunatnym trotuarze.

komin tego domu wydłuża się teraz o swoją

połowę dzięki szaremu dymowi. resztę

przyjmuje wiatr i gdzieniegdzie leżący śnieg.

Cicho. Nie słychać już szurania łopat,

klnięć i spierania się o to, kto

więcej się zmęczył.

Chłodne szkło i ogrzewane w rękach klucze.

Stoję przed wiaduktem i wyobrażam sobie

swój odjazd. Pociągi przyjeżdżają na swoje

perony i niespóĄnione odchodzą. Wracam

i znów przyjmuję to miasto. Ten obszar

do przejścia w pół dnia. Potem palę

stare gazety, cały ten papierowy czas

szybko ulega spopieleniu. Jakieś światło

pełznie po asfalcie i zahacza o moją nogę.

Najlepiej byłoby nie zamykać oczu. Głupio

wpatrywać się w każde drobne ogniwo. Nawet

w to z łańcuszka tego schludnego faceta

trzymającego się rurki w autobusie. Nieraz się

jeszcze plunie, niczego nie zbyje. Czarnobiałe,

martwe natury wychodzą na wierzch.

Następujące po sobie zmiany nigdy nie osiągną

pełni. To są sprawy życia. Na sprawy

śmierci jakoś za wcześnie.

 

Zimna gorączka

Z głowy wychodzą nigdy nie przyjmowane obrazy.

Plamy światła odeszły, wdzierając się pod

powieki, by zabrać ze sobą całą ciemność.

Strzepywany termometr jest zimniejszy od potu.

Ten okres postu przedłużył się i ogarnął

nawet to, czego się nie potrzebuje. Jednak

słyszę, jak ukryte w pudełkach głosy oferują mi

najlepsze rzeczy, smaki, czystości. Nie

mogą przecież uśpić, uzdrawiając tymi

tabletkami z minusem, lecz mówią jak

przez sen. pokój jest nieszczelną

łódką, którą muszę się dostać

z powrotem na brzeg.

 

Wolne dni

pobrali się chyba pół roku temu i są

teraz na dorobku. Mieszkali w tej

samej klatce. Ona na półpiętrze, on na

parterze. Chodzili do tych samych szkół.

Bawili się na tym samym podwórku.

Mieli podobne zabawki i oceny w

zeszytach. Od czasu, jak przeprowadzili

się do mieszkania jego babki, spotykam

ich coraz rzadziej, zazwyczaj, kiedy

przychodzą do swoich rodziców,

żeby pożyczyć na sobotę samochód.

On myje gąbką biały lakier i szyby.

Ona odkurza wnętrze. Krótkie

przerwy w zjeżdżaniu do kopalni, w

staniu za ladą trzeba jakoś

wykorzystać. Z pozycji siedzącej

zobaczyć mknące za oknem swoje

żabie perspektywy.

 

Zawsze pewne, zawsze suche.

im z polonistyki

Są ciepłe jak kaloryfery w lipcu. Łatwe i trudne

w patrzeniu na nie. mają swoje zasady i popękany

lakier na imitujących coś spinkach. W skórzanych

torbach niszą piórniki z Myszką Miki i podpaski.

Chodzą w szpilkach i w adidasach. Spryskane

kilkoma rodzajami dezodorantów pojawiają się co

miesiąc w nowych, popalonych od trwałych

fryzurach. Starają się być złośliwe,

po wódce wyzwolone. Mają po kilka przypadkowych

orgazmów z paru zaliczonych imprez.

Doskonale oddzielają przeczytane od przeżytego.

Może urodzą kiedyś swoje dzieci i

odegrają się za nie na cudzych. Na razie czekają

na swojego Stachurę z Mercedesem.

 

wiersze pochodzą z tomiku “Płot”, Kraków 1994, Śródmiejski Ośrodek Kultury, Oficyna Cracovia, ss.64.