Karolina Glazor „dawno, niedawno”


 

Rzymskie Drogi

Via Appia, Regina viarum…

Na końcu świata kończyła się droga. Wcześniej wiła się wąsko, lecz nieustępliwie, aż tam – znikała, jak gdyby wpełzała pod stertę kamieni lub pod twardą ziemię.
Starzy ludzie mówili, że biegła tędy dawno temu – tędy, ale jak gdyby trochę dalej, tędy, ale jakby właściwie tuż obok.
Starzy ludzie mówili także o innych drogach, które niegdyś biegły, o domach, które niegdyś stały, o ludziach, którzy niegdyś żyli i chodzili tamtymi drogami do tamtych domów. Potem minął czas, minęło wiele czasu, powiadali.
Tysiące stóp przemierzyło tysiące dróg, szlaków i traktów, lecz teraz na drogach, na szlakach i traktach stały całe miasta pełne innych dróg, a w tych miastach mieszkali ludzie, którzy być może byli czyimiś potomkami, a być może byli komuś zupełnie obcy.
Poza miastami istniały także i wsie – te z latami nie zmieniały się być może wcale, być może niewiele. Jak gdyby mroczny, nawilgły deszczem, ponury duch wiejski ugrzązł na zawsze po wsze czasy wśród chałup i zabudowań. Świat zmienia się, lecz nie zmieniają się pory roku, a one rządzą zastygłym w monotonnym bezczasie wiejskim życiem, o rytmie tak ospałym, że niemal nieznacznym.
Zwali go Muk, takie przezwisko nosił z dziada pradziada. We wsi ani ważny był, ani nieważny, ot – jak wszystek inni, jak każdy, był i już. I nic mu się nie przydarzało, co by nie przydarzało się innym.
Był taki włóczymorda, kupiec nie kupiec, od wsi do wsi łaził łatać garnki i dzbanki, a potem opróżniał je do dna. Zwał się Kukiel i znosił wieści najróżniejsze. Raz Mukowi przyniósł taką:
– Zapiewajło gadał, że widział na niedzielę rzecz okropną – zakopanego do pasa człowieka…
Tu Kukiel urwał i spojrzał chytrze na Muka. Ten wzruszył ramionami.
– I popił pewnie. Zwidziało mu się, a może i widział kogo, kto w kucki siedział.
– Ale na drodze to było – bronił Kukiel.
– Są tacy, co i na drodze kucają – zauważył Muk.
– Eee, Muczke, Muczke – obraził się Kukiel. – Tobie gadać, a ty swoje pomyślisz. To po co tobie gadać?
– To nie gadaj – obraził się i Muk.
Tymczasem wieść Kukiela poszła tam i nazad i wróciła zdwojona. Ktoś inny widział takie samo pół człeka i rozeszło się raz -dwa, że to upyr. A potem zima przyszła i śniegi, i upyrów więcej, gdy raz po raz kto w zaspie zbłądził i parł przez śniegi. Muk kręcił głową, uśmiechając się pod nosem: Niech gadają… Sam widział upiora z gołym zadkiem, przyciśniętego do ziemi znienacka, obwieszonego garnkami i dzbankami, które dzwoniły przy każdym stęknięciu.
A potem, jak zima minęła – minęła tak i wiosna, na czczym gadaniu i wieściach zaspanych – i lato przyszło gorące, upojne. Muk wiosną zamarudził, ale teraz zawziął się i w pocie czoła remonty w chałupie jął przeprowadzać, a zaczął od piwnicy.
Rozkładał i składał dzień cały jakieś skrzynki i pudła drewniane, aż zmierzch błękitny jak dym począł rozsnuwać się za nim, wpełzając za jego plecami przez okienko piwniczne. Spojrzał Muk na ścianę przed sobą, na której ostatnie światło wespół z cieniami malowało półmrok – i usiadł jak stał. Bo półmrok zaczął wyłazić ze ściany ludzkim kształtem. Błysnął hełm z kitą, jaki Muk widział kiedyś w kolorowej książce, błysnęła zbroja na mocnej piersi i tyle. Człowiek sunął w połowie ukryty w ziemi, lecz sunął, jak gdyby tam pod ziemią stawiał zwyczajne, miarowe, żołnierskie kroki; ciężkie w znoju, opuchłe i znużone przebytymi odległościami.
Po człowieku z mroku ściany jeszcze gorsza rzecz wynurzyła się, bo koń – i ten beznogi. A potem i wóz bez kół, którego skrzynia kołysała się ze skrzypieniem przenikliwym, a za półkoniem i półwozem kilku jeszcze podobnych temu pierwszemu – szli, minęli Muka i zniknęli w przeciwległej ścianie, jakby nigdy ich nie było, albo jakby byli – lecz dawno temu. Muk siedział jak siedział, z godzinę, dwie może, aż ciemność wypełzła zupełna i aż odważył się wyjść z piwnicy. Wkoło chałupy było ciemno i cicho i pusto. Tej nocy długo nie mógł zasnąć, ale wstał już o świcie.
Najstarszy we wsi był kowal Murgai, przygłuchy, ale tego, co sam niegdyś uchem ułowił – już nie zapomniał. Co ludziom przyszło do głowy, Murgaia się radzili, a czego on nie wiedział, znaczy, że tajemnica to była, albo nie było na to rady nijakiej. Muk, niby ot tak, przechodził koło kowala i o Kukielu i jego opowieściach wspomniał głośno. Na to Murgai rozlał z dzbana to, co miał i rzekł też wgłos, aż nazbyt mocno, by i sam siebie usłyszał:
– Chodzą to tacy i owacy starymi drogami, których już nie ma. A drogi te głęboko już leżą i głęboko prowadzą, bo i czasu wiele minęło, i wody wiele upłynęło, i ziemi wiele się usypało. A oni chodzą po swoich drogach, jak i my po swoich. Ot, tyle.
Muk nie wspomniał o swej piwnicy, tylko przyszło mu na myśl, skąd dokąd droga pod jego chałupą zaprowadziła tych, którzy dawno temu nią wędrowali.
Z końca na koniec świata, jak pajęczyna rozpostarte pośród ziemi drogi, wciąż prowadzą naprzód i wstecz, w przyszłość i w przeszłość, bo to, co trwa po nich i ponad nimi jest nietrwałe, tak, jak trwałe i niezniszczalne, wieczne i nie poddane czasowi może być tylko to, co było i to, czego jeszcze nie ma.

… na Via Apia…

Szli bardzo długo, byli bardzo zmęczeni. Spiżowe zbroje błyszczały matowo, pokryte kurzem wielu dróg, jak hełmy i żołnierskie buty, trzeszczące i szeleszczące przesypującymi się ziarnkami piasku, podobnymi czasowi. Szli długo, a koń rżał cicho, szli, a wóz kolebał się na boki i skrzypiał, szli, powłócząc noga za nogą, ale szli – bo gdzieś tam, na końcu tej jednej z nowych rzymskich dróg młodego imperium czekał na nich ktoś. I może czekał już bardzo długo, bardzo tęsknie i bardzo niecierpliwie.