Z muzycznej półki

Fenomen Wodeckiego

 

Do Janusza Gajosa przylgnął Janek Kos, a do Stanisława Mikulskiego – kapitan Hans Kloss. Do Andrzeja Kopiczyńskiego przykleił się Czterdziestolatek, a do Daniela Olbrychskiego – Kmicic. Gdy spojrzeć na artystyczne życie wielu gwiazd rodzimych scen, to często zdarza się tak, że szczęście i sukces może się zamienić w nieszczęście i porażkę. Przez jedną nawet rolę czy piosenkę.

Na krakowskim poletku estradowym takie szczęście w nieszczęściu dotknęło Zbigniewa Wodeckiego. U progu kariery użądliła go pszczółka Maja. A że pszczółkę, zwaną Mają, wszyscy znają i kochają, miłość ta dotknęła także Wodeckiego, którego z nieszczęsną pszczółką kolejne pokolenia kojarzą we wszystkich polskich, nomen – omen, chałupach.

Czy artyści dotknięci takimi objawami sławy mogą się rozwijać, zaskakiwać nowym, innym obliczem? Wydawałoby się, że nie. No, chyba, że się jest naprawdę artystą wybitnym. Udało się więc Gajosowi i Olbrychskiemu odczepić od Janka i Kmicica, a już nie udało Mikulskiemu, Kopiczyńskiemu, którzy utkwili w kostiumach popularnych bohaterów.

A nasz krakowski Wodecki? A Wodecki dzielnie walczy. Obserwuję tę jego walkę od lat, podziwiając konsekwencję artysty w jakże trudnym dziele zmiany wizerunku. Mógłby przecież spocząć na laurach. Na szczęście, tak nie zrobił, gdyż największą w jego życiu porażką byłoby nie ujawnienie kolejnym pokoleniom wszystkich swoich artystycznych talentów i możliwości. A jest co pokazać. Wodecki przecież to artysta wszechstronnie muzycznie wykształcony od lat najmłodszych, to wokalista, trębacz, kompozytor, konferansjer, autor, tancerz, by wymienić niektóre tylko z artystycznych ról. A przede wszystkim – to prawdziwy intelektualista kultury i życia społecznego. Wiele jego mądrych myśli o sobie samym, udało się przemycić w znakomitym wywiadzie – rzece, autorstwa Wacka Krupińskiego, wydanym przed trzema laty. Ujawnia on fascynujące i warte upowszechnienia oblicza Zbigniewa Wodeckiego. Artysty w istocie bardzo poważnego, który potrafi z dystansu rzetelnie oceniać otaczający go świat sztuki, muzyki, polityki.

Niestety, ale powszechnie mniej wiadomo o tym, że wśród młodych muzyków Wodecki uchodzi dziś za artystę kultowego. Doceniają oni szczególnie jego debiutancki album, z 1976 roku, zatytułowany „Zbigniew Wodecki”. Pod zwyczajnym tytułem kryje się nadzwyczajna, nie tylko na tamte czasy, muzyka. Pełna rockowo – jazzowej awangardy, melodii, unikatowych rozwiązań aranżacyjno – melodycznych. Ranga tego wydawnictwa okazała się na tyle znacząca i ponadczasowa, że w ubiegłym roku Zbigniew Wodecki był gościem specjalnym najważniejszego dla młodej muzyki alternatywnej „Off” Festiwalu w Katowicach. Zaśpiewał tam i zagrał na wielu instrumentach (wraz z awangardowymi młodziakami z grupy „Mitch and Mitch”) tak znakomicie, że długo trzeba było czekać na koniec owacji. Nie tylko podczas tego koncertu ( a Wodecki gra ich wiele) okazało się, że naprawdę dobra i znacząca muza – znajdzie szacunek i uznanie w każdych czasach, intrygując kolejne pokolenia.

Wodecki zbliża się wprawdzie do wieku emerytalnego, nie dostrzegam jednak, by zamierzał zwolnić tempo. W jednym z ostatnich wywiadów wyznał m.in., że jest artystą nadzwyczaj pracowitym (jak pszczółka) i na tyle życzliwym innym, że gdy go o coś proszą, to na scenie, czy płycie – wspomoże ich swoim talentem. I zdradza, że nie wstydzi się tej „pszczółki”, która tak go użądliła w Chałupach. Pracowitość i liczne talenty sprawiły, że udanie zwalcza wizerunek Pana od Pszczółki.

Słuchajcie więc w muzyce, słowie, różnych artystycznych formach – tego wszystkiego, co ma wam do zaprezentowania Zbigniew Wodecki. To artysta z najwyższej, muzycznej półki.

 

Dariusz Łanocha