Tomasz Morawski UCIEKINIER (fragment powieści)

Tomasz Morawski

UCIEKINIER

(fragment powieści)

Dżungla.

Misahualli. Mały pokoik w domu przewodnika. Z osobnym wejściem. Czysty, ale duszny. Wolę już hamak rozwieszony na werandzie. Choć po pierwszych nocach w hamaku mam wrażenie, że jestem serdelkiem. Ale do wszystkiego się można przyzwyczaić. I do hamaka, i do dżungli.

Wycieczki zaczynają się robić monotonne. Dużo powtarzających się miejsc. Hotel Anaconda staje się drugim domem. Teraz ja robię sztuczki z servataną, choć wolę, żeby to robił przewodnik. Żeby się nie zbłaźnić.

Pytania są rutynowe. Choć czasami znajdzie się taki, co przeczytał wszystko o ptaszkach i roślinkach, wie, kiedy koliberki mają gazy, i zna wszystkie nazwy po łacinie. Takiego należy unikać.

Uczę się, jak gotować na ognisku, jak rozpalać ogień. Choć widać, że raczkuję. Ale uczę się też opanowywać niewygodne sytuacje.

Siedzi w łódce taki, co wszystko wie, rzuca łacińskimi nazwami na kwiaty i motyle, przejechał pół świata, żeby zobaczyć żuczka, co ma jedną nogę dłuższą niż inne żuczki, i pyta:

– Gdzie ten żuczek?

A ja nie wiem. Ale nie wolno mi nie wiedzieć. Przecież jestem przewodnikiem. A jak żuczka nie ma, to facet będzie się awanturował, że chce zwrotu kasy.

Zadaje pytanie, a ja zastygam i szepczę:

– Proszę o ciszę! Tu mogą być piranie!

Piranii nie ma, bo nurt wartki, rzeka szeroka jak Wisła pod Krakowem. A w łódce nie siedzą sami miłośnicy żuczka. Siedzą i inni. Co chcą piranii, a nie żuczków. Więc szepczę:

– Są piranie, ale proszę nic nie mówić i nie wkładać rąk do wody. Bo palce…

Turyści zbijają się w kupkę, nikt nic nie mówi, tylko grzecznie siedzą.

A jak ten, co chciał żuczka, po pół godzinie się odezwie, to wszyscy wrzeszczą, że to on jest winien, że nie widzieli piranii. Choć pirania to ryba, siedzi w wodzie, i tak jej nie widać, chyba że już kogoś je.

Lepiej działa chwyt z kajmanami.

– Kajmany boją się głosu (nieprawda). Jak będziecie gadać, to nic nie zobaczycie.

No to siedzą cicho. Tak dobrą godzinę. A ja siedzę na dziobie, mam T-shirt firmy, kask tropikalny i palę papierosa.

Od razu widać, że przewodnik!

Jak to za długo trwa, to trzeba coś zrobić, bo nudno.

Więc zwalniam kanoe i pokazuję jakieś wysokie drzewo.

Wiatr rusza gałęziami, bo tam się zawsze coś rusza.

A ja dramatycznie szepczę:

– Widzicie, małpy!

– Gdzie, gdzie?

– No tam, na gałęziach. Są wysoko, więc dobrze ich nie widać. Ale są.

Po dziesięciu minutach wpatrywania się w drzewo ponad połowa stwierdza, że widziała małpy. Wystarczy, żeby pierwszy zobaczył, to potem już wszyscy albo prawie wszyscy widzieli. A ten, co przyznał, że nie zobaczył, siedzi smutny. Zapłacił te same pieniądze i inni widzieli, a on nie. To niesprawiedliwe!

Nie można tych chwytów za często powtarzać, żeby nie dostać w uśmiech. Ale jak człowiek ma tropikalny hełm, to trzeba mu wierzyć. Przewodnik.

Następnym chwytem jest wymyślanie nazw drzew i kwiatów. Ja ledwo mówię po hiszpańsku, po polsku znam tylko bez, bratki i nasturcje, więc skąd mam wiedzieć, jak się po angielsku nazywa jakakolwiek roślina?

Ale muszę wiedzieć.

Więc przewodnik, ten prawdziwy, mówi: „To drzewo jest coś tam”. A ja powtarzam tę samą nazwę i mówię, że to w narzeczu lokalnych Indian. A jak po naszemu, nie wiem. Bo ja też jestem taki pół-Indianin. A może niesklasyfikowane?

Żal tylko, że nie można się głośno śmiać. Ani z nikim podzielić się zabawą. Więc śmieję się w środku. A na zewnątrz kamienna twarz. Twarz przewodnika.

Nie wszystko jednak jest zupełną ściemą. Powoli uczę się tych samych powtarzanych nazw, a jak ktoś głośno krzyczy nazwę po angielsku, to też się uczę.

A przede wszystkim uczę się pokory.

Robiłem w życiu już prawie wszystko. Ale to było tak na chwilę. Taki wakacyjny żart.

No i co będzie, jak zostanę na całe życie dżunglowym oszustem!?

Żebym przynajmniej miał mięśnie, muskuły, wzrost i w ogóle rozmiary.

A tu człowiek taki przeciętny! Taki paniczyk z Krakowa! Tylko że do Krakowa daleko.

Jazdy nie są takie same. Przeważnie kończy się na hoteliku bez światła, gdzie w tropikalną, ciemną noc pokazuje się ludziom żabki i różne robactwo. Gryzą ich komary, więc się skarżą. Nietoperze doprowadzają do skraju histerii. Gadziny wielkiej nie ma, bo to nie safari w Kenii, a ta, co jest, ucieka przed człowiekiem, jak tylko może. Nawet żmija ucieka. Chyba że się jej stanie na ogonie. Wtedy nie ucieka, bo nie może. I gryzie.

Trudno jest powiedzieć, jakie narody są najtrudniejsze. Nie da się tego generalizować.

Niemcy kłócą się o szmal, Amerykanie chcą jak najwięcej zobaczyć, a Francuzi gadają cały czas o jedzeniu. Skandynawowie są oszczędni, ale uczciwi. Jak jeden kupi butelkę wody mineralnej i da łyka drugiemu, to ten, co wziął łyka, leci ze szmalem, żeby mu wartość proporcjonalną łyka oddać. Skandynawowie są na pewno najlepiej przygotowani. Mają latarki, płyn na moskity, nóż. To, co trzeba. Ale już nie mają dwóch latarek. Tak dla innego. I pożyczają niechętnie. Bo każdy powinien przywieźć i nosić z sobą to, czego potrzebuje.

I ludzie we wszystkich narodach są różni. Są tacy i siacy.

Do Indian chodzimy rzadko. To droższe, cięższe fizycznie, zajmuje więcej czasu.

Przychodzą czasem do wioski, żeby kupić sól, sztuczny sok Yupi. To taki proszek, który po zmieszaniu z wodą smakuje jak stary polski krahel. Przynoszą różne swoje wyroby.

Ale mają ich mało. Lance ozdobione piórkami ptaków, korony na głowę zrobione ze skóry tukana, shigry, czyli plecione torby, hamaki plecione tak samo jak torby. No i servatany. Dmuchawki, które usiłują wcisnąć turystom. Ale kto kupi coś, co ma trzy metry długości. Żadna linia lotnicza czegoś takiego nie weźmie. Nie to, że broń, bo chyba trudno wyobrazić sobie kogoś, kto usiłuje porwać samolot, strzelając z dmuchawki do stewardesy, ale po prostu za długie. No i servatany stają się coraz krótsze. Na początku stare idą na pół, a potem robi się nowe, już takie półtorametrowe. Jest też wersja dla dzieci. Całe osiemdziesiąt centymetrów. Tylko nie robią dla niemowlaków!

Aż się serce kraje, jak oddają te swoje wyroby za nic. Ale muszą kupić sól.

Już prawie nikt nie rozpala ognia dwoma patyczkami. Starzy ludzie potrafią. Ale to za długo, za skomplikowane. Lepiej kupić zapałki. Tylko trzeba uważać, żeby nie zamokły.

Zawsze pojawiają się całymi grupkami. Z rodzinami, dziećmi. I są jak dzieci.

Nieśmiali, ale jak nabiorą zaufania, to będą grzebać w moich rzeczach, zabiorą, co będą chcieć i nie bardzo można protestować. Ich zmiany nastrojów są trudne do przewidzenia i lepiej nie obracać się plecami. Bo to dzieci z lancami.

Żaden z nas nie ma najmniejszej szansy, żeby w dżungli dotrzymać im kroku.

Po dżungli chodzą na ugiętych nogach, nie prostując do końca kolan, kiedy przechodzą przez pnie. Są niscy, krępi, kwadratowi. I dla nas brzydcy. Ale my dla nich też nie jesteśmy za ładni.

Śmieją się przez cały czas i w dżungli patrzą na nas jak na takich niezupełnie rozwiniętych. Już bym im pokazał w Krakowie!

Różne są atrakcje dla turysty. Przede wszystkim trzeba oczyścić mu duszę, więc prowadzi się go do szamana. Szaman czasami jest prawdziwy, a czasami turystyczny.

Prawdziwy powinien być nawalony takim narkotykiem, co nazywa się ahuayasca.

Trzeba pościć przez trzy dni, bo jak się nie pości, to się okropnie wymiotuje. A jak się pości, to przychodzą przodkowie szamana, którzy pomagają czyścić duszę delikwenta, i na dodatek mogą pokazać, kto, gdzie, komu i co ukradł, albo kogo zabił.

Piłem to parę razy, ale przodków nie widziałem. Nie pościłem.

A taka turystyczna jest inna.

Sadzają delikwenta na stołku, najlepiej gołego, szaman ma przygotowane akcesoria, które wiadomo – czyszczą duszę. Musi być butelka mocnego alkoholu, najlepiej takiego z trzciny cukrowej, paczka papierosów, kurze jajko, woda kolońska 717 (taka niemiecka była w Polsce z NRD) i jakieś gałązki. O gałązki najłatwiej.

A reszta, wiadomo – zdrowotne.

Przed nosem szamana są kamienie, takie czarne, specjalne. Może też być obrazek Matki Boskiej, ale jak przychodzą protestanci, to zdejmują. No i musi być świeczka. Świeczka ma niby być życiem czyszczonego.

I szaman wyje:

– W imię moich przodków, w imię natury, w imię Matki Ziemi, w imię Matki Boskiej (opcjonalne) czyszczę ci duszę. Precz wszystkie choroby. Precz złe duchy.

Opluwa pacjenta alkoholem, potem okadza go papierosami (przeważnie marlboro, ale jak nie ma, to mogą być i inne), a potem opluwa go wodą kolońską i okłada gałęziami.

Tak po głowie, plecach, brzuchu, goliźnie, udach i gdzie popadnie.

A jak mu się znudzi, to pociąga drugi łyk i powtarza operację. Jak już się bardzo znudzi, to każe delikwentowi wstać i jeździ po nim kurzym jajkiem. Jeździ po całym delikwencie.

Potem mówi, że całe choroby przeszły z pacjenta na jajko. I jeżeli jajko będzie czarne, to pacjent zawdzięcza mu życie. Raz tylko na własne oczy widziałem czarne jajko. I dostałem gęsiej skórki. I widziałem też, jak nawalony ayahuascą szaman, któremu kazano szukać zabójcy kogoś tam, twierdził, że zamienił się w jaguara i nie tylko odkrył zabójcę, ale na dodatek powiedział, gdzie jest ukradziony łup. I była to prawda.

Ja też to piłem, ale moje sensacje były inne. Nie pościłem.

I taki był początek. Zakochałem się. Zakochałem się w dżungli. Do tej pory do niej jeżdżę. Zawiozłem tam mnóstwo ludzi. Ale już nie takich, którym opowiadałem niestworzone historie. Zawiozłem przyjaciół. Kumpli.

Podczas jednej z takich wypraw jednemu z facetów wlazła ta rybka, co zatyka. Zrobił się żółty. A my przynajmniej trzy dni od najbliższego szpitala. I cóż było robić. Nóż opalony na ognisku i wódka. Dla pacjenta i dla mnie. Rybka wypłynęła z krwią.

Zawsze trzeba jeździć z wódką.

Pytałem lekarza, czy jest jakiś mniej drastyczny sposób.

– Tak. Mogłeś przebić mu pęcherz.

Kiedy piszę te słowa, to przygotowuję wyprawę do takich Indian, do których nawet teraz, trzydzieści lat później, mało ludzi jeździ. I znowu będzie to samo. Jak się tam jest, to człowiek zadaje sobie pytanie, po co tu przyjechał?

Toalety nie ma, wszytko gryzie, jedzenie wstrętne, kości połamane od niewygodnego spania, cale ciało pogryzione przez komary. Pod każdym krzaczkiem coś czyha, żeby świsnąć. A potem jest radość.

Jak dojeżdża się do pierwszego kiosku z zimnym piwem, jak można pójść do toalety, wziąć prysznic. Położyć się na łóżku.

Wtedy się to docenia.

A potem się wraca. Do dżungli.

Tak już jest. (…)