SOBOTA

Janusz Mika

SOBOTA

Zaskoczony patrzył, to na młodą ekspedientkę w nieskazitelnie białym kitlu, to na kilka starszych kobiet, stojących tuż za nim w kolejce do stoiska mięsno-wędliniarskiego. To, co wydarzyło się przed chwilą nie mogło mu się pomieścić w głowie. Nie mogło tak dalece, że zaniemówił. Stał z otwartymi ustami i wodził wzrokiem między ekspedientką a ustawionymi w ogonku klientkami.

– Głuchy jesteś?! – pani Mariolka trzymając się pod boki, patrzyła mu w oczy z nieskrywaną nienawiścią. – Wypad! Ale już! Nic ci nie sprzedam!

Szmer akceptacji wśród kolejkowiczek z wolna przerodził się w nieśmiałe z początku, wyraźniejsze i wreszcie głośne oklaski. Stojąca na końcu staruszka przeraźliwie gwizdnęła na palcach.

Z zaplecza wyszedł dobrze zbudowany, ogolony na łyso osiłek z pałką bejsbolową w ręku. Uderzając nią rytmicznie o odziane w czerwony dres muskularne udo, wolno zbliżał się do lady dzielącej stoisko od części sklepowej.

Roman spanikował. Wykonał szybki zwrot w tył i wybiegł ze sklepu na zalaną sierpniowym słońcem ulicę. Nie rozumiał co się dzieje. Przecież kupował tu kiełbasę i szynkę od kilku lat. Nigdy nie spotkała go w tym sklepie najdrobniejsza przykrość. Zaprzyjaźnione ekspedientki wybierały dla niego co lepsze kawałki schabu, doradzały ze znawstwem, którą wędlinę warto dziś kupić, a kiedy raz zostawił na ladzie portfel z pieniędzmi, młody ochroniarz dogonił go na ulicy i wręczył z uśmiechem zgubę.

Chodnikiem od strony skrzyżowania zbliżał się Marcel, stary kumpel, jeszcze ze szkoły. Roman przywołał go gestem dłoni.

– Słuchaj, nie uwierzysz, co mi się przed chwilą zdarzyło! – wymachując z ekspresją rękoma, opowiedział koledze całą historię.

– I co ty na to? – zakończył pytaniem.

Marcel, wyższy o głowę od Romana, zmrużył jasnoniebieskie, nieco wyłupiaste oczy. Uśmiechnął się pod nosem.

– Cóż, widocznie poznali się na tobie. Dla mnie zawsze byłeś zwykłym gnojem, Roman. Nie mówiłem ci tego, bo było mi cię żal, ale uważałem cię i nadal uważam za wyjątkowego kutasa. Widocznie inni też poznali się na tobie… – odwrócił się, przeszedł na drugą stronę ulicy, po czym z wyraźną satysfakcją wyciągnął w stronę Romana środkowy palec prawej dłoni.

– Jeszcze tu jesteś, palancie obrzygany? Spieprzaj w podskokach, bo wyjdę do ciebie! – ochroniarz wychylił się ze sklepowego okna. Dwie wychodzące z pełnymi zakupów torbami emerytki popatrzyły na Romana z dezaprobatą. Wyższa szepnęła coś do ucha tej drugiej i obie zaniosły się chrapliwym, starczym śmiechem.

Roman oddalił się szybko, skręcił za róg i zatrzymał się ciężko dysząc. Co jest?! To jakiś żart? Spisek? A może chodzi o zakład? – myśli krążyły mu w głowie jak wolne elektrony.

Zza firanki ukazała się siwa głowa pani Basi. Usłyszał odgłos otwieranego okna. Otyła rencistka podeszła do parapetu i krzyknęła w stronę Romana:

– Czego tu sterczysz, dupku? Kombinujesz jak mnie okraść! Dzwonię na policję! – kołysząc się niezdarnie na boki udała się w głąb mieszkania, a Roman znienacka wylądował na chodniku. To sąsiad, pan Kazimierz, wjechał w niego swym nowym oplem. Siedząc za kierownicą zaśmiewał się teraz do rozpuku.

Roman wstał rozcierając pośladki. Pan Kazio spuścił szybę w aucie:

– Jeszcze się gapi, menda! Nie umiesz chodzić, francowaty dziadu?!

Roman puścił się biegiem w stronę domu. Dopadł klatki schodowej i gorączkowo szukał klucza. Drżącymi dłońmi włożył go w zamek, otworzył drzwi i z ulgą oparł się o ścianę.

Z mieszkania na parterze – pogwizdując pod nosem wesoły motyw – wyszedł pan Wojtek. Niebieska koszulka polo, krótkie, także błękitne spodenki, na nogach trampki i przewieszony przez ramię futerał z tenisową rakietą.

– Moje uszanowanie, panie Romeczku! Piękny dzień mamy dzisiaj! Warto ruszyć się gdzieś za miasto. Umówiłem się z kolegą na partyjkę tenisa, a potem jedziemy na grilla – wyrecytował jednym tchem i uśmiechnął się szeroko.

Roman stał nieruchomo. Zacisnął pięści, podniósł brew i patrząc panu Wojtkowi prosto w oczy, wycedził przez zęby:

– Gówno mnie obchodzi twój tenis. Tenis-penis! Spieprzaj, gnoju, bo jak ci przefasonuję w tę głupią gębę, to cię nawet rodzona matka nie pozna!

Wrzesień 2013

 

Janusz Mika – krakowianin urodzony w Tarnowie. Publikował m.in. w Dzienniku Polskim, Czasie Krakowskim, Kurierze Tatrzańskim; także w: Tygodniku Powszechnym, Przekroju, wrocławskim kwartalniku Rita Baum i berlińskim Zeit-Sprung. Przeprowadził setki wywiadów, m.in. z historykiem prof. Normanem Daviesem, o. Raniero Cantalamessą – kaznodzieją papieża Benedykta XVI, czy legendą polskiego kina – Barbarą Krafftówną.

Od wielu lat redaktor krowoderskich Wiadomości Lokalnych. W 2002 wydał w formie książki cykl rozmów pod wspólnym tytułem „Obszary pokolenia”. W 2011 jego opowiadanie „Heringsroman” zwyciężyło w konkursie warszawskiego miesięcznika literackiego Bluszcz. W tym samym roku napisał scenariusz do przedstawienia „Grudniowa noc. Trzy dekady wstecz”. W 2013 ukazała się Jego kryminalna powieść „Limeryki zbrodni” ( Wydawnictwo editio). W latach 1983-84 występował w punkowym zespole Wee Wees; w okresie 1985-2002 lider rock`n`rollowej formacji Genezyp Kapen.