Podróże dalekie i bliskie

Barcelona – w poszukiwaniu wiosny.

Piękną mamy wiosnę tej zimy! Niestety w ubiegłym roku przyszło nam spłacić z nawiązką obecne „upały”, więc zmęczeni długotrwałą polską zimą, nie mogąc doczekać się już pierwszych promieni słońca oraz dodatniej temperatury, ruszyliśmy do stolicy Katalonii – miejsca, gdzie słońca i ciepła nigdy nie brakuje. Droga do Barcelony wiodła przez Gironę, urocze średniowieczne miasteczko, które dzięki tanim połączeniom lotniczym stało się częstym punktem przesiadkowym dla odwiedzających popularniejszą sąsiadkę.

Stolica Katalonii zaskoczyła nas z jednej strony swoim rozmachem oraz kosmopolityzmem – po szerokich bulwarach miejskich we wszystkich kierunkach przelewał się wielobarwny tłum ludzi z różnych części świata, a z drugiej szczególnie mocnym akcentowaniem swojej inności i odrębności od Hiszpanii, co potęgowały wiszące praktycznie na każdym budynku żółto-czerwone flagi Katalonii. Wszak coraz mocniejsze i liczniejsze są głosy opowiadające się za niezawisłością regionu i oddzieleniem od Hiszpanii.

Dzisiejsza Barcelona to metropolia na skalę światową, zamieszkana przez wieloetniczną społeczność. Dokładnie odzwierciedlała to dzielnica, w której zamieszkaliśmy – Rambla del Raval, położona blisko centrum, po sąsiedzku ze słynną promenadą La Rambla. Zamieszkana jest ona w dużej mierze przez przybyszów z Afryki północnej oraz Azji, a lokalne sklepiki i restauracje, gdzie najczęściej się stołowaliśmy, niejednokrotnie sprawiają wrażenie jakby dokładnie przeniesionych z ulic Marrakeszu czy Dehli.

Pieszą wędrówkę po Barcelonie rozpoczęliśmy od jej najsłynniejszej promenady – Rambli, jednak zniechęceni napierającymi tłumami turystów czym prędzej zboczyliśmy w jedną z wąskich uliczek, opisanych w przewodnikach jako szlak po najstarszej części miasta, tzw. Bari Ghotic. Trasa prowadzi wzdłuż zabytkowych kamienic i placów, nie omijając również znanej z powieści Zafona katedry Santa Maria Del Mar.

W sercu Katalonii jedną z największych atrakcji, wyniesioną nawet do symbolu miasta jest … najstarszy plac budowy Europy:) – czyli zaprojektowana przez Gaudiego słynna Sagrada Famillia, budowana już bagatela…130 lat. Pomimo tłumów oblegających „plac budowy” poszliśmy, bo to symbol, wizytówka miasta itp. Nie mieliśmy jakiś wielkich oczekiwań, widok to znany, więc wiedzieliśmy czego się spodziewać. Jednak po wejściu do środka opadły nam przysłowiowe szczęki, zresztą nie ten jeden raz. Drugi raz zbieraliśmy je z posadzki po wyjeździe na wieżę. Przed wejściem dziwiliśmy się zapisom w przewodniku, proponującym przeznaczenie 3 godzin na zwiedzanie Sagrady. Ostatecznie sami wyszliśmy po ponad dwóch – i to tylko dlatego, że już zamykali.

Po całodniowych trudach zwiedzania miasta najlepiej zregenerować się na plaży, więc ochoczo podążyliśmy nad morze.Po drodze wielokrotnie mijaliśmy ulicznych artystów, grających różnorodną muzykę. Barcelona bowiem i z tego słynie, że miasto praktycznie nigdy nie zasypia. Na każdym kroku ludzie tańczą i bawią się, nie tylko w knajpkach panuje luźna, zabawowa atmosfera. Ale to już historia na całkiem inną, znacznie dłuższą, opowieść…

Tekst & zdjęcia:

Katarzyna i Rafał Siudowscy