Moje Safari

 

Moje Safari

Wbrew pozorom, żywot Waszego felietonisty wcale nie jest usłany różami. Oprócz miłych recenzji mojej twórczości, zdarzają się także niemiłe telefony z pretensjami. Taki wykonał do mnie Nadredaktor Marek Górka. Był stanowczy. – Felietonisto! Termin dawno minął, gazeta idzie do druku, a gdzie Wasz felieton?! Dawać mi tu natychmiast, bo…! – straszył do słuchawki.

Więc natychmiast siadam i piszę. Ale jak tu pisać, kiedy w głowie tylko Pustki. Dosłownie i w przenośni – władzę w mojej muzycznej świadomości przejęła polska grupa o takiej właśnie nazwie. Wcześniej, gdzieś ją słyszałem, nie traktując jednak poważnie. Ot, kolejny zespół, jakich wiele w rodzimych garażach. Wtórny i mało oryginalny w prezentowanym repertuarze. A tu proszę, taka niespodzianka. Po ponad 10 latach istnienia, Pustki prezentują światu album „Safari”. I muzyczny świat już się cieszy, czego dowodem są entuzjastyczne recenzje i wypełnione sale koncertowe. Jakimiż to atrakcjami Pustki wypełniły nasze uszy?

Przede wszystkim siłą artystycznego przekazu, która tkwi w pięknie, skromności, mądrości i autentyczności. Grupa zaoferowała słuchaczom zestaw zróżnicowanych kompozycji. Ich Safari to muzyczna podróż w towarzystwie skocznych przebojów (ale nie przeboików!), takich jak: „ „Wyjeżdżam”, czy „Rudy Łysek”, refleksyjnych ballad (tytułowe „Safari”), garażowego rocka, folkowych inspiracji i rzadko spotykanych w rodzimej muzyce kombinacji aranżacyjnych. A wszystko to wyprodukowane na naprawdę światowym poziomie! Było to możliwe dzięki udziałowi w całym projekcie trzech renomowanych brytyjskich producentów, którzy w swoich londyńskich studiach pomysły polskiej grupy nowocześnie zmiksowali. Można było skorzystać z tych kosztowniejszych usług, gdyż w wydaniu tej płyty zespół sięgnął po tzw. „crowdfunding” (środki na ten cel zostały pozyskane poprzez internetowe datki od fanów, którzy zdecydowali się wesprzeć grupę w ich pomysłach). W zamian za to, fani na bieżąco informowani byli o pracy nad płytą i mieli dostęp do unikatowych pierwowzorów.

Teraz, słuchając „Safari” mogą być dumni z tego, że ich zaufanie w możliwości – zdawałoby się tej niszowej kapeli – nie zostało nadwyrężone. Polskie trio, z pomocą angielskich producentów, oferuje nam bowiem album z pięknymi tekstami Basi Wrońskiej i muzyką Radka Łukasiewicza.

Podniesiony rodzimą twórczością, postanowiłem wznieść się jeszcze wyżej. Ku temu świetną okazją był pierwszy w naszym kraju występ mistrzów–weteranów z King Crimson. Przyjechali do klubu Studio, by pod szyldem The Crimson ProjeKCt zaprezentować utwory legendy w nowym, absolutnie perfekcyjnym i unikatowym opakowaniu. Bo wyobraźcie sobie, jak musi brzmieć grupa, w której słychać jednocześnie: 2 perkusje, 2 gitary, 2 basy, a każdy z występujących muzyków jest gwiazdą klasy światowej w grze na tym instrumencie. Taka grupa brzmi potężnie, niczym orkiestra symfoniczna. The Crimson Projeckt zagrał największe z największych kompozycji King Crimson, ku radości fanów, wiernych tej muzyce od ponad czterech dziesięcioleci, co nietrudno było poznać po ich siwych włosach i nieco zmarszczonych twarzach.

Moje przedwiosenne muzyczne Safari było więc całkiem udane. Nadredaktor Górka także powinien być zadowolony. Pustkę na łamach gazety, przekornie, wypełniłem mu Pustkami, z pomocą zagranicznych przyjaciół.

Dariusz Łanocha