Katarzyna & Rafał Siudowscy – Wiedeń od kuchni

Ostatnio trochę narzekaliśmy. Wszak w tym roku nie udało nam się jeszcze nigdzie wyjechać. Nie było też  żadnych ciekawych promocji na bilety lotnicze. Na szczęście niedługo to trwało 🙂 Kalendarz powoli się wypełnia. Skoro nie samolotem, można skorzystać z autobusu. Na początek dzięki sympatycznemu nieznajomemu wybraliśmy się na chwilę do Wiednia. Weekend zapowiadał się męcząco, ale cóż, sami chcieliśmy. Niegdysiejsza stolica Austro-Węgier kojarzona jest najczęściej z pięknymi pałacami, ze słynną Operą, rezydencją monarchów w Schonbrunn czy też z kolekcjami wspaniałego malarstwa. Miasto to ma jednak różne oblicza i tym razem potraktowaliśmy wycieczkę jako remedium na kulinarną tęsknotę za… Azją 😉 Jako usprawiedliwienie mieliśmy planowaną podczas wieczornego deszczu wizytę w operze. Nie wiemy czy Jan III Sobieski przewraca się w grobie, ale turecko – azjatyckie akcenty widoczne są w Wiedniu na każdym kroku: czy to w postaci sklepików i stoisk z artykułami spożywczymi i przyprawami charakterystycznymi dla danej kuchni, czy też restauracji i budek oferujących już gotowe specjały. Najbardziej widoczne są chyba w okolicy naszego ulubionego Naschmarktu, który dla nas osobiście jest prawdopodobnie jednym z najciekawszych stałych targów “żywieniowych”. Czego tam nie ma… Poza oczywiście tradycyjnym sznyclem wiedeńskim z sałatką ziemniaczaną, mijamy knajpki z różnego rodzaju sushi czy owocami morza, przeróżne sery, antypasty, przekąski. Dania indyjskie, wietnamskie i chińskie. Warzywa, wina, przyprawy. Hummus na wszelkie możliwe sposoby oraz dostępne w każdej budce falafle… Długo by tak wymieniać. Naschmarkt pełni również funkcję pchlego targu i w każdą sobotę zmienia się w bazar podobny nieco do naszego pod Halą Targową, z tym, że jest on znacznie większy i chyba lepiej zorganizowany. Wśród licznych kramów możemy znaleźć takie sprzedające odzież i buty z drugiej ręki, starocie (monety, zdjęcia, przedmioty użytku codziennego), a nawet rurki, zawory i krany. Najwięcej osób jednak „poluje” na okazje na stoiskach ze starociami, gdzie często w symbolicznej cenie 1 euro można znaleźć „prawdziwe skarby”. My zadowalamy się ładną karafką na oliwę oraz porcelanowym pojemnikiem na przyprawy. Spacerując po mieście praktycznie na każdej ulicy mijamy tradycyjne budki z kiełbaskami i piwem, które po zmroku gromadzą sporą klientelę, spragnioną zimnego Gossera. Będąc w Wiedniu nie zapominamy także o słynnych deserach i zasiadamy w jednej z kawiarni, zamawiając sernik oraz strudel jabłkowy. Fakt, iż obydwa mają w swojej nazwie „wiedeński”, dodatkowo zobowiązuje. Nie mylimy się, ciasta są pyszne. Dzień kończymy wizytą w tureckiej piekarni u pana Gulla, do niedawna jedynej w Wiedniu czynnej 24 godziny na dobę. Kupujemy prowiant na drogę powrotną do Krakowa: wspaniały, lekko słony turecki ser, pieczywo ziołowe, tradycyjnie ayran oraz wyborną baklawę. W Wiedniu mieliśmy także możliwość uzupełnić przyprawy indyjskie i jako „pamiątkę z wycieczki” przywozimy sproszkowany imbir, garam masalę, pasty curry do dań tajskich oraz indyjski palak paneer. A co z operą? No tak, ostatecznie nie poszliśmy. Zapowiadany na wieczór deszcz się opóźnił… 😉

Tekst i zdjęcia:

Katarzyna & Rafał Siudowscy