Janusz M. Paluch – Gdzie Słońce nie mówi dobranoc…

Wstyd się przyznać, ale daleka i zimna Północ kojarzyła mi się dotychczas przede wszystkim z książką Aliny i Czesława Centkiewiczów zatytułowaną „Odarpi syn Egigwy”. Akcja książki, do której czuję sentyment choćby dlatego, że otrzymałem ją jako nagrodę – jeszcze w szkole podstawowej – za dobre wyniki nauczania, toczy się na Grenlandii, za kołem podbiegunowym, w ekstremalnych dla nas warunkach klimatycznych. Oczywiście były też inne książki opisujące wyprawy na Biegun Północny, dramaty i tragedie podróżników prowadzących swoisty wyścig o to, kto pierwszy stanie „na czubku” kuli ziemskiej. Pamiętam też książkę Jacka Londona „Zew krwi”, akcja której toczy się na Allasce… Czy dzisiaj zdobyłyby popularność wśród młodzieży, w czasach, kiedy na Antarktydę czy Spitsbergen można udać się w grupie turystów poszukujących ekstremalnych wrażeń?

Nie będę też ukrywał, że jeszcze kilka dni temu rejony Europy Północnej klasyfikowałem jako krainę o nazwie Laponia. Teraz, po lekturze jakże interesującej książki Anny Nacher i Marka Styczyńskiego „Vaggi Varri. W tundrze Samów”, będzie to już kraina Saamów. Okazało się, że tak naprawdę niewiele wiedziałem o tej krainie! Ale po przeczytaniu kilkuste stron książki i obejrzeniu kilkudziesięciu fotoggrafii, Samowie nadal pozstali dla mnie nomadycznym ludem otoczonym aurą tajemnicy i egzotyki. Samowie mieszkają na północnych obszarach Norwegii, Szwecji, Finlandii i Rosji. Czują wspólnotę narodową, choć nie wytworzyły się u nich – jak dotąd – przesłanki świadomości państwowotwórczej.   Wprawdzie posiadają swój Parlament, ale celem jego istnienia i działalności jest zachowanie tożsamości narodowej i transgranicznej możliwości wypasania stad reniferów. Z tym problemem Saamowie borykają się od XIX w., jest szczególnie dotkliwy dla ich życia, a w przeszłości, kiedy nie można było przeprowadzać reniferów na pastwiska leżące poza granicami kraju, był bardzo bolesny. Ten problem do dzisiaj nie do końca został rozwiązany. Autorzy książki twierdzą wręcz, że  „kolejna odsłona trwającego od stuleci konfliktu między biurokratycznym państwem narodowym i osiadłym, ustabilizowanym  stylem życia w jego ramach , a na poły nomadyczną i silnie uzależnioną od naturalnych warunków tradycyjną formą gospodarki rozegrała się już współcześnie , dosłownie kilka lat temu. (…) W pierwszych latach XXI w.  przeważyły ostatecznie interesy i poglądy administracji szwedzkiego państwa, a głosy samskich pasterzy reniferów  (…) zostały ponownie zlekceważone. Było to kolejne ogniwo całego łańcucha celowej dyskryminacji (…), lekceważenia, zaniedbań i niechlubnych polityk, którym podlegali Samowie ze strony administracji rządowych, strategii edukacyjnych zorientowanych na zatrzymanie w swoistym getcie lub na przymusową asymilację.”

Tematem książki nie jest jednak problematyka historyczna. To tylko ledwie zarysowane wątki historyczne, antropologiczne czy polityczne, czekające na swych autorów. W książce nader eksponowany jest narodowy sposób śpiewania Saamów. To joikowanie, które jest czymś ponad muzycznym, ponad literackim, transcendentnym sposobem, wyrazem wokalnym, Saamów. Nie każdy może osiągnąć stan ducha, rozwikłać jedną z najbardziej skrywanych przez Saamów tajemnic, i posiąść umiejętność joikowania. Eksponowanie tego tematu w książce wiąże się z zainteresowaniami autorów, którzy sami prowadzą zespół muzyczny kultywujący muzykę etniczną w ramach zespołu Karpaty Magiczne. Właściwie, to muzyka Karpat zawiodła autorów do Sztokholmu, a stamtąd na zimowy kultowy jarmark w Jokmok, gdzie nie tylko handluje się, ale śpiewa! To zaczarowane miejsce zauroczyło autorów, zadziałało jak magnes i kilkakrotnie przyciągnęło ich za koło podbiegunowe letnią porą, kiedy dzień nie ma końca, a słońce albo nie zachodzi wcale. Albo na krótką chwilę skrywa się za horyzont… Nie oznacza to, że tam jest tak kolorowo, ponieważ nie brakuje chmur, deszcze, mgły i zimne wiatry są na porządku dziennym, a woda w rzekach, strumieniach i licznych jeziorach nie tylko czysta, ale przede wszystkim zimna. Jestem pełen podziwu dla autorów książki, bo – jako istota ciepłolubna rozumiem – ileż to wyrzeczeń musi kosztować taki wyjazd z kraju chłodnego, do jakiego zaliczam Polskę, do miejsc jeszcze zimniejszych! Na samą myśl przebiega przez plecy dreszcz!  Ale nagrodą za te wyrzeczenia są bezkresne pustkowia tundry. Niekończące się przestrzenie, po których można iść i iść, nie napotykając turystów! Ale nie do końca jest to obszar pozbawiony cywilizacji! Są schroniska – czyste i schludne. Nad szczególnie niebezpiecznymi rzekami pobudowano solidne mosty! Ale jeśli chcecie się tam wybrać, idziecie na własną odpowiedzialność. Nie ma tam zasięgu telefonicznego. Do tych miejsc można dotrzeć na nogach, coraz częściej pojawiającymi się quadami, zimą skuterami na płozach, albo helikopterami – choć to jest najdroższy środek transportu, aczkolwiek używany przez pasterzy reniferów oraz do odbioru świeżych ryb z górskich, niedostępnych rejonów. To teren, jak z ballady śpiewanej przez Krzysztofa Myszkowskiego i zespół Stare Dobre Małżeństwo do słów Adama Ziemianina „tu kończy się asfalt, a zaczyna blues…”. Jak zatem wygląda ta pełna tajemnic kraina Saamów? „Skaliste przejścia, grzbiety i śnieg we pola przypominają nam Dolinę Pięciu Stawów w Tatrach na początku maja, ale okalające góry są mniej dramatycznie poszarpane, a jednocześnie sprawiają wrażenie bezkresnych. – piszą autorzy w swej książce – Kopczyki, płot dla reniferów, zbieranie zgubionego przez renifery poroża, przepada w kurtce, aby zyskać ochronę, osłonę, zaporę i oddzielenie od sił natury choćby na jedną chwilę więcej. Na jeden moment kojącego uczucia ciepła i ciszy. Bo poza wiatrem, łomotem naszego serca i pracy płuc, wokół jest pełno odgłosów wody – kapania, turkotu niewidocznych kanałów, przelewania się przez skały , huku wodospadów, bulgotu wybijających źródeł, szumu progów skalnych, głuchych i basowych sekwencji zakoli na potokach, spadających kawałków śniegu , chlupotu drobnych kałuż. Głos kruka, pochrapywanie reniferów i specyficzne klikanie kostek w ich tylnych kończynach, kiedy biegną kłusem, a do tego świergot i kląskanie drobnych ptaków odganiających nas najwidoczniej od swych gniazd dopełnia, przepełnia i napełnia to, co wielu ludzi nazywa ciszą natury. Morenowe wzgórza, kolejna rzeka i bezkres przełęczy, szczytów, grzęd i gór zapowiadają granicę z Norwegią.” A do tego opisy ziół i roślin, ich wyglądu, smaków i zapachów, jakie na tej skalistej, lodowatej ziemi budzą się do życia i z pośpiechem wzrastają wraz z nastaniem pory letniej. Zioła, to także medycyna naturalna, obok której autorzy także nie przechodzą obojętnie. Skoro już opis przyrody, to pojawiają się ptaki i inne zwierzęta napotkane na trasie wędrówek autorów. Swoistym bonusem dla nabywców i czytelników książki jest załączona płyta CD, z której możemy odtworzyć odgłosy tundry, posłuchać saamskich joików i czytać książkę wsłuchując się w kroki wędrowców po letnim śniegu… I jeśli mogę radzić, lekturę książki polecam głównie w czasie, gdy świeci słońce, a temperatura powietrza znacznie przekracza dwadzieścia stopni – niekoniecznie w cieniu…

Janusz M. Paluch

 

Anna Nacher, Marek Styczyński,  „Vaggi Varri. W tundrze Samów”, Wydawnictwo Alter, Kraków 2013