Dariusz Łanocha – Wyborni weterani

Kiedy miałem lat… naście, czyli w latach 70. ubiegłego wieku, byli dla mnie starszymi Panami, którzy z gitarami i wrzaskiem grają moją muzykę. Tę najbardziej ukochaną, czyli rockową. Do głowy by mi w tamtych czasach nie przyszło, że Ci starsi Panowie,  za ponad 40 lat, będą grali prawie dokładnie tak samo, jak to czynili na przełomie lat 60. i 70. W połowie lat 80. byłem  na ich koncercie  w Norymberdze, na słynnym Zeppelinfeld. Koncert,  który w ogólnopolskim piśmie „Student”, skomentowałem w tym stylu: Starsi muzycy, po 40- tce, wszyscy z brzuszkami, ale grają z werwą młodziaków.  I dziś  tych określeń się wstydzę. Sam przebiegłem przez życiową 50-tkę i nadal czuję młodziakiem. A jeszcze poważniejszym powodem  mojego wstydu jest fakt, że moi idole w ciągu  miesięcy wydali dwie  znakomite płyty! Oni nadal grają swoje, choć dobiegają 70-tki! O kim piszę? Oczywiście, że o dwóch zespołach-gigantach, które na przełomie lat 60. i 70. wywróciły światową rockową scenę. Piszę o Deep Purple i Black Sabbath. Pierwsi, współtworzyli hard rock,  drudzy stworzyli heavy metal. Pan Bóg sprawił, że  w maju i czerwcu obie grupy wydały swoje nowe płyty. Purple „Now what”, a Black Sabbath „13”. Starsi i młodzi radiowi recenzenci znaleźli się w nie lada kłopocie. Który z albumów lepszy? Gdyż naprawdę obie płyty wychwalają pod niebiosa. Purple w Polsce są w czołówce rankingów, a Niemczech, Czechach i Rosji te rankingi wygrywają, Sabbaci pną się w górę. I będą się piąć jeszcze wyżej. Słuchając  tych płyt, cofnąłem się w czasy, kiedy miałem lat naście. Rick Rubin, bodaj najbardziej utytułowany płytowy producent na świecie, nakazał w kółko, niepokornym zawsze Ozziemu Ozbournowi i Tony Iommiemu, słuchać ich pierwszej płyty. I starsi Panowie się zgodzili. Ozzy na czas sesji przestał pić i korzystać z innych używek, a Tony nadal walczy z  raczyskiem. Obaj tak się zmobilizowali, że nagrali płytę, która dorównuje ich największym dokonaniom. Wydali płytę mroczną, z mocarnymi riffami Iommiego. Nagrali osiem wielominutowych kompozycji, które brzmią jak najbardziej klasyczny Black Sabbath. Guru naszego muzycznego prezenterstwa, Piotr Kaczkowski z radiowej „Trójki” (miał 24 lata, kiedy zaprezentował piewrszy album Black Sabbath, w 1970 roku), ocenił, że jest to płyta „fantastyczna”.  Równie dobrze „Kaczor” ocenił najnowszą produkcję  Deep Purple. „Now what” to pierwsza ich płyta od 8 lat! Także w tym przypadku, olbrzymią rolę odegrał producent Bob Ezrin (m.in. Pink Floyd, Kiss), który wykrzesał ze Starszych Panów, to co w nich najlepsze. Czyli melodię, agresję, kompozycję, ujawnienie warsztatowych możliwości. I tak powstała  dziewiętnasta  płyta  studyjna Purpli, którą ja już dzisiaj zaliczam do pierwszej „piątki” ich największych dokonań.  Nagrywali ją czasie, kiedy zmarł klawiszowiec Jon Lord, (71 lat) ich współtwórca. I jego duch jest na tej płycie wyraźnie słyszalny, czyli jego uczeń, Don Airey, gra tak jakby sobie Mistrz życzył. Wielkie nazwy, świetne płyty. Co zrobić? Przede wszystkim przeprosić weteranów rockowej sceny za to, że kiedy mieli po lat 40 nazywałem ich staruchami. Dziś, sam jestem staruchem, a oni, zbliżając się do 70-tki nadal robią swoje. Czyli  nagrywają świetne płyty. Z autentyczną rockowa pasją. Taką, jaką z pewnością wykaże 71-letni Paul Mc Cartney, na którego koncercie będę. Bo weterani są naprawdę wyborni. Jak stare wino!

 

Dariusz Łanocha