Dariusz Łanocha – Potęga bluesa

Do takich tekstów się dojrzewa  z wiekiem. Napiszę więc. „Kiedy byłem małym chłopcem, hej” – to nie słuchałem ani Breakautów, ani Erica Claptona, ani  Buddy Guya. Nadzwyczaj wiernie słuchałem takich kapel, jak Slade, Sweet,  Bay City Rollers. Słuchałem Gary Glittera i zakochałem się w Suzi Quatro. Czyli ulegałem komercyjnym wpływom początku lat 70. poprzedniego wieku.

Blues był dla mnie w tamtych czasach czymś  absolutnie nieistniejącym. Nudnym. – Jak ktoś może słuchać  bluesa, jakiegoś Muddy Watersa, BB. Kinga, czy innego Erica Claptona – tłumaczyłem dookoła. Gdy radiowa „Trójka” grała „Bielszy odcień bluesa”, audycję  autorstwa Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, wyłączałem radio i puszczałem sobie Slade. Oraz, oczywiście, Deep Purple. Tak było!

A tu proszę, minęło trochę lat i  wiek  uczynił swoje. Powodując także spore zmiany na mojej muzycznej półce.  W moim odtwarzaczu płyty akurat tych artystów, których kiedyś nie lubiłem, zajmują nadzwyczaj godne pozycje. „Slejdy”, „Słity” i inne pierduły  są nadal  życzliwie   pamiętane, ale nie są już tak szanowane. Jak przed 40 laty!   Teraz, kiedy idę do sklepu płytowego najpierw zaglądam na półki z napisem „Blues”. Tam zawsze coś nowego odkryję. A wiecie dlaczego pokochałem bluesa! Bo w przeciwieństwie do tych innych, jakże krótkich, muzycznych wynalazków, w rodzaju brit – popa, hip – hopa, disco polo  czy innego muzycznie rychło zapomnianego  muzycznego gatunku, blues pozwala mi  się cieszyć tym, że naprawdę poważna muzyka trwa. Blues jest jak Mozzart, Beethoven i Chopin. Jak The Beatles i The Rolling Stones. I On nie przestaje  do mnie atrakcyjnie docierać! Mogę podejrzewać, że puszczacie sobie teraz, jakieś FM-y, tudzież MTV. Puścicie sobie najnowszego Dawida Bowie, albo najnowszych Depeche Mode. Tam muzyczna sieczka, której za parę miesięcy nikt nie będzie pamiętał. Z wyjątkiem  chłopców „depeszowców”.  A ja sobie w tym czasie słucham najnowszego Erica Claptona („Old Soks”) i bardzo młodych chłopców z Rival Sons, grających na poziomie wczesnych The Rolling Stones i młodych Led Zeppelin. Potęga bluesa polega na tym, że ta muzyka stworzona przez Afrykanerów na amerykańskim kontynencie, powstała w atmosferze szczerości. Nie mamy za co żyć, to może coś zarobimy, kiedy nasze pretensje wobec świata wyśpiewamy i zagramy na gitarach akustycznych. Tak powstały wielkie kompozycje, które „coverują” do dziś najważniejsze postaci współczesnego rocka – Eric Clapton, Joe Bonamassa,  Eric Sardinas, czy Robin Trover.

Jeżeli możecie, to znajdźcie sobie kilkuodcinkowy film o historii bluesa, w reżyserii samego Martina  Scorsese.  Wyświetliła go ostatnio TVP Kultura. Tam jest wszystko, co najważniejsze. Tam są udokumentowane wspomnienia ludzi, wielkich kompozytorów, którzy z biedy, frustracji, nieustatkowania,  potrafili, by przeżyć, stworzyć bluesowe klasyki do dziś odtwarzane przez młodzież. Klasyki, w których jest noga z przytupem, jest muzyczna wirtuozeria (przeważnie  gitarzysty) i podtrzymywanie muzycznej klasyki, o której kolesie z MTV i innych FM – ów mogą tylko marzyć.

Wiecie dlaczego to wszystko napisałem? Bo blues to potęga jest. I basta!