Poprzez Kresy

Rozmowy kresowe Z Piotrem Korpantym - autorem cyklu spotkań organizowanych w Śródmiejskim Ośrodku Kultury pt. "Lwów - krok po kroku..." i "Poprzez Kresy" rozmawia Teresa Feliks.   Urodził się Pan i do czasu rozpoczęcia studiów na Wydziale Architektury w Krakowie, mieszkał Pan w Mielcu. Pańskie korzenie nie sięgają Kresów. Skąd zatem zainteresowanie Lwowem? Tak, to prawda; przy okazji przeglądania mapy administracyjnej przedwojennej Polski można zauważyć, że mój rodzinny Mielec, leżący wówczas na wschodnim skraju województwa krakowskiego, znajdował się kilkanaście zaledwie kilometrów od granicy województwa lwowskiego. Wydaje mi się jednak, że nasz patriotyzm nie powinien ograniczać się tylko do tego lokalnego, z którym jesteśmy związani z powodu urodzenia, zamieszkania, czy związków rodzinnych. Patriotyzm lokalny i ograniczenie zainteresowań jedynie do swojego podwórka prowadzi często do lekceważącego stosunku do "tych obcych". Tendencja ta, dość powszechna dawniej, istnieje i dziś, a spotykam się z nią często.Muszę też wyjaśnić, że nie jestem pierwszym mielczaninem, który związał się z terenami kresowymi Polski. Chciałbym wspomnieć kilku najwybitniejszych z nich.W okresie największego rozwoju Rzeczpospolitej, w dobie Jagiellonów, właściciele Mielca, pieczętujący się herbem Gryf, Mieleccy piastowali ważne urzędy państwowe. Wnieśli też wielki wkład w powodzenie wypraw wojennych do Inflant i Rosji. Byli właścicielami wielkich majątków na Kresach, pełnili funkcje starostów Nowego Miasta, Gródka, Sambora. Najważniejszymi z nich byli dwaj wojewodowie podolscy: Jan Mielecki - marszałek koronny i Mikołaj Mielecki - hetman wielki koronny a także Sebastian Mielecki - kasztelan krakowski i Hieronim Mielecki - rotmistrz króla Zygmunta Augusta i Stefana Batorego. PóĄniejszymi właścicielami Mielca byli Ossolińscy, z których Józef Maksymilian, urodzony w Woli Mieleckiej, założył we Lwowie Zakład Narodowy "Ossolineum".Na ziemi mieleckiej urodził się też, póĄniejszy lwowski odkrywca metod rafinacji oleju skalnego i wynalazca lampy naftowej, Ignacy Łukasiewicz. Dodam, że wieś Zaduszniki, gdzie przyszedł na świat, była także miejscem urodzenia mojej matki. W Tuszowie Narodowym, również w powiecie mieleckim, urodził się Władysław Sikorski, który ukończył Politechnikę Lwowską i w początkach swej kariery wojskowej i politycznej związany był z ziemiami kresowymi. W okresie autonomii, Mielec, wchodzący w skład Galicji, miał kontakty w wielu dziedzinach ze stołecznym Lwowem. Wielu młodych mielczan studiowało we Lwowie skupiało się wokół stowarzyszenia regionalnego studentów.Przykłady te są dowodem, że można, nawet nie pochodząc z Kresów, interesować się Lwowem i terenami, które on symbolizuje. W obecnych czasach, gdy Lwów został odłączony od Macierzy, jest to nawet naszym obowiązkiem, by spłacać temu miastu wielowiekowy dług za wierność "semper fidelis".     Zatem - czuje się Pan lwowianinem nie z urodzenia, lecz z wyboru. Kiedy zaczęła się Pańska przygoda z opisywaniem Lwowa za pomocą aparatu fotograficznego?       Lwowską tematyką zacząłem interesować się stosunkowo niedawno. Szkoła czasów stalinowskich i gomułkowskich fałszowała historię Polski ukrywając problemy związane z terenami odłączonymi w efekcie ustaleń jałtańskich. Pewne informacje dotarły do mnie w domu rodzinnym oraz w harcerstwie, gdzie patriotyzm i tematy "tabu" były przemycane do umysłów młodzieży. Problematyka kresowa, powiązana z antysowiecką, wybuchła w okresie "Solidarności" i wtedy, z podziemnych publikacji, można było się wiele dowiedzieć i nauczyć. Rozwój moich zainteresowań nastąpił w latach osiemdziesiątych, w sposób całkowicie przypadkowy. Poświęcając wtedy wiele czasu swojemu hobby - rysunkowi i malarstwu - próbowałem swych umiejętności na pejzażach lwowskich, które odtwarzałem w oparciu o fotografie. To spowodowało narastające pragnienie odwiedzenia tego miasta, wabiącego mnie znanymi ze spłowiałych i spękanych fotografii, urzekającymi zabytkami i zaułkami. Plany moje były początkowo niezbyt ambitne; miały ograniczyć się do jednodniowej wycieczki, która nastąpiła jesienią 1989 roku. Podczas wędrówki po mieście, od świtu do zmierzchu chłonąłem Lwów, utrwalając wszystko na slajdach, które miały być dla mnie pamiątką i wspomnieniem. Po kolejnej wyprawie do Lwowa ugrzęzłem już tam na dobre.     Nie poprzestał Pan jednak na wyjazdach wyłącznie do Lwowa.     Początkowo zwiedzałem tylko Lwów. Narzuciłem sobie ambitny plan dogłębnego poznania miasta; nie chciałem poprzestać na oglądaniu jedynie najważniejszych zabytków. Począwszy już od drugiego wyjazdu, odłączałem od grupy prowadzonej przez przewodnika i przebiegałem Lwów zgodnie z wcześniej przemyślaną marszrutą, z uwzględnieniem obiektów ważnych w dziejach miasta i znaczących w dziedzinie historii sztuki. Wielką radość dawało mi odkrywanie tych nie poznanych wcześniej. Szczególną satysfakcję przynosiło mi odnajdywanie ukrytych w zaułkach "perełek", czasami położonych daleko na peryferiach.Kolejne pobyty we Lwowie, a nade wszystko kontakty z kresowiakami zainspirowały mnie do rozszerzenia zainteresowań o inne okolice kresowe. W kolejnych latach zacząłem więc je odwiedzać i poznawać. Po Lwowie nastąpiły wyjazdy do Drohobycza i Stanisławowa, a póĄniej objazdowe wycieczki, podczas których poznawałem kolejne miasta ziemi lwowskiej, Podola, Pokucia, Karpat Wschodnich i Wołynia.       Pracuje Pan na zasadach amatorskich, finansując koszty wyjazdów i zdjęć z własnej kieszeni. Z drugiej strony - pańska znajomość rzeczy oraz nieprzebrane zbiory fotografii są godne pozazdroszczenia i świadczą o wysokim profesjonalizmie - zwłaszcza w zakresie historii sztuki i architektury tamtych terenów. Jak godzi Pan ograniczone możliwości z tak dużymi osiągnięciami?     Na wstępie pragnę podkreślić, że dążenie do zdobycia wiedzy i wczucia się w problemy kresowe oraz ustawiczne uzupełnianie zbioru przeźroczy, zdominowało całe moje życie. Temu celowi podporządkowałem wszystkie inne plany i zamierzenia, związane z pracą zawodową i życiem prywatnym. Wypracowałem, przynoszącą dobre efekty metodę, polegającą na tym, że stosunkowo nieliczne i krótkotrwałe wyjazdy, przedzielam długimi okresami, podczas których podsumowuję i utrwalam poprzedni wyjazd, a planuję i przygotowuję materiały do następnego. Wiele doświadczeń daje mi wtedy nie tylko wczytywanie się we wszelkie przewodniki i publikacje, lecz także reprodukowanie archiwalnych fotografii i rycin oraz bezpośredni, osobisty kontakt z kresowiakami, których spostrzeżenia i przeżycia są dla mnie ważnym materiałem poznawczym.Z problemem kosztów i fotografowania, mimo, że niebagatelny ze względu na wysokie ceny wycieczek oraz sprzętu i materiałów fotograficznych, też nauczyłem się radzić sobie, przeznaczając na nie wszystkie "zaskórniaki". W ostatnich trzech latach pewną ulgę przynoszą mi zaproszenia do bezpłatnego uczestnictwa w wyjazdach grupowych, w zamian za pomoc w ustaleniach dotyczących trasy i pełnienie obowiązków przewodnika. Daje mi to dodatkowy bodziec do powiększania zasobu wiedzy, a także nowe doświadczenia.     Jak bogate są Pańskie zbiory?     Uważam, że każdy wyjazd turystyczny, o ile nie ma być w krótkim czasie zapomniany, powinien być udokumentowany fotograficznie, następnie, już popowrocie, wspominany, wzbogacany przez zdobywanie informacji, a doświadczenia zeń - przekazywane również innym. Od pierwszego wyjazdu do Lwowa zainicjowałem gromadzenie przeĄroczy z poszczególnych wypraw. Ilości te, początkowo skromne, zaczęły, z roku na rok, rosnąć lawinowo. PóĄniej, równolegle z przeĄroczami, zapoczątkowałem kolekcję fotografii, która, choć mniej liczna, jest obecnie dość imponująca. Poza ujęciami fotograficznymi współczesnymi, wykonywanymi w terenie, staram się zdobywać reprodukcje fotografii, rycin, obrazów, map i planów, dopełniających całość i przydatnych do powrotów w przeszłość. Reprodukcje te nauczyłem się robić samodzielnie, co powoduje, że ich wysokie koszty kurczą się do cen jedynie materiałowych. Ilości posiadanych zbiorów, tak fotografii jak i przeĄroczy są tak duże, że potrafię je określić tylko w znacznym przybliżeniu. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że fotografii, wykonanych na materiale barwnym mam obecnie ok. 4000, a liczba przeĄroczy przekroczyła już chyba 20.0000.     Nie dokonuje Pan tej gigantycznej pracy wyłącznie dla siebie.     Oczywiście, że nie. Już po pierwszych wyjazdach pokazywałem swój niewielki zbiór zainteresowanym. Starałem się dzielić z nimi zarówno obrazami utrwalonymi na taśmie fotograficznej, jak i przemyślanym, czy zaimprowizowanym komentarzem. Początkowo efekty moich wystąpień pozostawały wiele do życzenia, ale nie zrażając się tym podnosiłem coraz bardziej ich poziom. Do popularyzacji tematyki kresowej mobilizowało mnie z jednej strony znaczne zainteresowanie i zapotrzebowanie na wspomnieniowe przeżycia wśród ekspatriowanych mieszkańców tamtych ziem, a z drugiej powszechny brak wiedzy o tej dziedzinie u ludzi, nie mających wcześniej związków i kontaktów kresowych. Moje pogadanki, ilustrowane przeĄroczami, były początkowo niezbyt liczne, ale stopniowo zacząłem docierać do organizacji, stowarzyszeń, instytucji i szkół, w których zgodzono się mnie wysłuchać. Punktem zwrotnym było umożliwienie mi, przed czterema laty stałych, comiesięcznych prelekcji w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie. Pojedyncze spotkania odbyły się w ramach cyklu "Powroty", póĄniej nastąpił dwuletni, całkiem już indywidualny cykl "Lwów -krok po kroku". Następnie rozpocząłem prelekcje pod ogólnym tytułem "Poprzez Kresy", podczas których omawiam poszczególne miejscowości kresowe. Te spotkania cieszą się ciągłym zainteresowaniem, choć czuję pewien niedosyt, wynikający z tego, że liczba słuchaczy jest niewspółmierna z liczbą krakowskich kresowiaków. Poza prelekcjami w Śródmiejskim Ośrodku Kultury, staram się docierać do uczestników zebrań Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich, regionalnych grup reprezentujących niektóre miasta kresowe, a także w klubach niezwiązanych bezpośrednio z tradycjami kresowymi     Na marginesie chciałam zaznaczyć, że w czasie pańskich prelekcji w Śródmiejskim Ośrodku Kultury przewalają się tłumy i obawiam się, że już więcej osób nawet nasze gościnne sale już nie byłyby w stanie pomieścić. Zastanawiam się natomiast, jaki jest stosunek ludzi, szczególnie kresowiaków, do Pańskiej działalności. Co Pan odczuwa w czasie rozmów z nimi?     Kresowiacy, w większości, odnoszą się do mnie i do mojej działalności pozytywnie. Często w bezpośrednich kontaktach nie kryją uznania, podziwu i wdzięczności. Starają się w sposób przychylny przekazać mi swoje wspomnienia i doświadczenia dotyczące przedwojennych kresów, sami proponują udostępnienie mi unikalnych materiałów archiwalnych, wiedząc, że za moim pośrednictwem będą one dalej rozpowszechniane.Ale zdarzają się też tacy, którzy zawzięcie trwają w przekonaniu, że niekresowiak nie potrafi, czy wręcz nie powinien zajmować się tą tematyką, że sprawy te zarezerwowane są tylko dla urodzonych na kresach. Ci zawsze starają się wychwycić jakieś niedociągnięcia w moich wystąpieniach, utrudniając organizowane przeze mnie prelekcje. Uważam, że znawcą kresów będzie niekoniecznie ten, kto stamtąd pochodzi, ale ten, kto wnikliwie bada tamte tereny. Oczywiście, kresowiacy mają łatwiejszy start, poprzez zachowane wspomnienia okresu dziecięcego czy młodzieńczego, które najlepiej zapadają w pamięć, a umiłowanie ziemi, z której zostali wypędzeni, pomaga w utrwalaniu i pogłębianiu wiedzy kresowej. Najlepszym przykładem i wzorem dla mnie był pan Witold Szolginia, który posiadał przeogromną i uporządkowaną wiedzę na temat Lwowa, ciągle ją pogłębiał a także dzielił się nią w swojej poezji, pogadankach radiowychi cyklu książek o tematyce lwowskiej. Natomiast przykładem negatywnym pewnej niefrasobliwości i nieodpowiedzialności jest dla mnie pan Jerzy Janicki, autor części informacyjnej do albumu "Lwów" z fotografiami pana Adama Bujaka. W zawartych tam opisach aż roi się od błędów i niejasności, z zakresu nie tylko dziejów miasta i historii sztuki, ale i podstawowej znajomości Lwowa. Informacje nieprawdziwe, nieścisłe, prowadzące do mylnych wniosków spowodują niepowetowaną stratę dla samego albumu, który miał wypełnić lukę w dziedzinie lwowskich wydawnictw albumowych, ale przede wszystkim dla tego miasta - legendy i miasta - symbolu: Lwowa.       Pozostaje mi jeszcze pytanie o Pańskie plany na przyszłość. Czego należałoby Panu życzyć w związku z Pańską działalnością?     Moje dążenie do zdobycia możliwie dużego zasobu wiedzy i fotografii na temat kresów wymaga wielkiego wysiłku, połączonego z dużymi nakładami czasu i środków, trudnego czasem do udĄwignięcia dla jednej osoby. Wydaje mi się, że najbardziej potrzebna jest mi cierpliwość w dążeniu do wytyczonego celu. Ważne jest też zadowolenie z dotychczasowych wyników oraz przychylność i uznanie otoczenia. Być może, gdy wytrwam jeszcze jakiś czas, rozwijając i uzupełniając posiadane informacje dotyczące terenów, z którymi już się zetknąłem, chciałbym poszerzyć zakres swych zainteresowań o dalsze tereny kresowe.Pragnąłbym także móc przekazywać informacje o kresach i zarażać swą pasją coraz większą ilość osób, ażeby zainteresowanie ziemią lwowską, połączone z dążeniem do wyjazdów, stało się powszechne. Mam też marzenia, mniej osobiste, ale dotyczące ziem moich zainteresowań. Pragnąłbym, ażeby tereny i miejscowości kresowe odzyskały dawny blask swojej świetności oraz swą prawdziwą historię.     Życząc spełnienia tych planów dziękuję bardzo za rozmowę.     PIOTR KORPANTY, ur. 1946 w Mielcu. Studia na Wydziale Architektury Politechniki Krakowskiej. Od 1989 pracuje w Ośrodku Historii Techniki Akademii Górniczo - Hutniczej. Równolegle rozwija swoje zainteresowanie plastyką, prezentując swe prace na wystawach indywidualnych i zbiorowych. W 1984 otrzymał tytuł artysty plastyka. Od połowy lat osiemdziesiątych, pochłonięty fotografią, cały swój zapał twórczy poświęca sprawom kresów południowo- wschodnich.