Wojciech Kawiński “Dwa lata wierszy” (2009)

kawinski-small

Jan Pieszczachowicz

W bólu nadzieja

Droga poetycka Wojciecha Kawińskiego pozbawiona była fajerwerków, głośnych pochwał i zyskownych nagród. Wyróżnienia otrzymywał, sporo o jego twórczości napisano, a przecież jego ścieżka biegła obok głównego traktu poetów modnych, popieranych i lansowanych. Może dzięki temu zachował przez ponad czterdzieści lat pracy pisarskiej swoją niezależną oryginalność, choć w jego wierszach znajdziemy niemało nawiązań do innych twórców a także poetyk, przetworzonych i przemyślanych, jako że Kawiński jest wielkim literackim erudytą i w znawstwie poezji niełatwo go prześcignąć.

(…)

Kawiński zyskał sobie słusznie opinię poety niezależnego, samodzielnego, systematycznego i solidnego w znaczeniu zarówno jakości artystycznej, jak poziomu intelektualnego. W przeszło dwudziestu zbiorach poetyckich, jakie opublikował, są wiersze bardzo dobre i dobre, nie ma natomiast – co zdarza się przecież często poetom – słabych. Pisarz posiada zbyt rozbudowany autokrytycyzm i znajomość warsztatu, by sobie na to pozwolić.

Krytycy na ogół zgodnie podkreślali, że bagaż z czasu “Hybrydów” to u Kawińskiego mroczna tonacja katastrofizmu, zaczerpniętego m. in. od Czesława Miłosza; obraz świata jako pogmatwanej zagadki, z której poeta próbuje się wyplątać z lepszym lub gorszym skutkiem, ale walka o to trwa przez całe życie, a może i wieczność. Solenny, ciemny ton zaczął jednak Kawińskiemu dokuczać, więc choć do dziś go całkowicie nie porzucił, coraz częściej zerka ku poetyce ironii i paradoksu, swoistych bezpieczników przed patosem, ale także czynników konstruujących świat, w którym poprzez mury fatalistycznego determinizmu przebija się odrobina wolności równoważąc absurd istnienia – przynajmniej do pewnego stopnia, czemu towarzyszy nierzadko surowość sądów o życiu i świecie, granicząca z pasją moralisty – indywidualisty. Nie czuje i nie myśli za miliony, choć wie, że jest cząstką zbiorowości. Jego poezja stanowi głos jednostki uwikłanej w sieć konieczności, przymusu społecznego, uwarunkowań natury ludzkiej i zakamarków ludzkiej kondycji – w aurze melancholii, za pomocą sarkazmu, odruchu gniewu, w poczuciu własnej bezsilności. Poeta wymaga od siebie mimo wszystko dzielności. Pragnie nie tyle zagrodzić drogę nicości, bezustannie się powiększającej, ile zachować stoicyzm wobec nieuchronności rzeczy i zdarzeń.

Kawiński nie łudzi się, że istnieją jakieś absolutnie niepodważalne fundamenty bytu we współczesnym świecie ogarniętym wirami względności. Ów świat znajduje się w stanie rozpadu, dekompozycji, dekonstrukcji, rozproszenia, a podmiot liryczny zanurzony w owej burzliwej kąpieli usiłuje zachować nie tyle resztki złudzeń, co zdolność do reagowania tak, by przeżywać to wszystko w miarę świadomie i na własne ryzyko, na własną odpowiedzialność. Bardzo krucha nadzieja rodzi się w bólu, jako że rzeczywistość kaleczy, a życie jest systemem (może chaosem?) ran, ciągle na nowo powstających, z trudem się gojących – i wszystko staje się “mrocznym ocaleniem pośród innych istnień”.

Jakże żyć w takim świecie? Jak utrzymać poczucie ciągłości egzystencjonalnej, skoro “gnije byt sturęki”, tak arcyludzka cecha jak pamięć przeszłości zdradza, prowadzi na manowce względności, nad wszystkim zaś unosi się syndrom niedopełnienia i niespełnienia w królestwie przypadkowości, we mgle dwuznaczności, stając się istotną, tragiczną cechą kondycji ludzkiej.

A jednak w poezji Wojciecha Kawińskiego nie króluje niepodzielnie rozpacz, stłumiona bądź wybuchająca bezradną skargą.

Bohaterowi lirycznemu towarzyszy poczucie obowiązku godnego przetrwania i wytrwania, trudnego przymierza z przeznaczeniem, iskra nadziei we mgle i ciemności. To poezja uczciwa i szczera aż do bólu. A także – na przekór wszystkiemu – podtrzymująca poczucie międzyludzkiej solidarności i przyjaźni, zajmujących u Kawińskiego wysokie miejsce w kosmosie ludzkiego świata, nad heraklitejską “Rzeką Przeciwieństw”. Bezradny podmiot liryczny doradza byśmy nie kapitulowali, żebyśmy stawiali rzeczywistości warunki pozwalające zachować godność. To bardzo silny akcent, nawet na dnie ciemnej magmy istnienia, która zalewa jednostkę niby po erupcji wulkanu, w czasie paradoksalnie wielokierunkowym: wstecznym, ubocznym, zamarkowanym.

Wojtek Kawiński napisał do mnie: “przekazuję w Twoje ręce zbiór tekstów poetyckich, któremu dałem tytuł dość przekorny Dwa lata wierszy, jako że powstały w dwóch zróżnicowanych latach: w 2003 i w 1996. Tytuł <> jakby poeta skazał się <> (Szymborska)… Co łączy jego utwory? Ano, podejmując metaforę poetki – wyzwanie skazanego na poezję w czasie trudnym i niewdzięcznym, kiedy panuje “porządek-obrządek kalekiego świata” (Kawiński).

Trauma dotyka wszystkiego, również słowa poetyckiego wykorzenionego z dawnego kosmosu Muz. “Bezdomność słów” powoduje, że mają one tendencję do zamieniania się w miazgę w błądzenie w niepewności semantycznej, ontologicznej i aksjomatycznej. Nie są drogowskazami, przesypują się w “popiół wiersza”, zamieniają w “pokruszony obraz” powiększając poczucie fragmentaryczności w miejsce wymarzonej, coraz bardziej mitycznej całości poezji i świata, jedności, której nasz czas nie chce, naigrawa się z niej jak ze śmiesznej utopii, z bajek o wieku złotym. Cóż więc ma czynić poeta? Brnąć przez chaos degradowanych przez kulturę masową pojęć, archaicznie brzmiących humanistycznych wartości, zmierzając do niepochwytnego celu, którego być może już nie ma, lub nie było.

(…)

Zamów tę książkę

Cena:

Książka dostępna jedynie w siedzibie wydawcy

Cena zamówionej książki przez internet a odebranej osobiście w siedzibie wydawcy: