Stanisław Stabro “Wiersze wybrane” (1995)

nakład wyczerpany nie ma w sprzedaży
stabroSłowo wstępne

Przypomnijmy sobie kilka cytatów: “błagałem umarłych odezwijcie się”, “żywi a już umarli”, “i jak w olbrzymiej kolebce /wszyscy jesteście we mnie”. W poezji Stanisława Stabry żywa jest tylko śmierć. Śmierć jako alegoria przeszłości. Przeszłość wiecznie trwa, choć nie można jej ogarnąć całkowicie. Tylko tyle wiadomo: są to “stare dobre dzieje”. To je się wspomina, gdy odwiedzają nas umarli. Ci wszyscy “zabici, straceni, umarli”, którzy przewijają się w wierszach autora “Requiem”, od pierwszego do ostatniego tomu bronili godności. Byli wierni do końca nie tylko wyzwaniu epoki, ale i wewnętrznemu głosowi, prawdzie istnienia. I choć to brzmi w moich ustach pompatycznie, w wierszach Stabry pompatyczne nie jest. Przywoływanie przeszłości bowiem wynika z tragicznej świadomości, że dana nam rzeczywistość “na inne głosy rozpisała nasz głos”. Z tego rozdarcia, z konfliktu między naszym niepodważalnym dziedzictwem a rzeczywistością obłudy, zdrady, czy po prostu -jak mówi poeta – małości rodzi się nie tylko rozpacz czy poczucie bezsilności, ale przede wszystkim katastroficzna wizja świata. Katastrofizm Stabry, tak wyraźny od początku jego kariery pisarskiej, niezwykle konsekwentny zarówno w podejmowaniu tematów historiozoficznych, wątków kryzysu i zagłady wartości, świadczących o ciągłości rozwoju, motywu rozsypywania się czasu, jak i przywiązaniu do form elegijnych, epifanicznych i epitafijnych, ma swoje źródło w “nowofalowym” przeżyciu generacyjnym, to jest w roku 1968.
Jako jeden z najciekawszych poetów tego pokolenia, ale także jego współprogramotwórca, a później teoretyk, należał ze swoją, skrajnie katastroficzną wizją, najpierw w krakowskiej grupie “Teraz”, a następnie w obrębie całej Nowej Fali do twórców najmniej podatnych na obowiązujące wówczas i kształtowane wzorce artystyczne. Nic też dziwnego, że wielokrotnie w latach siedemdziesiątych inicjował spory wewnątrzpokoleniowe i sam był obiektem wielu ataków, z dzisiejszej perspektywy mało zrozumiałych, bo nie biorących pod uwagę różnorodności poglądów i innego, a przecież tak samo “nowofalowego” stosunku do dalszej i bliższej tradycji. Wszystko się zresztą zaczęło od śmierci bliskiej, od tradycji namacalnej,
od świata, który dopiero staw się dla tej generacji przeszłością i to przeszłością żywą, aktywną i tragicznie niepojętą: od demonstracji studenckich w Sydney, Ker od anarchistycznego buntu Angeli Davis i Ulryki Meinhoff. Ta właśnie „rozstrzelana młodość” stała się dla autora „Dzieci Leonarda Cohena” punktem wyjścia dla jego idei rozmowy z umarłymi. To niebywałe zdanie, jakie czytamy w jednym z jego wierszy – “Być ocalonym a umrzeć na małość”, w pełni wyraża przekonanie poety, że nie można zbudować świata wartości bez powrotu do tamtego początku, bez zrozumienia wagi tamtej śmierci. Stąd było już blisko do nostalgicznej podróży w głąb czasu. Stabro poszukiwał takich rozmówców z przeszłości, którzy zwycięstwo paradoksalnie upatrywali w klęsce osobistej. W niespełnionych nadziejach, w “klęsce otaczającej ich skronie”, w wielkim oszustwie życia zobaczył nie tylko stygmat wielkości, ale przede wszystkim wiarę w bunt jednostkowy.

Ów bunt wyrażał nie tyle bezsilność poezji, ile samotność w “przerażającym tłumie”. Ale zawsze z perspektywy pokolenia. Jak wszyscy przedstawiciele Nowej Fali także Stanisław Stabro uczynił z fenomenu pokoleniowości jeden z głównych tematów swojej poezji. Podobnie jak jego rówieśnicy akcentował klęskę buntu, gorycz porażki, fałsz i obłudę otaczającego świata. Ale jako jeden z nielicznych wyciągnął z tej lekcji wnioski katastroficzne. Przede wszystkim pesymistyczny determinizm, wywiedziony z analizy historii. Następnie młodzieńczy idealizm, polegający na wyeksponowaniu dramatycznej walki między samotniczą jednostką a niewzruszonym społeczeństwem. Bardziej nawet społeczeństwem niż eksponentami władzy. A na końcu imperatyw etyczny; wspólny dla całego pokolenia, ale tutaj rozumiany jako sprawdzian własnej osobowości moralnej, własnego – jakby powiedział Konstanty Troczyński – optimum życiowego.

Troczyński nie został tu zacytowany przypadkowo. To on zajmował się w latach trzydziestych poezją wileńskich “Żagarów”. A program żagarystów, jak pisałem przed laty, w swoich kategoriach moralnych, ale także estetycznych, nie mówiąc o szczególnej wrażliwości na tragizm życia zbiorowego był łudząco podobny do pro poetyckiego grupy “Teraz”, której Stabro obok piszącego te słowa oraz Adama Zagajewskiego, Jerzego Kronholda, Wita Jaworskiego i Jerzego Piątkowskiego stał się w roku 1968 członkiem – założycielem. Ta moja konstatacja nastąpiła a posteriori. Kiedy powstawały pierwsze manifesty grupy “Teraz”, często potem utożsamiane z całym pokoleniem, nikomu do głowy nie przychodzili żagaryści. Ta poezja rodziła się z przeczucia Ale ów cień przeznaczenia, atmosfera gotowości do walki, wszystko jedno jak ją będziemy rozumieli, imperatyw moralny właśnie, zasadzony na przeświadczeniu, że życie, w jakim się tkwi, jest kłamstwem, tworzyły te podobieństwa.

Sam Stabro traktował poezję jako konstruowanie osobowości. Nie dla niej samej, lecz po to, aby – jak pisał Zagórski – dorosnąć do poważnego tematu. Jednym z nich była dekompozycja więzi. Można ją rozumieć dwojako: indywidualistycznie i pokoleniowe. W pierwszym przypadku chodziło, jak się domyślam, o próbę znalezienia w sobie samym jakiegoś czynnika scalającego, nici przewodniej, uspokojenia – żeby tak rzec – moralnego. Choć prawie nigdy, jak czytamy książki Stabry z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, do tego nie doszło i to z prostej przyczyny: ważniejsze było bowiem podsycanie napięcia moralnego, wewnętrznego dramatu, prowadzącego często do kategorycznych, bezkompromisowych, w skali osobistej, reakcji. W drugim przypadku doszło do bardzo tragicznej i emocjonalnej polemiki z własnym pokoleniem o jego autentyczne źródła. Poeta pytał, czy pokolenie jest “snem którego wciąż nie mogę zapomnieć”, a więc wiecznie trwającym młodzieńczym idealizmem, celowo podsycanym, by kształtować ciągle “nienasyconą” osobowość, czy też więzieniem stereotypów?

Przypomnienie rodowodu poetyckiego Stanisława Stabry nie jest w tym przypadku podręcznikowym, z reguły zakłamanym, powrotem do okresu debiutanckiego. Wypływa to z mojego mocnego prze-świadczenia, że jego poezja, jak mało która w tym pokoleniu, nie uległa wewnętrznym przemianom, pozostając wierna, jakby na przekór pokoleniowym zawirowaniom, swoim początkom. Katastroficzna wizja nie zniknęła ani w “Korozji”, ani w “Życiu do wynajęcia”. Rzeczywistość oglądana jest z perspektywy historii, w przeczuciu jeśli już nie zagłady to wszechogarniającej śmierci. “Śmiertelna śmierć króluje” teraz, jak czytamy w wierszu z 1992 roku, nad światem dzieciństwa. Pozostały nienawiść i żal. Kroczymy w ciemności. Tęsknota za sekundą olśnienia, utożsamionego tu z bólem, pozostanie nie spełniona. Nawet paryskie wspomnienia, w tej poezji ważne, choć niejednoznaczne, pełne ambiwalentnych emocji, opartych na literackich przeżyciach, utopione są w dręczącej ciemności. Nawet miłosne uniesienia – a wątek erotyczny obok pokoleniowości jest u Stabry dominujący – nic kończą się w sposób jasny i oczywisty. Jest to zawsze “miłość na pięćdziesiąt procent”, żeby zacytować pointę wiersza „Kochanek”. W świecie cierpienia, „kiedy drzwi wyłamują umarli”, prawdziwa miłość istnieje tylko jako bliźniacza siostra śmierci.

Wprawdzie wszystko jest marnością, jak przypomina poeta w wierszu o Mozarcie, pewne powroty w świecie wyobraźni, właśnie dzięki sekundzie olśnienia, dają iluzję szczęścia. Może to być powrót do ogrodu dzieciństwa – a dzieciństwo spędził Stabro w Makowie Podhalańskim – może to być rozmowa z córką, w której pobrzmiewają echa literackich głosów. Mimo ciągłego odwoływania się do osobistego doświadczenia, mimo ustawicznych prób samorozpoznania poezja ta chętnie posługuje się liryką roli i szuka uniwersalnych formuł do opisu Pustki. Stanisław Stabro podaje swoją definicję naszej egzystencji, wypełnionej rozpaczą i łzami, życia, w którym „w miejscu Boga jest tylko/ okrwawiona próżnia”. Utrata wiary, niekoniecznie w sensie religijnym, to prosta konsekwencja „umarłej młodości’, jak poeta pisał już w 1973 roku, i dawnego, najdawniejszego przekonania, że „moją jedyną mową/jest żałobny płacz”.

Julian Kornhauser

 

Dzień twojego narodzenia

Wysłuchaj mnie - człowieku, który z ufnością gasisz
                                                                  tę błękitną lampę, 
który z równą łatwością rozchylasz uda kobiet 
i drzwi komory z cyklonem,
wysłuchaj mnie, kiedy nie wszystko jeszcze przegrane, 
kiedy anteny głębin łowią fałszywy epos, 
w nabrzmiałym oceanie mroku 
oddycha zawiedzione miasto.
Wysłuchaj mnie, jeżeli jeszcze zostało coś w tobie, jeżeli 
jeszcze potrafisz odróżnić śpiew sosny i traw, 
jeżeli mała fotografia
potrafi ci jeszcze wszystko przysłonić. 
Wysłuchaj mnie - człowieku, który z ufnością gasisz
                                                                   tę błękitną lampę, 
dla którego bohaterowie mają wymiar zapałki, 
a ty sam dawno już przestałeś wierzyć 
w zmyślone opowieści. 
Wysłuchaj mnie - kiedy bowiem nadejdzie śmierć
                                                              gwałtowna jak strach, 
prócz beznamiętnego oka kamery 
nikt nie dostrzeże cię 
w uciekającym tłumie.

Kraj który potrzebuje fabryk 
nie potrzebuje poetów

Kraj który potrzebuje fabryk 
nie potrzebuje poetów 
a zatem zabijcie nas od razu 
czytelnicy prasy codziennej 
połykacze programów 
i połykacze przemówień.

Kraj który potrzebuje siarki
nie potrzebuje poetów
a zatem zabijcie nas od razu
nie mających miejsca przy wspólnym stole
ani światełka
w lochu wspólnego serca.

Ale kiedy późnym popołudniem 
usłyszycie gorączkowe kroki 
narodu bredzącego w malignie 
nie dziwcie się 
nie dziwcie.

To żandarm snu 
nadchodzi.

Dzieci Leonarda Cohena

Zaśpiewaj nam zaprowadź nas 
tam gdzie ulica jak struna 
czysta gdzie gorycz jeszcze 
nie zna goryczy w dnia 
otwartego wilgotnych ustach 
na łąkę jasną wśród 
ciemnej nocy ze ślepą 
śmiercią poza plecami 
zaśpiewaj nam zaprowadź nas 
tam gdzie ulica bez kurzu 
jasna gdzie pamięć jeszcze 
nie zna zagłady w dnia 
zamkniętego milczących ustach 
zaśpiewaj nam zaprowadź nas 
w przeorany przez wiosnę 
park gdzie nikt z nas jeszcze 
nie znał zapłaty jak 
struna czysta w domu zagłady.

Prosty człowiek

Postawi mnie 
pod murem 
prosty człowiek

Książki moje podepcze
maszynopisy rozszarpie
także
prosty człowiek

Bo tam 
gdzie religia 
tam i 
moralność

Boże
jaki prosty 
człowiek

Koty starych kawalerów

Koty starych kawalerów 
wychodzą po papierosy 
i nie wracają już 
nigdy

Piękniejsze niż Greta Garbo 
Marylin Monroe i Charlie Chaplin 
chodzą tylko 
własnymi drogami

Ze wszystkich ptaszków 
najbardziej lubią Boeingi 
duszone grzybki 
i sos jasny kiciuś

Piszą na maszynie długie poematy 
o rzece mleka 
o królowej piwnic

rudej jak kubrak 
jak ruda czupryna 
clocharda

I nie zawsze spadają na cztery łapy 
koty starych kawalerów 
mordowane po sumie 
przez patriotów i chrześcijan

witajcie!

Zamów tę książkę

Cena: 10 zł

Koszt wysyłki: 5 zł

Cena zamówionej książki przez internet a odebranej osobiście w siedzibie wydawcy: 10 zł