Julian Kornhauser “Widok na jezioro” (2009)

kornhauser-widok-na-jezioro

Stanisław Burkot

BYŁO – NIE MINĘŁO…

To było – w momencie debiutów – wyraźnie zaznaczające własną odrębność nowe pokolenie literackie. Takie poczucie generacyjnej odmienności mieli tylko ich poprzednicy – poeci czasu wojny: Baczyński, Gajcy, Trzebiński, Borowski, Bratny. Ale sytuacja historyczna okazała się całkiem inna. Przez długi czas – aż do końca lat sześćdziesiątych – świadomość zbiorową kształtowano w edukacji społecznej poprzez przywoływanie wojennej martyrologii, wzbogacanej przypominaniem bitwy pod Lenino, później – udziałem lotników polskich w obronie Anglii, bitwą pod Monte Cassino, a na koniec – “niezwyciężoną” sławą jednej tylko części partyzantów – utrwalonych w Barwach walki Moczara-Żukrowskiego. Pod koniec lat sześćdziesiątych do życia społecznego – także do literatury i filmu – wkraczało pokolenie “urodzonych po wojnie”. Byli zdezorientowani i zagubieni. Ewa Lipska w wierszu My – w 1965 roku – mówiła ironicznie o pokoleniu “ze spokojnych doniczek”, “czytających Sartre’a i książki telefoniczne”, pozbawionych mitów bohaterstwa, kombatanckich zasług walki z wrogiem. Rafał Wojaczek dodawał: “Uczono nas wojny, ale to nie była nasza wojna”. Ani więc wojna, ani stalinizacja kraju po 1945 roku nie tworzyły doświadczenia bezpośredniego (w 1956 roku mieli po 8 – 10 lat) tej generacji. Rzeczywistość końca lat pięćdziesiątych i całych la”t sześćdziesiątych – siermiężny czas “naszej małej stabilizacji” – stanowiła jedyną ich przestrzeń – w sensie społecznym i duchowym – do oswojenia i zagospodarowania.

Licznym debiutom poetyckim z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, nazwanym w krytyce literackiej Nową Falą (choć określenie to użyte zostało nieco wcześniej w krytyce filmowej), towarzyszyły ogłaszane programy i manifesty młodych poetów. Dokonywała się wymiana rekwizytorni poetyckiej, wymiana języka. Od takich działań nie upadają ustroje – te bowiem trwają dzięki organom państwa: wojsku, aparatowi bezpieczeństwa, ale i bankom, instytucjom kultury, cenzurze itd. Pokolenie Juliana Kornhausera podnosiło bunt, rzec można: bo takie jest prawo młodości, ale – realnie mierząc siły i możliwości – był to bunt skazany na przegraną w sensie politycznym. Potwierdzają to losy “nowofalowców” po 1976 roku. Czy jednak bunt był nieskuteczny? Na chwałę poezji powiedzieć można, że w jej konwencjach, w jej języku kiełkują i utrwalają się nowe wyobrażenia, nowe idee, a nawet nowe słowa. Kontestacja poetycka najwcześniej rodziła postawy opozycyjne. Za ich sprawą dokonywało się powolne przeobrażenie świadomości zbiorowej. Charakterystyczne jest to, że koniec – zapowiadanego entuzjastycznie w 1956 roku “socjalizmu z ludzką twarzą” – przyniósł rozbijane przez siły policyjne manifestacje studenckie z marca 1968, masakrę stoczniowców w grudniu 1970 na Wybrzeżu, że nieskuteczne okazać się miały apele o spokój społeczny po zmianie władzy w 1971 roku. Do marazmu życia, stłamszonego nieustannym przypominaniem cierpień wojennych, powoływaniem się na wrogów zewnętrznych, ogłupiającym, nieustannym przypominaniem sukcesów w “budowie socjalizmu”, coraz trudniej było kogokolwiek przekonać. To rozstawanie się propagandy, ideologii z doświadczeniem społecznym zwykłych ludzi sprowokowane i pobudzone zostało także przez nową poezję. Brzmi to dziś nieprawdopodobnie, ale literatura, poezja w tamtych czasach, była jedynym strażnikiem ładu moralnego. Dość szybko poeci właśnie – prawie jako wrogowie ustroju – znaleźli się na cenzurowanym.

Warto zwrócić uwagę na wielobarwność ugrupowań Nowej Fali. Poznańska grupa “Próby” (Barańczak, Krynicki) poddawała totalnej kompromitacji język życia publicznego – prasy, radia, telewizji, instytucjonalnej biurokracji (życiorysy, podania, ankiety personalne, zeznania w czasie przesłuchań). W wypowiedziach programowych (Stanisław Barańczak, Nieufni i zadufani, 1971; Ironia i harmonia, 1973) zaatakowany został model języka w obiegu społecznym: chodzi nie tylko o wszystkie kłamstwa propagandy, ale i o model “bezpiecznej” poezji poprzedników – gier stylizacyjnych (na antyk, na barok, na romantyzm), poetów “zadufanych”, pogodzonych z rzeczywistością. Rezygnacji i unikom przeciwstawiano ironię jako postawę światopoglądową. Inny charakter niż grupa “Próby” miało łódzkie “Centrum” (Jacek Bierezin, Andrzej Biskupski), związane bliżej z zalążkami pierwszych organizacji politycznej opozycji; inny także – warszawski krąg “Nowego Wyrazu”, skupiony na prezentacji młodych poetów, daleki od postaw programotwórczych. Wrocławska “Grupa 66” negowała postawy poetów “Współczesności”, kwestionowała “poezję wyobraźni”, potrzebę języka metaforycznego. Ta sugestia prowadziła do poszukiwania nowego wzoru języka poetyckiego. Nie bez znaczenia były wcześniejsze poszukiwania Różewicza – jego język konkretu.

Taką drogą szła krakowska grupa “Teraz”. Identyfikowali się z tradycją awangardy; Tadeusz Peiper był im bliski, ale i odległy o całą epokę. Julian Kornhauser był współzałożycielem i współtwórcą programu grupy “Teraz”. Nim ukazała się książka- -manifest Świat nie przedstawiony (1974) Juliana Kornhausera i Adama Zagajewskiego, teksty programowe publikowali główni przedstawiciele grupy już od 1970 roku w czasopismach literackich; “Student”, czasopismo młodej inteligencji krakowskiej, stał się organem tej grupy, a klub “Pod Jaszczurami” – ważnym miejscem spotkań. Pierwsze przejawy zaniepokojenia poglądami młodych zaprezentowała władza odmawiając zgody na wydawanie czasopisma “Młoda Kultura”. Śladem tego pomysłu był tylko dodatek do “Studenta”. Grupa “Teraz” była wcale liczna, część jej członków dość szybko zawieruszyła się, inni – jak Józef Baran – odeszli z powodów różnic programowych. Pozostał jednak rdzeń tej grupy – poeci, którzy potwierdzili swoje znaczenie w późniejszej twórczości, choć po zakończeniu działalności grupowej w 1975 roku kroczyli już własnymi drogami. Ów rdzeń grupy “Teraz” tworzyli: Julian Kornhauser, Wit Jaworski, Jerzy Kronhold, Jerzy Piątkowski, Stanisław Stabro i Adam Zagajewski. Łączyło ich – przy całym późniejszym zróżnicowaniu – przeświadczenie o potrzebie odnowy języka poetyckiego. Z nieufności do metafory – wyraźnej u Juliana Kornhausera i Adama Zagajewskiego, widocznej w ich debiutanckich tomikach wierszy – rodzi się przeświadczenie o potrzebie wiarygodności w nazywaniu zjawisk codziennego życia, takiego jakie ono jest, nie poddanego mistyfikacjom i metaforycznym przekształceniom. Konsekwencją tego założenia był postulat uczestniczenia poezji (“sztuki poetyckiej”) w kształtowaniu świadomości zbiorowej, wkraczanie “emocjonalne” w społeczno-polityczne i kulturalne “teraz”. Wkraczanie bezpośrednie, nie zakamuflowane “metaforyczną” metafizyką.

Julian Kornhauser dość wiernie przechodził drogę wyzwalania się swej generacji z martyrologiczno-wojennej mitologii. W wierszu Biorą go za mnicha z tomiku Nastanie święto i dla leniuchów pisał:

            W oczach tyle skruchy, ręce pęcznieją

            żywicą, daj nam mężczyzn o silnych ramionach.

            We włosach ogniki wiatru, nic nie mówisz,

            daj nam mężczyzn bez blizn. Tyle miesięcy

            białych jak przędza, tyle sukien z zimnymi

            kwiatami. Porąbani partyzanci próchnieli pod

            drogowskazami, czerwone pnie walały się w śniegu.

            Nie, nie pokazuj swej piersi przestrzelonej

            na wylot. W drewnianych wózkach moje poplamione

            zeszyty, listy z wyrokami śmierci. Brzuch twego

            głodu nie napęcznieje nigdy. Kaptur twojego kłamstwa

            nie ukryje zoranego czoła. Wesoło padaliśmy

            na kolana, ojcze, wyciągnij rewolwer.

Gęsty i ciemny tekst “rozliczeniowy” z całą wojenno- -kombatancką mitologią pogłębia swoją wieloznaczność przez łamanie frazy i wersów przerzutnią, a także poprzez użycie słów zwykłych, wolnych od znaczeń symbolicznych. To także znak nowego języka poetyckiego, a sens zamyka się apelu: “Daj nam mężczyzn bez blizn”.

Uwolnienie się od przeszłości, nawet tej najbardziej tragicznej jak w przypadku Kornhausera, jest warunkiem uczestniczenia w społecznym i emocjonalnym “teraz”. W wierszu Nasze miejsce z tomiku W fabrykach udajemy smutnych rewolucjonistów poczucie obowiązku uczestniczenia wiąże się z apelem – wezwaniem do “marszu”, przestaje być tylko “konkretem”, znaczenie nabiera zabarwienia emocjonalnego:

            Nie stójmy na rynku pod zegarem

            Wymierzającym godziny rozwoju ani w słońcu

            Wielkich słów to nie nasze miejsce

Liryka apelu, wezwania, rodziła się ze szlachetnych przeświadczeń o społecznym posłannictwie poezji, wyznaczała obowiązki poety – “uczestnictwa”, ale towarzyszyła mu od początku niepewność, a nawet zwątpienie. Wiersz Błąd gramatyczny z tomiku W fabrykach udajemy smutnych rewolucjonistów mówi już o zwątpieniu, o “błędzie”, o niemożliwości – z powodów zewnętrznych – zrealizowania programu:

            Skąd biorę tę nieruchomość poezji,

            ciała popiół i ledwo widoczną śmierć?

            Powiedz mi lepiej do ucha i przeżyj,

            w przędzy krwi ugotuj dobroci sierść,

            stań obok, gdzie biją cię  w twarz,

            otwórz ręce, którymi chwytasz godzinę

            za godziną, pozwól sercu długo grać:

            na fałszywej nucie bogoojczyźniany młynek

            i wyjdź, i wyjdź poza światła puls

            nie na odpoczynek, Na spokój miękki,

            w gardło jak w powietrze ostrze włóż -

            jaki ten świat w bólu jest piękny.

Marzenie o innej poezji, o innym jej języku, i znaczącej funkcji w życiu społecznym, zderzyło się z twardą rzeczywistością polityczną lat siedemdziesiątych. Kolejny tomik wierszy Stan wyjątkowy (1978) przynosi przebudzenie ze złudzeń. Mówi o tym najkrótszy wiersz Kiedyś przychodzi ta chwila:

            Nagle spostrzegłem,

            że już nie śnię.

Podobny ton dominuje w tomie Zjadacze kartofli (1978) – przynosi zwątpienie w możliwość przekształcania świadomości zbiorowej.

I tylko tyle. Ale ze zwątpienia, z rozstania z marzeniami młodości powstawać może inna poezja – już nie ta z przeświadczeń o jej roli w przekształcaniu świadomości, lecz najbardziej osobista, prywatna. W miejsce liryki apelatywnej, posługującej się – w sensie gramatycznym – trybem rozkazującym, zjawia się liryczne “ja” podmiotu mówiącego, jak w wierszu Moje serce ten rozkrzyczany expres wieczorny:

            Mój język już niczego nie nazwie

            Nastąpił koniec świata

            Tak długo przez nas oczekiwany

            Słowo "tak" zmieniło barwę

            Wszystkie mądre książki uciekły z półek

            Stoję bezradny w pustym pokoju

            .......................................

“Słowo >tak< zmieniło barwę”. To był “koniec świata” nadziei pokolenia Juliana Kornhausera. Rozbita została po 1976 roku grupa “Teraz”, poniosły swoje klęski i inne grupy. Kolejne tomiki wierszy Kornhausera – Każdego następnego dnia (1981), Hurrraaa! (1982), Inny porządek (1985), Za nas, z nami (1985), Było minęło (2001) i Origami (2007) rozwijały ryt liryki osobistej – skupionej jednak nie tyle na emocjach wewnętrznych, co na refleksji intelektualnej. Tomiki te nie tworzą jedynego planu w dorobku Juliana Kornhausera – slawisty, historyka literatury, krytyka literackiego. Są jednak nieustannym potwierdzaniem jego tożsamości i odrębności. Z młodzieńczych marzeń o nowym języku poezji pozostał niezbywalny fundament – nazywanie świata i swojego w nim miejsca poprzez konkret, niechęć do zabawy metaforą. Bo metafora zasłania to, co realne, co jest istotą życia. Mottem umieszczonym nad całą drogą poetycką Kornhausera mógłby być Traktat poetycki z tomiku Stan wyjątkowy:

            Wiele dałbym za to, aby

            ten wiersz był pudełkiem

            zapałek, odkrytą lampką

            na biurku, kwitkiem z pralni.

            To marzenie czyni mnie

            poetą.

Stanisław Burkot

 

Zabójstwo


Zostaniesz zabity w południe, na skraju

miasta, pod bokiem komendy, na plecach

urzędu, zostaniesz zabity, z premedytacją

i starannie, tak, by nikt nie poznał,

by nikt nie poznał, kto ty jesteś,

jaki twój zawód, jaki rys szczególny,

jaka Polska w tobie jeszcze nie zginęła.

Nie zginęła we mnie jeszcze trucizna

uczciwości, gwizd lokomotywy, o którym

wspomina poeta w samobójczym wierszu,

dlatego tak często przesiaduję  na granicy

państwa, aby oglądać  wbitego na pal

orła, którego skrzydła rozmieniamy na

pięćdziesięciogroszówki.

Moje serce ten rozkrzyczany express wieczorny

Mój język już  niczego nie nazwie

Nastąpił koniec świata

Tak długo przez nas oczekiwany

Słowo "tak"  zmieniło barwę

Wszystkie mądre książki uciekły z półek

Stoję bezradny w pustym pokoju

Przypominam sobie ustanowione wcześniej prawa

Nie przywiązałem się  do wielu z nich

Czy było tam prawo do rezygnacji

Już nie pamiętam

Nowy świat tak naprawdę  jest pustą szufladą

Nie chciałem się  do tego przyznać

To było ponad moje siły

A nadzieja

Nadzieja pojawia się  tylko wtedy

Gdy zawodzi rozsądek

Moje serce ten rozkrzyczany express wieczorny

Wysiadło

Na końcowej stacji

Skąd nie ma odwrotu

Skąd nie ma odwrotu

Traktat poetycki

Wiele dałbym za to, żeby

ten wiersz był  pudełkiem

zapałek, odkrytą  lampką

na biurku, kwitkiem z pralni.

To marzenie czyni mnie

poetą.

 

Zamów tę książkę

Cena:

Książka dostępna jedynie w siedzibie wydawcy

Cena zamówionej książki przez internet a odebranej osobiście w siedzibie wydawcy: