Jerzy Piątkowski: 32 utwory (1998)

nakład wyczerpany nie ma w sprzedaży
piatkowski

Słowo wstępne

Praca nad tą książeczką obudziła we mnie wspomnienie… wiosny?: tego intensywnego bycia, kiedy młodość zielona, niemal wyłącznie czująca domaga się żarliwie refleksji nad samą sobą i światem – i wkracza coraz i coraz w chwile spełnienia, i przechyla się f dramat prawdy i fałszu, formy i treści, i… nie upada!; i tego jeszcze bycia, kiedy żywioł uczuć, myśli i postaw przemienia się w poglądy i zasady współodczuwania, współsądzenia, współprzebywania z bliskimi i obcymi – żywymi i umarłymi, przyjaciółmi oraz wrogami, winnymi i niewinnymi – w uniwersum wartości. „Pod księżycem” – powiedziałby kiedyś Jerzy Piątkowski: pod księżycem jasnym lub mrocznym, okrutnym albo przyjaznym. Piątkowski jest poetą tych właśnie fenomenów: żywiołu uczuć i łaknienia ładu wartości, potęgi słowa i głębokiego smutku, dumy z siebie i wyraźnie tematyzowanego lęku, ironii i patosu, ekstazy i niepewności życia-miłości świata i miłości do ludzi. Zobaczcie, proszę, sami:

          Dzielimy się życiem
z bezimienną twarzą słońca     z rozkwitającym imieniem
                                                                        gwiazd
z wiatrem
 ciszą
na lądzie                i                      na morzu
    pomyśleć że
łączymy przygnębienia i           samotność beztroskiego
ufności		                          śpiewu i łez 
                           wszędzie nasza krew 
rośnie i boli                                         wygasa ukojona
                           bo przenikanie jest 
      do migdału ziemi                       do miąższu nieba
                      niepojętym szeptem  
dobrze sytuowanej miłości           bankrutującej pokory                       
                      Ileż trwogi i odwagi  
płynie naszą arką codzienną         maszeruje przez naszą
                                                                    wieczność

(…)Ten wiersz, labirynt – wspaniały, wart cały przytoczenia -chodzi z pierwszego zbioru Jak ryba na ostatnią wieczerzę (1976) Ten, który teraz przypomnę, należy do poematu Wędkarstwo, napisanego w połowie lat osiemdziesiątych i wydanego w tomie Człowiek jedynie (1990):

Przez sad kwitnący 
i jeszcze uśpiony 
wśród jabłoni
               dzieciństwa 
biegnę bosy i szczęśliwy 
Jak dzikie konie 
pasikoniki gnają
                   na prawo 
i lewo
a ja przed nimi wyciągając moje chude nogi 
(...)

Ten, którym przykłady skończę, znajduje się w ostatnio wydanym tomie Wróżby niepojętego świata (1997):

Łuna przygasa koniec życia i dzikie gęsi już są w locie Ostatnie krople do wypicia i ślad kopytka zamrze w błocie

W kamień zamieni się ta chwila z gomółką sera plastrem miodu I kruche skrzydło lot motyla i taniec ryby podczas godów (…)

Człowiek naprzeciw siebie i świata; człowiek „dotknięty” cudem i tajemnicą życia – to jest, na pewno, główny motyw i główne doświadczenie egzystencjalne poezji Piątkowskiego: punkt wyjścia albo punkt dojścia większości lirycznych zdarzeń. Myślę o przeżyciu granicznym, quasi-sakralnym. W klęsce, w szczęściu, w chorobie; w poniżeniu, rozpaczy, akcie twórczym, lęku, rozkoszy, śmierci… bohater wierszy Piątkowskiego znajduje sens istnienia- leczy się i ucisza, leczy się i odnawia – „dotknięty” cudem i zaszczytem życia, cudem i tajemnicą świata.
Oczywiście owo „dotknięcie” światem nie jest tak jednoznaczne ani tak łatwo czytelne jak napisałem. Bywa u Piątkowskiego ornamentem, bywa „gotowym” lekarstwem terapeutycznym na gorzki los i kąt ubogi na ziemi. W najgłębszych lirykach jednak – jakoś nieoczekiwanie – staje się heroicznie skromnym aktem fenom logicznym: odniesieniem kruchej ludzkiej godności, męstwa rozchwianej albo odbudowanej wiary w siebie – w miłości i pokorze -do nieskończonej,niepojętej i świętej wartości świata, i… doświadczeniem jej. Trzeba ufności i cierpliwości, żeby te wiersze dla siebie odkryć. Dodatkowo, ponieważ ów akt egzystencjalny przejawia się jako scenariusz zdarzeń lirycznych – doświadczenie poety i zadanie dla czytelnika – trzeba jeszcze wkładu czystego serca i wyobraźni, żeby pójść za autorem. Nie można tego ledwie… zrozumieć. „Utalentowany” racjonalista może odrzucić klucz poety: znajdzie dwa słabsze liryki przeciw trzeciemu – interesującemu oraz czwartemu – wspaniałemu. „Dumny” humanista, „skończony” akademik, „przekonany” ideolog społeczny mogą uczynić podobnie. Moim zdaniem, do wierszy Jerzego Piątkowskiego należeć będzie zwycięstwo.
Krytyka literacka i podręczniki historii literatury łączą lirykę Piątkowskiego z programem krakowskiej grupy „Teraz”: z niejakim zażenowaniem ustawiają ją w drugim szeregu za Komhauserem i Zagajewskim, nie wiadomo, czy obok Stabry i Kronholda, czy może nawet za nimi. To błędne przeświadczenie. Należy je możliwie szybko odrzucić. Piątkowski, rzeczywiście, zakładał w październiku 1968 grupę „Teraz”. Jeśli dobrze pamiętam i rozumiem – a w latach 1966-1970 pracowaliśmy z Jurkiem w jednym zespole jako bibliotekarze-studenci: zostaliśmy przyjaciółmi; nawiasem mówiąc, dzieliliśmy się kromką chleba trwając w sporze o rozumienie literatury – więc jeśli dobrze pamiętam, Jerzy Piątkowski razem ze Zdzisławem Wawrzyniakiem byli pierwszymi założycielami i organizatorami „Teraz”. Do Piątkowskiego należy, przejęty z wykładów Romana Ingardena, pomysł na nazwę grupy. Ale to prawie wszystko – poza spontaniczną, bardzo serdeczną przyjaźnią do kolegów – co łączy autora drukowanych tu wierszy z programem terazowców.

Owszem, doświadczenie pokoleniowe było podobne, wspólne: owo przytłaczające, poniżające poczucie, że żyje się w kraju zniewolonym zewnętrznie i wewnętrznie, plądrowanym oraz eksploatowanym cynicznie przez polityków cudzych i własnych, w kraju bez przyszłości gospodarczej i kulturalnej, w kraju zepsutego systemu wartości, gdzie, pośród otępiałych, zmęczonych, otumanionych, zastraszonych albo zdeprawowanych ludzi nie ma miejsca na autentyczny rozwój jednostki; na życie godne, twórcze; na życie w prawdzie, miłości – i na dodatek w świecie, który sam sobie coraz bardziej zagraża demograficznie, cywilizacyjnie i politycznie. Wspólne też było przekonanie, że należy ów stan, ów kryzys, ową apokalipsę poznawać i mówić o nich teraz i wprost. Pierwsze, drukowane w prasie liryki Piątkowskiego – Republika poetów,Troska i inne – wskazują na pewne podobieństwa programowe. Są tam elementy niepokoju, katastrofizmu; kontestacji społecznej i politycznej… Są jednak jakoś od razu inne: inaczej uświadomione…

(...)
Płyńmy rozszczepieni pewnością i zwątpieniem
płyńmy jak ryba na ostatnią wieczerzę
zaplątani w sieci własnych obelg
i w wartki lodowaty nurt
                     *** (Pokazałem ci morze dal błękitną) 
                      z tomu Jak ryba na ostatnią wieczerzę (1976)

Piątkowski dość długo szukał własnego świata poetyckiego, własnego spojrzenia na człowieka, własnego stylu. Nie przyjął ani przekonań, ani stylu, ani katastroficznej wersyfikacji Komhausera, Zagajewskiego, Stabry czy innych – spoza „Teraz” – twórców „określonej epoki”: Barańczaka, Karaska, Krynickiego… W swoich wierszach, jeśli dobrze rozumiem, nigdy nie proponował roli człowieka, który jasno wie, co nas, Polaków, boli – intelektualisty: samowiednego i świadomego politycznie lidera opozycji. Próbował raczej pojąć i wyrazić przeżycia kogoś innego – „drugiego” z pary w tamtej podstawowej sytuacji społecznej – „człowieka jedynie”, który wie-i-nie-wie, co się dzieje, który sam siebie rozumie-i-nie-rozumie; który musi przebyć trudną drogę indywidualizacji; frustracji, smutku i… może samopoznania, i… może samoocalenia. Przyjął więc sposób widzenia kryzysu społecznego mniej błyskotliwy, mniej intelektualny, jednak – historycznie i statystycznie biorąc – równie prawdziwy. A może… prawdzie bliższy? Zapewne stało się tak po części z powodów osobistych – autor Lęku czuwania, wielu z nas, miał nieustanne kłopoty z urządzeniem się w życiu, z awansem… nie tylko z winy totalitarnego systemu władzy – w istocie rzeczy jednak wypracowało się tak, na podłożu własnych doświadczeń i własnych obserwacji, z przyczyn filozoficznych i artystycznych. Mówiąc metaforycznie, Jerzy Piątkowski współtworząc grupę „Teraz” nie tyle gotów był bez wahania przyklasnąć kolegom-teoretykom, że polska komunistyczna rzeczywistość nie została przedstawiona [prawdziwie] w utworach dwóch poprzednich pokoleń literackich – rzeczywistość, w ogóle, jest niepojęta: spiera się żartobliwie Piątkowski z kolegami z „Teraz”, im przecież dedykuje tomik, we Wróżbach niepojętego świata – ile jakoś przypuszczał-wiedział, że równolegle nie została ta rzeczywistość dojrzale przeczytana, przeżyta, przemyślana… i w wierszach, i w naszych duszach.

To, co nazywa się Pokoleniem 68 lub Nową Falą – ujmowane wąsko i ujmowane szeroko! – zawiera, jak się zdaje, dwie zasadniczo różne, ale i komplementarne postawy wobec świata. Jedna to postawa kontestacji politycznej, ofiary z własnej kariery w imię niekłamanej godności osoby ludzkiej – droga wołania wprost, droga gotowej samowiedzy i gotowej wiedzy społecznej. Druga to postawa niejasnego lęku i buntu, utraty wiary w siebie i odzyskiwania jej – droga poszukiwania „punktu oparcia” godności i powstawania do męstwa, droga reintegracji. Jerzy Piątkowski jest, moim zdaniem, wybitnym przedstawicielem właśnie tej drugiej drogi. Wybitnym, ale za mało znanym. Przeczytajcie, proszę, Na skarpie Tihany oraz Wędkarstwo. One – obok nie drukowanych tutaj z braku miejsca Kadencji (ze zbioru Ścieżka legendy, 1988) i Człowieka jedynie (z tomu Człowiek jedynie, 1990) – stanowią szczyt przełomu. Mnie zachwyca Wędkarstwo. Jest to mądry, czysty lirycznie, wysmakowany artystycznie poemat.

W tej książeczce – zgodnie ze stylem wydawniczym serii Poeci Krakowa – starałem się być wiemy historii. Na niewielkim obszarze stron ukazuję najważniejsze utwory: punkty zwrotne idei oraz warsztatu Piątkowskiego. Od pierwszego, wydanego w 1976 roku, tomiku do… wydanego w 1997, z radością to podkreślam, zbioru wcale nie ostatniego. Osobowość i dorobek poety – myślę o głównych motywach, wartościowaniu świata, wyborze tradycji, wyborze stylu, pauzowaniu – bardzo szybko rozrasta się „w głąb” i „w bok”: ku pogłębionej wiedzy o sobie, ku nowym stylom i ku nowym nastrojom. Piątkowski pisze ostatnio dużo i szybko. Oprócz wspomnianych dziewięciu zbiorów wierszy wydanych drukiem znam drugie tyle – więcej nawet, jeśli policzyć ich objętość – utworów nie drukowanych. Postanowiłem zaznaczyć ich obecność w wyborze, podając jedną pieśń Hymn o Internecie z pierwszej księgi obszernego – księga pierwsza liczy podobnych pieśni dziesięć – pisanego właśnie poematu dygresyjnego 2000 albo Kwiaty Beniowskiego. Dodam, że księga pierwsza została ukończona i przygotowana do druku w kwietniu 1997, księga druga została, w pierwszej wersji, zamknięta 30 czerwca 1998, księga trzecia… właśnie się „myśli i pisze”.

Jan Mrzygłodzki

 

 

 

 

 

Czas który wydrąży twoją pamięć

Zachowaj właściwy kierunek
jak łosoś albo węgorz
zmierzające do morza
Zachowaj przenikliwość
aż do zdrowej miazgi krajobrazu
skąpany w stygnących wiórach
żywotności
gdzie wiecznie dymi kuchnia polowa
ciekawość

Zachowaj właściwy kierunek 
kiedy szamocze się nieustannie 
liryczne
                 okienko
na zapierającym stale oddechu 
traconego 
raju
do którego przedziera się twoja 
rozpacz

Zachowaj właściwy kierunek 
jak
                 uciekinier 
gdy wyprzedza ślad 
krwi 
przyszpilony igłami mrozu

i jest w przybywającej ciszy 
oczekiwania
zawieszony jak wiekuista 
lampka

Lęk obezwładnienia

Czy powinienem bać się
prób doświadczalnych
obezwładnienia moich
nerwów i
myśli
skoro śmierć jedzie po mnie tak
hałaśliwie
Od dawna słyszę
jak dudnią jej wiadra
i kociołki
po wybojach

Czy powinienem bać się 
i mieć oczy czerwone 
z przerażenia 
jagody ukwiałów 
skoro są to zaledwie 
forpoczty 
powolnego uśmiercania

które 
nie wiadomo czemu
             na granicy wyboru 
zatrzymują się 
jak rozpędzone konie 
nad przepaścią

Lęk czuwania

Czy zdołam uniknąć pienistej kipieli 
śmierci która podsypuje raz po raz 
świeży proch czerwonej rafy

Czy zdołam umknąć owych godzin 
w których na siłę zechcą oblec mnie 
w pokorę i wyrzeczenie się wszystkiego

Bo przecież przygotowałem siebie na ten czas
mówiąc: nie lękaj się
prawda często długo się mozoli
jak orzeł na ocienionym poddaszu chmur

Czy powinienem myśleć o lęku
właśnie teraz
kiedy zaczęły kłosić się trawy dojrzałych dni
kiedy nauczyłem się mieszkać
w sąsiedztwie pokrzyw i ostów
i kiedy wiem że w życiu dokonałem niewiele

Czy powinienem bać się porażenia błękitu 
który oplata się co rano wieńcem 
lecących ptaków

Czy powinienem bać się porażenia
sfery uczuć wyższych
narodu
i tego abym nie został
wyłamany
z szeregu walczących o wspólną
prywatność naszej świadomości

Czy powinienem złorzeczyć w ciemności
jak wiatr czy – jedynie czuwać
aby nie wygasło pulsujące ognisko
mojej gwiazdy

Okrutna pamięć

Pamiętałem z dzieciństwa rozbijając pierwsze
orzechy
że dziadek go nienawidził
Zwykle potem pędziłem po proszki „z kogutkiem”
od bólu głowy

Po latach czas nadwyrężył pamięć po dziadku
wycięto orzechowe drzewa
a mimo to
rozpoznałem
dałbyś głowę że teraz w czci godnym jegomościu
podstarzałego pana Staszka

Rozluźniony wewnętrznie
może nadmiarem wypitego piwa
z łzą rozczulenia jaką wywołuje
chwilowa słabość
i przełamujące się draństwo
przesuwając szkło w spoconych dłoniach
skory do zwierzeń
zaczął nagle mówić o ludzkich
błędach

Niby nie miał im za złe 
źle zrozumianej 
ideologii i 
poznawczego dysonansu

Tak
chyba niepotrzebnie
bił
niektórych po gębie
łamał palce
wyrywał paznokcie 
nieosobiście 
nie osobiście

Ważne było myślenie
grupowe
ten akt strzelisty wiary
Mimo wszystko ludzi mu żal
walczył z „plugawym karłem"
a oni byli tacy głupi
wybierali „samokrytykę"
przyznawali się do wszystkiego
Jak opętani
wyli
To było nie do zniesienia
To mogło zdarzyć się
wszędzie

Nie broniła go argumentacja
ekspiacja
chęć uporządkowania
za wszelką cenę
stanu narodowościowego
absurdalne wielkie liczby

Nie przemówiła za nim frontowa
koszula
która mogła wisieć w szafie
z ciemnymi blaszkami krwi
buty
które nie mogły prosić o
nowe rzemienie
manierka w której uskarżałby się
ostatni łyk wody

ani wycięte orzechowe drzewa

Władcy umysłów

Władcy umysłów potrzebują teatru 
absurd jest ich największą siłą 
Beckett Beckett

Łapę lwa wygrzebuje
mocny podmuch wiatru
przypomina czas faraona
wylewy Nilu
cielsko krokodyla
i zjawiasz się na ustach kapłanów Ozyrysie

Wszędzie oczy i uszy królewskie
mury Bastylii
mroźne ściany Syberii
oflagi
stadiony zamienione na cmentarze

Uśmiechnięty Goebbels wśród dzieci
Doniosły moment
do powtórzenia w Korei Rosji Rumunii

Wznoszona wielkość 
(młode orzechy) 
Aleksander Wielki 
Neron Cezar Napoleon 
Czeng

Zabroniona mowa 
zakazane piosenki 
Zabrana ziemia

Rzeka krwi 
pozbawiona brodu 
szumiąca gniewnie

Zamów tę książkę

Cena: 10 zł

Koszt wysyłki: 5 zł

Cena zamówionej książki przez internet a odebranej osobiście w siedzibie wydawcy: 10 zł