Elżbieta Zechenter-Spławińska “Grudka soli pod powieką” (2008)

zechenter-grudka-soli-pod-powieka

Wojciech Ligęza

W przedsionkach serca

Po lekturze, najlepiej wielokrotnej, niespiesznej, narzuca się zdanie: to jest poezja dla dorosłych. Elżbieta Zechenter-Spławińska w swych wierszach przywołuje światy baśniowe, stara się odzyskać chwile szczęśliwego dzieciństwa, tworzy prywatne mity początku, pisze o tym, że niewyczerpywalne w swym bogactwie życie cudownie się zaczyna i zdaje się nie mieć kresu, chwali pomysłowe piękno natury (ważne są rysowane cienką kreską studia pejzażowe, istotne – raporty o ptakach, raptularze przyjaźni z psami), dopuszcza świadectwa zmysłów, daje dowody subtelnej wrażliwości. Poetka docenia kategorie wdzięku, posługuje się konceptami językowymi, korzysta z lakonicznie wyrażonej mądrości aforyzmu, nie cofa się przed wyzwaniem uogólnień (sprawdza zakres znaczeniowy takich słów, jak miłość, szczęście, radość), opowiadane historie przebiera w kostium przypowieści, nie wierzy w siły stwórcze słowa poetyckiego, często uprawia poezję rozmowy, ale też układa małe traktaty, w których ujawnia się myśl krytyczna.

Wszystkie wymienione właściwości języka i świata poetyckiego skłaniałyby do przedwczesnych wniosków, że oto obcujemy z poezją, która akceptuje to wszystko, co istnieje, poezją prezentującą celność spostrzeżeń, skupioną na wynalazkach słownych, zdystansowaną wobec zwykłej magmowatej materii życia, dalekiej przecież od uładzonych literackich wzorów. Na podstawie szybkiego oglądu można by dojść do błędnych mniemań, iż poetka unika sytuacji wyznania, omija z daleka własne doświadczenie, nie ryzykuje podjęcia tematów drastycznych, drażliwych, egzystencjalnie niepokojących, metafizycznie istotnych. A zatem konieczne dla zrozumienia poezji Elżbiety Zechenter-Spławińskiej jest odczytanie rozważań dotyczących drugiej, mrocznej strony naszego życia – wydanego na udręki starzejącego się ciała, działanie niewiernej pamięci oraz niepokoje umysłu próbującego przeniknąć tajemnicę śmierci, niedogodności historii, szaleństwa ludzkiego gatunku, który postanowił zniszczyć przyjazną Ziemię-planetę.

Przemiany czasu i obroty losu przenikają każde ludzkie istnienie. I ten odwieczny temat w oryginalny sposób aktualizuje Elżbieta Zechenter-Spławińska. Poetka sięga po zapisy autobiograficzne: dialogi z bliskimi osobami, przedmiotowe szczegóły, anegdoty, scenki, strzępy zasłyszanych wypowiedzi. W tym, co zwykłe i dostępne, przemija postać świata. W aktualne zdarzenia wtrąca się nieubłagane fatum, a plan eschatologiczny ujawniony zostaje niejako w tle. Koniec świata spełnia się zawsze, w banalnych okolicznościach, dlatego w tej poezji bitwy rozgrywane wewnątrz egzystencji są straszniejsze niż realne wojenne starcia (Te kostiumowe wojny). Czytając wiersze z wyboru Ginący gatunek, musimy pamiętać o kontrapunktach sensu, o artystycznym wyzyskaniu paradoksów. Obok namysłu nad ulotnymi chwilami szczęścia i bezpieczeństwa, poetka zgłębia semantykę słów “rozpacz”, “smutek”, “ból”, “odejście”, “przegrywanie” (np. A rozpacz po nas…, Jest smutek, który…, Myśl o tym, Ciąg dalszy, Uczmy się przegrywania).

Baśń, mit, parabole, humor poetycki, gry słowem konceptualnym, efektowna metaforyka nie odwiodą nas od pytań o rzeczy ostateczne, nie uśmierzą bólu codziennego, nie zagłuszą troski, jaka towarzyszy refleksyjnemu istnieniu. Czy przybierając ton niefrasobliwy, drocząc się z powagą spraw, poetka myli tropy? Odpowiem przecząco, gdyż w tych lirykach bagatelizowanie dramatyzmu ludzkiej obecności w świecie od razu zostaje zdemaskowane: dojmujący, choć groteskowy w przejawach, jest sprzeciw wobec przemijania czasu, a siła zaklinania śmierci, co oczywiste, okazuje się nieskuteczna. Potężnego przeciwnika nie sposób zagadać. I tak, paradoksalnie, wskazany zostaje właściwy trakt myślenia, w którym po licznych targach odsłania się skomplikowana zgoda na prawa egzystencji. Można kwestię ująć krótko: grasz z życiem, powtarza poetka w wielu tekstach, musisz przegrać.

Oddzielić należy baśń od rzeczywistości, mit od nieskładnej biografii, wyobrażenia od prawdy, wskazania kalekiej pamięci od faktycznego przebiegu zdarzeń. Wiele utworów poetyckich Elżbiety Zechenter-Spławińskiej ufundowanych zostało na różnicy. Dorośli czynią szczególny użytek z książek umieszczonych w dziecinnym pokoju, mianowicie odkrywają z czasem, iż “cudowne i pożyteczne” się nie zdarzy. Nie będzie epilogu opatrzonego etykietą “żyli długo i szczęśliwie” i żaden palący problem nie rozwiąże się po drugiej stronie lustra. Bohaterka Lewisa Carrolla okazuje się starą kobietą po ciężkich życiowych próbach, która już nie ma sił, by powtórnie wstąpić w świat baśni, świat inwencji i fantazji (Kiedy pani Alice Hargreaves…), “księżniczki / na ziarenkach grochu” wraz z nabyciem doświadczenia marzą jedynie o zachowaniu substancji życia (Nosić na rękach), zaś w pięknej chwili, choć zachwyt jest nieco fingowany, bo natura lubi maskarady, a ludzie zawsze udają, zbyteczna okazuje się właściwa baśni magiczna przemiana (Udawanie).

I jeszcze inny wariant: motyw ze znanej bajki Andersena ulega znamiennemu przekształceniu: tylko król rozebrany do miłości, pozbawiony szat, pozy i dostojeństwa, ukazany jako istota bezradna, czyli istota ludzka, może być naprawdę kochany (Gdy król jest nagi). Zechenter-Spławińska zmienia fabuły wyjściowe tak, by niemożliwa cudowność nie zakłócała trzeźwo ocenianych reguł zwykłego życia. Baśniowy (czy w ogóle: literacki) sztafaż – we wczesnych wierszach – przesłania bezpośrednie wyznanie, ale w lirykach dojrzałych i późnych odpodobnienie od baśni oznacza ćwiczenie pokory i pochwałę poprzestawania na małym, bowiem największym cudem jest to, że życie trwa i, jeśli fortuna sprzyja, wolno się zmienia.

Poetka sięga po metaforykę podróży, ale upragniony cel – wyspy szczęśliwe – jest nieosiągalny. Wojaże wewnętrzne służą rozumieniu własnych doświadczeń i zarazem wykluczają mit, zagradzają dostęp złudzeniom. Natomiast przynoszą gorzkie odkrycie, że żeglujemy samotnie, wyruszając z mórz ciepłych ku “lodowatemu oceanowi”. W wierszu Podróż (rytmizowanym, jakby balladowym) dobitnie mówi się o zagubieniu punktów orientacji, rozchodzeniu się kierunków, rozstaniu. Owo istnienie osobne, rozprzęganie się ludzkich więzi, wysychanie przyjaźni, osierocenie przez tych, których kochaliśmy, należą do najczęstszych tematów w tej poezji. Przy czym poetka spowiedź zastępuje obrazem. Przesłania tej liryki są poważne, lecz styl posiłkuje się dyskretnie przemyconym humorem. W sukurs przychodzi zdyscyplinowana metafora, precyzyjnie podporządkowana znaczeniu, a trzymana na wodzy wyobraźnia niekiedy tylko się ośmiela. Na przykład w miniaturowych lirykach Opis jednej litery oraz TAK – z kształtu pisma, na podobnej zasadzie jak w rysunkowych uczłowieczonych piktogramach Rolanda Topora, daje się odczytać historię związków i rozstań. W liryku Deszcz zasłona z kropel, tak gęstych, że świat niemal znika, przybiera postać znaków interpunkcyjnych wyrażających zmienne nastroje i oczekiwania.

Delikatne bywa dotknięcie liryzmu w wierszach Elżbiety Zechenter-Spławińskiej. Mowa szczegółu wtedy zyskuje szlachetną klarowność, kiedy spojrzenie staje się bezosobiste:

Wiatr przeprowadza suche liście
bezpiecznie
po pasach
na drugą stronę jezdni

Lakonizm (przypominający nie tyle strofę, co zasadę poezji haiku) spotyka się tutaj z tradycją aforyzmu i gnomiki literackiej. W zdaniach-zauważeniach dostrzegalna jest bezlitosna ironia. Trudno bowiem bez okrutnej samoświadomości mówić o tym, co ostateczne, nieodwołalne: “Można się bez wszystkiego obejść – / zmarli obchodzą się nawet bez życia”. W miniaturach lirycznych i mikrologiach Elżbiety Zechenter-Spławińskiej, które odznaczają się poetycką celnością, melancholijny żal utraty nakłada się na fascynacje ulotnym pięknem świata: psem niosącym gałąź, srokami w ogrodzie, wiewiórką, wiatrem przeczesującym liście. Zachwyt, który nagle rodzi się i przemija, obecny jest w epifanicznym mgnieniu obrazów (Znajome miasteczko nad Dunajcem…, Mieliśmy pójść na Jaworzynę), w smakowanych zmysłowo bezcennych chwilach (Niewidoczny ptak…, Szczęście, Więc muszę stąd wyjechać). Niekiedy zauważymy ślady ekstatycznego odbioru świata, na przykład zaklinania, inkantacji do żywiołów (Mniej realny…), to jednak idylliczność omawianej poezji znów jest pozorna, gdyż nieskutecznie wskrzesza się dawne Arkadie, bez wiary w powodzenie przyzywa przeszłość. Zawsze widoczny będzie wyłom w istnieniu, zawsze ujawni się strata. Eden, bardziej wymarzony, niż rzeczywisty, pozostanie zagrożony niebezpieczeństwem. Nad pięknym światem unoszą się drapieżne ptaki (Leżę na trawie…), nie sposób też udawać, że nie ma śmierci w Arkadii, choć atawistyczny lęk podpowiada, by na wszelki wypadek nie wymieniać jej imienia (Ogród).

Wyprawa w stronę utraconego czasu, pełna klęsk poniesionych po drodze, bo spójna sekwencja faktów się rozpada, bo pozostają rozbłyskujące pojedyncze obrazy (dlaczego te, nie inne?), skłania do kolejnych krytycznych rekonstrukcji. Ciągłość biografii w tych lirykach zostaje zakłócona i choć istnieją fotografie, w istocie obce zdają się być nasze wcześniejsze wcielenia – dziecinne, młodzieńcze (Ciągnę za sobą…). Zechenter-Spławińska pisze wiersze heraklitejskie o niepełnych restytucjach rzeczy minionych, zapaściach i wybiegach pamięci, mylnym utożsamieniu z samą sobą z przeszłości, ale też o szczęśliwej epoce, od której zostaliśmy odgrodzeni. Jednak poetka wystrzega się idealizacji: przeszłość wcale nie była bez skazy, ale odblask rzeki przechował odbicia bliskich, w cieniach i powidokach trwa (mimo wszystko) lepsze życie, ponieważ bohaterowie jeszcze nie znają złych finałów (Chciałabym wrócić na tamtą rzekę…, Widoki na przeszłość). Z niejasnych zniekształconych przekazów z przeszłości coś jednak można się o sobie dowiedzieć (Notatka z czerwca 2004). Jak przekornie zauważa poetka, wbrew popularnemu porzekadłu o leczeniu ran, czas-parodysta, czas – prześmiewczy dręczyciel wydobywa z zasobów przeszłości żale i wstydy, odrzucając uspokojenie, uśmierzenie (Czas wcale ran nie leczy…).

Obok doznania czasu nieciągłego, pokawałkowanego w tej poezji istotne jest doświadczenie progu, albo innymi słowy granicy oddzielającej epoki życia. Od jakiegoś momentu przyjdzie grać nowe role, przestawić się na inne myślenie. Przy czym w lirykach Elżbiety Zechenter-Spławińskiej dojrzałość nie tyle się staje, co trzeba ją zdobyć. Podobnie ze starością – musimy się z nią zawczasu zapoznać, by choć trochę obezwładnić napastnika, zgłosić zastrzeżenia, sporządzić protokół niezgody (Wizyta, Ciąg dalszy). Co można zyskać przez taką taktykę? Ostre widzenie rzeczy, mądry sceptycyzm, triumf świadomości, czyli pociechę dla przegranych, wreszcie – trudne pogodzenie. Kiedy “klamka zapadła” i skończył się czas poszukiwań, marzeń, planów na wyrost, nadziei bez pokrycia zmniejsza się egotyczne uczulenie, wzrasta niezależność i wolność wewnętrzna. Poetka eksponuje własny rytm życia, nie zestrojony z szybkimi zmianami rzeczywistości. Nie zabiega już tak usilnie o względy innych. Gdy osiągnie się próg dojrzałości, można ze spokojem powiedzieć: “nie wszyscy muszą mnie kochać” (Dzięki tobie).

Oczywiście świeżo założony kostium w dramacie o starości, w którym zostaliśmy obsadzeni przez pomyłkę, będzie uwierać, a sama rola wyda się egzotyczna, skrajnie obca: “Od jakiegoś czasu mieszkam w cudzej skórze / jakbym przebrała się na chwilę / a wszystko co moje gdzieś przepadło” (Zdziwienie). Przypomnijmy, że Anna Kamieńska posłużyła się frazą: “Starość jest nieśmiała / popychana zdziwiona sobą / jak dzieciństwo”. W wyborze wierszy Ginący gatunek uwagę czytelnika przyciągną przejmujące studia starości (Niewidoczna, Zbyt długo, Ludzie starzy). Również objawi się najbardziej okrutna postać czasu – niszczyciela, pożercy. Tempus devorans działa niepostrzeżenie, podstępnie, z precyzyjnym opóźnieniem, jak bomba zegarowa. Czas nie jest tutaj kategorią abstrakcyjną, lecz odciska się na istnieniu. Niszczycielskie zakusy skupiają się na rzeczy najbardziej ludzkiej. I nie da się tego elegancko powiedzieć: śmierć upomina się o swoją własność – człowiecze ciało. Zatem nasz sojusznik jest zarazem zdrajcą. Przebywanie w ciele (a jaki mamy wybór?) wywołuje niebezpieczeństwo, ukrywanie się za granicą własnej skóry nie kojarzy się z ciepłym bezpiecznym azylem (Krew jest jedyną rzeką…, Zabawa w chowanego). Czas to “cierpliwy łowca” łapiący ofiarę w sieć zmarszczek (Ciąg dalszy). Codziennie starzejące się ciało truje nas małymi dawkami niebytu (Kropla po kropelce). Układ z własnym ciałem podpisany został na złych warunkach:

                  Śpię z moim mordercą

                                   paktuję z moim mordercą

                                   - z moim ciałem

                                   które ma mnie zabić

                                             (Ratuję mojego mordercę...)

Elżbieta Zechenter-Spławińska posługuje się topiką uczenia się, dorastania, rozumienia zmian. Czytelnik odbiera lekcje pokory, dowiaduje się, że nie należy wierzgać przeciw ościeniowi swemu. Radość życia czerpie się przecież z poczucia utraty. I nigdy nie dość przepowiadania sobie, że może być tylko gorzej (Myśl o tym). Właściwą postawą wobec upływania czasu, ćwiczoną i cierpliwie wyrabianą, jest w tej poezji czujna bezradność polegająca na tym, że chociaż nie można zaradzić klęsce (starzenia się, umierania), to przynajmniej należy wiele wiedzieć o jej objawach oraz istocie. Myślałbym też o godnej rezygnacji.

Nie można w lekturze przeoczyć wierszy elegijnych. Wyróżnia się tutaj cykl liryków poświęconych ojcu (korespondujący z niedawno wydanym tomem prozy wspomnieniowej Elżbiety Zechenter-Spławińskiej Malinowy tort, 2007). Nie są to w ścisłym sensie epitafia, bądź nenia, lecz przedmiotem wypowiedzi poetyckich staje się historia trwania pamięci, samoanaliza uczuć – zmiennych i wzbogacających – związanych z najbliższą osobą. I tak poetyka wyznania wpisującego się w kartezjańską formułę “kocham Cię / więc jesteś” (Ojcu) sąsiaduje z wyrazem pośrednim, z ekwiwalentami uczuć. Czyste strony w notatniku ojca najdotkliwiej uświadamiają jego odejście (Skrupulatność), a lament po sprzedanej bibliotece łączy się z upamiętnieniem tego, który osierocone książki przez lata z pietyzmem gromadził (Szesnaście). Żałoba osiągnęła pełnoletniość w osiemnastą rocznicę śmierci (Jeszcze parę miesięcy…) A zatem czas wymienił emocje na pracę pamięci – organizującą rozpamiętywanie utraty. Uczuciowe odruchy należy więc wziąć pod światło, zbadać naturę własnego rozumienia. Rzecz doskonale przybliża metafora, w której na terminie medycznym zaszczepia się znaczenie związane z cerebralizacją i celebracją żalu. To, co pośrednie między zracjonalizowanym rytuałem a falą czułości lokuje się właśnie “w przedsionkach serca” (Rocznice).

Twórcy elegijni zastanawiają się nad niemożliwą do wyobrażenia własną śmiercią, na próbę przyjmują spojrzenie z drugiej strony. W tej poezji nie tylko próbuje się wyobraźnią nieistnienia, ale także rozważa fenomen śmierci pojmowany jako rozpad wyobrażeń, znikanie z pamięci innych ludzi (Nierówność, A rozpacz po nas…). Szczególnie oryginalną postać ma tren , w którym wraz ze śmiercią twórcy umierają projekty przyszłych dzieł – poetyckich, plastycznych, muzycznych. Są one niespełnione, a zatem doskonałe. Poeta wkracza w sferę idealności negatywnej (Kiedy umiera poeta).

W tym wstępie z konieczności pozostawiłem na uboczu wiersze dla wnuczki z kolekcji liryków nowych, w których dzieciństwo, czyli czysty eksperyment, odświeża spojrzenie dorosłego, przywraca zdolności poznawcze. Tylko wspomniałem o utworach “ekologicznych”, niemal przeoczyłem migawki z codzienności oraz sprawozdania z rozmów, ważne, gdyż dialog sprzyja wypracowaniu własnej prawdy. Poetka pisze “nieskuteczne” wiersze interwencyjne – ku przestrodze i opamiętaniu. Ale nic się nie zmieni: nastanie królestwo betonu i śmieci, nikt nie powstrzyma agresywnego rozrostu brzydkich budowli. Cywilizacja gasi urodę miejsc, i, pleniąc się, ogałaca je z zieleni i błękitu. Owa ohyda jest wszędzie, nie ominęła również umiłowanego przez poetkę Krakowa (W moim mieście…, Spacer [Kraków 2000], Kossakówka). “W sieć autostrad […] złapią się ptaki / drzewa i zwierzęta”, a ludzki gatunek ginie na “własne życzenie” (Co nam orlik krzykliwy…).

Zająłem się głównie kwestiami świadomie przeżywanej egzystencji. Poezja dla dorosłych oferuje fotografie dawnych uczuć, zapisy wspomnień, kroniki spraw przegranych, rejestry projektów, które się nie spełniły, strony żałobne, wanitatywne medytacje. Nie jest to jednak lament na ruinach życia. Wiersze Elżbiety Zechenter-Spławińskiej uczą dystansu – potwierdzonego przez autoironię, obrony własnych prawd, cóż z tego, że słabszych od wrzawy całego świata, dzielności, która przyjmuje wszystko, co się wydarza, bez upiększeń, złudzeń i mitów. Raz po raz powraca czułość, odzywa się czysty liryzm. W elegijnym świetle wyostrzającym kontury rzeczy w sposób intensywny odczuwa się piękno krajobrazów i miejsc, bardziej wyrazisty staje się związek z całym istnieniem, więcej znaczą międzyludzkie więzi. Utrwalone w poezji debiutantki pierwsze intuicje i rozpoznania, zachwyty i refleksje teraz wzbogacone zostają o doświadczenie i mądrość.

 

Recenzja: Robert Czop

W każdym z nas jest coś z dziecka, na co też zwracał uwagę w swoich przemyśleniach Janusz Korczak, dlatego nie powinniśmy się tego wstydzić, a tym bardziej dusić tego w sobie. Nie da się ukryć, że w wielu wypadkach jest to silniejsze od nas, a równocześnie, jeśli dzięki własnemu doświadczeniu właściwie zdołamy wykorzystać ten niezwykły urok tamtych lat, to możemy przeżyć jeszcze wiele niezapomnianych chwil. Bądźmy pewni, że to właśnie one wzbogacą nas niezależnie od tego na jakim etapie drogi na tym łez padole jesteśmy. Czasem rzeczywistość dosyć często w sposób okrutny przemienia nasze mity i baśnie. Dlatego marzenie o pięknym królewiczu czy rycerzu z bajki, który mknie na białym koniu niosąc wybrankę swojego serca na rękach, przemienia się w smutną prawdę o słabości naszych mięśni, kości czy innych organów wewnętrznych, kiedy musimy liczyć na pomoc innych, by nas w czasie choroby przenosili, ponieważ sami nie potrafimy się już utrzymać na własnych nogach. Jednakże rola dzielnego rycerza nie tylko kończy się według mnie na uratowaniu ciała, ale także umysłu nieszczęsnej. Akurat wiersz “Zabawa w chowanego” jest jakby historią rozdwojenia osoby na dwie przeciwstawne siły, które nie dość, że nie wspierają się wzajemnie, ale wręcz przeszkadzają sobie. Blokujemy w ten sposób to, co jest w nas prawdziwe, by nie narazić się na konsekwencje, ponieważ dziecięce wybryki nie są już tolerowane w wieku średnim, bo czegoś nam, według innych, już nie wypada. Określone i zapewne przykre przeżycia, sprawiły, iż podmiot liryczny rozbudował skomplikowany system zabezpieczeń, przez który nie może się przebić jego prawdziwa spontaniczność. Wprawdzie dzięki temu nie jest narażony na naganę, ale równocześnie żyje w stworzonym przez samego siebie i dla siebie koszmarnym więzieniu, stając się równocześnie skazańcom i własnym strażnikiem, co w ostateczności może doprowadzić do nieszczęścia. Poetka porównuje takie zachowanie do jedzenia i picia. Z jednej strony z każdą godziną pragniemy coraz bardziej tych darów umożliwiających nam życie, a jednocześnie oszukujemy samych siebie, iż jest nam to niepotrzebne. Takie działanie na dłuższą metę nie ma sensu, ponieważ doprowadzimy siebie do całkowitego wyniszczenia psychicznego i fizycznego. Jednakże wieloletnie przebywanie w określonym środowisku sprawiło, iż postać mówiąca w tekście wytworzyła maskę, za którą się chowa. Kto wie, czy nie doszło jeszcze do czegoś gorszego, ponieważ odnosimy wrażenie, iż to, co miało chronić przed niebezpiecznym środowiskiem, równocześnie owładnęło całą postacią. Dlatego, na przykład uśmiech maskuje cierpienie lub zatykamy usta, żeby nie wypowiedzieć jakiegoś nierozważnego słowa czy też czerwienimy się lub bledniemy tylko dlatego, że odczuwamy zmianę temperatury w najbliższym otoczeniu. Taka sytuacja nie jest najlepsza, ponieważ nasze pragnienia, niczym brutalnie traktowany więzień, z coraz większą siłą domagają się swoich praw. Ta walka przypomina próbę włączenia światła, mimo że nastąpiła awaria w sieci. Wprawdzie wiemy, że nie ma prądu, ale bezwiednie unosimy dłoń, by wcisnąć przycisk. Ta, wieloletnie powtarzana czynność, sprawiła, iż wykonujemy działanie wbrew naszej woli, jakbyśmy wykształcili sobie małego pomocnika, którego nie nauczyliśmy samodzielnie myśleć, a jedynie wyuczyliśmy bezmyślnego schematu. Działając w określonym kierunku, tworzymy swoją drugą naturę, czyniąc tak, jakbyśmy owijali się folią. Na samym początku nie czujemy najmniejszego oporu. Później, nawet jeśli coś nam zaczyna przeszkadzać, to bardzo szybko się do tego przyzwyczajamy, wychodząc z założenia, iż tak właśnie musi być i przestajemy zwracać uwagę na te małe niedomagania. Po pewnym czasie ta materia zaczyna nam ograniczać ruchy, ale oszukujemy się tym, iż to jest nasze działanie nad którym mamy całkowitą władzę i w końcu dochodzimy do takiego punktu, że zostajemy skrępowani i to, co sami tworzyliśmy przez tak wiele lat, teraz zaczyna nami rządzić i stajemy się niewolnikiem jakiegoś przedziwnego stworka, którego sami wyhodowaliśmy w swojej podświadomości. Ale czy dzielny rycerz zdoła nas uwolnić i wywiezie nas z tej strasznej wieży? Wątpliwe, bo bez naszej pomocy nawet Zawisza Czarny by sobie nie poradził, więc wszystko w waszych rękach księżniczki.

Czas płynie nieubłaganie do przodu i pojawiają się kolejne pokolenia, które często mówią już innym językiem (dosłownie i w przenośni). Coraz bardziej oddalamy się od siebie, mimo że są to nasze dzieci i wnuki, ale oni już nie interpretują w taki sam sposób tych samych baśni, co my. Odchodzą też nasi najbliżsi i z każdym dniem jest coraz mniej tych, z którymi mieliśmy wspólny język. Pozostają jeszcze pamiątki i miejsca, które stały się nośnikami wspomnień, czego najlepszym przykładem “Tamta rzeka”, gdzie woda przyciąga nie ze względu na piękno swojego położenia, lecz z tego powodu, iż przeglądali się w niej ci, którzy stali się dla osoby mówiącej w wersach kimś bardzo bliskim. W ten sposób woda stała się nosicielem przeżytych tu wzruszeń i dlatego, gdy spojrzy na tę rzekę, choć pewnie wcześniej była dla niej czymś obojętnym, to jednak dziś, gdy przed oczami wyobraźni znów pojawiają się ci, których polubiła czy pokochała, patrzy na nią już całkowicie inaczej. Podobne zjawisko odnajdziemy w utworze “Szesnaście”, gdzie książki stają się cząstką drogiej osoby, która już odeszła na zawsze. Dla niej te tomy były jak żywe istoty, które należy karmić czułością.

Tomik wierszy chwyta za serce swoją mądrością, ale także mistrzostwem warsztatu, pewną płynnością, jakimś niepowtarzalnym urokiem. Zachęcam też do przeczytania słowa wstępnego Wojciecha Ligęzy.

 

Zamów tę książkę

Cena:

Książka dostępna jedynie w siedzibie wydawcy

Cena zamówionej książki przez internet a odebranej osobiście w siedzibie wydawcy: