Tadeusz Śliwiak – Smuga nadziei

 

 

Jan Pieszczachowicz

W posłowiu do wyboru wierszy Tadeusza Śliwiaka Uwierzyłem w człowieka, wydanego przez Konfraternię Poetów, przypominałem, jak obfita i różnorodna była rozwijająca się przez ponad cztery dziesięciolecia jego twórczość poetycka, która zyskała przed laty popularność i uznanie krytyki m.in. dlatego, że trzymał się własnego szlaku pisarskiego, nikogo nie naśladował, nie uganiał się za modnymi nowinkami. Trudno go zapakować do jednej szufladki, nawet wymagający Artur Sandauer miał z tym kłopoty w eseju Poezja tragicznego ładu, którego tytuł trafnie wytyczył główny kierunek owej poezji. Od czasu opublikowania zbioru Co dzień umiera jeden bóg w 1959 roku kształtowała się własna droga twórcza Śliwiaka, w której pojawiają się m.in. pogłosy literatury po październiku 1956 (głównie tzw. pokolenia „Współczesności”) czy pewne pokrewieństwo z twórczością J. Harasymowicza lub T. Nowaka, ale widać osiąganie poetyckiej dojrzałości, męski, poważny, powściągliwy w środkach wyrazu ton liryczny, nierezygnujący z emocji i wyobraźni, obok eschatologii i „turpizmu”.

Poezja Śliwiaka toczy się – z grubsza biorąc – między akceptacją świata oraz tragiczną i krwawą historią, którą w dzieciństwie przeżył, mieszkając w rzeźni we Lwowie z rodzicami, gdyż jego ojciec pracował tam jako kierowca. Zatrudniano w niej również skazanych na zagładę Żydów. Wszechobecna w tych murach śmierć obejmowała ludzi i zwierzęta. Sielanka dzieciństwa została dosłownie utopiona we krwi, natura ludzka ujawniła swe najbardziej ponure zakamarki, a jednocześnie wzmogła się tęsknota za czymś w miarę trwałym – trochę mitycznym, na poły onirycznym domem. Między piekłem historii i czasami dwuznacznym azylem przyrody rozgrywa się tragedia śmierci pospolitej, brutalnej, pospiesznej i degradującej człowieka, zanurzonej w odrażającej brzydocie, więc w Rondzie czytamy: „biegłem z rzeźni do lasu obmyć oczy ręce/ z widoku i materii ciepłej krwi zwierzęcej”. Bohater liryczny Śliwiaka już zawsze będzie cierpiał na kompleks winy, ponieważ rodzaj ludzki raz jeszcze dał wyraz nieokiełznanej żądzy zabijania i niszczenia. Rzuca to również cień na kształt współczesnej cywilizacji.

Na przeciwległym biegunie pojawia się jednak inny świat, który mimo wszystko ma wartość, jest na swój sposób stabilny, nie traci urody (mnóstwo wierszy o pięknie przyrody). To wiersze o wzmożonym poczuciu istnienia, do którego wkracza duch baśniotwórstwa, coś na kształt magicznych znaków bytu, żywiołów takich jak ziemia, woda i ogień. Pojawiają się przedmioty służące życiu codziennemu, ale także złowieszczy nóż, krążący w różnych miejscach i okolicznościach.

Najważniejszy w krainie materii jest dom, zarówno jego powstanie, jak opuszczenie czy zniszczenie. Jest czymś na poły sakralnym, co daje nadzieję na stabilność bytu, ale czasami ją też odbiera. To, co materialne, namacalne, usprawiedliwia jakby byt, daje oparcie, także duchowe. Konkret sugeruje prawdy uniwersalne, tragizm współistnieje z ironicznym sceptycyzmem, ale nie odbiera szansy napawania się tym, co widzialne, przeczuwalne.

Tadeusz Śliwiak tęskniący za ładem, na przekór temu, co go od tysiącleci, a zwłaszcza współcześnie burzy, dobrze zrozumiał, że o godny byt trzeba walczyć, trzeba go szukać. Był rzecznikiem podważanego coraz bardziej przymierza człowieka i natury. Uwierzył w człowieka mimo wszystko, i dlatego jego świat jest bardzo ludzki.

Alicja Baluch – Jutro Odlot!

okładka - Baluch

 

 

aut. Eryk Ostrowski

 

Słowo wstępne

 

 

Alicja Baluch nazwała siebie krakowianką ze Lwowa; w jednym ze swoich wierszy pisze: „Lwów jest za Bramą Floriańską”… Urodziła się bowiem we Lwowie pod koniec wojny, ale całe życie związana była z Krakowem: tu przeżywała dzieciństwo, chodziła do szkoły, studiowała, wyszła za mąż i urodziła troje dzieci, pracowała jako nauczycielka, potem wykładowca akademicki, aż została profesorem. Tu, do Krakowa, wracała z obcych miast, w których krócej lub dłużej mieszkała z rodziną, z Würzburga czy z Pragi. Do poetów Krakowa dołączyła później, w czasie, w którym trudno mówić o „debiucie”, zwłaszcza poetyckim. To raczej decyzja człowieka dojrzałego, żeby upublicznić to, co osobiste, wyjść z tym w świat. Ale w życiu literackim Krakowa jest obecna już od dłuższego czasu. Jej wiersze były drukowane w tomach Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Krynickie jesienie literackie, a także w ukazującej się od lat serii krakowskich poetów Poezja i gwiazdy, publikowała też w miesięcznikach „Kraków” i „Akant”, w kwartalniku „Znaj”, w różnych antologiach tematycznych; wśród nich warto wymienić wydany we Lwowie w 2008 roku zbiór Поезiя эднання (z podtytułem вiршi з Kрaкoва), w którym po polsku i w przekładzie na ukraiński opublikowano kilka jej utworów, obok innych dwunastu poetów krakowskich, oraz antologię wierszy poetów krakowskich o dzieciach i dla dzieci Dlaczego zając?. Poetycki portret Alicji Baluch, na który składają się jej wiersze, rozmowa-wywiad z autorką i esej Autoanaliza na podstawie baśni o Białośnieżce i Różyczce z tomu Grimmów, znalazł  się w 1 numerze „Frazy” z 2011 roku.

(więcej…)

Jerzy Gizella “Sytuacje bezgraniczne. Wybór wierszy” (2010)

gizella-wybor-wierszy

Jerzy Gizella (ur. w 1949 r.), poeta, absolwent filologii polskiej (1973), doktor nauk humanistycznych (studia doktoranckie z zakresu psychologii) Uniwersytetu Jagiellońskiego. W latach 1982-86 pracownik naukowy w Zakładzie Psychologii Ogólnej Instytutu Psychologii UJ. W 1987 r. emigrował do USA. Od 2004 r., po powrocie do Polski, jest wykładowcą psychologii na Wydziale Nauk o Rodzinie i na Wydziale Zdrowia i Nauk Medycznych w Krakowskiej Akademii im. Andrzeja Frycza-Modrzewskiego w Krakowie. Debiutował w 1972 r. w wydanym w Krakowie almanachu Tylicz. Był także współtwórcą i pomysłodawcą nazwy grupy poetyckiej “Tylicz”. Po studiach pracował w popularnym dzienniku popołudniowym “Echo Krakowa”, a na emigracji współpracował z miesięcznikiem “Kontakt” (Paryż), “List Oceaniczny” (Toronto), “Przegląd Polski” – dodatek kulturalny “Nowego Dziennika” (Nowy York). Jego teksty można spotkać na łamach sopockiego “Toposu”, warszawskich “Nowych Książek”. Jest autorem tomów poezji: Obustronne milczenie (1977), Aśka (1979), Szkoła winowajców (1980), Wiersze wybrane (1997), Sąsiad marnotrawny (1998), Wpadanie (1999), Nocna straż (2001), Odkupienie Ameryki (2001), Weterani wojny trojańskiej (2002). Jgizella-wybor-wierszy-2ako krytyk literacki wydał: Pisarze i kopiści: z notatnika recenzenta (2003) oraz Pożegnanie z uproszczeniami: recenzje i szkice (2003). Związany jest ze Stowarzyszeniem Pisarzy Polskich.

 

MUSIMY   SIĘ  SZYBKO  SPAKOWAĆ

Książki - oszczędności
Gromadzone latami

Byłyście mądrzejsze od nas
Nie potrafimy jak wy kłamać

Żegnamy się z nimi
Wreszcie bez żalu

Gładzimy ich skórę
Aksamitną - zdrajcy?

To nie aksamit
To drobno potłuczona śmierć

AUTOSTRADA  NUMER  55

"Do motelu wpadł Polak
Mieczem źrenicy rozcina firanki"

W dole szosa jak rzeka
Z Chicago do Saint Louis

Dwie nabrzmiałe żyły
Krwioobiegu USA

Dwa strumienie ludzi i ładunków
Dwa światłowody

Zapamiętać ten widok
Jak teatralny finał

Byłeś przyrodnikiem
Który badał mrowisko

Pomiędzy "Nice to meet You"
i "Party is over"

Ale ten widok wróci jak komornik
Po niezapłacony dług

Zamykasz i otwierasz oczy
Amerykańska ruletka

Nie wykupiona recepta
Na lepsze życie

JEZUS  LOVES  YOU!

Wypełniony parking
Przed wiejskim kościołem

Church of God
Liczy się kaznodzieja - nie denominacja

Plastikowe kwiaty
Na płaskim jak boisko cmentarzu

Ten mecz wygrał zły cholesterol
Mimo ostrzeżeń na opakowaniu

Kult pracy też nie pomógł
Najświętszy Sakrament

Przed każdym szefem
Klęczą bez słowa skargi

Niewolnicy hipoteki
Prawiący o złotej wolności

Dopóki jest dzisiaj
Nie martw się o Zbawienie

Przybyszu z Europy
Wieczny malkontencie

Nie mąć ciszy Południa
Nie przewracaj kart młodości

Twoje karty są znaczone
Bieda z nędzą

Niech szumi wielka wytwórnia
Sztucznego uśmiechu

 

Beata Szymańska “Wybór wierszy” (2009)

szymanska-wybor-wierszy

Wstęp do

Poezja Beaty Szymańskiej jest jak powiew wiatru z kwitnącej podgórskiej łąki w dawno nie wietrzonym domu, albo przypomina sytuację, gdy w sali pełnej pożeraczy hamburgerów pojawia się ktoś, kto niespiesznie zajada świeżo zerwane czereśnie. Z tą liryką kojarzy się natychmiast lekkość, czułość dla świata, piękne zdziwienie, niekonieczność, wdzięk, osobność, czyli podążanie własnymi ścieżkami.

Profesor filozofii i poetka. Urodziła się w Puławach, od wielu lat związana z Krakowem i zawodowo z Uniwersytetem Jagiellońskim. Na tej uczelni ukończyła studia – polonistykę i filozofię. Jako pracownik naukowy zajmuje się głównie filozofią kultury i filozofią Wschodu (to pod jej redakcją ukazał się cenny podręcznik akademicki Filozofia Wschodu). Obok problematyki stricte filozoficznej interesuje się również poezją Chin i Japonii, czego wpływy można dostrzec w jej wierszach. Opublikowała kilka książek poświęconych problematyce filozoficznej, tom opowiadań i siedem zbiorków poetyckich.

Od razu mógłbym wymieniać wiersze mistrzowskie z tego zbioru, lecz jest ich zbyt wiele, i tę radość odkrywania i smakowania pozostawię przede wszystkim innym Czytelnikom. Zacznę może od przytoczenia kilku cytatów z książki poświęconej poetce przez przyjaciół i współpracowników; te fragmenty pokazują niezwykłą osobowość autorki i jej niedzisiejszą, piękną dyskrecję, gdy bywa skłaniana do autointerpretacji. Księga nosi tytuł Prawda Samopoznanie Wdzięk (ukazała się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Jagiellońskiego pod redakcją Marty Kudelskiej i Małgorzaty Ruchel). Zamieszczony w niej wywiad z poetką zaczyna się od kategorycznego oświadczenia autorki Snów o porządku:

“Na początku tej rozmowy chcę z całą mocą powiedzieć, że nie będę odpowiadała na pytania o daty. Nigdy ich nie pamiętałam, dobrze mi z tym i nie zamierzam tego zmieniać. Bardzo rzadko myślę o tym, co było, jeszcze rzadziej o tym, co będzie. Mając do wyboru odczuwanie czasu lub przestrzeni, wybieram przestrzeń, a może raczej konkretne miejsca”.

Przytoczmy jeszcze istotne partie końcowe tej rozmowy przeprowadzonej przez młodego filozofa, studenta i ucznia Beaty Szymańskiej, Kajetana Marii Jaksendera:

“/…/ Przypominam sobie zresztą, że gdy poszłam z tomikiem poezji do Ingardena, to przeczytał go, ale powiedział mi, że mam dwie drogi i jedną muszę wybrać, bo poezja to jest wielka pani i filozofia tak samo, i wiem, że miał rację. Albo jedno, albo drugie, trzeba wybierać, niestety… Pisanie wierszy, moim zdaniem, wymaga uruchomienia jakichś innych części mózgu czy umysłu niż na przykład tych, które wykorzystuje się do pracy naukowej. Dlatego piszę wtedy, kiedy mam czas całkowicie wolny, przeważnie wakacyjnie i niedzielnie…”.

Na pytanie – dlaczego uprawia poezję, tak odpowiada:

“Odpowiem słowami mistrzów Chan: poezja jest opowiedzeniem świata nie wprost. Gdy się mówi o czymś wprost, to już nie jest poezja, a że bardzo dużo mówi się wprost o wszystkim, to niewiele jest poezji. Poezja jest trafianiem nie wprost w to, co jest najważniejsze, w rzecz, w istotę. To świadczy także oczywiście o szczerości autora i samej poezji. Emocje byłyby pewnego rodzaju komunikatem albo drogą do uchwycenia czegoś, czego się chwycić nie da. Ta cała sfera byłaby sferą poznawczą i cały ten wątek byłby rozwijany w sztuce japońskiej i chińskiej, byłby docieraniem do sztuki poprzez emocjonalność, ale nie w sensie zachodnim, katartycznym, ale traktującym emocje jako pewną drogę poznawczą”.

I rzeczywiście, w wierszach Szymańskiej od debiutu z Próby porównania (WL, 1962; współautorzy: Mieczysław Czuma, Wincenty Faber, Leszek Aleksander Moczulski) aż po utwory najnowsze pięknie realizuje się poetyckie pisanie “nie wprost”, przy tym nie znajdziemy tu nigdy poetyckiej (poetycznej) ostentacji, owego lirycznego zadęcia, z pomocą którego niejeden poeta zwraca uwagę na swój “gest”, pokazuje rozmaite piękności i kuglarskie sztuczki, zapewnia o posiadaniu bezpośredniego kontaktu z Muzą i Tajemnicą.

Szymańska należy raczej do tych twórców, do których Tajemnica przychodzi, ujawnia się na naszych oczach, jedynie i zaledwie na moment stajemy się jej depozytariuszami. Obdarza nas radością zdziwienia, czymś w rodzaju chwilowego “zrozumienia”, mocno dostrzegalnym umocowaniem w danej nam czasoprzestrzeni.

Przypomnijmy doktrynę mistrzów Chan (cytuję za szkicem Buddyzm Chan Szymańskiej ze wspomnianego podręcznika):

“Właściwą postawą w stosunku do własnego umysłu powinno być przyzwolenie na to, aby jego aktywność była spontaniczna /…/ Każda wymuszona i nastawiona na jakiś cel aktywność jest sprzeczna z istotą oświecenia, nawet samo dążenie do tego, aby je uzyskać./…/ Tylko “nie działając”, umysł rozpozna swą pierwotną tożsamość z Całością, a to znaczy z pustką./…/ Prawdę można osiągnąć jedynie przez intuicyjny wgląd, stanowiący doświadczenie, które nie może zostać opisane, chociaż można w jakiś sposób przekazać wiedzę o tym, jak tego rodzaju ogląd osiągnąć.

A w przekonaniu mistrzów Chan uzyskanie takiego wglądu jest czymś prostym i niewykraczającym poza możliwości każdego człowieka. Do prawdy nie prowadzi żaden proces intelektualny i nie potrzebna jest do tego wiedza teoretyczna”.

Wydaje się, że od wierszy wczesnych, prawd wypowiadanych w imieniu jakiejś zbiorowości i kierowanych do – zapewne – własnej generacji, przez kolejne książki i teksty możemy prześledzić wątek budowany na opozycji: porządek – nieład, konieczność/obowiązek – niekonieczność/przypadek:

                Sny o porządku Prawo kiełkowania

                pestki z jabłka dojrzałego padnie

                i regularność pieśni w kwadratowe

                ujęte zwrotki

                ale za domem jaki wiatru nieład?

                i jakie nieprawnie

                przemilczane kiedyś

                i zawieszone w połowie pytanie?

                                        (Sny o porządku)

Zastanawiające jest to, że już w pierwszym wierszu wyboru pojawia się słowo “medytacja” – jakby wiersze były bardziej przewidujące, profetyczne, “mądrzejsze” od ich autora, gdy – po latach zobaczy i my z nim – że tam, w juweniliach, tkwiła zapowiedź późniejszych zainteresowań, penetracji poznawczych i całego “światoodczucia” poetki. Od “czasu przewracania kartek” i “słodkiej erudycji” poetka prowadzi nas przez obszary trudne do jednoznacznego pojęcia i zrozumienia – przez sny, liryczne dialogi z kimś bliskim, pejzaże, które dają jakieś znaki, ujawniające zagadkowość istnienia, niemożność pełnego “rozumowego” rozeznania w użyczonej nam rzeczywistości:

Nie możemy też jakoś

                dobrnąć szczęśliwie

                do nie oglądanego nigdy świtu

                gdy woda jest nisko a pora niepóźna

                Kiedy zastygamy

                zakłopotani ciszą nagłych krajobrazów

                                              (Gdzie się  podziała oberża)

Te wiersze obrazują naszą ciągłą niegotowość na zdziwienie i niepewność, że możemy tu, w tej chwili, miejscu, nastroju, sytuacji i zdarzeniu być wreszcie “u siebie”. Czy taka postawa oznacza metodyczne zwątpienie w ludzką władzę i zdolność pojmowania? I tak, i nie. Poetka jakby mówiła: dookolny świat jest większy niż nam się wydaje, możemy się zaledwie do niego zbliżyć. Widzimy zawsze fragment, uczestniczymy w chwili, akurat tej, nie innej. Ale czy nawet to umiemy wykorzystać, przyswoić i oswoić, poznać i zrozumieć? Może z tego powodu już w latach siedemdziesiątych poetka bierze lekcję wstrzemięźliwości – buduje precyzyjnie krótkie formy, złożone z jednego wieloznacznego obrazu; przykładem takiego rozwiązania może być Wieczór:

                Wieczór  - brama

                z której wychodzi tysiąc chłopców

                w granatowych dżinsach

                i przez chwilę nie wie gdzie iść

Jednakże nasza niewiedza może przynieść owoce: niestraszne jest wędrowanie, jeżeli mu się zawierzy. Niestraszne, a nawet pogodne może być również wędrówka przez miasto, z którym poetka związała się na stałe. To miasto Kraków, jego ulice i ludzie, mijani, dni, które następują po sobie, obrazy “mojej ulicy”, jej portrety wielokrotne, dynamicznie wychylone ku zadziwiającej przyszłości i jej przypadkom, koincydencjom. Ale równie ważnym terenem penetracji jest prowincja wakacji, pobyty w wiejskim domku, obserwacja siebie i natury, opowieści o Ogrodniku, tej tajemniczej Osobie, która na swój sposób kreuje inne światy, niż ten miejski, industrialny, inaczej umacnia nasze poczucie istnienia i współ-istnienia z przyrodą i “rzeczami”:

                Ogrodnik wie, iż ciemność

                to ojczyzna rzeczy,

                gdzie są tym, czym są,

                lecz przedświt ukaże,

                że w ciemnym i otoczonym korą

                klocu drewna

                jest mocny stołek

                i drewniana łyżka.

                                  (Stary ogrodnik/(Przedświt/)  

Przy okazji takich obserwacji, aktów uczestniczenia, wtajemniczenia rodzą się pytania o tożsamość i pokrewieństwo z innymi istotami tego świata, o stopnie zależności między nami, o to, jak wreszcie “rozstać się ze sobą” i kim – w innym momencie – powrócić.

Tom, dotychczas ostatni, Słodkich snów, Europo, który miałem przyjemność redagować w 2005 roku, opublikowany jak poprzednie w Wydawnictwie Literackim, przynosi i rozwija motyw łagodnego przemijania, namysłu nad czasem, procesami nieustannego dziania się:

                Coś  zostało darowane,

                coś  zostało odebrane.

                                  (Coś  zostało darowane)

Znów cudownie proste, wypowiadane bez żalu, konstatacje, wielkie przyzwolenie, akceptacja “kolei rzeczy”, następstwa dni i spraw nas dotyczących. Ale i odwołania do tradycji poezji japońskiej. I piękne przykłady łagodnej, lirycznej żartobliwości, dobrej autoironii, opisy elementarnych czynności, kapitalne – “biorące w nawias” nasze dotychczasowe doświadczenie i potoczne, pełne oczywistości, sądy – relacje z powszedniej życiowej aktywności: chodzenia, obserwacji, picia kawy, wyczekiwania podpowiedzi i znaku od pszczoły, wlatującej do pokoju.

Mówiąc całkiem poważnie, poetka zwraca uwagę na to, że “wszystko” jest ważne, a nic – do lekceważenia czy przeoczenia, i że przyjęcie takiej postawy niewątpliwie wzbogaca intensywność naszego uczestnictwa w bytowaniu. Zaleca pokorę i całkowite otwarcie na nowość i odmienność każdej sytuacji, odrzucenie skali ważności, pokus hierarchizacji tego, co przychodzi do nas “z zewnątrz”.

Przykładem mistrzowskiego ujęcia w słowa takiej postawy jest między innymi wiersz Pijmy kawę, obierajmy jabłka:

                Powoli, powoli

                pijmy swoją kawę

                obierajmy jabłka.

                Pijmy długo, długo jedzmy,

                nie odchodźmy.

                Może wcale nie trzeba

                ani mówić, ani słuchać.

Czyż może być poważniejszy “program na życie”, credo, które powinniśmy przypominać i powtarzać sobie każdego poranka?

Nie znam podobnie czystego i bezpretensjonalnego głosu w liryce polskiej ostatnich dziesięcioleci. Dobrze, że Beata Szymańska JEST. Jeszcze lepiej, że proponuje nam tak piękną lekcję akceptacji dla świata, porozumienia z nim, i samozrozumienia.

Krzysztof Lisowski

Kraków, w sierpniu 2009

Zofia Zarębianka

“A w ciszy wyrzeczenia wszystko przyjdzie samo” – Beata Szymańska: poetka duchowej mądrości1.

Gdyby nie obawa przed patosem, napisałabym zaraz na początku tego omówienia, iż poezja Bety Szymańskiej jest … po prostu mądra. Może nie jest to najważniejsze dla mowy poetyckiej. Wolno wszak poszukiwać wyznaczników poetyckości w popisowych fajerwerkach formalnego eksperymentu. Od razu jednak trzeba powiedzieć, że nie dla czytelników dających się zaspokoić rozbłyskiem oryginalnej metafory, przeznaczona jest wyważona, filozofująca , kontemplatywna fraza poetki.

Niezwykłość skojarzeń i malarskość obrazowania podporządkowane zostają w tej twórczości imperatywowi precyzyjnego wyrażenia refleksji , której znaczenie określa dominanta sensow duchowych, jawiących się jako prymarne. Odkrywczość Szymańskiej zatem jest odkrywczością owych duchowych sensów, do których dochodzi się poprzez uważne bycie w świecie i świadome jego smakowanie. Zanurzenie w rzeczywistość , sensualne doznawanie życia, jego chłonięcie wydają się poetce pewniejszą drogą zdobywania mądrości niż studiowanie ksiąg i dogmatyczne trzymanie się reguł, które , choć potrzebne, wymagają dystansu, w przeciwnym razie bowiem mogą przesłaniać rzeczywistość. Doświadczenie, dotknięcie stanowi domenę tego, co namacalnie. W tym kontekście, nawet pisanie wierszy może być dwuznaczne, wprowadza bowiem zapośredniczenie i sztuczność. Delikatnie manifestująca się ironia czai się przeto w wierszu “Opisanie świata”: “Wielu wstaje wcześnie rano, żeby dokładnie opisać (…) wszystko, czego można doznać patrząc na pogiętą łyżkę”. Lirycznej bohaterce to, co dotknięte sobą, własną skórą, wydaje się zatem tym, co zapewnia prawdziwy kontakt z rzeczywistością, potwierdzając i weryfikując teoretyczną wiedzę. Sensualna bezpośredniość doznania jest też tym, co chroni przed manowcami intelektualnych iluzji, wynikających z abstrakcyjnych uogólnień pozbawionych styku ze światem, w jego fizyczności, w szczegółach pojedynczości, rozpisanej na przedmioty, rośliny, zwierzęta, ludzi, pejzaże. Symptomatyczny w przestrzeni ewokowanych sensów jest tu wiersz “Decyzja” , w którym obraz “Stóp < postawionych> mocno na podłodze” wykracza poza sytuacyjną dosłowność, poszerzając swe znaczenia i projektując je na duchową postawę “ja”, szukającego zawsze punktu umocowania w tym, co dane bez pośrednictwa: kultury oraz innych ludzi i ich opinii.

Nie o to, oczywiście, chodzi poetce, z wykształcenia filozofowi i profesorowi, by dyskredytować intelekt. Leciutko zaznaczony ironiczny dystans wobec mnogości filozoficznych koncepcji bytu i spekulacji na temat jego realności przekłada się w tej poezji na ufność wobec tego, co naturalne, nieskażone, pierwsze.

Wpisany w wiersze prymat tego, co doznane, nad tym, co wyczytane dotyczy w pierwszym rzędzie nie tyle porządku ratio, ile płaszczyzny egzystencjalnej i duchowej. Na tej pierwszej, egzystencjalnej, określającej ludzką kondycję, ma zagwarantować autentyzm bycia oraz szczerość odniesień międzyludzkich. Na drugiej, duchowej, staje się ontologicznym gwarantem istnienia, niejako potwierdzeniem, że świat i “ja” w nim nie są złudzeniem, wobec czego wysiłek przekraczania go oraz przekraczania własnego “ego” nie jest trudem bezcelowym.

Wpisane w wiersze Szymańskiej doświadczenie duchowe ma charakter uniwersalny w tym sensie, iż daje się opisywać zarówno w języku pojęć chrześcijańskich jak i, częściej może nawet, w kategoriach specyficznych dla buddyzmu zen, którego inspiracje w tej poezji zaznaczają się bardzo mocno. Katalog prawd duchowych, do których dochodzi liryczne ja wierszy Beaty Szymańskiej daje się sprowadzić do kilku przeświadczeń, budujących credo życiowe bohaterki. Wszystkie mają na celu rezygnację z myślenia o otaczającej rzeczywistości poprzez pryzmat samego siebie, przez soczewkę “ja”. Wyrwanie się z najbardziej naturalnego dla człowieka odczuwania siebie jako centrum” w samym środku świata // jestem ja , oczywiście” ( Na Kazimierzu w Krakowie) wymaga ćwiczenia duchowego: modlitwy i medytacji , umożliwiających wgląd w siebie. Jednym z najważniejszych składników duchowych ćwiczeń jest, w świetle poezji Szymańskiej, eliminacja roszczeń do zajmowania centralnej pozycji na orbicie bytu. Intuicję taką przynosi stwierdzenie: “sporo trzeba odwagi, by wreszcie rozstać się ze sobą” (Jesienne odloty”, czy wypowiedziana w innym wierszu przestroga przed próbą zawłaszczania świata: “kiedy wyciągasz rękę do świata//aby uczynić go swoim// rzeczy mówią: nie!” Umiejętność spojrzenia z boku na własne przeżycia wydaje się lirycznemu ja jedynym sensownym sposobem na nazbyt dotkliwą “cierpkość trwania”, nieodłączną od kondycji ludzkiej: ” nie chodzi bowiem o to// żeby nie bolało// tylko żebym to nie była ja” (Smak). Ból jest jednak konieczny, gdyż tylko on poświadcza prawdziwość bycia, stanowi jedyny dowód – ex dolore – na istnienie świata. Zalecane w wierszach wyrzeczenie ostatecznie niesie przesłanie pozytywne. W pierwszym rzędzie nie chodzi w nim o samoograniczenie i ascetyzm traktowane jako autonomiczne cele, ale o posłużenie się nim jako środkiem do osiągnięcia duchowej harmonii i prostego szczęścia , jakie daje odczucie jedności siebie ze światem.

Duchowe zalecenia tej poezji streszczają się w przekonaniu o wyższości życia prostego, uważnego, zgodnego z porządkiem natury nad nieuporządkowanym bytowaniem w zgiełku cywilizacji. Można by je w punktach zwerbalizować następująco:

Po pierwsze, bądź obecny w tej chwili, która właśnie jest. “Nie będzie już lepszego dnia,// żeby nim oddychać,//żeby oddychać tym dniem// uważnie, ale bez wysiłku” (Coś zostało darowane).

Po drugie, nie daj się uwikłać w opinie innych na własny temat, zdobądź się na niezależność od tego, co myślą o tobie inni : “Wkładasz na siebie wszystko, co o tobie powiedziano”, konstatuje bohaterka, proponując w zamian praktykę medytacji: “siądź, pomedytuj. Albo pofruń. Zobaczysz, wszystko się rozgmatwa”. Po trzecie, nie bądź łapczywy. “Dziś światło spełnia cię i zdradza // chciałeś i owcą być i wilkiem. (…)” (Nim słońce wzejdzie). Nie chciej za wiele posiadać, spróbuj wyrwać się z koła pożądań: przedmiotów, panowania nad innymi, znaczenia. Zamiast tego, po prostu bądź, obserwuj, zostaw to, na co nie masz żadnego wpływu, pozwól sprawom toczyć się bez twego udziału: “spokojnie siądź nad potokiem. Nie prostuj jego brzegów: ziemia jak głodna pszczoła sama pędzi do Punktu Omega” (Jesienne odloty). Po prostu więc, żyj, mówi poetka. “A w ciszy wyrzeczenia wszystko przyjdzie samo”, bowiem “niestraszne jest wędrowanie , jeśli mu się zawierzy”, jak zapewnia z przekonaniem liryczny głos płynący z wierszy, który niekiedy daje się zidentyfikować jako nauczanie wytrawnego przewodnika duchowej drogi. Przestroga przed zabójczym działaniem pragnień: “Kiedy pierwsze pragnienie // wciśnie w usta dziecka // jego własną pięść// już się stało. (…) Ten ciemny wąż zwinięty w głębi ciała wyprowadzi je do zimnych miast” (Pragnienie) – uzasadnia się przekonaniem, że pragnienie skierowane na ziemskie rzeczywistości nakręca spiralę pożądania, blokuje zmysł metafizyczny. Niespokojna nadaktywność stanowi też przeszkodę dla medytacji, uniemożliwiając koncentrację , wewnętrzne ześrodkowanie i czujne skupienie na przejawach dziejącego się wokół, a także w samym podmiocie , życia. Syntetyczna recepta na szczęście zdaje się wyrastać w tej poezji z doświadczenia medytacyjnego i jest jego dojrzałym owocem: Powoli, powoli// pijmy swoją kawę,// obierajmy jabłka.// Pijmy długo, długo jedzmy. Nie odchodźmy.//

1 Beata Szymańska, Wybór wierszy, Śródmiejski Ośrodek Kultury, Kraków 2010, seria : Poeci Krakowa;

Recenzja ukazała się w “Przeglądzie Powszechnym”, październik 2010, www.przegladpowszechny.pl

 

 

dla słabych i niemądrych.

(I dla mądrych także).

Odmawiam

Odmawiam przyznania racji

wszystkim, którzy twierdzą,

że dobro obroni się samo,

że światło rozumu

poprowadzi nas Jedwabnym Szlakiem cnoty,

że Mistrza rozpoznamy nie po czynach,

a właśnie po słowach,

chociaż nie wiadomo, jakich

i będziemy spali długo i szczęśliwie.

Odmawiam modlitwę,

żeby to jednak była prawda.

Wiersze dodane

101

Smak

Wiosna znowu smakuje

cierpko i wesoło

i zajęcze tańce

są lekkie i pełne wdzięku.

Nie chodzi bowiem o to,

żeby nie bolało,

tylko żebym to nie była ja.

100

  Pochwała hałasu

     Sosny i piaski,

     na których widać ślady

     samochodu, co dawno

     odjechał

     i nie zamierza wrócić.

     Cisza.

     Lecz nagle z okien domu

     pod lasem

     obraźliwa muzyka

     na cały głos!

     Radość dla dwojga młodych i starej kobiety

     sadzących w ogródku

     wczesną rozsadę.

     Kto by tam lubił ciszę

     w czarnym wszechświecie

     milczącym ponuro

     od środka aż po swoje

     wątpliwe horyzonty.

     Co żyje, musi krzyczeć!

     I niech nasz telefon

     nie milczy nazbyt długo.

     Zaspy

      Zaspy śnieżne

      białe przy torach kolejowych

      jak żołnierze

      którzy nie mają już sił podnieść głowy

      i tylko piją śnieg.

      Dziecko w pociągu

      rzuca zaspom przez otwarte okno

      pokruszone kawałki ciastka.

 

Julian Kornhauser “Widok na jezioro” (2009)

kornhauser-widok-na-jezioro

Stanisław Burkot

BYŁO – NIE MINĘŁO…

To było – w momencie debiutów – wyraźnie zaznaczające własną odrębność nowe pokolenie literackie. Takie poczucie generacyjnej odmienności mieli tylko ich poprzednicy – poeci czasu wojny: Baczyński, Gajcy, Trzebiński, Borowski, Bratny. Ale sytuacja historyczna okazała się całkiem inna. Przez długi czas – aż do końca lat sześćdziesiątych – świadomość zbiorową kształtowano w edukacji społecznej poprzez przywoływanie wojennej martyrologii, wzbogacanej przypominaniem bitwy pod Lenino, później – udziałem lotników polskich w obronie Anglii, bitwą pod Monte Cassino, a na koniec – “niezwyciężoną” sławą jednej tylko części partyzantów – utrwalonych w Barwach walki Moczara-Żukrowskiego. Pod koniec lat sześćdziesiątych do życia społecznego – także do literatury i filmu – wkraczało pokolenie “urodzonych po wojnie”. Byli zdezorientowani i zagubieni. Ewa Lipska w wierszu My – w 1965 roku – mówiła ironicznie o pokoleniu “ze spokojnych doniczek”, “czytających Sartre’a i książki telefoniczne”, pozbawionych mitów bohaterstwa, kombatanckich zasług walki z wrogiem. Rafał Wojaczek dodawał: “Uczono nas wojny, ale to nie była nasza wojna”. Ani więc wojna, ani stalinizacja kraju po 1945 roku nie tworzyły doświadczenia bezpośredniego (w 1956 roku mieli po 8 – 10 lat) tej generacji. Rzeczywistość końca lat pięćdziesiątych i całych la”t sześćdziesiątych – siermiężny czas “naszej małej stabilizacji” – stanowiła jedyną ich przestrzeń – w sensie społecznym i duchowym – do oswojenia i zagospodarowania.

Licznym debiutom poetyckim z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, nazwanym w krytyce literackiej Nową Falą (choć określenie to użyte zostało nieco wcześniej w krytyce filmowej), towarzyszyły ogłaszane programy i manifesty młodych poetów. Dokonywała się wymiana rekwizytorni poetyckiej, wymiana języka. Od takich działań nie upadają ustroje – te bowiem trwają dzięki organom państwa: wojsku, aparatowi bezpieczeństwa, ale i bankom, instytucjom kultury, cenzurze itd. Pokolenie Juliana Kornhausera podnosiło bunt, rzec można: bo takie jest prawo młodości, ale – realnie mierząc siły i możliwości – był to bunt skazany na przegraną w sensie politycznym. Potwierdzają to losy “nowofalowców” po 1976 roku. Czy jednak bunt był nieskuteczny? Na chwałę poezji powiedzieć można, że w jej konwencjach, w jej języku kiełkują i utrwalają się nowe wyobrażenia, nowe idee, a nawet nowe słowa. Kontestacja poetycka najwcześniej rodziła postawy opozycyjne. Za ich sprawą dokonywało się powolne przeobrażenie świadomości zbiorowej. Charakterystyczne jest to, że koniec – zapowiadanego entuzjastycznie w 1956 roku “socjalizmu z ludzką twarzą” – przyniósł rozbijane przez siły policyjne manifestacje studenckie z marca 1968, masakrę stoczniowców w grudniu 1970 na Wybrzeżu, że nieskuteczne okazać się miały apele o spokój społeczny po zmianie władzy w 1971 roku. Do marazmu życia, stłamszonego nieustannym przypominaniem cierpień wojennych, powoływaniem się na wrogów zewnętrznych, ogłupiającym, nieustannym przypominaniem sukcesów w “budowie socjalizmu”, coraz trudniej było kogokolwiek przekonać. To rozstawanie się propagandy, ideologii z doświadczeniem społecznym zwykłych ludzi sprowokowane i pobudzone zostało także przez nową poezję. Brzmi to dziś nieprawdopodobnie, ale literatura, poezja w tamtych czasach, była jedynym strażnikiem ładu moralnego. Dość szybko poeci właśnie – prawie jako wrogowie ustroju – znaleźli się na cenzurowanym.

Warto zwrócić uwagę na wielobarwność ugrupowań Nowej Fali. Poznańska grupa “Próby” (Barańczak, Krynicki) poddawała totalnej kompromitacji język życia publicznego – prasy, radia, telewizji, instytucjonalnej biurokracji (życiorysy, podania, ankiety personalne, zeznania w czasie przesłuchań). W wypowiedziach programowych (Stanisław Barańczak, Nieufni i zadufani, 1971; Ironia i harmonia, 1973) zaatakowany został model języka w obiegu społecznym: chodzi nie tylko o wszystkie kłamstwa propagandy, ale i o model “bezpiecznej” poezji poprzedników – gier stylizacyjnych (na antyk, na barok, na romantyzm), poetów “zadufanych”, pogodzonych z rzeczywistością. Rezygnacji i unikom przeciwstawiano ironię jako postawę światopoglądową. Inny charakter niż grupa “Próby” miało łódzkie “Centrum” (Jacek Bierezin, Andrzej Biskupski), związane bliżej z zalążkami pierwszych organizacji politycznej opozycji; inny także – warszawski krąg “Nowego Wyrazu”, skupiony na prezentacji młodych poetów, daleki od postaw programotwórczych. Wrocławska “Grupa 66” negowała postawy poetów “Współczesności”, kwestionowała “poezję wyobraźni”, potrzebę języka metaforycznego. Ta sugestia prowadziła do poszukiwania nowego wzoru języka poetyckiego. Nie bez znaczenia były wcześniejsze poszukiwania Różewicza – jego język konkretu.

Taką drogą szła krakowska grupa “Teraz”. Identyfikowali się z tradycją awangardy; Tadeusz Peiper był im bliski, ale i odległy o całą epokę. Julian Kornhauser był współzałożycielem i współtwórcą programu grupy “Teraz”. Nim ukazała się książka- -manifest Świat nie przedstawiony (1974) Juliana Kornhausera i Adama Zagajewskiego, teksty programowe publikowali główni przedstawiciele grupy już od 1970 roku w czasopismach literackich; “Student”, czasopismo młodej inteligencji krakowskiej, stał się organem tej grupy, a klub “Pod Jaszczurami” – ważnym miejscem spotkań. Pierwsze przejawy zaniepokojenia poglądami młodych zaprezentowała władza odmawiając zgody na wydawanie czasopisma “Młoda Kultura”. Śladem tego pomysłu był tylko dodatek do “Studenta”. Grupa “Teraz” była wcale liczna, część jej członków dość szybko zawieruszyła się, inni – jak Józef Baran – odeszli z powodów różnic programowych. Pozostał jednak rdzeń tej grupy – poeci, którzy potwierdzili swoje znaczenie w późniejszej twórczości, choć po zakończeniu działalności grupowej w 1975 roku kroczyli już własnymi drogami. Ów rdzeń grupy “Teraz” tworzyli: Julian Kornhauser, Wit Jaworski, Jerzy Kronhold, Jerzy Piątkowski, Stanisław Stabro i Adam Zagajewski. Łączyło ich – przy całym późniejszym zróżnicowaniu – przeświadczenie o potrzebie odnowy języka poetyckiego. Z nieufności do metafory – wyraźnej u Juliana Kornhausera i Adama Zagajewskiego, widocznej w ich debiutanckich tomikach wierszy – rodzi się przeświadczenie o potrzebie wiarygodności w nazywaniu zjawisk codziennego życia, takiego jakie ono jest, nie poddanego mistyfikacjom i metaforycznym przekształceniom. Konsekwencją tego założenia był postulat uczestniczenia poezji (“sztuki poetyckiej”) w kształtowaniu świadomości zbiorowej, wkraczanie “emocjonalne” w społeczno-polityczne i kulturalne “teraz”. Wkraczanie bezpośrednie, nie zakamuflowane “metaforyczną” metafizyką.

Julian Kornhauser dość wiernie przechodził drogę wyzwalania się swej generacji z martyrologiczno-wojennej mitologii. W wierszu Biorą go za mnicha z tomiku Nastanie święto i dla leniuchów pisał:

            W oczach tyle skruchy, ręce pęcznieją

            żywicą, daj nam mężczyzn o silnych ramionach.

            We włosach ogniki wiatru, nic nie mówisz,

            daj nam mężczyzn bez blizn. Tyle miesięcy

            białych jak przędza, tyle sukien z zimnymi

            kwiatami. Porąbani partyzanci próchnieli pod

            drogowskazami, czerwone pnie walały się w śniegu.

            Nie, nie pokazuj swej piersi przestrzelonej

            na wylot. W drewnianych wózkach moje poplamione

            zeszyty, listy z wyrokami śmierci. Brzuch twego

            głodu nie napęcznieje nigdy. Kaptur twojego kłamstwa

            nie ukryje zoranego czoła. Wesoło padaliśmy

            na kolana, ojcze, wyciągnij rewolwer.

Gęsty i ciemny tekst “rozliczeniowy” z całą wojenno- -kombatancką mitologią pogłębia swoją wieloznaczność przez łamanie frazy i wersów przerzutnią, a także poprzez użycie słów zwykłych, wolnych od znaczeń symbolicznych. To także znak nowego języka poetyckiego, a sens zamyka się apelu: “Daj nam mężczyzn bez blizn”.

Uwolnienie się od przeszłości, nawet tej najbardziej tragicznej jak w przypadku Kornhausera, jest warunkiem uczestniczenia w społecznym i emocjonalnym “teraz”. W wierszu Nasze miejsce z tomiku W fabrykach udajemy smutnych rewolucjonistów poczucie obowiązku uczestniczenia wiąże się z apelem – wezwaniem do “marszu”, przestaje być tylko “konkretem”, znaczenie nabiera zabarwienia emocjonalnego:

            Nie stójmy na rynku pod zegarem

            Wymierzającym godziny rozwoju ani w słońcu

            Wielkich słów to nie nasze miejsce

Liryka apelu, wezwania, rodziła się ze szlachetnych przeświadczeń o społecznym posłannictwie poezji, wyznaczała obowiązki poety – “uczestnictwa”, ale towarzyszyła mu od początku niepewność, a nawet zwątpienie. Wiersz Błąd gramatyczny z tomiku W fabrykach udajemy smutnych rewolucjonistów mówi już o zwątpieniu, o “błędzie”, o niemożliwości – z powodów zewnętrznych – zrealizowania programu:

            Skąd biorę tę nieruchomość poezji,

            ciała popiół i ledwo widoczną śmierć?

            Powiedz mi lepiej do ucha i przeżyj,

            w przędzy krwi ugotuj dobroci sierść,

            stań obok, gdzie biją cię  w twarz,

            otwórz ręce, którymi chwytasz godzinę

            za godziną, pozwól sercu długo grać:

            na fałszywej nucie bogoojczyźniany młynek

            i wyjdź, i wyjdź poza światła puls

            nie na odpoczynek, Na spokój miękki,

            w gardło jak w powietrze ostrze włóż -

            jaki ten świat w bólu jest piękny.

Marzenie o innej poezji, o innym jej języku, i znaczącej funkcji w życiu społecznym, zderzyło się z twardą rzeczywistością polityczną lat siedemdziesiątych. Kolejny tomik wierszy Stan wyjątkowy (1978) przynosi przebudzenie ze złudzeń. Mówi o tym najkrótszy wiersz Kiedyś przychodzi ta chwila:

            Nagle spostrzegłem,

            że już nie śnię.

Podobny ton dominuje w tomie Zjadacze kartofli (1978) – przynosi zwątpienie w możliwość przekształcania świadomości zbiorowej.

I tylko tyle. Ale ze zwątpienia, z rozstania z marzeniami młodości powstawać może inna poezja – już nie ta z przeświadczeń o jej roli w przekształcaniu świadomości, lecz najbardziej osobista, prywatna. W miejsce liryki apelatywnej, posługującej się – w sensie gramatycznym – trybem rozkazującym, zjawia się liryczne “ja” podmiotu mówiącego, jak w wierszu Moje serce ten rozkrzyczany expres wieczorny:

            Mój język już niczego nie nazwie

            Nastąpił koniec świata

            Tak długo przez nas oczekiwany

            Słowo "tak" zmieniło barwę

            Wszystkie mądre książki uciekły z półek

            Stoję bezradny w pustym pokoju

            .......................................

“Słowo >tak< zmieniło barwę”. To był “koniec świata” nadziei pokolenia Juliana Kornhausera. Rozbita została po 1976 roku grupa “Teraz”, poniosły swoje klęski i inne grupy. Kolejne tomiki wierszy Kornhausera – Każdego następnego dnia (1981), Hurrraaa! (1982), Inny porządek (1985), Za nas, z nami (1985), Było minęło (2001) i Origami (2007) rozwijały ryt liryki osobistej – skupionej jednak nie tyle na emocjach wewnętrznych, co na refleksji intelektualnej. Tomiki te nie tworzą jedynego planu w dorobku Juliana Kornhausera – slawisty, historyka literatury, krytyka literackiego. Są jednak nieustannym potwierdzaniem jego tożsamości i odrębności. Z młodzieńczych marzeń o nowym języku poezji pozostał niezbywalny fundament – nazywanie świata i swojego w nim miejsca poprzez konkret, niechęć do zabawy metaforą. Bo metafora zasłania to, co realne, co jest istotą życia. Mottem umieszczonym nad całą drogą poetycką Kornhausera mógłby być Traktat poetycki z tomiku Stan wyjątkowy:

            Wiele dałbym za to, aby

            ten wiersz był pudełkiem

            zapałek, odkrytą lampką

            na biurku, kwitkiem z pralni.

            To marzenie czyni mnie

            poetą.

Stanisław Burkot

 

Zabójstwo


Zostaniesz zabity w południe, na skraju

miasta, pod bokiem komendy, na plecach

urzędu, zostaniesz zabity, z premedytacją

i starannie, tak, by nikt nie poznał,

by nikt nie poznał, kto ty jesteś,

jaki twój zawód, jaki rys szczególny,

jaka Polska w tobie jeszcze nie zginęła.

Nie zginęła we mnie jeszcze trucizna

uczciwości, gwizd lokomotywy, o którym

wspomina poeta w samobójczym wierszu,

dlatego tak często przesiaduję  na granicy

państwa, aby oglądać  wbitego na pal

orła, którego skrzydła rozmieniamy na

pięćdziesięciogroszówki.

Moje serce ten rozkrzyczany express wieczorny

Mój język już  niczego nie nazwie

Nastąpił koniec świata

Tak długo przez nas oczekiwany

Słowo "tak"  zmieniło barwę

Wszystkie mądre książki uciekły z półek

Stoję bezradny w pustym pokoju

Przypominam sobie ustanowione wcześniej prawa

Nie przywiązałem się  do wielu z nich

Czy było tam prawo do rezygnacji

Już nie pamiętam

Nowy świat tak naprawdę  jest pustą szufladą

Nie chciałem się  do tego przyznać

To było ponad moje siły

A nadzieja

Nadzieja pojawia się  tylko wtedy

Gdy zawodzi rozsądek

Moje serce ten rozkrzyczany express wieczorny

Wysiadło

Na końcowej stacji

Skąd nie ma odwrotu

Skąd nie ma odwrotu

Traktat poetycki

Wiele dałbym za to, żeby

ten wiersz był  pudełkiem

zapałek, odkrytą  lampką

na biurku, kwitkiem z pralni.

To marzenie czyni mnie

poetą.

 

Wojciech Kawiński “Dwa lata wierszy” (2009)

kawinski-small

Jan Pieszczachowicz

W bólu nadzieja

Droga poetycka Wojciecha Kawińskiego pozbawiona była fajerwerków, głośnych pochwał i zyskownych nagród. Wyróżnienia otrzymywał, sporo o jego twórczości napisano, a przecież jego ścieżka biegła obok głównego traktu poetów modnych, popieranych i lansowanych. Może dzięki temu zachował przez ponad czterdzieści lat pracy pisarskiej swoją niezależną oryginalność, choć w jego wierszach znajdziemy niemało nawiązań do innych twórców a także poetyk, przetworzonych i przemyślanych, jako że Kawiński jest wielkim literackim erudytą i w znawstwie poezji niełatwo go prześcignąć.

(…)

Kawiński zyskał sobie słusznie opinię poety niezależnego, samodzielnego, systematycznego i solidnego w znaczeniu zarówno jakości artystycznej, jak poziomu intelektualnego. W przeszło dwudziestu zbiorach poetyckich, jakie opublikował, są wiersze bardzo dobre i dobre, nie ma natomiast – co zdarza się przecież często poetom – słabych. Pisarz posiada zbyt rozbudowany autokrytycyzm i znajomość warsztatu, by sobie na to pozwolić.

Krytycy na ogół zgodnie podkreślali, że bagaż z czasu “Hybrydów” to u Kawińskiego mroczna tonacja katastrofizmu, zaczerpniętego m. in. od Czesława Miłosza; obraz świata jako pogmatwanej zagadki, z której poeta próbuje się wyplątać z lepszym lub gorszym skutkiem, ale walka o to trwa przez całe życie, a może i wieczność. Solenny, ciemny ton zaczął jednak Kawińskiemu dokuczać, więc choć do dziś go całkowicie nie porzucił, coraz częściej zerka ku poetyce ironii i paradoksu, swoistych bezpieczników przed patosem, ale także czynników konstruujących świat, w którym poprzez mury fatalistycznego determinizmu przebija się odrobina wolności równoważąc absurd istnienia – przynajmniej do pewnego stopnia, czemu towarzyszy nierzadko surowość sądów o życiu i świecie, granicząca z pasją moralisty – indywidualisty. Nie czuje i nie myśli za miliony, choć wie, że jest cząstką zbiorowości. Jego poezja stanowi głos jednostki uwikłanej w sieć konieczności, przymusu społecznego, uwarunkowań natury ludzkiej i zakamarków ludzkiej kondycji – w aurze melancholii, za pomocą sarkazmu, odruchu gniewu, w poczuciu własnej bezsilności. Poeta wymaga od siebie mimo wszystko dzielności. Pragnie nie tyle zagrodzić drogę nicości, bezustannie się powiększającej, ile zachować stoicyzm wobec nieuchronności rzeczy i zdarzeń.

Kawiński nie łudzi się, że istnieją jakieś absolutnie niepodważalne fundamenty bytu we współczesnym świecie ogarniętym wirami względności. Ów świat znajduje się w stanie rozpadu, dekompozycji, dekonstrukcji, rozproszenia, a podmiot liryczny zanurzony w owej burzliwej kąpieli usiłuje zachować nie tyle resztki złudzeń, co zdolność do reagowania tak, by przeżywać to wszystko w miarę świadomie i na własne ryzyko, na własną odpowiedzialność. Bardzo krucha nadzieja rodzi się w bólu, jako że rzeczywistość kaleczy, a życie jest systemem (może chaosem?) ran, ciągle na nowo powstających, z trudem się gojących – i wszystko staje się “mrocznym ocaleniem pośród innych istnień”.

Jakże żyć w takim świecie? Jak utrzymać poczucie ciągłości egzystencjonalnej, skoro “gnije byt sturęki”, tak arcyludzka cecha jak pamięć przeszłości zdradza, prowadzi na manowce względności, nad wszystkim zaś unosi się syndrom niedopełnienia i niespełnienia w królestwie przypadkowości, we mgle dwuznaczności, stając się istotną, tragiczną cechą kondycji ludzkiej.

A jednak w poezji Wojciecha Kawińskiego nie króluje niepodzielnie rozpacz, stłumiona bądź wybuchająca bezradną skargą.

Bohaterowi lirycznemu towarzyszy poczucie obowiązku godnego przetrwania i wytrwania, trudnego przymierza z przeznaczeniem, iskra nadziei we mgle i ciemności. To poezja uczciwa i szczera aż do bólu. A także – na przekór wszystkiemu – podtrzymująca poczucie międzyludzkiej solidarności i przyjaźni, zajmujących u Kawińskiego wysokie miejsce w kosmosie ludzkiego świata, nad heraklitejską “Rzeką Przeciwieństw”. Bezradny podmiot liryczny doradza byśmy nie kapitulowali, żebyśmy stawiali rzeczywistości warunki pozwalające zachować godność. To bardzo silny akcent, nawet na dnie ciemnej magmy istnienia, która zalewa jednostkę niby po erupcji wulkanu, w czasie paradoksalnie wielokierunkowym: wstecznym, ubocznym, zamarkowanym.

Wojtek Kawiński napisał do mnie: “przekazuję w Twoje ręce zbiór tekstów poetyckich, któremu dałem tytuł dość przekorny Dwa lata wierszy, jako że powstały w dwóch zróżnicowanych latach: w 2003 i w 1996. Tytuł <> jakby poeta skazał się <> (Szymborska)… Co łączy jego utwory? Ano, podejmując metaforę poetki – wyzwanie skazanego na poezję w czasie trudnym i niewdzięcznym, kiedy panuje “porządek-obrządek kalekiego świata” (Kawiński).

Trauma dotyka wszystkiego, również słowa poetyckiego wykorzenionego z dawnego kosmosu Muz. “Bezdomność słów” powoduje, że mają one tendencję do zamieniania się w miazgę w błądzenie w niepewności semantycznej, ontologicznej i aksjomatycznej. Nie są drogowskazami, przesypują się w “popiół wiersza”, zamieniają w “pokruszony obraz” powiększając poczucie fragmentaryczności w miejsce wymarzonej, coraz bardziej mitycznej całości poezji i świata, jedności, której nasz czas nie chce, naigrawa się z niej jak ze śmiesznej utopii, z bajek o wieku złotym. Cóż więc ma czynić poeta? Brnąć przez chaos degradowanych przez kulturę masową pojęć, archaicznie brzmiących humanistycznych wartości, zmierzając do niepochwytnego celu, którego być może już nie ma, lub nie było.

(…)

Elżbieta Zechenter-Spławińska “Grudka soli pod powieką” (2008)

zechenter-grudka-soli-pod-powieka

Wojciech Ligęza

W przedsionkach serca

Po lekturze, najlepiej wielokrotnej, niespiesznej, narzuca się zdanie: to jest poezja dla dorosłych. Elżbieta Zechenter-Spławińska w swych wierszach przywołuje światy baśniowe, stara się odzyskać chwile szczęśliwego dzieciństwa, tworzy prywatne mity początku, pisze o tym, że niewyczerpywalne w swym bogactwie życie cudownie się zaczyna i zdaje się nie mieć kresu, chwali pomysłowe piękno natury (ważne są rysowane cienką kreską studia pejzażowe, istotne – raporty o ptakach, raptularze przyjaźni z psami), dopuszcza świadectwa zmysłów, daje dowody subtelnej wrażliwości. Poetka docenia kategorie wdzięku, posługuje się konceptami językowymi, korzysta z lakonicznie wyrażonej mądrości aforyzmu, nie cofa się przed wyzwaniem uogólnień (sprawdza zakres znaczeniowy takich słów, jak miłość, szczęście, radość), opowiadane historie przebiera w kostium przypowieści, nie wierzy w siły stwórcze słowa poetyckiego, często uprawia poezję rozmowy, ale też układa małe traktaty, w których ujawnia się myśl krytyczna.

Wszystkie wymienione właściwości języka i świata poetyckiego skłaniałyby do przedwczesnych wniosków, że oto obcujemy z poezją, która akceptuje to wszystko, co istnieje, poezją prezentującą celność spostrzeżeń, skupioną na wynalazkach słownych, zdystansowaną wobec zwykłej magmowatej materii życia, dalekiej przecież od uładzonych literackich wzorów. Na podstawie szybkiego oglądu można by dojść do błędnych mniemań, iż poetka unika sytuacji wyznania, omija z daleka własne doświadczenie, nie ryzykuje podjęcia tematów drastycznych, drażliwych, egzystencjalnie niepokojących, metafizycznie istotnych. A zatem konieczne dla zrozumienia poezji Elżbiety Zechenter-Spławińskiej jest odczytanie rozważań dotyczących drugiej, mrocznej strony naszego życia – wydanego na udręki starzejącego się ciała, działanie niewiernej pamięci oraz niepokoje umysłu próbującego przeniknąć tajemnicę śmierci, niedogodności historii, szaleństwa ludzkiego gatunku, który postanowił zniszczyć przyjazną Ziemię-planetę.

Przemiany czasu i obroty losu przenikają każde ludzkie istnienie. I ten odwieczny temat w oryginalny sposób aktualizuje Elżbieta Zechenter-Spławińska. Poetka sięga po zapisy autobiograficzne: dialogi z bliskimi osobami, przedmiotowe szczegóły, anegdoty, scenki, strzępy zasłyszanych wypowiedzi. W tym, co zwykłe i dostępne, przemija postać świata. W aktualne zdarzenia wtrąca się nieubłagane fatum, a plan eschatologiczny ujawniony zostaje niejako w tle. Koniec świata spełnia się zawsze, w banalnych okolicznościach, dlatego w tej poezji bitwy rozgrywane wewnątrz egzystencji są straszniejsze niż realne wojenne starcia (Te kostiumowe wojny). Czytając wiersze z wyboru Ginący gatunek, musimy pamiętać o kontrapunktach sensu, o artystycznym wyzyskaniu paradoksów. Obok namysłu nad ulotnymi chwilami szczęścia i bezpieczeństwa, poetka zgłębia semantykę słów “rozpacz”, “smutek”, “ból”, “odejście”, “przegrywanie” (np. A rozpacz po nas…, Jest smutek, który…, Myśl o tym, Ciąg dalszy, Uczmy się przegrywania).

Baśń, mit, parabole, humor poetycki, gry słowem konceptualnym, efektowna metaforyka nie odwiodą nas od pytań o rzeczy ostateczne, nie uśmierzą bólu codziennego, nie zagłuszą troski, jaka towarzyszy refleksyjnemu istnieniu. Czy przybierając ton niefrasobliwy, drocząc się z powagą spraw, poetka myli tropy? Odpowiem przecząco, gdyż w tych lirykach bagatelizowanie dramatyzmu ludzkiej obecności w świecie od razu zostaje zdemaskowane: dojmujący, choć groteskowy w przejawach, jest sprzeciw wobec przemijania czasu, a siła zaklinania śmierci, co oczywiste, okazuje się nieskuteczna. Potężnego przeciwnika nie sposób zagadać. I tak, paradoksalnie, wskazany zostaje właściwy trakt myślenia, w którym po licznych targach odsłania się skomplikowana zgoda na prawa egzystencji. Można kwestię ująć krótko: grasz z życiem, powtarza poetka w wielu tekstach, musisz przegrać.

Oddzielić należy baśń od rzeczywistości, mit od nieskładnej biografii, wyobrażenia od prawdy, wskazania kalekiej pamięci od faktycznego przebiegu zdarzeń. Wiele utworów poetyckich Elżbiety Zechenter-Spławińskiej ufundowanych zostało na różnicy. Dorośli czynią szczególny użytek z książek umieszczonych w dziecinnym pokoju, mianowicie odkrywają z czasem, iż “cudowne i pożyteczne” się nie zdarzy. Nie będzie epilogu opatrzonego etykietą “żyli długo i szczęśliwie” i żaden palący problem nie rozwiąże się po drugiej stronie lustra. Bohaterka Lewisa Carrolla okazuje się starą kobietą po ciężkich życiowych próbach, która już nie ma sił, by powtórnie wstąpić w świat baśni, świat inwencji i fantazji (Kiedy pani Alice Hargreaves…), “księżniczki / na ziarenkach grochu” wraz z nabyciem doświadczenia marzą jedynie o zachowaniu substancji życia (Nosić na rękach), zaś w pięknej chwili, choć zachwyt jest nieco fingowany, bo natura lubi maskarady, a ludzie zawsze udają, zbyteczna okazuje się właściwa baśni magiczna przemiana (Udawanie).

I jeszcze inny wariant: motyw ze znanej bajki Andersena ulega znamiennemu przekształceniu: tylko król rozebrany do miłości, pozbawiony szat, pozy i dostojeństwa, ukazany jako istota bezradna, czyli istota ludzka, może być naprawdę kochany (Gdy król jest nagi). Zechenter-Spławińska zmienia fabuły wyjściowe tak, by niemożliwa cudowność nie zakłócała trzeźwo ocenianych reguł zwykłego życia. Baśniowy (czy w ogóle: literacki) sztafaż – we wczesnych wierszach – przesłania bezpośrednie wyznanie, ale w lirykach dojrzałych i późnych odpodobnienie od baśni oznacza ćwiczenie pokory i pochwałę poprzestawania na małym, bowiem największym cudem jest to, że życie trwa i, jeśli fortuna sprzyja, wolno się zmienia.

Poetka sięga po metaforykę podróży, ale upragniony cel – wyspy szczęśliwe – jest nieosiągalny. Wojaże wewnętrzne służą rozumieniu własnych doświadczeń i zarazem wykluczają mit, zagradzają dostęp złudzeniom. Natomiast przynoszą gorzkie odkrycie, że żeglujemy samotnie, wyruszając z mórz ciepłych ku “lodowatemu oceanowi”. W wierszu Podróż (rytmizowanym, jakby balladowym) dobitnie mówi się o zagubieniu punktów orientacji, rozchodzeniu się kierunków, rozstaniu. Owo istnienie osobne, rozprzęganie się ludzkich więzi, wysychanie przyjaźni, osierocenie przez tych, których kochaliśmy, należą do najczęstszych tematów w tej poezji. Przy czym poetka spowiedź zastępuje obrazem. Przesłania tej liryki są poważne, lecz styl posiłkuje się dyskretnie przemyconym humorem. W sukurs przychodzi zdyscyplinowana metafora, precyzyjnie podporządkowana znaczeniu, a trzymana na wodzy wyobraźnia niekiedy tylko się ośmiela. Na przykład w miniaturowych lirykach Opis jednej litery oraz TAK – z kształtu pisma, na podobnej zasadzie jak w rysunkowych uczłowieczonych piktogramach Rolanda Topora, daje się odczytać historię związków i rozstań. W liryku Deszcz zasłona z kropel, tak gęstych, że świat niemal znika, przybiera postać znaków interpunkcyjnych wyrażających zmienne nastroje i oczekiwania.

Delikatne bywa dotknięcie liryzmu w wierszach Elżbiety Zechenter-Spławińskiej. Mowa szczegółu wtedy zyskuje szlachetną klarowność, kiedy spojrzenie staje się bezosobiste:

Wiatr przeprowadza suche liście
bezpiecznie
po pasach
na drugą stronę jezdni

Lakonizm (przypominający nie tyle strofę, co zasadę poezji haiku) spotyka się tutaj z tradycją aforyzmu i gnomiki literackiej. W zdaniach-zauważeniach dostrzegalna jest bezlitosna ironia. Trudno bowiem bez okrutnej samoświadomości mówić o tym, co ostateczne, nieodwołalne: “Można się bez wszystkiego obejść – / zmarli obchodzą się nawet bez życia”. W miniaturach lirycznych i mikrologiach Elżbiety Zechenter-Spławińskiej, które odznaczają się poetycką celnością, melancholijny żal utraty nakłada się na fascynacje ulotnym pięknem świata: psem niosącym gałąź, srokami w ogrodzie, wiewiórką, wiatrem przeczesującym liście. Zachwyt, który nagle rodzi się i przemija, obecny jest w epifanicznym mgnieniu obrazów (Znajome miasteczko nad Dunajcem…, Mieliśmy pójść na Jaworzynę), w smakowanych zmysłowo bezcennych chwilach (Niewidoczny ptak…, Szczęście, Więc muszę stąd wyjechać). Niekiedy zauważymy ślady ekstatycznego odbioru świata, na przykład zaklinania, inkantacji do żywiołów (Mniej realny…), to jednak idylliczność omawianej poezji znów jest pozorna, gdyż nieskutecznie wskrzesza się dawne Arkadie, bez wiary w powodzenie przyzywa przeszłość. Zawsze widoczny będzie wyłom w istnieniu, zawsze ujawni się strata. Eden, bardziej wymarzony, niż rzeczywisty, pozostanie zagrożony niebezpieczeństwem. Nad pięknym światem unoszą się drapieżne ptaki (Leżę na trawie…), nie sposób też udawać, że nie ma śmierci w Arkadii, choć atawistyczny lęk podpowiada, by na wszelki wypadek nie wymieniać jej imienia (Ogród).

Wyprawa w stronę utraconego czasu, pełna klęsk poniesionych po drodze, bo spójna sekwencja faktów się rozpada, bo pozostają rozbłyskujące pojedyncze obrazy (dlaczego te, nie inne?), skłania do kolejnych krytycznych rekonstrukcji. Ciągłość biografii w tych lirykach zostaje zakłócona i choć istnieją fotografie, w istocie obce zdają się być nasze wcześniejsze wcielenia – dziecinne, młodzieńcze (Ciągnę za sobą…). Zechenter-Spławińska pisze wiersze heraklitejskie o niepełnych restytucjach rzeczy minionych, zapaściach i wybiegach pamięci, mylnym utożsamieniu z samą sobą z przeszłości, ale też o szczęśliwej epoce, od której zostaliśmy odgrodzeni. Jednak poetka wystrzega się idealizacji: przeszłość wcale nie była bez skazy, ale odblask rzeki przechował odbicia bliskich, w cieniach i powidokach trwa (mimo wszystko) lepsze życie, ponieważ bohaterowie jeszcze nie znają złych finałów (Chciałabym wrócić na tamtą rzekę…, Widoki na przeszłość). Z niejasnych zniekształconych przekazów z przeszłości coś jednak można się o sobie dowiedzieć (Notatka z czerwca 2004). Jak przekornie zauważa poetka, wbrew popularnemu porzekadłu o leczeniu ran, czas-parodysta, czas – prześmiewczy dręczyciel wydobywa z zasobów przeszłości żale i wstydy, odrzucając uspokojenie, uśmierzenie (Czas wcale ran nie leczy…).

Obok doznania czasu nieciągłego, pokawałkowanego w tej poezji istotne jest doświadczenie progu, albo innymi słowy granicy oddzielającej epoki życia. Od jakiegoś momentu przyjdzie grać nowe role, przestawić się na inne myślenie. Przy czym w lirykach Elżbiety Zechenter-Spławińskiej dojrzałość nie tyle się staje, co trzeba ją zdobyć. Podobnie ze starością – musimy się z nią zawczasu zapoznać, by choć trochę obezwładnić napastnika, zgłosić zastrzeżenia, sporządzić protokół niezgody (Wizyta, Ciąg dalszy). Co można zyskać przez taką taktykę? Ostre widzenie rzeczy, mądry sceptycyzm, triumf świadomości, czyli pociechę dla przegranych, wreszcie – trudne pogodzenie. Kiedy “klamka zapadła” i skończył się czas poszukiwań, marzeń, planów na wyrost, nadziei bez pokrycia zmniejsza się egotyczne uczulenie, wzrasta niezależność i wolność wewnętrzna. Poetka eksponuje własny rytm życia, nie zestrojony z szybkimi zmianami rzeczywistości. Nie zabiega już tak usilnie o względy innych. Gdy osiągnie się próg dojrzałości, można ze spokojem powiedzieć: “nie wszyscy muszą mnie kochać” (Dzięki tobie).

Oczywiście świeżo założony kostium w dramacie o starości, w którym zostaliśmy obsadzeni przez pomyłkę, będzie uwierać, a sama rola wyda się egzotyczna, skrajnie obca: “Od jakiegoś czasu mieszkam w cudzej skórze / jakbym przebrała się na chwilę / a wszystko co moje gdzieś przepadło” (Zdziwienie). Przypomnijmy, że Anna Kamieńska posłużyła się frazą: “Starość jest nieśmiała / popychana zdziwiona sobą / jak dzieciństwo”. W wyborze wierszy Ginący gatunek uwagę czytelnika przyciągną przejmujące studia starości (Niewidoczna, Zbyt długo, Ludzie starzy). Również objawi się najbardziej okrutna postać czasu – niszczyciela, pożercy. Tempus devorans działa niepostrzeżenie, podstępnie, z precyzyjnym opóźnieniem, jak bomba zegarowa. Czas nie jest tutaj kategorią abstrakcyjną, lecz odciska się na istnieniu. Niszczycielskie zakusy skupiają się na rzeczy najbardziej ludzkiej. I nie da się tego elegancko powiedzieć: śmierć upomina się o swoją własność – człowiecze ciało. Zatem nasz sojusznik jest zarazem zdrajcą. Przebywanie w ciele (a jaki mamy wybór?) wywołuje niebezpieczeństwo, ukrywanie się za granicą własnej skóry nie kojarzy się z ciepłym bezpiecznym azylem (Krew jest jedyną rzeką…, Zabawa w chowanego). Czas to “cierpliwy łowca” łapiący ofiarę w sieć zmarszczek (Ciąg dalszy). Codziennie starzejące się ciało truje nas małymi dawkami niebytu (Kropla po kropelce). Układ z własnym ciałem podpisany został na złych warunkach:

                  Śpię z moim mordercą

                                   paktuję z moim mordercą

                                   - z moim ciałem

                                   które ma mnie zabić

                                             (Ratuję mojego mordercę...)

Elżbieta Zechenter-Spławińska posługuje się topiką uczenia się, dorastania, rozumienia zmian. Czytelnik odbiera lekcje pokory, dowiaduje się, że nie należy wierzgać przeciw ościeniowi swemu. Radość życia czerpie się przecież z poczucia utraty. I nigdy nie dość przepowiadania sobie, że może być tylko gorzej (Myśl o tym). Właściwą postawą wobec upływania czasu, ćwiczoną i cierpliwie wyrabianą, jest w tej poezji czujna bezradność polegająca na tym, że chociaż nie można zaradzić klęsce (starzenia się, umierania), to przynajmniej należy wiele wiedzieć o jej objawach oraz istocie. Myślałbym też o godnej rezygnacji.

Nie można w lekturze przeoczyć wierszy elegijnych. Wyróżnia się tutaj cykl liryków poświęconych ojcu (korespondujący z niedawno wydanym tomem prozy wspomnieniowej Elżbiety Zechenter-Spławińskiej Malinowy tort, 2007). Nie są to w ścisłym sensie epitafia, bądź nenia, lecz przedmiotem wypowiedzi poetyckich staje się historia trwania pamięci, samoanaliza uczuć – zmiennych i wzbogacających – związanych z najbliższą osobą. I tak poetyka wyznania wpisującego się w kartezjańską formułę “kocham Cię / więc jesteś” (Ojcu) sąsiaduje z wyrazem pośrednim, z ekwiwalentami uczuć. Czyste strony w notatniku ojca najdotkliwiej uświadamiają jego odejście (Skrupulatność), a lament po sprzedanej bibliotece łączy się z upamiętnieniem tego, który osierocone książki przez lata z pietyzmem gromadził (Szesnaście). Żałoba osiągnęła pełnoletniość w osiemnastą rocznicę śmierci (Jeszcze parę miesięcy…) A zatem czas wymienił emocje na pracę pamięci – organizującą rozpamiętywanie utraty. Uczuciowe odruchy należy więc wziąć pod światło, zbadać naturę własnego rozumienia. Rzecz doskonale przybliża metafora, w której na terminie medycznym zaszczepia się znaczenie związane z cerebralizacją i celebracją żalu. To, co pośrednie między zracjonalizowanym rytuałem a falą czułości lokuje się właśnie “w przedsionkach serca” (Rocznice).

Twórcy elegijni zastanawiają się nad niemożliwą do wyobrażenia własną śmiercią, na próbę przyjmują spojrzenie z drugiej strony. W tej poezji nie tylko próbuje się wyobraźnią nieistnienia, ale także rozważa fenomen śmierci pojmowany jako rozpad wyobrażeń, znikanie z pamięci innych ludzi (Nierówność, A rozpacz po nas…). Szczególnie oryginalną postać ma tren , w którym wraz ze śmiercią twórcy umierają projekty przyszłych dzieł – poetyckich, plastycznych, muzycznych. Są one niespełnione, a zatem doskonałe. Poeta wkracza w sferę idealności negatywnej (Kiedy umiera poeta).

W tym wstępie z konieczności pozostawiłem na uboczu wiersze dla wnuczki z kolekcji liryków nowych, w których dzieciństwo, czyli czysty eksperyment, odświeża spojrzenie dorosłego, przywraca zdolności poznawcze. Tylko wspomniałem o utworach “ekologicznych”, niemal przeoczyłem migawki z codzienności oraz sprawozdania z rozmów, ważne, gdyż dialog sprzyja wypracowaniu własnej prawdy. Poetka pisze “nieskuteczne” wiersze interwencyjne – ku przestrodze i opamiętaniu. Ale nic się nie zmieni: nastanie królestwo betonu i śmieci, nikt nie powstrzyma agresywnego rozrostu brzydkich budowli. Cywilizacja gasi urodę miejsc, i, pleniąc się, ogałaca je z zieleni i błękitu. Owa ohyda jest wszędzie, nie ominęła również umiłowanego przez poetkę Krakowa (W moim mieście…, Spacer [Kraków 2000], Kossakówka). “W sieć autostrad […] złapią się ptaki / drzewa i zwierzęta”, a ludzki gatunek ginie na “własne życzenie” (Co nam orlik krzykliwy…).

Zająłem się głównie kwestiami świadomie przeżywanej egzystencji. Poezja dla dorosłych oferuje fotografie dawnych uczuć, zapisy wspomnień, kroniki spraw przegranych, rejestry projektów, które się nie spełniły, strony żałobne, wanitatywne medytacje. Nie jest to jednak lament na ruinach życia. Wiersze Elżbiety Zechenter-Spławińskiej uczą dystansu – potwierdzonego przez autoironię, obrony własnych prawd, cóż z tego, że słabszych od wrzawy całego świata, dzielności, która przyjmuje wszystko, co się wydarza, bez upiększeń, złudzeń i mitów. Raz po raz powraca czułość, odzywa się czysty liryzm. W elegijnym świetle wyostrzającym kontury rzeczy w sposób intensywny odczuwa się piękno krajobrazów i miejsc, bardziej wyrazisty staje się związek z całym istnieniem, więcej znaczą międzyludzkie więzi. Utrwalone w poezji debiutantki pierwsze intuicje i rozpoznania, zachwyty i refleksje teraz wzbogacone zostają o doświadczenie i mądrość.

 

Recenzja: Robert Czop

W każdym z nas jest coś z dziecka, na co też zwracał uwagę w swoich przemyśleniach Janusz Korczak, dlatego nie powinniśmy się tego wstydzić, a tym bardziej dusić tego w sobie. Nie da się ukryć, że w wielu wypadkach jest to silniejsze od nas, a równocześnie, jeśli dzięki własnemu doświadczeniu właściwie zdołamy wykorzystać ten niezwykły urok tamtych lat, to możemy przeżyć jeszcze wiele niezapomnianych chwil. Bądźmy pewni, że to właśnie one wzbogacą nas niezależnie od tego na jakim etapie drogi na tym łez padole jesteśmy. Czasem rzeczywistość dosyć często w sposób okrutny przemienia nasze mity i baśnie. Dlatego marzenie o pięknym królewiczu czy rycerzu z bajki, który mknie na białym koniu niosąc wybrankę swojego serca na rękach, przemienia się w smutną prawdę o słabości naszych mięśni, kości czy innych organów wewnętrznych, kiedy musimy liczyć na pomoc innych, by nas w czasie choroby przenosili, ponieważ sami nie potrafimy się już utrzymać na własnych nogach. Jednakże rola dzielnego rycerza nie tylko kończy się według mnie na uratowaniu ciała, ale także umysłu nieszczęsnej. Akurat wiersz “Zabawa w chowanego” jest jakby historią rozdwojenia osoby na dwie przeciwstawne siły, które nie dość, że nie wspierają się wzajemnie, ale wręcz przeszkadzają sobie. Blokujemy w ten sposób to, co jest w nas prawdziwe, by nie narazić się na konsekwencje, ponieważ dziecięce wybryki nie są już tolerowane w wieku średnim, bo czegoś nam, według innych, już nie wypada. Określone i zapewne przykre przeżycia, sprawiły, iż podmiot liryczny rozbudował skomplikowany system zabezpieczeń, przez który nie może się przebić jego prawdziwa spontaniczność. Wprawdzie dzięki temu nie jest narażony na naganę, ale równocześnie żyje w stworzonym przez samego siebie i dla siebie koszmarnym więzieniu, stając się równocześnie skazańcom i własnym strażnikiem, co w ostateczności może doprowadzić do nieszczęścia. Poetka porównuje takie zachowanie do jedzenia i picia. Z jednej strony z każdą godziną pragniemy coraz bardziej tych darów umożliwiających nam życie, a jednocześnie oszukujemy samych siebie, iż jest nam to niepotrzebne. Takie działanie na dłuższą metę nie ma sensu, ponieważ doprowadzimy siebie do całkowitego wyniszczenia psychicznego i fizycznego. Jednakże wieloletnie przebywanie w określonym środowisku sprawiło, iż postać mówiąca w tekście wytworzyła maskę, za którą się chowa. Kto wie, czy nie doszło jeszcze do czegoś gorszego, ponieważ odnosimy wrażenie, iż to, co miało chronić przed niebezpiecznym środowiskiem, równocześnie owładnęło całą postacią. Dlatego, na przykład uśmiech maskuje cierpienie lub zatykamy usta, żeby nie wypowiedzieć jakiegoś nierozważnego słowa czy też czerwienimy się lub bledniemy tylko dlatego, że odczuwamy zmianę temperatury w najbliższym otoczeniu. Taka sytuacja nie jest najlepsza, ponieważ nasze pragnienia, niczym brutalnie traktowany więzień, z coraz większą siłą domagają się swoich praw. Ta walka przypomina próbę włączenia światła, mimo że nastąpiła awaria w sieci. Wprawdzie wiemy, że nie ma prądu, ale bezwiednie unosimy dłoń, by wcisnąć przycisk. Ta, wieloletnie powtarzana czynność, sprawiła, iż wykonujemy działanie wbrew naszej woli, jakbyśmy wykształcili sobie małego pomocnika, którego nie nauczyliśmy samodzielnie myśleć, a jedynie wyuczyliśmy bezmyślnego schematu. Działając w określonym kierunku, tworzymy swoją drugą naturę, czyniąc tak, jakbyśmy owijali się folią. Na samym początku nie czujemy najmniejszego oporu. Później, nawet jeśli coś nam zaczyna przeszkadzać, to bardzo szybko się do tego przyzwyczajamy, wychodząc z założenia, iż tak właśnie musi być i przestajemy zwracać uwagę na te małe niedomagania. Po pewnym czasie ta materia zaczyna nam ograniczać ruchy, ale oszukujemy się tym, iż to jest nasze działanie nad którym mamy całkowitą władzę i w końcu dochodzimy do takiego punktu, że zostajemy skrępowani i to, co sami tworzyliśmy przez tak wiele lat, teraz zaczyna nami rządzić i stajemy się niewolnikiem jakiegoś przedziwnego stworka, którego sami wyhodowaliśmy w swojej podświadomości. Ale czy dzielny rycerz zdoła nas uwolnić i wywiezie nas z tej strasznej wieży? Wątpliwe, bo bez naszej pomocy nawet Zawisza Czarny by sobie nie poradził, więc wszystko w waszych rękach księżniczki.

Czas płynie nieubłaganie do przodu i pojawiają się kolejne pokolenia, które często mówią już innym językiem (dosłownie i w przenośni). Coraz bardziej oddalamy się od siebie, mimo że są to nasze dzieci i wnuki, ale oni już nie interpretują w taki sam sposób tych samych baśni, co my. Odchodzą też nasi najbliżsi i z każdym dniem jest coraz mniej tych, z którymi mieliśmy wspólny język. Pozostają jeszcze pamiątki i miejsca, które stały się nośnikami wspomnień, czego najlepszym przykładem “Tamta rzeka”, gdzie woda przyciąga nie ze względu na piękno swojego położenia, lecz z tego powodu, iż przeglądali się w niej ci, którzy stali się dla osoby mówiącej w wersach kimś bardzo bliskim. W ten sposób woda stała się nosicielem przeżytych tu wzruszeń i dlatego, gdy spojrzy na tę rzekę, choć pewnie wcześniej była dla niej czymś obojętnym, to jednak dziś, gdy przed oczami wyobraźni znów pojawiają się ci, których polubiła czy pokochała, patrzy na nią już całkowicie inaczej. Podobne zjawisko odnajdziemy w utworze “Szesnaście”, gdzie książki stają się cząstką drogiej osoby, która już odeszła na zawsze. Dla niej te tomy były jak żywe istoty, które należy karmić czułością.

Tomik wierszy chwyta za serce swoją mądrością, ale także mistrzostwem warsztatu, pewną płynnością, jakimś niepowtarzalnym urokiem. Zachęcam też do przeczytania słowa wstępnego Wojciecha Ligęzy.

 

Bronisław Maj “Gołębia, Krupnicza, Bracka” (2007)

maj-small

Wydawcy:
Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie
Kraków, 2007

Od autora
Ten wybór wierszy (w zasadzie chronologiczny, z lat 1972-96), któremu tytuł dają imiona krakowskich ulic – można by nazwać wyborem “krakowskim”. Ale nie są to oczywiście “wiersze o Krakowie”. Kraków – jego ulice, domy, mosty, dworce, wieże, rynek, Planty, Wisła… – jest jedynie scenerią, dekoracją, tłem dla biografii i doświadczenia zapisanego w tych wierszach. Tak się złożyło – przypadek? nieznana konieczność? wyrok: losu? Boga? – że świat przybrał dla autora i bohatera tych wierszy kontury, barwy, światła, formy tego właśnie miejsca, Krakowa. Ale też Kraków – jako konkretne miejsce i jako pewien stan ducha – nigdy nie był dla tego doświadczenia scenerią neutralną, obojętną. Przeciwnie: był, istniał na tyle intensywnie, że uczestniczył jakoś w tym doświadczeniu, przemieniał je i tworzył, nadawał mu kształt. Tak mocno, że niekiedy stawał się także bohaterem tej biografii, tego doświadczenia i tych wierszy. Na ile ten los – i wynikłe z niego wiersze – byłyby inne (może: lepsze? jaśniejsze?), gdyby świat przybrał dla mnie inną postać – nie wiem, i nie dowiem się nigdy. Pozostaje dziękować – przypadkowi, konieczności, wyrokom boskim, losowi, komukolwiek, czemukolwiek… – za to, że to wszystko jednak stało się tu.
B.M.

 

Leszek Aleksander Moczulski “Krótko biją serca” (2007)

moczulski-small

Wydawcy:
Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie
Kraków, 2007

Głosy powrotu
“Krótko biją serca”… – taki tytuł dał poeta retrospektywnemu wyborowi swoich wierszy. Ale przecież – by przy owej metaforze pozostać – serce tej poezji bije już niemal pół wieku! Ta poezja – jak bicie serca właśnie: czasem równe i mocne, czasem niespokojne, gwałtowne, pełne trwogi, czasem najcichsze, ledwie słyszalne, ale zawsze uparte, życiodajne – od pół wieku jest nieustannie obecna – w świecie, pośród nas, w naszym tu i teraz; i w obrazie dwudziestowiecznej polskiej liryki. Wypada zatem zapytać o swoistość, indywidualny ton, charakterystyczne odrębne formy obecności – tej właśnie poezji, tylko tej. Co ją spośród tylu innych poetyckich głosów wyróżnia? Co jest – jej tylko przypisaną i tylko przez nią zdobytą – własną tonacją, własną mową, kształtem wiersza? Co tworzy jej – osobny i suwerenny – świat poetycki? I czy w ogóle jest taki – przenikający całą poezję Moczulskiego – jednoczący, wyróżniający ton? I czy istnieje taki – w całości ją ogarniający i wypełniający ją – poetycki świat?…
Poeta – na pozór, paradoksalnie – nie ułatwia nam tu zadania. “Krótko biją serca” to zbiór skomponowany wedle jasnej, wyrazistej myśli przewodniej, ale przecież… z całkowitym lekceważeniem dla chronologii, “polonistycznych” dziejów poetyckiej ewolucji. Zbudowany z wierszy pisanych w ciągu półwiecza, tu w większości pozbawionych dat powstania, przemieszanych ze sobą, bardzo różnych, pod każdym względem zresztą. A to wrażenie wielogłosowości, swoistej polifonii tej poezji – towarzyszy przecież nie tylko lekturze naszego wyboru; dla każdego, kto z pewnego dystansu spojrzy na lirykę Moczulskiego, ta wielość poetyk, języków, światów – jest cechą narzucającą się natychmiast, z oczywistą mocą. Bo przecież jakże odległe są od siebie choćby… dramatyczne
(i teatralne!) z ducha, nastawione na natychmiastowy emocjonalny kontakt, pełne namiętności, pasji i gniewu, rozwibrowane, na jednym oddechu wręcz wykrzyczane wiersze-monologi z “Narzędzi i instrumentów” (1978):

Moje wnętrzności pali głód.
Głód siebie.
Woła mnie głód, którego nie da się zasypać, nie da się zatrzymać,
Nie da się go pozbyć.
Jestem głodny. Czy ktoś ze mną porozmawia?
Jestem głodny. Czy ktoś cierpliwie wysłucha mnie do końca?
Całym błotem świata we mnie.
Całymi swoimi ustami we mnie, całym swoim śmiechem.
Skręca mnie głód. Gdzie jest ta poezja?
Gdzie są moi świadkowie?
Nie widzę was. Kto z was przyszedł?
Kto jeszcze jest obecny?
Czuję was. Nie widzę. Nie słyszę,
Do was mówię. Nie do tych, którzy zostali w domu.
Woła mnie głód. Gdzie są moje pieśni?
Kto jeszcze jest? Co zostało ze mnie?
Nie widzę was.
Jestem głodny,
CHCĘ WIEDZIEĆ
			 ("Głos", fragment)

i elementarnie proste, niemal “dziecięce” czy “franciszkańskie”, wiersze-sentencje, poetyckie “zdania i uwagi” z “Notatek pisanych na skrawku ciemności o miłości” (2004):

Miłości można nie zauważyć
Ale ona zauważa nas
			   ("Tumult i osobność")

Albo… co – w sensie poetyckim! – łączy pełne ironii sarkastyczne wiersze budujące (w “Nawracaniu stracha na wróble” z 1971 czy “Oddechu” z 1979) zatrważającą cywilizacyjną antyutopię:

Największą składnicą złomu zostanie Nowy Jork Tokio
Moskwa Paryż.

Miasta są pod kloszem.
Człowiek w probówce na łasce wielkiego uczonego.

Płonącą elektrownię eksponują projekty museé moderne.

Pomiędzy ziemią a gwiazdami ognia
odwrócona odległość.
			   ("Prowincja", fragment)

z harmonijnymi, o niebywałej czystości tonu, ascetycznymi, chrześcijańskimi z ducha, wierszami-epifaniami czy haiku z “Powitań” (1983):

Zieleń czysta po zimie.
Za oknem -
w jasności, stają powoli drzewa.

Albo… przepojone zgodą na świat, niemal “dokumentalne”, poetyckie zapisy osobistej rodzinnej historii, czułe obrazy, dzieckiem zapamiętanej, Suwalszczyzny:

Smugą stałem nad jeziorem i z każdą falą wyrzucaną na brzeg
byłem bliżej, stawałem się tylko jedną z rzeczy wielu -
jak listek niesiony prądem,
jak kręgi na rozstępującej się wodzie.
Jak melodia wędrująca wysokich sosen na piaskach.

				("Stanąłem nad jeziorem…", fragment)

z maksymalistycznymi, romantycznymi, prometejskimi (ich bohaterem jest nieprzejednany buntownik Ikar) pieśniami z “Exodusu”, wierszami pokoleniowymi, niezwykle intensywnie zaangażowanymi w historię:

A jeśli trzeba, Boże,
uderz mnie w twarz -
abym nie zasnął...

Ochroń nas, Boże, przed burzą,
Po której wstaniemy pokorni,
Po której będziemy łagodni,
Na wszystko będziemy się zgadzać
w tanecznej euforii.

Ochroń nas, Boże, żeglarzy,
przed tą przystanią poważną.
Przed rezygnacją z szaleństwa
i niemożliwym spokojem.
				("Pieśń", fragmenty)

Ogromna rozmaitość: poetyk, światów poetyckich, modeli wiersza; niezwykle bogaty w tonacje, wielogłosowy poetycki – chór. Także – wielość tradycji, w jakie wpisuje się liryka Moczulskiego, i jakie – współtworzy. Od – w okresie nowofalowym – tradycji beat generation, dykcji Ginsbergowskiej; poprzez Norwidową i Miłoszowską – w “poezji praw” czy “Wierszach zwykłych” – aż po “lozańską” (i “późno-Staffowską”) linię liryki kontemplacyjnej, religijnej, metafizycznej… I jeszcze wielość poetyckich światów i perspektyw, z jakich się w tej poezji na rzeczywistość (różne rzeczywistości) patrzy, opisuje je, ocenia. Romantyczne (i nowofalowe) widzenie historyczne, generacyjne – i samotny szept pojedynczego człowieka… Poezja Leszka Aleksandra Moczulskiego jawi się jako niezwykły, rozległy, wiele stref obejmujący – poetycki archipelag, z mnóstwa wysp i wysepek złożony. Co je naprawdę łączy? Gdyby chcieć – odrzuciwszy polonistyczny “teoretyczny” język – nazwać wiersz (wiersze) Moczulskiego, to można by powiedzieć, iż jest to, w różnych czasach tej poezji, wiersz – krzyk, wiersz – szept, i wiersz – płacz, wiersz – olśnienie czy wiersz – uśmiech… Krzyk, płacz, lęk, śmiech, ból, zachwyt… Elementarne i najprostsze, podstawowe i pierwsze – ludzkie uczucia i doświadczenia. I właśnie to dążenie do elementarnej (jakby “poza literaturą”) prostoty wydaje się istotą tej liryki, przenikającą ją – w planie poetyki – niezależnie, od tego, czy przemawia takim:

Mówcie do ściany
krzyczcie do ściany
ściana was wysłucha

ściana nie krzyczy
ściana nie płacze
ściana was wysłucha

nie leczcie się z serca
nie leczcie się z głosu
			   ("Mówcie do ściany", fragment)

czy takim głosem:

Naprawdę to wszystko mi się przydarzyło?
jabłoń w obłoku, pogoda wieczoru?
Czyste powietrze doliny.
I wstałem jeszcze raz o brzasku
i idę we mgle porannej na jawie.
				       ("Naprawdę to wszystko...")

Swój pierwszy, bardzo istotny i znaczący, wybór wierszy z 1981 roku Leszek Aleksander Moczulski zatytułował “Głosy powrotu”, a na okładce książki umieścił fragment obrazu Rembrandta “Powrót syna marnotrawnego”. Wydaje się, że cała liryka poety jest zapisem i świadectwem takiego właśnie powrotu: od młodzieńczego buntu, poprzez dojmujący głód wartości i sensu, poprzez pełne niepokoju i trwogi poszukiwania wiary, nadziei i prawdy, aż po – po zatoczeniu wielkiego koła – spokojną, mocną, pełną radosnej pokory pewność:

Dzień zaczyna się nagle
Dzień znika nagle
Życie zaczyna się nagle
Życie kończy się nagle
Zostaje miłość
		   ("Dzień zaczyna się nagle")

Trzeba odbyć daleką, bardzo daleką, pełną duchowych przygód i niebezpieczeństw, złud i błądzeń – drogę, by tak powrócić. Do źródła, które było tu zawsze, od początku, i będzie zawsze, nieskończone, niewyczerpane. Tak mówi dojrzały, doświadczony, mądry poeta:

Krótko biją serca.
Po co nam wściekłość?
Kiedy błyskiem jest tylko nasz wzrok.
Otwieraniem oczu - życie,
Czyż oprócz zachwytu spotkać nas mogą
rzeczy naprawdę wielkie?
				("Krótko biją serca", fragment)

Jeden z wysokich patronów tej poezji napisał kiedyś:

Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie,
Dwie tylko: poezja i dobroć... i więcej nic

i jeszcze:

Cóż wiesz o pięknem? -
Kształtem jest Miłości...

Miłość, Dobroć – i z nich wywiedzione Piękno. To jest, przy zachowaniu wszelkich proporcji, ów wspólny ton przenikający całą, tak różnorodną, lirykę Leszka Moczulskiego, To – jej istota, jej znak:

Wszystkie najpiękniejsze modlitwy, stare zaklęcia,
echo dziecinnych prawd -
tobie, bo cierpisz
chcąc wybrać dobro.
		   ("Wszystkie najpiękniejsze modlitwy...")

Bronisław Maj

Krystyna Szlaga “Niebo po Ikarze” (2006)

szlaga_d

Krystyna Szlaga “Niebo po Ikarze”

Marian Grześczak
Zapiski

Luty 2004 roku

Słońce rozpala iskiernik Zakopanego. Tunelowe ulice ze śniegu. Nad białawymi grzbietami zasp przesuwają się głowy, dzieje się nadrealistyczny teatr ruchomych rzeźb. Szufkają plastykowe szufle, czerwone i żółte. Poświecają gwiazdki śnieżynek. Świerki w Dolinie Białego przygasiły zieleń. To nie Zakopane, to Hasior-nik. Hasiorane. Hasiorzysko.

W Gwiezdniku, czyli pisarskiej Astorii przy Drodze do Białego, lekarka bierze mnie za puls i z dyskretną stanowczością nakłania do wizyty u kardiologa. Tym razem posłuchałem i kiedy wracam do Gwiezdnika, jestem już bogatszy o migotanie przedsionków. Nie żadnych sieni, korytarzy, krużganków, tuneli, nie! Migotanie przedsionków. Piękna nazwa, całkiem jak z Mieczysława Jastruna, który pisał o pięknej chorobie. Gdańska „Gazeta Literacka” Zbigniewa Joachimiaka i Antoniego Pawlaka też ma w nazwie słowo: Migotanie – „Migotania, przejaśnienia”!

Z migotaniem przyszło więcej czasu. Pod okapują-cymi z dachu soplami przyglądałem się pejzażom realnym (góry) i pejzażom nierealnym (wiersze). Bywało, że rysnąłem (od Rysów) coś własnego, częściej jednak zawierszałem się w różne imienne strofy, wśród nich w poezje Krystyny Szlagi. Znałem je wcześniej, boć to poetka z mojego kalendarza poetyckiego, ale znałem wyimkowo i dopiero w zakopiańskim lutym 2004 szczelniej się nimi ogrzałem. Czy można ogrzać się poezją? Oczywiście, że tak, pod warunkiem, że jest gorąca. Promieniuje energią, zadziwia ekspresją, zdumiewa kontrastami, wzbudza podziw szczerością.

Wszystkie te ogólne przymioty znawcy wierszy daw-no już rozpoznali przydzielając poetce należne miejsce w literackiej panoramie współczesnej polszczyzny. Celnie rzecz ujął Jacek Kajtoch w eseju „Godne trudy”, zamieszczonym na otwarcie „Wyboru wierszy” Krysty-ny Szlagi (1995), a także Piotr Kuncewicz w swoim wyczerpującym i felietonowym podręczniku „Agonia i nadzieja. Poezja polska od 1956” (1993). Rzetelną notatą przedstawiona została Krystyna Szlaga w opracowaniu „Współcześni polscy pisarze i badacze literatury. Słownik biobibliograficzny” (2003).

Luty, i później, 2005 roku

Migotanie trwa i co jestem w Aninie z migotaniem, zabieram sobie do kolejki codzienne czytania wierszo-we, żeby mi raźniej było pod sercem Profesora Religi. Z poezją po prostu zdrowiej. Układam z dopisków lirycznych Krystyny Szlagi antologię perełkowych oznajmień obrazowych np. takich:

... Myślę że szczęście mnie prześciga
Myślę idąc – tak jak z tobą kiedyś –
oglądać podrastające słońce
i morze z wełny czerwonej
Ale dziś tu świtu nie będzie
Morze – gilotyna w nieustannym ruchu...

Rzeczywistość gilotyny wróci do Szlagi już nie w osobistym, ale historycznym wymiarze. O tym dopiero będzie, teraz podziwiam podrastające słońce i morze z wełny czerwonej, czyli siłę i piękno wschodo-zachodu słońca w „Medytacjach”. Wzór obrazowania metaforycznego w wierszu bez tytułu:

Noc
zwęgliła świat

Obłoki
ciemne jak zorana ziemia

Księżyc
umykający bażant

W ciszy
miniona chwila

„Pigwą nad Poznaniem” nazwano swego czasu tomik poetycki (nie pamiętam, kto tak dokładnie nazwał księżyc). Krystyna Szlaga „Czas zyskany. Wybór liryki miłosnej” otwiera (na okładce) obrazem „Pigwa”, obrazem mocno dekoracyjnym, co uznaję we własnym opigwionym ogrodzie, ale poetka „Północy” (1997, dedykowanej Ojcu mojemu) rozwija metaforę z obrazu w dźwięk, w ciszę, którą w wierszu „Zmyliłeś drogi” nazwie oniemieniem:

Zmyliłeś drogi
Ślady oniemiłeś
Mój drogi...

Piękności, gry językowe i sytuacyjne, estetyzacje frazy wyraźniej wyrastają z doświadczenia osobistego (wiersze miłosne, wiersze rodzinne, wiersze przyjacielskie) niż z doświadczenia społecznego, które wymaga od poety innych narzędzi. Pięknu łagodności wyzwanie społeczne słowa przeciwstawia szorstkość, gwałtowność i anarchię emocjonalną. Kluczowym, otwierającym tajemniczy zamek na obie strony: osobistą i społeczną – jest wiersz „Jest we mnie”, który odautorsko objaśnia wszystkie porządki twórczości Krystyny Szlagi, dlatego przepisuję go w poprawionej całości:

Jest we mnie
więzione dzikie zwierzę
przeciw mnie zbuntowane
Walka się toczy
między mną a nim
Przebiegłe jest
Bezsens odkrywa
w tym co sens określa
Historię zmienia
w kamień na kamieniu
Państwo Platona
w gilotynę Robespierre’a
Kodeksy wszelkie
w plutony egzekucyjne
Boga rzuca jak landszaft
w ogień

Uparte jest
Każdej skrajności
przeciwstawia skrajność

Walka się toczy
między ideą a naturą
Między nieskończonością
a punktem przecięcia
Toczy się walka
kto zniewoli kogo
Liczy się tylko furia

Kiedy w ciszy
obliczam szanse
widzę jak się unosi
i bezpowrotnie oddala
wizja jedności świata
Czuję rozpacz
Ale wszystko czym gardzę
moją jest słabością
Wszystko czego się brzydzę
moim jest brudem
Wszystko co atakuję
jest podłością we mnie

Kiedy chcę z wieży
wyrzucić swe ciało
zwierzę w poprzek staje
i wznosi pieśń
pełną ziemi wiatru i słońca
odsłania miłość
w bezmiernej pokorze cudu
rodzącego się źdźbła

Jest we mnie zwierzę
więzione dzikie zwierzę
Jego głód jest w moich wargach
Jego siła jest w moich rękach
Jego ból jest moim poznaniem
jesteśmy jednością

	1986

Dramaturgia wiersza wykształca się w dialogu lub podwojonym monologu. Dialog i diamonolog językowy, obrazowy, metaforyczny, informacyjny, sytuacyjny, filozoficzny, czyli rygor podwójnego głosu, stanowią podstawę poetyckich konstrukcji Krystyny Szlagi. Jest to estetyka parateatralna, w której, jak w dramacie, na zadane pytanie musi paść odpowiedź, niezależnie od tego, czy będzie to rozmowa słowna, czy za pomocą obrazów, gestów, min. Tak – tak. Nie – nie. Na szarości, światłocienie, impresyjności nie ma miejsca i poetkę taka niemalarska sytuacja najwyraźniej męczy, stąd, tak się domyślam, koncept zbioru wierszy „Słowo Wilka” (1982) jako człowieczego bohatera szarej godziny, ściślej: zmierzchu, czyli pomieszania światła z ciemnością. Niebo impresjonistów polegało na znajdowaniu w naturze takich właśnie światłociennych chwil. Pewnie i Krystyna Szlaga maluje na impresjonistycznym głodzie barw i światła.

Luty, Anin, 2006

 

Na marginesach „Spotkania z manichejczykiem” (1994). Skąd u poety taki tytuł? Manicheizm wydaje mi się dawno wygaszony, jak wapno. Świat całkiem zbarwiał, czemu służy i telewizja kolorowa, i internet i te, z kolejki do lekarza, kolorowe reklamy lekarstw. A tu u Szlagi manicheiści. Mówię kolejkowiczom, że jesteśmy wspólnotą elkazaitów, sektą gnostyczną pochodzenia judeochrześcijańskiego. Nikt nie chce się przyznać, więc uzupełniam, że to nic złego, w końcu łączy nas jeszcze perski zaroastryzm, indyjska duchowość i nauki Jezusa. Nie wolno bluźnić, zabijać zwierząt, spożywać mięsa i wina (tzw. pieczęć ust i pieczęć rąk), zaś wyznawcy muszą żyć w celibacie. Gdzie Krystyna Szlaga, w jakim Krakowie spotkała aż tak wiernego Maniego współczesności? Bo od Maniego ów manicheizm. Z dodatkiem mazdaizmu, wypraktykowanego przez Ahura Mazdę. I może dlatego Japończycy nazwali tak mądry samochód, który właśnie nocni manichejczycy mi poniszczyli.

W domu, już po anińskim migotaniu przedsionków, lekturę „Spotkania z manichejczykiem” objaśniły mi encyklopedyczne „Religie świata”: Zasadą bytu są dwa przeciwstawne, jednakowo wieczne i nawzajem zwalczające się pierwiastki: światło (dobro) oraz ciemność (zło). W Królestwie Światła rządzi Bóg (Ojciec Światłości), w państwie ciemności – szatan (Książę Ciemności).

Człowiek powinien przestrzegać zasad etyki i żyć w tzw. moralności zbawczej. Konkretnie: aktywność człowieka staje się składnikiem procesu zbawienia. Kreując manichejczyka Krystyna Szlaga sama stała się manichejką. Aktywność jej stylu, dynamika mowy, ekspresja obrazowania i jednoznaczność refleksji nadają prosty kierunek poetyckiemu powołaniu: ku budziciel-stwu idei. Nie ma dziś poety tak rozbudzonego w ideach, jak Krystyna Szlaga, co zresztą w roku 1992 wypowie-działa wprost w wierszu „To zdarza się zbyt często”:

Gdzie nie ma idei
jest anarchia
Płoną ciemności upiorów

Gdzie jest idea
zwarte szyki upiorów
maszerują
po ptaku z dziobem wbitym w ziemię
w ziemię dudniącą
jak zamknięta brama

Szukanie idei dla wiersza jest trudne, ponieważ on sam jest dla siebie ideą i swoje znaczenie ustala przez to, jaki jest, jak i w jaki sposób jest zrobiony. W tym sensie poeta jest rzemieślnikiem idei. Krystyna Szlaga precyzyjnie wyraża tę prawdę w wierszu memorialnym „Nie będzie wiosny” poświęconym pamięci Matki mojej:

… Chociaż żyłyśmy w jednych latach twoim współczesnym był Dante z miłości czerpiący sens i siłę Moim – może André Chénier w swej logice idei …

Z Dantem sprawa jest tylko pozornie prosta. Sensy „Boskiej komedii” są wieloznaczne, miłości utrapione, siły groźne. Rzeczywistość wielkiej rewolucji francuskiej też była w specyficzny sposób komedią, której tragiczną ofiarą stał się André Chénier, urodzony w Turcji z matki Greczynki i ojca Francuza, żołnierz, podróżnik, dziennikarz, polityk-rewolucjonista, poeta, zgilotynowany 20 lipca 1794.

Wydrukował za życia jedynie dwa wiersze – pisze Jerzy Lisowski w „Antologii poezji francuskiej” – i nikt wtedy nie wiedział, że spadła głowa największego żyjącego poety Francji… ot, taki francuski ksiądz Woronicz, gdyby ksiądz Woronicz był genialny.

Czerwiec, Ząbki, 2006

Dwoistość zmaterializowana w cudzym życiu. Bio-grafia André Chéniera, zanim trafiła do poezji Krystyny Szlagi, stała się kanwą do dziś śpiewanej opery (także w Polsce) włoskiego kompozytora Umberta Giordana, a zatytułowanej po prostu „Andrea Chénier”. Libretto napisał Luigi Illica, wplatając w końcowej partii opery autentyczny wiersz Chéniera pisany w noc przed ścięciem. Z natury poetycka jest balladowość opery: Madeleine, córka hrabiny, zakochana w poecie, chcąc razem z nim iść pod gilotynę, płaci dozorcy więzienne-mu za to, żeby się zgodził na podmianę rzeczywiście skazanej na śmierć Idy Legray. Tak też się staje i zakochana para chwilę przed śmiercią śpiewa w duecie pieśń o bliskości („Vicino a te”).

Pogłosy balladowości dyskretnie Krystyna Szlaga rozrzuca po różnych wierszach, zwłaszcza słownie rozległych. Brzmienia zaśpiewne przynosi „Posag historii” z młodzieńczego okresu twórczości Krystyny Szlagi, a także poemat „Światła cień”, szalenie zdynami-zowany emocjonalnie, z okrzykami buntu: Demon Obojętności, Deus Incognitus. Tak oto przy pomocy biografii André Chéniera, symbolicznie potraktowanej, staje poezja Szlagi przed tajemnicą Boga Niepoznanego. Tajemnicą tajemną, dającą się zaledwie przybliżyć, i to z pomocą symbolicznego zwierzęcia –Wilka. „Słowo Wilka” (1982) słyszę jako najdonośniejszy głos poezji Krystyny Szlagi.

 

Wrzesień, Casteldentoso, Golina, 2006

Lupa Capitolina była dobrą wilczycą i bliźnięta do-brze wykarmiła, dzięki czemu braci Romulusa i Remusa bierzemy za swoich. Piękny jest ten posążek wilczycy z bliźniętami na Kapitolu (rzeźbił Antonio del Pollaiuolo). Ale Krystyna Szlaga nie pisze wierszy z dobrą wilczycą, pisze wiersze ze złym wilkiem. Jak to formułują w encyklopedii? Wilk – „symbol nienasyconej żarłoczności i żądzy mordu, postrach pasterzy i myśliwych”. Postrach wszelkiego stworzenia – powiedzieliby przestraszeni, ludzcy barankowie. Ezop napisał blisko czterdzieści bajek z wilkiem w herbie. Alfred de Vigny, jeden z wielkich romantyków francuskich, a tych poprzedzał André Chénier, ułożył poemat „La mort du loup”. Szukam bliżej żyjących: Czech Jan Skace i Macedończyk Bogomil Gjuzel opublikowali zbiory z wilkiem w tytule, zbiory będące metaforami strachu. A jaki jest wilk Krystyny Szlagi? Emocjonalny, intelektu-alny, krytyczny, pojednawczy, ironiczny, czujny i szczujny (szczujność wilka wymyśliłem specjalnie dla poezji Szlagi), ideowy (tu wiersz „Wilk o idei”), metafizyczny (tu wiersz „Wilk o nadejściu Królestwa”), kochający (tu wiersz „Wilk o miłości”), rozmowny. Gestem dobrego poety został zatem obdarzony właści-wościami ludzkimi. Ściślej: poety pełnego dobroci, dobrotliwego. Mógłby to nawet być Wilk Cogito. Zdolność do poszerzania obszaru kreacji poetyckiej okazuje się fundamentalną wartością twórczości Krystyny Szlagi. W jakie przestrzenie wstąpi jej poezja – trudno mi przewidzieć, znać jednak wyraźnie kierunki zamierzonych celów. Jednym z nich jest zwięzłość, innym implozyjność, jeszcze innym pokora niedomó-wienia, czyli idea, ale milcząca. Pięknie pisze poetka w beztytułowej sentencji:

Kiedy krzyk milknie
jeszcze głośniejszy wydaje się krzyk

17 września, 2006, rano

Piękny świt w migotliwym słońcu. Radio przypomi-na, że mija właśnie kolejna rocznica drugiego wybuchu drugiej wojny światowej. Dwa wybuchy jednej wojny. Wybieram poezję.

Marian Grześczak

 

 

CHWILA PRÓBY WILKA

Wiem że władza twa minie
Rozsypie się jak liście klonu
w jesiennym wichrze

Patrzę spokojnie
wyczołgany w błocie
rozbity opluty

Wiem
Wystarczy wyznać podziw i wierność tobie
byś zaprzestał tortur

Abyś otoczył mnie łaską
Współczuł w bólu połamanych kości
Pozwolił mi być wolnym

Jedno wyznanie to niewiele
To tylko tyle ile żądali
wczoraj tamci

1981

NIE BĘDZIE WIOSNY

             Pamięci Matki mojej

Mówiłaś: Nie będzie wiosny
Nie będzie traw pachnących
Ani róży z błyskiem światła w kropli rosy

Przyroda pleni się obojętna śmierci
Na tarasach zieleni mości się blask
pieni deszcz
Drzewa drogi ptaki
żyją w nas
dopóki jesteśmy

Mówiłaś: Nie będzie wiosny
Jest luty
Śmierć –
Mróz idący przez tysiąclecia
Płomień czuwania twych rąk złączonych
Słowa wzywające Boga

Przyroda pleni się obojętna śmierci
Kiedy przychodzi kres
barwy świata spływają w ciemność
pod powiekami

Mówiłaś : Nie będzie wiosny
Zbliża się kres

Umierają w tobie wszystkie wiosny
Gasną wspomnienia –
Las pełen chłopców z AK
karmionych przez ciebie
Las który deptał 
piekło pancerne

Milknie twoje wzruszenie ramion
wobec tych którzy żyją 
na odległość pięści
Tych którzy naszą przeszłość
jak stado wron chcieli rozpędzić
Czymże jest ojczyzna
podarowana mi w tobie

Mówiłaś:  Nie będzie wiosny
Jest luty
Kres
Nigdy nie godziłaś się
z tym płynącym przez ciebie nurtem dni
Myśli twoje wzbierały jak horyzont
pod skrzydłami wzbijającego się ptaka
Myśli ku śmierci
Chociaż żyłyśmy w jednych latach
twoim współczesnym był Dante
z miłości czerpiący sens i siłę
Moim – może Andre’ Che’nier
w swej logice idei

Mówiłaś: Nie będzie wiosny
Nie będzie jaszczurki grzejącej się w słońcu
pośród ostów w ciszy kamieni
Nie będzie jesiennej mgły nad łąkami
Guseł w chybocie ptaka nie będzie
Jest luty
Gromnica się pali
Ręce wyciągnięte
Dotyk przebaczenia
I moje pragnienie śmierci
Wielkie jak poczucie winy
Nagłe jak rozdarcie jasności
w której nie ma nic

Przyroda pleni się obojętna śmierci
Zboże wypłukuje złoto
Maki goreją...
Pochylam się nad śmiercią
jak nad leśnym stawem
Zatopione gwiazdy
złocą sczerniałe liście połamane gałęzie

Nie będzie wiosny
Odeszłaś Mamo
Luty trwa

9 luty 1981

ROZMOWA
Mmgmgg – jfjf 

– Markizie de Sade, w imieniu prawa
przynoszę ci wolność.

– W imieniu prawa wolności dać mi nie możesz.

– Tylko prawo daje nam wolność, markizie de Sade.

–  Prawo to poddaństwo.
Wolność to zagarnianie wszystkiego, 
co jest przedmiotem żądzy.
Wolność to posiadanie aż do unicestwienia.
Wolność doskonała to wolność zbrodni.

– Markizie de Sade, to wolność obłędu.

– Powiedz, czy twoje prawo karze śmiercią ?

– Prawo chroni przed złem, markizie de Sade.

– Zatem zabijacie?

– Nieokiełznany żywioł ludzki tworzy także zło.
 Prawo wyraża ideę dobra, markizie de Sade.

– Ideę dobra tworzą przestępcy
dzielący prawa dla siebie
a kary dla reszty.
Pytam, czy w imieniu prawa zabijacie?

– W imieniu prawa wymierzamy sprawiedliwość,
markizie de Sade.

– A więc zabijacie.
W czyim imieniu stanowicie prawa?

– Życie samo w sobie zawiera prawo.
Bezstronne prawo, gwarantujące mu istnienie.

– Zabijając spotwarzacie prawo życia.
Boga zamordowaliście 21 stycznia 1793 roku.
Ale Bóg nie umiera od jednego ciosu. 
Bóg w was żyje.
I teraz każdy z was chce być bogiem.
Nędzni uzurpatorzy.
Wieczni rywale Boga.
Bluźniercy.
Czy nie wiecie, że zgadzając się na zabójstwo
choć jeden raz,
wcześniej czy później musicie wyrazić zgodę
na powszechną zagładę.
Tylko Bóg jeden mógł zabijać
w majestacie swego prawa.

– Markizie de Sade, nie chcemy zabijać.
Ludzie są bardziej leniwi niż nikczemni.
Uszczęśliwia ich święty spokój.
Bardziej niż kara śmierci przeraża ich
terror cnoty.

– Ludzie są pożądliwi i niszczący.
Skodyfikujcie ludzką złość i nienawiść.
Miejcie odwagę ogłosić wolność zbrodni.

– Markizie de Sade, od chwili kiedy człowiek
zrezygnował z Boga,
sam jest odpowiedzialny
za wszystko, co żyje.

– Nienawiść.
Oto co czuje człowiek
opętany strachem,
upokarzany,
unicestwiany...

– Markizie de Sade, człowiek nienawidzi,
jeżeli nie znajdzie wielkości w drugim człowieku.
Wszystko, co w nas jest człowieczeństwem
pochodzi od innych ludzi.

– Wielkość, piękno, wolność
znają tylko przykuci w lochu.
Odejdź.

1984

Andrzej Krzysztof Torbus “Na skraju lasu jest zielony dom” (2006)

torbus

Wstęp do tomiku Andrzeja Krzysztofa Torbusa

Ballady, lata, jesienie

„Myślę, że Wyspiańskiemu podobałyby się te strofy” – powiedział o wierszach Andrzeja Krzysztofa Torbusa najbardziej wnikliwy i przenikliwy obserwator polskiej kulturowej i literackiej współczesności – Piotr Kuncewicz. Ten dość ryzykowny sąd, szczególnie w Krakowie, znajdzie jednak swe potwierdzenie przy uważnej lekturze.
To krótkie i dosadne stwierdzenie, hasło niemalże – wystarczyć może na określenie jednym zdaniem całej wielowątkowej i wielowarstwowej materii życia oraz pracy twórczej poety. Dodajmy: artysty mało znanego, niszowego. Niezasłużenie odsuniętego (nie bez udziału samego zainteresowanego) na marginesy współczesnego życia literackiego i kulturalnego. Outsidera.
Antoni Potoczek, znany krakowski gawędziarz o homeryckiej niemal sławie (rezydujący w kawiarni nazywanej potocznie „Zwisem”), nazywa A.K. Torbusa najlepszym poetą swojej młodości, najwybitniejszym twórcą poetyckiej grupy „Tylicz”.
Piosenka turystyczna, spopularyzowana powszechnie w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku jako odrębny gatunek twórczości artystycznej studentów i harcerzy, traktuje poetę jako swojego kultowego autora. Prestiżowa i znana w Europie impreza Jesień Literacka Pogórza, organizowana od lat przez niezmordowanego Andrzeja Grabowskiego z Ciężkowic, nie może się też bez niego odbyć.

Śpiewany jest Torbus przy ogniskach:

rzekami tratwy liści
potokami łódki z żołędzi
wrzesień rękawem wichury
owce do zagród pędzi

		     (Wrzesień)

Nucą jego słowa uczestnicy kultowych koncertów Andrzeja Mroza i grupy 
Kociołek:

zima w Wierchomli podkowami dzwoni
strumyki w biegu zatrzymując wpół
od nocnych kurniaw nie uchroni
poszczekiwanie psów

       		(Zima w Wierchomli)

Znajdziemy jego liryki i ballady w prestiżowych i ważnych antologiach. Pozostaje jednak w świadomości niedosyt, iż popularny jest wśród tzw. „niszowych odbiorców”, a jego kunszt nie ma należnego mu wpływu na potomnych. Wprawdzie literatura zna przykłady erupcji zainteresowania twórczością wartościowych artystów u „późnych wnuków”, lecz jest to niewielkie pocieszenie dla współczesnych miłośników twórczości Torbusa. Biografowie podają, że Andrzej Krzysztof Torbus (urodzony 18 stycznia 1950 roku w Sosnowcu) jest poetą, prozaikiem, autorem książek dla dzieci, tekstów piosenek, scenariuszy estradowych. Bywał też wydawcą, publicystą, recenzentem, organizatorem imprez kulturalnych. Kształcił się w szkołach muzycznych w klasach fortepianu i akordeonu. Polonista po Uniwersytecie Jagiellońskim (1967–1971) korzystający z wiedzy tak wielkich humanistów jak Jan Błoński, Maria Dłuska, Marian Tatara, Tadeusz Ulewicz, Kazimierz Wyka. W 1969 roku debiutował na łamach „Głosu Młodzieży” (numer 3) będąc od początku współtwórcą poetyckiego oblicza tego czołowego później pisma młodej inteligencji wywodzącej się ze Związku Młodzieży Wiejskiej. Fakt ten zaważył prawdopodobnie na całym dalszym życiu i działalności twórczej młodego polonisty.
Choć przykład poezji Józefa Barana, debiutującego wraz ze Stanisławem Barańczakiem, Julianem Kornhauserem, Witem Jaworskim czy Adamem Zagajewskim, uczy nas, że nie tylko teorie jedności pokoleniowej, przeżycia generacyjne i wspólność poglądów polityczno-filozoficznych są najważniejszą determinantą losów poetów i rozwoju ich twórczości. Tą wartością konstytutywną dla grupy wstępujących poetów może być wspólnota przeżyć lirycznych, wspólna tęsknota za mijającymi wartościami, krajobrazem, wspólne fascynacje intelektualne, wzory programowe i ideowe, podobne lektury.
W listopadzie 1969 roku został Andrzej Krzysztof Torbus współzałożycielem studenckiej grupy poetyckiej „Tylicz”. Należeli do niej twórcy podobnie jak on pisujący do „Głosu Młodzieży Wiejskiej” (tak z czasem stabilizuje się tytuł czasopisma): Franciszek Brataniec, bardzo krótko – Marian Czepiec, Jerzy Gizella, Wiesław Kolarz, Andrzej Warzecha, Adam Ziemianin. Później, z powodu bliskiej stylistycznie poezji, krytyka zaczęła łączyć z „Tyliczem” również Józefa Barana, co mimo jego protestów do dziś obecne jest w wielu tekstach krytycznych, a nawet historycznoliterackich. Stanisław Dziedzic charakteryzując w 10 tomie Historii literatury polskiej grupę literacką „Tylicz” podaje, że była to raczej grupa towarzyska, choć bliska w istocie wyznawanej swoistej ideologii, pewnego programu. Pisze o „zbliżonym pojmowaniu poezji, jej roli i funkcji”. Było to wynikiem wspólnej i podobnej biografii skupionych w grupie twórców. „Nie jest to wszakże apologia rodzinnych stron i panujących tam stosunków czy bezkrytyczne sięganie do regionalistycznych tradycji literackich, ale raczej odwoływanie się do określonej tradycji kulturowej. Rodzinna miejscowość i jej okolice czy szerzej pojęta prowincja nie były przy tym (…) barwną, słodką folklorystyczną mozaiką, ale raczej poetyckim zapisem ich emocjonalnych związków ze swymi małymi ojczyznami, z codziennymi sprawami ludzi, z osobami, które te strony opuściły. »Tyliczanie« nigdy zresztą nie dążyli do ściślejszego sprecyzowania swych założeń artystycznych i formalnych, zapisując niejako swój program w wierszach”.
Andrzej Krzysztof Torbus, młody poeta, student polonistyki, był płodnym autorem wierszy zamieszczanych w „Studencie” (szczególnie w latach 1970–1971), „Magazynie Kulturalnym” redagowanym przez wybitnego poetę Tadeusza Śliwiaka. Publikuje Torbusa przez całą dekadę lat siedemdziesiątych Władysław Machejekw „Życiu Literackim”, znany był z łamów miesięcznika „Poezja”, zamieszcza jego utwory krakowski na wskroś „Dziennik Polski”. Najczęściej jednak publikował w „Nowej Wsi” Kazimierza Długosza, w tygodniku ZMW „Zarzewie” oraz w miesięczniku „Okolice”, redagowanym przez Andrzeja Żmudę. Debiut książkowy przypadł jednak dopiero na 1978 rok. Wydaje wtedy w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej Lato pogańskie, zdaniem krytyków – najlepszy tom wierszy. Wydanie książkowego zbioru wierszy blisko dziesięć lat po debiucie prasowym, przy zgromadzonej obficie bibliografii utworów publikowanych w prasie, mówi nam wiele o trudnościach organizacyjnych ówczesnego życia literackiego i olbrzymich kłopotach z normalnym funkcjonowaniem rynku wydawniczego. Choć zdarzały się wyjątki. Jerzy Leszin-Koperski, człowiek instytucja, potrafił inspirować ożywiony ruch wydawniczy, organizował seminaria, spotkania, konkursy. Patronował jednakże poetom i krytykom hołdującym jego poglądom programowym. Stał się więc głównym mecenasem Orientacji Poetyckiej Hybrydy, ułatwił debiut następnemu pokoleniu Nowej Fali, stworzył Nowe Roczniki, nazywane niekiedy pokoleniem Nowej Prywatności. W jego „Debiutach Poetyckich” – wydawanych corocznie w oparciu o mecenat Zrzeszenia Studentów Polskich – pojawiło się mnóstwo poetów różnej proweniencji artystycznej. Jego seria „Pokolenie, które wstępuje” do dziś ma swoje ugruntowane znaczenie w literaturze. Z Leszinem nie współpracowali jednak poeci z grupy „Tylicz”. Wybrali inną drogę poetycka, inną estetykę, odrębną formę istnienia publicznego. Zacytujmy dla przykładu wiersz Rozmowa z filozofem z debiutanckiego tomu A.K. Torbusa:

w miasteczku które dobrze znam
na rynku konie grzebią w sianie
ratuszem jest na wróble strach
a mędrzec w stawie topi kamień

uliczki trawą zarośnięte
w karczmie ostatni kufel piwa
czy będzie wojna każdy pyta
„znad lasu jeszcze nic nie widać”

a wszak mówili, że uczony
bo taką długą nosi brodę
i nos wieczorem ma czerwony
gdy wiatr z gór strąca niepogodę

w miasteczku, które dobrze znam
na rynku konie grzebią w sianie
baba na jarmark taszczy garb
może go dzisiaj sprzeda taniej

a woły ciągną dzień za dniem
a rok im deszczem smaga skórę
nim zaśnie mędrzec wiecznym snem
w księgi to wpisze gęsim piórem.

Takiego wiersza nie mógł opublikować Jerzy Leszin-Koperski. Jego przesłanie odstaje wyraźnie od estetyki Hybryd.
Twórczość autora Lata pogańskiego była odrealniona, nazbyt baśniowa i – można rzec – archaiczna. Nie zwracali też uwagi na ten rodzaj poezji koryfeusze Nowej Fali. Nie było tu owego „mówienia wprost”, jakie lansowano na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, nie było polityki i publicystyki, nie było protestu społecznego ni fascynacji pokoleniem „dzieci kwiatów”. Ta niby nienowoczesność „Tylicza” przesunęła ich twórczość na marginesy zainteresowania publicznego. Na szczęście nie zaniechali owi miłośnicy ładu i harmonii, świątków i krzyży przydrożnych, makatek, legend, krajobrazu – swojego odrębnego stylu tworzenia. Dlatego po latach możemy zachwycać się twórczością Józefa Barana, Wiesława Kolarza, Andrzeja Warzechy, Adama Ziemianina, Andrzeja Krzysztofa Torbusa… Zniknął nam (i literaturze) gdzieś tylko Brataniec…
Następny tom wierszy Andrzeja K. Torbusa ukazał się dopiero w 1990 roku. Ballady marnotrawnego sporym echem odbiły się wśród zainteresowanych poezją. Autor związany był w owym czasie z miesięcznikiem literackim „Okolice”. Jako redaktor ułatwił debiut wielu znanym dziś twórcom. Przydały się w pracy redakcyjnej doświadczenia z KKPM (Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy), niezwykle zasłużonej instytucji animującej życie literackie wśród członków Związku Młodzieży Wiejskiej, w środowiskach prowincjonalnych, małomiasteczkowych, wśród twórców piszących na ogół dla siebie i dla swoich bliskich, wśród autorów tworzących „do szuflady”. KKMP – Torbus był nawet przewodniczącym Rady Krajowej tego stowarzyszenia – zainicjowało szeroki ruch społeczny artystów tworzących za opłotkami stolic, poza dużymi ośrodkami, siłą rzeczy narzucającymi jednolity styl i propagującymi „jedynie słuszną” treść. Autor Ballad marnotrawnego miał też za sobą współpracę z niezwykle prestiżowym kwartalnikiem „Regiony”, redagowanym przez Wiesława Myśliwskiego, Konrada Górskiego, Mariana Pilota. Doświadczenia redaktorskie wspomagały jego pracę organizatorską, wszystkie doświadczenia, dyskusje, rozmowy, lektury – wzbogacały artystyczne i estetyczne poglądy poety.
W dedykacji sygnowanej datą 4 marca 1991 roku poeta zanotował niżej podpisanemu: „wiernemu czytelnikowi mojej poezji – bardzo serdecznie, z nadzieja na jutro (syte)”. Myślę, że będąc wiernym raz obranej drodze poetyckiej Andrzej Krzysztof nie doczekał jeszcze owej sytości, nie doczekał spełnienia artystycznego, nie mówiąc o pełnej stabilizacji życiowej. Taki los poetów wiernych sobie i swojej twórczości. Ich wybitność doceni niewielu, ich oryginalność, odrębność, nieuleganie modom to cechy szlachetne i piękne, pozbawione jednak merkantylnych możliwości. Nie przysparza sobie ta wierność poklasku, nie daje asumptu do nagród, stypendiów, wysokonakładowych książek… Nie interesuje też sponsorów.
Czyż „nowobogacka” inteligencja może zauważyć poetę tworzącego balladę o wiejskim podwórku, nawet jeśli jest ona dedykowana czytelnikom?

podwórko moje nieciekawe
nie ma się nad nim co rozwodzić
chałupa z lewej – stajnia z prawej
indyk jak paw po glinie chodzi

brona gawędzi sobie z kosą
gnój za oborą skryty leży
codziennie kury jajka niosą
Siwek sam siebie chyba przeżył

w kącie rupieci cała sterta
kierat co nigdy się nie kręcił
przed budą pies ogonem merda
trawy nie znajdziesz ani piędzi

poza tym płot i dwa orzechy
studnia głęboka na trzy sążnie
jaskółek świergot wprost spod strzechy
na sznurku schnące moje spodnie

jeszcze są klatki na króliki
drewno w sąg ułożone równo
i tak wygląda czytelniku
podwórko moje, moje gumno

Torbus zapisał niemal kronikarskim językiem obraz, który już znika. Zresztą sam w post scriptum zaprasza zainteresowanych do szybkiego obejrzenia owego podwórka, bowiem już niebawem geodeta wytyczy tu miejsce pod nową elektrownię. Ignacy S. Fiut recenzując ten tom wierszy dostrzegł w nich nawiązanie do tradycji narodowej i do twórczości Jana Kochanowskiego. „Balladowe utwory Torbusa są też dobrymi opisami polskich krajobrazów i kroniką obyczajów. To ciekawe dialogi poety z własnymi inspiracjami artystycznymi. Wiersze te przenika, podobnie jak u Barana i Ziemianina, fascynacja chrześcijańską metafizyką, niewolną nawet od herezji”.
Ponadto autor krytycznego zbioru Światy poetów zwrócił uwagę na fascynację poety tradycją kultury naszych sąsiadów „na tle złożonych polsko-rosyjskich stosunków politycznych”
Kolejnym bardzo ważnym zbiorem Torbusa jest wydany w roku 1995 Błędomierz. Poemat o prowincji. Poeta przedstawia namw książce szereg luźnych utworów w tematyce i stylu, do których nas już przyzwyczaił. Piotr Kuncewicz nazwał ten zbiór najciekawszym jego utworem „wyrastającym zresztą bardzo konsekwentnie” z całej dotychczasowej twórczości. Wnikliwy obserwator i krytyczny znawca poezji najnowszej pisze:
„Jest to właściwie cykl utworów drobniejszych, zaczepionych na bardzo luźnej i umownej kanwie quasi-fabularnej. Fenomen »polskiej szarej ziemi«, czy jak się mówiło dawniej »Polski powiatowej«, został tu ukazany wielostronnie i na różny sposób, oczywiście także przy okazji wielu tematów. Siłą Torbusa, zarówno tu, jak i w utworach wcześniejszych nie jest refleksja, a wzruszenie i towarzyszący jej obraz. Jest tu jakaś tonacja »rzewna«, dość prostoi bezpośrednio trafiająca do odbiorcy. Przy tym Torbus pamiętao efektach eufonicznych i eurytmicznych walnie wspomagających niby-piosenkową konstrukcję. Jest tu sporo stylizacji bardzo udanych. Błędomierz podoba mi się bardzo…”
Tom dedykowany synowi Tomaszowi zawiera motto z Traktatu poetyckiego Czesława Miłosza: „mowa rodzinna niechaj będzie prosta/ ażeby każdy kto usłyszy słowo/ widział jabłonie, rzekę, zakręt drogi/ tak jak się widzi w letniej błyskawicy (…) Bo więcej znaczy jedna dobra strofa/ niż ciężar wielu pracowitych stronic”.
Autor Błędomierza wierny jest przesłaniu noblisty. Adresatem swych wierszy czyni człowieka prostego, prostolinijnego. Dlatego zwraca się do czytelnika w sposób bezpośredni, choć nie bez – tak potrzebnej klarowności poetyckiego obrazu – symboliki i metaforyki. Najczęściej korzysta z formy śpiewnej ballady. Stabilizuje swój poetycki ogląd rzeczywistości w obszarach nieczęsto obecnych we współczesnej poezji. Prowincja nabiera pod piórem poety wartości, wraca do pierwotnych znaczeń, przyciąga nostalgiczne wspomnienia. Jest dla Torbusa wartością niezaprzeczalną, mitem konstruującym niepowtarzalne postaci. Jej znaczenie daleko przekracza nieco pejoratywne definicje geograficzno-estetyczne. Przeciwnie: dla autora Poematu o prowincji jest ona wartością samą w sobie, atawistycznie niemal odwołującą się do podstaw naszej kultury narodowej, polskiej, przywołującą – mitologizującą niemal – jak w poezji Kochanowskiego, Reja, mistrzów poetyckich baroku – doświadczenia metafizyczne. Ignacy S. Fiut stwierdza, że „taką prowincję (…) można spotkać nawet w centrum wielkiego miasta, bowiem towarzyszy ona każdemu człowiekowi, niosącemu ją z sobą jako własny obraz domu, ukształtowany w dzieciństwie i odciśnięty na własnej osobowości.”. Filozof i krytyk literacki jednocześnie dodaje, że „twórczość Torbusa jest pewną drogą, którą nieustannie przemierza, pomiędzy rzeczywistym wielkim miastem, a wsią i małym miasteczkiem, gdzie spotyka swych prowincjonalnych bohaterów w całej krasie żywotów, stających się podmiotami lirycznymi wierszy”.
Twórczość autora Błędomierza, a więc miejsca, które z jednej strony symbolizuje przywiązanie do tradycji, „wiary ojców naszych”, symboli i wierzeń zanikających już w ponowoczesnym świecie,z drugiej jednak nieuchronnie odchodzi w przeszłość mimo żalui nostalgii, jaki wzbudza, mimo poetyckiego protestu. Ta pozorna sprzeczność między chęcią uszanowania tradycji, zachowaniaw pamięci obrazu zapamiętanego w młodości, o tym swoistymi niepowtarzalnym kraju lat dziecinnych, a koniecznościami życia w nowoczesnym świecie – właśnie w poezji znajduje liryczną pointę.

matko prowincjo
bądź nam i błogosław
w każdej potrzebie
wspieraj siłą
by nam się w ciszy
umierało
rosło
nigdy na cudzy koszt
nie żyło

matko prowincjo
bądź nam i błogosław
odmów litanię
w rozpaczy godzinie
byśmy na wojnę
w dwuszeregu idąc
na ustach Twoje
zawsze nieśli imię

			    (Litania)

To jest wybór indywidualny. Ale i odpowiedź na wyzwania nowoczesności, konsumpcjonizmu, globalizacji. Poezja Torbusa stoi na straży wartości podstawowych, prostych, nostalgiczno-prowincjonalnych. Poeta stawia pytania, czy rzeczywiście musimy w wieku społeczeństwa obywatelskiego i cywilizacji medialnej gubić podstawowe wartości człowieczeństwa, wiary, etyki. A może obraz przetworzony i przypomniany przez poetę wzbudzi w nas wartości zapomniane i pozornie niepotrzebne? Choć trudno nie niepokoić się wraz z poetą, kiedy pisze:

 a ja się trwożę
 o to czy wzejdzie ziarno poematu

Czy jednak wzejdzie? – powstaje dramatyczne pytanie. Czy poezja, szkoła, rodzina, media… przygotowały właściwie grunt, podglebie ideowe, programowe. Warto w tym miejscu dodać także, że cała twórczość Torbusa pełna jest przywołań do sytuacji lirycznych znanych z poezji Tadeusza Nowaka, Stanisława Piętaka, Jerzego Harasymowicza czy Tadeusz Śliwiaka. Podobnie jak cała twórczość „Tyliczan”.
Poeta i krytyk – Maciej Naglicki, dodaje jeszcze inne inspiracje twórczości poetyckiej Andrzeja Krzysztofa Torbusa. W posłowiu do tomu Nocne rozmowy wydanego w Oficynie Cracovia w 1996 roku zwracając uwagę na oniryczność wierszy, „w których kreatorem wszechrzeczy staje się poezja” zauważa, że właśnie sama poezja jest „sędzią ostatecznym dobrego i złego, brzydkiego i pięknego”. To autor sam odważnie ocenia i oddziela dobro od zła. Dopowiedzmy, że w tym bezlitosnym ukazywaniu zła ludzkiej egzystencji znaleźć można dalekie echa zaczytywania się pokolenia poetów debiutujących w okolicach 1968 roku w twórczości Stanisława Grochowiaka.
Naglicki nazywa autora Nocnych rozmów poetą nastroju i obrazu, odwołując się do estetyki „Tylicza” oraz podsuwając kolejne inspiracje w słowach: „nie darmo jego działania twórcze wyznaczane są dymkiem ognisk, przy których natchnieni dzielili się »fajką nocy« z Gałczyńskiego, gdzie gitara wyznawała kolejną miłość”.
Muzyczność i rytmiczność poezji Torbusa naprowadza krytyka na kolejne inspiracje poetyckie: pieśni literackie Villona, Cohena,a nawet Włodzimierza Wysockiego. Śpiewność tej poezji, będąca zapewne wynikiem gruntownego wykształcenia muzycznego, pozwala autorowi wrócić na nowo do formy wiersza regularnego, rytmicznego, sylabotonicznego.
Oto nieco turpistyczna, a przynajmniej mało optymistyczna Rozmowa wigilijna:

żadna się gwiazda nie pokaże
na brudnej szybie nieba
nie spocznie pusty talerz
obok noża i chleba

kolędy nie zanuci zamieć
i wilk nie zaskowycze
nikogo nie okłamie
nieszczery garniec życzeń

spóźniony gość w drzwi nie zastuka
i nikt się nie urodzi
skłóconych z sobą ludzi
jemioła nie pogodzi

zwierzęta nie przemówią w nocy
opadną igły z jodły
i w sople mróz zamieni
do Boga słane modły

świec płomień nie ogrzeje czule
jakże chłodnego mroku
naszej wigilii której
nie będzie już w tym roku

Wnikliwy obserwator poezji Torbusa, przywoływany już profesor Ignacy Fiut, również dostrzegł nieco zmieniony styl poezji Nocnych rozmów. W owym tomiku „Torbus przegląda się krytyczniew duszy swoich bliskich, przyrodzie, rzeczach i kosmosie. Pragnie zachować od zapomnienia wartości i przeżycia związane z osobistym doświadczeniem życiowym, by nie zatarł ich czas. (…) Pochyla się nad codziennością człowieka i jego prowincjonalnym losem. Jest to jednak zbiorek bardzo osobisty, przypominający jakby rachunek sumienia, prowadzony w rozmowie z własną kurtką, butami, zegarkiem, skrzynką pocztową, krzesłem (…) telewizorem, banknotami, etc. Pełno tu nostalgii, liryzmu i refleksji nad sobąi światem”.
Ignacy Fiut uważa, że jednak ironia i czarny nawet humor dają nadzieję na to, iż poeta nie straci wiary w sens życia, tworzeniai nadal będzie opisywał niełatwy los człowieka zagubionego w globalizującym się świecie.
Dwa następne tomy: Nostalgie (1998), a szczególnie Miłośniki. Miłosne liryki (2001) przekonują nas, że nie były to nadzieje płonne.
Jaki jest Torbus? Nostalgiczny, smutno-wesoły, intelektualnie prosty, prostolinijny, liryczny. Wspominany już Piotr Kuncewicz konstatował: „wprawdzie nie śpiewa, przynajmniej na trzeźwo, ale pisze teksty piosenek, także widowiska poetyckie, wiersze dla dzieci…”
Tu przedstawiamy Andrzeja Krzysztofa Torbusa poetę. Niekiedy jawi się nam jako „lew salonowy”, pełen wigoru, humoru, autor wierszy miłosnych i erotyków – częściej jako antysalonowy „miłośnik” natury, przyrody, prostoty, umiaru. A może jest ten poeta wszystkim po trochu?

Tadeusz Skoczek
Nowa Iwiczna, październik 2005

 

 

TYLICZ

 tu się zaczyna lata dojrzewanie

 i srogość zimy swój napina więcierz

 tu konie ciągną ciężkie wozy z sianem

 i mętny Poprad moje pisze wiersze

 tu się wiosenne przewalają burze

 i wrony lecą w jedną tylko stronę

 na mokrym niebie chmury jak kałuże

 zielony z lasu wykrzesują promień

 tu zboża w jasyr wzięte przez wichurę

 w pokłon się cichy pochylają górom

 i o jałowiec woły czyszczą skórę

 a po trzech królach pyskiem kłapie turoń

 tu się mieszają wszystkie roku pory

 i wilki nocą gęsi z kojca kradną

 tu w jesień wielka rośnie we mnie gorycz

 choć złoty owoc rodzi w sadzie jabłoń

 ZOSTALI W GÓRACH

 zostali w górach nasi święci

 zima im w twarze śniegiem kurzy

 w strumykach trawą porośniętych

 szukają śladu letniej burzy

 zostali w górach nasi święci

 dziki im w grudzie ryją modły

 w lesie trwa jeszcze zapach mięty

 szyszkami dzwonią nocą jodły

 zostali w górach nasi święci

 wiara ostygła na ikonie

 lękiem pomarzły szyby cerkwi

 zgubiły łąki grzechy w szronie

 zostali w górach nasi święci

 własną niemocą zadziwieni

 pies mokrym nosem w sianie węszy

 gorąca strawa dymi w sieni

 zostali w górach nasi święci

 zima im w twarze śniegiem kurzy

 w strumykach trawą porośniętych

 szukają śladu letniej burzy

 NA SKRAJU LASU JEST ZIELONY DOM

 na skraju lasu

 jest zielony dom

 matka w nim ogień poranny rozpala

 i z pierwszym brzaskiem

 zawodzi litanię

 ojciec wertuje

 grubą księgę biblii

 szuka wersetu

 o stworzeniu świata

 a świat na strychu

 gdzie suszone zioła

 w starej walizie

 drzemie od stuleci

 i trudno dociec

 jakie tajemnice

 po zakamarkach kryje pajęczyna

 a wokół cisza

 że miejsca nie zapełni

 na łatwą zdobycz

 kołujący jastrząb

 tyle pamiętasz

 taki obraz śni się

 na skraju lasu

 dom zielony stoi

 po ojcu tyka zegarek na ścianie

 a matka liczy

 wiosny na różańcu

 *   *   *

 Rodzicom

 i zostaliście znowu sami

 w zimnym mieszkaniu w obcym mieście

 w kuchni się lampka nocna pali

 jedyny znak że jesteście

 głuche już sprzęty i piec głuchy

 listonosz rzadko do drzwi dzwoni

 nie ma z kim serio porozmawiać

 coraz to więcej zim na skroni

 prosicie żebym został dłużej

 kiedy przyjeżdżam do Was w gości

 a przecież w domu czeka żona

 teraz się ona o mnie troszczy

 wszystko tu jeszcze po staremu

 na swoim miejscu trwa jak zawsze

 tylko ten czas zbyt niecierpliwy

 już mi Was za niedługo zatrze

 *   *   *

 najcierpliwsze

 są żony poetów

 one rozumieją

 nasze późne powroty

 wypite piwa

 nigdy

 nie zwierzają się

 ze swoich kłopotów

 nie żądają drogich podarunków

 ani ciepłych słów

 tylko wierzą

 wciąż wierzą

 w naszą szczęśliwą gwiazdę

 *   *   *

 nie ma już tego domu

 z czerwonej cegły

 z matką

 czekającą na powrót ojca

 nie ma już tego stołu

 pachnącego

 ciepłym

 wigilijnym chlebem

 grzybami

 rzeką

 nie ma już tego chłopca

 o jasnych włosach

 z misiem pod pachą

 budującego z klocków

 dzień następny

 nie ma już tego miejsca

 miejsca po mnie

 a może

 i po tobie

 EROTYK  DLA  EWY

 Więc nam płynąć obok siebie łzą?

 Kruchym tchnieniem powietrza być tylko?

 Czy naprawdę musimy wciąż

 bez powodu w pół zdania milknąć?

 Za niedługo zasypie wszystko deszcz.

 Minie lato jak mrugnięcie powiek.

 A ja ciebie nie umiem zakląć w wiersz

 co się tłucze od dawna po głowie.

 GORZKIE  ŻALE

 tyś jest prowincjo nieodrodną siostrą

 ojcem i matką, wietrznej ospy krostą

 raną i blizną, odciskiem na dłoni

 żylakiem, zaćmą, żołnierzem bez broni

 tyś jest w regule niechlubnym  wyjątkiem

 każdego życia końcem i początkiem

 dziecięcych zabaw beztroską kroniką

 lipcowych skrzypiec weselną muzyką

 ucieczką grzesznych, pociechą w żałobie

 wyznaniem wiary i krzyżem na grobie

 ROZMOWA Z PRZYBYSZEM

 czasami zjawia się u mnie

 gość osobliwy

 wypraszam go

 delikatnie

 wymawiam się brakiem czasu

 ale on się nie spieszy

 smutek jestem

 mówi

 wyciąga rękę

 i zostaje

 ROZMOWA Z DUSZĄ

                              pamięci W.Sz.

 w takie dni

 kiedy skrzypi śnieg

 a jasny księżyc wędruje po wsi

  w poszukiwaniu bimbru

 i kiedy cisza tłucze się po kątach

 wyjąc niczym zgłodniały wilk

 w takie dni

 chciałoby się porozmawiać

 z tobą

 w cztery oczy

 a tu jak na złość

 brakuje odwagi

 i nikt nie umie wytłumaczyć

 dlaczego bolisz

 JESZCZE JESTEM

 1.

 jeszcze nie płacz twarz zmęczoną

 ukryj w dłoniach

 to tylko liście szeleszczą

 jesień kona

 jeszcze nie płacz tyle przecież

 dni i godzin

 czemu słuchasz mowy wiatru

 i odchodzisz?

 jeszcze nie płacz spójrz po szybie

 miesiąc płynie

 razem ze mną wypisuje

 twoje imię

 2.

 dokąd teraz? - pochylona nad lustrem

 rozczesujesz włosy

 mamy już własne mieszkanie

 i nawet parę groszy

 żeby jeszcze mocniejszą

 żarówkę wkręcić

 można by wtedy wyczytać książkom

 myśli spomiędzy wierszy

 czemu się tulisz do mnie?

 kaloryfer solidniej grzeje

 taka byłaś wesoła

 a teraz znowu smutniejesz

 3.

 nie płacz po mnie nie płacz

 nie rozpaczaj

 pomyśl że za chwilę

 znowu wracam

 tyle nieba masz

 nad głową za to

 a jesienią na dodatek

 babie lato

 tyle wrzosu i konwalii

 i zim tyle

 czasem tylko cień przygarnij

 na chwilę

 otwórz okno

 może przygna mnie zamieć

 wtedy łatwiej będzie ci ożywić

 niepamięć

 4.

 jeszcze jestem obok ciebie

 możesz sprawdzić możesz mnie dotknąć

 słyszysz - puste tramwaje dzwonią na rozjazdach

 znowu jesień zagląda w okno

 liści prawie już nie ma

 psy zmęczone wracają z niedzielnych łowów

 czwarta godzina a niebo takie szare

 przez firankę sączy się ołów wieczoru

 jeszcze jestem zapal lampę

 to dopiero umiera październik

 jutro ubierzesz się w wypłowiały kożuch

 żeby pójść w nim po ciastka do cukierni

 jeszcze jestem obok ciebie

 nie sprawdzaj nie dotykaj

 razem z wiatrem skacze po ścianie ognik

 pulsująca w żyłach muzyka

 *   *   *

 To są moje nostalgie

 nie poradzę nic na to

 one męczą natręctwem

 odbierają mi radość

 To są moje nostalgie

 najprawdziwsze z miłości

 chętnie do mnie się garną

 wściekłe sny bez przyszłości

 To są moje nostalgie

 takie błahe choć szczere

 jak powietrza ich pragnę

 i do końca nie wierzę

 To są moje nostalgie

 wypłowiałe na jesień

 pełne słów zakurzonych

 co kłamały już przedtem

 To są moje nostalgie

 słoneczniki za oknem

 brudne szyby półszepty

 wróble szare i mokre

 To są moje nostalgie

 lokatorzy na zawsze

 nic ich w popiół nie zmieni

 ani pamięć nie zatrze

 To są moje nostalgie

 woda wino i ogień

 wierne psy co czuwają

 aż się zamknę w jesionie

 ZNOWU WIERSZ DO CIEBIE

 Różne są sprawy - trudne, proste,

 cóż - Twoja ręka ich nie zmieni.

 W jedną nas stronę wiezie okręt,

 jeden nas los pcha ku jesieni.

 Może to źle, a może dobrze,

 sprzeczne teorie o tym krążą.

 A my uparcie i niemądrze

 dni naszych rozcinamy jądro.

 I tylko jutra się boimy,

 jak małe dzieci ciemnych kątów.

 Bo drogi zawiać mogą zimy,

 a strach zaczynać od początku.

Aleksander Jasicki: Lista ginących gatunków (2006)

nakład wyczerpany nie ma w sprzedaży
jasicki

Aleksander Jasicki: Lista ginacych gatunkow

Alicja Baluch
Wstęp do tomiku

Aleksander Jasicki, poeta, wydawca książek i właściciel galerii sztuki nazwanej “Atelier Piekarnia” (mieszczącej się w Krakowie przy ul. Kościuszki 22), laureat wielu nagród poetyckich, jest autorem tomików wierszy: Nocy daję kosza (1995), Z Kulą u nogi (1995), Nagość dajmy piękną (1996), Wnyki Bieszczadu (1996), Kochałeś Abla? (1997), Święte drzewa (1999), Skrzydła i inne groźby (2000), Ola B. – poemat SMS-em (2003) oraz Kobieta z Deneboli. Niedokończony testament (2006).

W obecnym wyborze wierszy poety, w ich całościowym oglądzie, powinny odsłonić się choćby w zarysie te liryczne ujęcia słowne i poetyckie obrazy, które stanowią jego osobistą mitologię. Każdy poeta bowiem posiada własną sekwencję obrazów, nieustannie powtarzającą się w jego twórczości, świadczącą o jego wyjątkowym poetyckim światoodczuciu i jego odmienności.

W poezji Aleksandra Jasickiego dominuje pejzaż: miasta, gór i ciała – przede wszystkim ciała kobiecego, ale nie tylko. W ramy tego pejzażu wpisują się różne treści o charakterze wspomnień z dzieciństwa (objawiające się w poetyckiej topografii miasta), zachwytu przyrodą (drewnianymi rzeźbami i reliefami), fascynacji kobiecością (erotyki) i doświadczeniem rozpadu ciała – choroby. W wielu omówieniach, recenzjach i szkicach literackich oraz w analizach i interpretacjach tekstów Aleksandra Jasickiego krytycy na plan pierwszy wysuwają obrazy i atmosferę Krakowa, jego ulic, bulwarów oraz zaułków, a także wzgórz Kopców i “Pól nadziei”, a przede wszystkim Wisły, która “wstęgą opasała”…

Już w pierwszym tomiku wierszy Nocy daję kosza pojawiają się powtarzane w tomach kolejnych, zapamiętane z dzieciństwa poetyckie opisy ulic Zwierzyńca i Salwatora, miejsca urodzenia poety u zbiegu Wisły i Rudawy. Ten pejzaż poszerza Aleksander Jasicki w ciekawym i odważnym cyklu wierszy Dozorcówka na Pawiej. Miano prawdziwego “krakusa” potwierdził wielokrotnie w cyklach Bulwary nad Wisłą oraz w poemacie Sikornik – wzgórze nad Miastem, zamieszczonych w tomie Skrzydła i inne groźby. Ważny w tym porządku jest też wiersz drukowany w paryskiej “Kulturze” pt. Krupnicza 22. Pożegnanie z legendą.

Ale oprócz ścisłego związku z miastem, z grodem Kraka, gdzie Jasicki się uczył, pracował (także jako dozorca, motorniczy tramwajów, urzędnik instytucji miejskich, inspektor Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami) i założył rodzinę, miał on jeszcze drugą “małą ojczyznę” – Bieszczady. Jego wielokrotne wyjazdy i kilkumiesięczne pobyty na własnym “kawałku ziemi z potokiem” zaowocowały zbiorem wierszy Wnyki Bieszczadu, wydanym w 1996 roku. Krytyka literacka zauważyła to dokonanie poetyckie, podkreślając jego wartości estetyczne i poznawcze, na które składała się znajomość terenu i historii tego “zapomnianego skrawka ziemi”. W poezji Jasickiego sąsiadują bieszczadzkie połoniny i podmiejski folklor; jej wiarygodność docenił Jerzy Harasymowicz, uprawiający to samo “poetyckie poletko”. Z rąk Harasymowicza otrzymał Jasicki główną nagrodę w konkursie poetyckim za cykl wierszy związany z Bieszczadami.

W tomiku Święte drzewa pojawiają się wiersze pełne opisu gromów i gwałtu dokonującego się na karpackiej kniei. Autor, parający się piórem, a także rzeźbiarskim dłutem, stara się przedłużyć pamięć o poległych na wyrębach “ciałach drzew”. Rzeźbiąc świątki, dusiołki, mamuny i bohyny – tworzy wokół własnej poezji aurę obrzędu i lirycznej ceremonii. Pointą tego poetyckiego doświadczenia mogą być słowa wiersza:

- czyż drzewo
gdy upada
to przybywa słońca?

Wątek ekologiczny, przewijający się przez całą twórczość poety, uwypukla jego stosunek do Natury i umiejętność współżycia z nią w całkowitej symbiozie. Ważna w tym wymiarze dla poety jest relacja “słowo-ziemia”; podstawa mitycznego wymiaru tej poezji. W 2003 roku ukazał się niezwykły tomik wierszy Ola B. – poemat SMS-em, będący próbą stworzenia gatunku z wykorzystaniem nowej formy kontaktu: “zapisu komórkowego”. Jego niezwykłość polegała też na umieszczeniu w tym zbiorze zdjęć poety, jego nagiego ciała. Krytyka zareagowała bardziej na kolorowe fotografie niż na teksty słowne, pełne ciepła, ale i odwagi w odsłanianiu obrazów:

Jak Cudowronki...
bo są Rajskie Ptaki,
których samiec tokuje
zwisając głową w dół.
CUDOWRONKO! -
jest samiec poezji jeden taki,
który czule szepcze
do Twych Mlecznych Ust...
(SMS do: OLA B. 24.06.02 - 23:40)

Wcześniej w swojej liryce Jasicki też tworzył wątki erotyczne, choćby w tomie Nagość dajmy piękną, w którym uczucia ubrał w kostiumy antyczne: Psyche, Widziałem Charyty, Infimus, Brutus, Tezeusz i Ariadna, Psy Akteona.

W prezentowanym wyborze wierszy Aleksandra Jasickiego znalazły się również utwory poetyckie z wydanego w 2006 roku tomiku Kobieta z Deneboli. Niedokończony testament. Pojawia się w nich poetycki zapis historii zmagań autora z jego chorobą nowotworową. Jest to swoisty dziennik doznań doświadczanych przez człowieka podczas wielu tygodni spędzonych w salach szpitalnych, pokojach zabiegowych i blokach operacyjnych. Wiąże się z tym – jak wynika z wielu wierszy – codzienne odkrywanie w sobie zdumiewających pokładów niespodziewanej odporności na ból i cierpienie, a także na strach i upokorzenia. Osobiste doświadczenie poety zapisane w jego twórczości pozwala ufać, że można się z nimi uporać. Trzeba tylko przyjąć odpowiednią postawę… Gorzej z torturą cierpienia tego, co w środku – egzystencjalnego lęku, zamykającego się w prostym i krótkim pytaniu: co będzie po tym?…

Myśl o śmierci towarzyszy poecie nieprzerwanie. Objawia się choćby w prośbie: “obym w końcu – bo nie cierpi – trupem był!” Wiersz ten poprzedza łaciński cytat: Mors servituti turpitudinique anteponenda (Ponad niewolę i ohydę należy stawiać śmierć). Ta topiczna formuła niesie pociechę i wzmacnia utrudzonego poetę. Broni się on też stosując w swych poetyckich porządkach “chwyty” groteski, tragifarsy, a także satyry, w ten sposób prezentując swoje ważne przemyślenia i doznania. Ten najnowszy tomik poezji ma charakter bardzo intymny. Także w nim pojawia się obraz ciała powalonego cierpieniem jak ścięte drzewo, a równocześnie zgodnie z naturą rwącego się do życia. Wyodrębniony cykl Czas na niepisanie wierszy stanowi swoistego rodzaju zapis genius morbi (historię choroby) jego duszy… Opowiada o poprzedzającym chorobę ciała dramacie rozpadu rodziny i ciężarze samotności. Bardzo wyraźnie zaznacza się tu mit poety, dla którego życie (trudne życie) i pisarstwo (mocna fascynacja) – to dwie strony tego samego medalu.

Aleksander Jasicki zawsze rzucał się na oślep w poezję, sztukę… Jeśli trafi na czytelnika, który poczuje oddźwięk tej poezji, porozumienie będzie pełne, bo tylko ono może być spełnieniem pękniętego i zranionego życia artysty. Krytyka francuska nazywa ten fenomen “odbrzmiewaniem poezji”.

Alicja Baluch

 

Matczyna ikona

Cóż zmarszczki!

- ta twarz
jak ikona
oprawna jest
w moją
pamięć

Więc

tym cenniejsza
im więcej
na niej
pęknięć...

Niech będzie jak na Początku

Ja
zjawisko tylko
zależne od Przyczyny
osadzony w wyznaczonej niszy
jednego z pięknych królestw Margulisa -
z Kulą u nogi
na łańcuchu pokarmowym
rozmawiam z powietrzem zieloną grypserą

Ani mi w głowie zwiększać terytorium
zaprzeczać Teorii
czy odrzucać Prawo

- jak było na Początku
przed dniem ogłoszenia -
tak teraz
zawsze
i 
oby na wieki

bo
póki Przyczyna nieograniczona
póty i zjawisko
niewyczerpane

Psy Akteona

To ja,  Akteon
do Artemidy
z rozstajnym półlitrem dla zgody
a obok węszą
cienie wątpliwości -
wierne psy mojej głowy

wypadły z ukrycia
gdzie dotychczas spały
w lot łapały zdania
jakby w nich zgryźć chciały
tkliwość

rzucałaś w nie słowa,
nie słowa - kamienie
i 
precz odrzucone
odstąpiły cienie

ponad wszelką rozwiane
wątpliwość...

Zdradzi cię listopad...

Ten
który przyjdzie
w porywach szelestach -
usiądzie dokoła
i będzie Judaszem

wywiedzie cię z rajskich
bujnych roślinności
przez wieczory grząskie
do nocnych torfowisk -

- w suche oczerety
zwiedzie
szeptem wiatru

i
zanim dziobem szronu
biały kur zapieje -
po trzykroć
Bieszczadzie
zaprzesz się
zieleni...

Kobieta z Deneboli 
(Nieudana próba spisania testamentu, 
przerwana mobbingiem nachalnej wyobraźni)

Spisać wszystko, bo jeszcze później się zapomni.
Później będzie za późno. Po prostu się nie będzie.
Dość patrzenia w sufit o piątej nad ranem.
Siostro kartkę ołówek. I jakiś kaganek.

W szafie dla syna zostawiam kilka marynarek.
Zapewne wyrzuci, czego pożałuje.
Nie minie ćwierć wieku - znowu będą w modzie.
Także spodni tuzin, dwa niezłe krawaty.
I koszulę na stójce zapinaną przy brodzie.

Ze ściany trzy portrety. Do wzięcia, a jakże.
Choć wątpliwe by mogły czyjeś ubogacić domy.
Spoglądać z nich wszak będzie człowiek nieżyjący
(poruszam tu czas przyszły, acz nieunikniony).

I komu, i co powie ta twarz z innej ery
oglądana w świetle energii branej z Puppis,
Syriusza, Wenus, Marsa, czy jakiejś innej wioski
bliżej czy dalej od miasta Ziemia położonej?
Skąd także zdrową żywność sprowadzać się będzie.
I z której prawnuk mój być może przywiezie sobie żonę.

Kobieta z Deneboli, Trianguli, Telescopii…
Świeciłaby jak gwiazda. Dość nudy w murach Ziemi!
W dodatku jeszcze takiej w rodzinie nie było.
Nie ręczę zaś za materiał na żonę z Vulgaris.
Mogłoby nie być przyjemnie. I niezupełnie miło.

Dzieci z samicą z Lupus…
Czy będą zielone?
I czy ustąpią miejsca starszym w autobusie?
Czy nogę podłożą i będą przezywać?
Języki by jakieś trzeba, tylko teraz – jakie?
Podobno ten z Microscopii ma obowiązywać.

Może lepiej niczego nie spisywać.
Najlepiej nie pamiętać co się tu widziało.
Zachować portrety, nie są do oddania.
Dość patrzenia w sufit o szóstej nad ranem.
Siostro kartkę zwracam. Czystą. 
I kaganek.

Henryk Cyganik: Święty azyl (2004)

nakład wyczerpany nie ma w sprzedaży
cyganik

Wstęp do tomiku Henryka Cyganika

Fanatyk słowa

 

Henryk Cyganik. Osobowość, twórca, nazwisko. Postać popularna w krakowskim teatrze, kabarecie, w radiu i telewizji, znany felietonista, autor piosenek. Brat-łata podziwiany w wielu środowiskach twórczych i intelektualnych, organizator imprez społecznych i kulturalnych. Bystry obserwator aktywności młodych literatów, plastyków, aktorów. Mecenas kabaretów wiejskich, poetów, rzeźbiarzy. Nazywany przez wszystkich po prostu – Henio. Henio Cyganik z Kromki Obecnych redagowanej wspólnie z Wieśkiem Kolarzem na łamach „Gazety Krakowskiej”; Henio z KRAM-u, czyli Konfrontacji Ruchu Artystycznego Młodzieży, organizowanych niegdyś w Myślcu nad Popradem. Henio z festiwali i spotkań kabaretów wiejskich, wielu spektakularnych imprez ruchu społeczno-kulturalnego „Scena Ludowa” czy teatru satyry „Maszkaron”. Cyganik, z jego licznymi pseudonimami, pisujący całymi laty na ostatnich (satyrycznych) stronach „Wieści”, „TEMI” oraz czasopism typu „Tarniny”, „Forum Myśli Wolnej”… Cyganik grzmiący swym bezkompromisowym dowcipem na antenie rozgłośni Polskiego Radia w Krakowie czy rozśmieszający gwarowymi opowiadaniami, pełnymi filozoficznej prostoty, kontynuującymi znakomity nurt mądrości nazywanej niekiedy ludową, ów styl gadki znany z twórczości Kasprowicza, Orkana, Tetmajerów, Tischnera…

„Urodziłek się straśnie downo – czytamy na okładce książki Henryka Cyganika Cosik śmiysnego Jaśka Plewowego – siósty krzyżyk mi się nacon. Kiej ozwarły mi się ocy, uwidziołek mojego tatusia krakusa i matkę gorolke, niebo nad wiyrchami i stare Maniowy. Teroz juzek jes siyrotom, bo tatuś z mamom wylegujom się na niebieskik polanak, a tam ka beła moja wieś, wyleguje się Jezioro Ciorztyńskie. Ino jo se samiuśki stojym twardo na swoik nogak. Casem babę mojom pobośkom, casem z towarzysiami, co mi się ik niewiela ostało, kapecke gorzalecki wypijym, casem po słowak chodzym jako po górskiej perci. I tak se zyjem. Między górami a Krakowem, między lirycnym wiersem a śpasami, ftore lubię jako tyn wiater, co w smrekach się śmieje…”

To cały Henio, taki właśnie jest ten poeta, wyrobnik słowa i miłośnik folkloru, takim go znają przyjaciele i wielbiciele jego talentów.

Przypomniane formy aktywności społecznej i twórczej Henryka Cyganika nie pokazują całego bogactwa możliwości wszechstronnego artysty. Jest on poetą we wszystkich swych działaniach, we wszystkim, co robi. Kto wie, czy nie jest przede wszystkim poetą… choć ta jego dziedzina twórczości jest stosunkowo mało znana. Henryk Cyganik jest poetą w renesansowym stylu, w tym szerokim pojęciu, które pozwala ogarnąć całą osobowość, niejednorodną i zróżnicowaną osobowość twórczą autora wydanych niedawno Anegdot góralskich. Jest to kontynuacja poprzedniego tomu opatrzonego podtytułem Spasy czyli humor z gór. We wstępie do tego swoistego wznowienia – rozszerzonego i wzbogaconego – satyr góralskich czytamy: „Dowcip góralski ma sens i urodę, kiedy opowiada się go gwarą. Bo w gwarze jest jakaś dusza, a bez jej uzewnętrznienia dowcip traci na sile, oryginalności i kolorycie (…)”.

Dlatego jeszcze raz powróćmy do stylizowanej autobiografii autora góralskich anegdot cytując tym razem fragment noty „Od autora” zamieszczonej na końcu zbioru:

„Nie lubie o sobie pogwarzować, bo i cym się kwolić? Wykstołcenie mom niepełne. Ino siedym kłos. Na doładke jakiesik uniwersytety króla Kazka Wielgiego, porę ksiązecek, stuk lo komediantów, no, i jesce tysionce stron dziynnikarskiego drobiozgu. Godo-jom o mnie żem eklektyk, cego nie trza mylić z elektrykiem, mechanikiem, a już na pewno nie z prorokiem. Kie sedem do miasta zobocyłek se kapelusa. Od tego casu ni mom się cym kłamać. Kie godom «niek bee pokwolony», zawse dodaje: «fto fce». Jo nie muse. Kwolenie jesce nikomu na zdrowie nie wysło. Nawet pono Ponbócek patrzy na kwolcówjak na sietnio-ków”.

Następny fragment brzmi jak własne credo, poetyckie wyznanie etyczne, wskazówka badawcza dla krytyków i historyków literatury: „Nie lubiym cygaństwa, polityki i głupoty. Reśte trawie. Kochom moje dzietcyska, mojom babę, moje góry. Reśte toleruję. Kieby fto fcioł się wiyncy o mnie wywiedzieć, cekom całe lato kozdego roku w mojym sałasie nad Piwnicnom. Na mój dusiu, stamtela syćka generały i prezydenty, mędrki i proroki som takie malućkie, ze ik gołym okiem nie uwidzis. Tam dopiyro pojmies, ka się nacyno świynty spokój…”

Dorobek poetycki Henryka Cyganika nie jest tak znany jak twórczość Józefa Barana, Krzysztofa Lisowskiego, Jerzego Piątkowskiego, Stanisława Stabry, Andrzeja Warzechy czy Adama Ziemianina. Choć on właśnie, o czym wszyscy wiedzą, wiersze pisywał „od zawsze”.

Niestety – podobnie jak jego przyjaciel Wiesław Kolarz – nie dbał nigdy o upowszechnienie swojego dorobku poetyckiego. Wiersze Kolarza zwróciła niedawno literaturze jego żona, porządkując maszynopisy przedwcześnie zmarłego poety.

Cyganik też bardzo późno debiutował. W 1989 roku w maleńkiej „Oficynie Tarnowskiej”, działającej przy ówczesnym Wojewódzkim Ośrodku Kultury, ukazuje się broszurka poetycka zatytułowana po prostu Regina. Czytamy w niej o Cyganiku takie słowa:

„Napisał kilka tysięcy stron tekstów rozmaitych – od sztuk teatralnych, bajek dla dzieci, poprzez programy kabaretowe, słuchowiska radiowe, po wiersze, opowiadania, reportaże i teksty piosenek. Charakteryzuje go pogodny i dobroduszny stosunek do świata, dlatego nigdy niczego nie starał się wydawać”. Jak często bywa w podobnych przypadkach, w tym późnym debiucie spotykamy niezwykłe nagromadzenie emocji. Tytułowa Regina to żona, kochanka, muza. Na kartach niepozornej książeczki poznajemy całą gamę możliwości artystycznych poety. Przeważają erotyki, pełne filozofii. Głębia przemyśleń autora dorównuje dorobkowi intelektualnemu największych artystów, a styl najzręczniejszym rzemieślnikom słowa. Utwory nie posiadają tytułów, opatrzono je jedynie numerami od l do 33. W wierszu zamieszczonym pod numerem 3 napotkamy pewnego rodzaju rozczarowanie marzeniami, które już są poza nami:

kosmiczna liczba śladów 
kosmiczna liczba łez 
kosmiczna liczba marzeń 
spełnionych
ale nieco dalej natkniemy się na bardziej optymistyczną konstatację (wiersz 11)
zrób mi na drutach ciepłe jutro 
niechaj w nim chodzę 
po złote runo nadziei 
że druga strona cienia 
(chociaż trochę gryzie) 
jest udziergana z ciepłej
owczej 
nocy

Stanisław Franczak, również parający się piórem wybraniec muz, nazwał autora Reginy „ze wszech miar interesującym twórcą wybitnym poetą (…) subtelnym lirykiem, piewcą przyrody i gór, w których rodziła się refleksja filozoficzna i społeczna. Obok słów krytyki odnoszących się do rzeczywistości – pisał znany krakowski poeta, prezes Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno-Literacku – stać go na uśmiech i satyryczne spojrzenie na siebie samego i świat. To rzadka i cenna zaleta”.

Sam Henryk Cyganik w odautorskim wystąpieniu zamieszczonym w kolejnym tomiku dopiero za pięć dwunasta autoironicznie napisał: „będąc Henrykiem bez ziemi i bez nadziei, że wyżyję z sadzenia gruli i siania jarcu, wyjechałem do miasta. I stałem się wyrobnikiem pióra. Trochę mnie też rzucało po kulisach teatralnych, trochę po estradach kabaretowych, ale w sumie udało mi się skończyć (…)jako gospoś domowy. Napłodziłem mnóstwo tekstów i pięcioro dzieci. Dziećmi zajmuję się sam, teksty zostawiam biografom. Niech sobie też zarobią. Więc nie będę truł, co, ile i kiedy napisałem. Ważne, że i w czasach PRL i w obecnej transformacji, przy pewnej stałości poglądów i uczuć, udaje mi się pisaniem zarobić na życie. Jestem z tego faktu bardzo dumny. Nawet bardziej niż z samego pisania…”
Zbiór dopiero za pięć dwunasta dedykuje autor swoim dzieciom: Kamilowi, Kajetanowi, Jędrzejowi, Kai i Jagnie. Trudno się więc dziwić, że pierwsza część zbioru zatytułowana jest po prostu „nie zabijaj nadziei”.
Jak filozoficzna powiastka brzmi tytułowy wiersz:

jest już za późno 
już za pięć dwunasta

a więc tylko pięć minut strachu 
a potem

co to znaczy 
późno?

możesz jeszcze ocalić swój honor
możesz jeszcze zobaczyć najpiękniejszy wschód słońca
możesz jeszcze ogrom

jest dopiero za pięć dwunasta

Poznajemy w tym zbiorze zakres tematów, symbolikę, słowa-klucze obecne w całej późniejszej twórczości poety. Ziemia, ogrody, smreki, chirurgia słońca i… przejmująca nostalgia.

Została po nas pusta ścieżka w górach 
W ołtarzach wierchów cisza rozmodlona 
Bóg się okopał w ołowianych chmurach 
Została w górach pusta ścieżka po nas

Żyjemy obok w bloków martwych celach 
Do gardła skacze miasta wściekły sokół 
Zmrożonym słowem zawiść nas obdziela 
Żyjemy obok w martwych celach bloków

W 2000 roku wydaje poeta profetyczny zbiór Gryps dla umarłych. Znajdujemy tu typowy dla Cyganika styl poezji nostalgiczno-uczuciowej. Jak chociażby w wierszu poświęconym Jerzemu Harasymowiczowi:

zgasła brzoza i gwiazda
Beskid zapadł się w ciszę
i obmacuje niebo
kociubą metafory
ciemność ociera się o wiatr w jesionie

pan już wie
panie Jerzy
co to wieczność i bezkres
pan już wie
co to lekkie jak myśl
światło

na hali kwitną kostrzewy strof
słowa kołują nad Leluchowem
i wiersze unoszą góry
w góry
mgła zaległa w dzbanach dolin
tylko pan przeskoczył
na drugą stronę grani

nie musiałeś
czas nie jest twoim żywiołem
- mówię Bogu na ucho Radziejowej
niebo jest wierszem doskonałym
po co ci poeta Jerzy?
(...)

Poeta wadzi się z Bogiem, czyniąc go odpowiedzialnym za przedwczesne odejście od nas księcia poetów. „Po co ci poeta Jerzy?” -pyta Cyganik. Wszak niebo samo w sobie jest poezją. W tytułowym poemacie Gryps dla umarłych – przypomnijmy – pokazuje poeta swoje możliwości intelektualne. Niektóre fragmenty mają filozoficzną głębię i aforystyczny styl. cuchnie wielki śmietnik świata niechybny znak że dusza materii uchodzi z nas Autor twierdzi, że każdy nosi przy sobie duszę materii, bo: bez duszy materii jesteśmy tylko materią. W następnym zbiorze znów czytamy wiersze typowe dla twórczości Henryka Cyganika; typowe, a jednak specyficzne. Niepowtarzalny liryk, filozof, by nie rzec – mędrzec – przebija z treści tej poezji. Pojawia się też nowy wątek. Autor przeszedł smugę cienia, przeszedł katharsis życia po życiu. Znany chirurg i humanista Tadeusz Popielą tak to określił w swoistym posłowiu zamieszczonym na zakończenie tomu zatytułowanego biała klinika (2001): „Przyszedł niepokorny, niecierpliwy, prawie nieznośny. Zaraz na wstępie oświadczył, że nie ma czasu na zajmowanie się chorobą: kończy właśnie kolejny scenariusz, czeka na niego radio, któraś z gazet zleciła mu ważny artykuł, nie może też przerwać rozpoczętych zajęć reżyserskich. Dopiero stanowcza postawa lekarza uświadomiła mu, że ta choroba może okazać się od niego silniejsza, że potrafi wyznaczyć ostateczny kres wszystkim planowanym zajęciom. Zrozumiał. Zdecydował się zostać pacjentem. Szczególnym pacjentem. Przez cały czas traktował chorobę jako przypadkową przypadłość, która dokucza mu tylko dlatego, że ogranicza jego naturalną aktywność. Więcej, nie dopuszczał nawet myśli, że jakakolwiek choroba mogłaby w najmniejszym choćby stopniu zakłócić realizację powziętych już przez niego, dalekosiężnych życiowych planów. Życzyłbym sobie mieć jak najwięcej takich właśnie pacjentów. Taka bowiem postawa niezwykle pomaga w leczeniu, buduje ścisły sojusz chorego z lekarzem. Autor tych wierszy był jednym z tych, którzy nie dają wiary, że rozpoznanie choroby, choćby i groźnej jest już wyrokiem. To także ogromnie pomaga lekarzowi…” Przeszedłem przez ścianę — tom wierszy wydany w 2003 roku jest już refleksją człowieka doświadczonego transcendencją. W autorskim wstępie daje Cyganik czytelnikowi luksus osobistej oceny prezentowanych wierszy, dystansuje się nawet od nich, twierdząc że są zbyt osobiste. „Wszelako jeśli jesteśmy stworzeni na podobieństwo Najwyższego, tedy zawsze istnieje szansa, że moje osobiste dramaty, olśnienia, uczucia i wnioski mogą być emitowane na częstotliwościach odbieranych przez osoby drugie. W moim przypadku imperatyw wewnętrzny, który mi nakazuje spowiadać się i czynić rachunek sumienia wierszem, jest tożsamy ze zwyczajnie ludzką potrzebą dzielenia sobą z bliźnim. Gdybym zakładał, że nie zależy mi na łączeniu intelektualnym i emocjonalnym z drugim człowiekiem, to całe moje pisanie (podobnie jak cała sztuka) nie miałoby żadnego sensu.” Wraca w tym tomie Cyganik do formy wiersza klasyczne z rymem, rytmem i metaforą.
„Metafora jest dla mnie podstawowym tworzywem wiersza. Bez metafory nie ma poezji – konstatuje. Metafora w wierszu białym uwolniona od rymu i rytmu na pewno poszerzyła granice twórczej wyobraźni. Ale równocześnie bardzo często przekracza granice logiki, sensu i odczytywalności. Forma klasyczna narzuca metaforze pewną dyscyplinę i przywraca polszczyźnie całą jej urodę. Jest prosu wyższą szkołą jazdy”.

Wyższą szkołą jazdy - jak w wierszu Rudziejowa:

patrzymy sobie w oczy jak widnokrąg 
choć boska w milczeniu jak Bóg 
choć miękkich nie mościsz mi dróg
wciąż wschodzisz i zachodzisz w moje okno
ty jesteś wszystkich olśnień niemym świadkiem
narodzin mych dzieci i strof
nokturnów na watrę i wrzos
na chmurach supeł zawiązany wiatrem

(...)
zielona przyjaciółko moja siostro
gdy uschnę w dolinie jak pieśń
na grzbiet swój garbaty mnie weź
i rzuć Mu w przedwieczyste światła okno

Henryk Cyganik nie lubi mówić o swojej twórczości, robi to rzadko, ale bardzo interesująco. Nie udziela też wywiadów. Dlatego tak ważne są jego słowa zanotowane przez Beatę Salamon-Satałę i opublikowane w książce Wielka inwentaryzacja (1999): „Prawdę mówiąc, chciałbym umknąć (…) poezji publicystycznej. Obchodzi mnie jednak żywo to, co się dzieje w naszym kraju. Nie mogę tak po prostu patrzeć na głupotę, gnuśność, pijaństwo, bigoterię”.
Zbiór, który proponujemy Czytelnikowi nie zawiera wierszy publicystycznych. Te czekają na inną okazję, na inną antologię czy odrębny wybór.
Nowa Iwiczna, październik 2004

Tadeusz Skoczek

z Gałczyńskiego

twoje wczorajsze kazanie 
wzruszyłoby mnie do łez 
pewnie nawet bym się nawrócił 
niedziela wywiała mnie jednak 
na Turbacz

twoje wczorajsze orędzie do narodu 
mogło postawić na baczność 
wszystkie moje obywatelskie obowiązki 
ale sobota poniosła mnie 
na Bukowinę

twoja wczorajsza krytyka 
konceptualnej transcendencji archetypów 
tak bardzo była potrzebna 
(jako moc intelektualna) 
akumulatorom ego mojego 
ale piątek wykurzył mnie 
na Łabowską

twój wczorajszy tekst
o lustracji postkomuny
i zdecydowanej walce z postmodernizmem
o mało co powiódł mnie do okopów
Świętej Trójcy prościutko
ale czwartek wyciepnął mnie
na Pogórze za Nowym Wiśniczem

twoja wczorajsza przecudnej polszczyzny mowa sejmowa 
o mały włos nie uczyniła ze mnie apologety 
wszystkich ministrów ustaw i wartości
wszystkich politycznych i duchowych elit
(czyniących w ojczyźnie dobro i prawdę)
ale środa upiła się ze mną
      i z Frankiem Palką
w małej karczmie pod Nowym Sączem

twoje wczorajsze pismo urzędowe
mogło obudzić we mnie najżarliwszą
wolę służenia ukochanemu państwu
ale wtorek zaciągnął  mnie do Rytra
na wieczorne i nocne przyjaciół rozmowy
z Jędrkiem Górszczykiem

w poniedziałek pakowałem plecak
powiedziałem ci wtedy

a ty mnie na wyspach szczęśliwych
w dupę pocałuj

twoja łza
	Gwiazdeczce 

lepiej się było umówić
w bukowym chramie Skalnika
przy świętym ogniu watry
gdzie kołyszą się na wietrze wielkie wrota Tatr
a nie tu
gdzie się sączy przez wenflon
kropla po kropli
nadzieja
a doktor Pawlęga jak słowiański bóg
spogląda na cztery strony bólu

wybacz
omsknęła mi się wyobraźnia
na zlekceważonych prawach biologii
i spadłem w białą przepaść
gdzie tak wyraźnie rośnie koniec
widnokręgu
dalej już tylko gwiezdny kurz
druga strona cienia i twoja łza
która nie ma ceny

wyliczasz telefony od przyjaciół 
prószy śnieg na całej ulicy Kopernika 
zapomniałem sztućców i kubka 
wysłałaś tekst do Krzysia Nowaka 
dzieci zrobiły wielkie sprzątanie 
Furia waruje pod moim biurkiem 
i tylko twoja łza nie może 
znaleźć sobie miejsca 
w tym powszednim krajobrazie 
wszystko co mam 
wszystko co mogę mieć

całe moje wojowanie z Bogiem
strachem
i złotówką
mieści się w tej ogromnej jak wszechświat
łzie
dlatego padam pod jej ciężarem
zaciskam zęby i lato w bukowym chramie
a ona boli
jak jasna cholera

patrzę
jak toczy się od wschodu oka
do zachodu wargi
pisze mokrym śladem
tomy lat
stronice nocy i dni
poukładane w bibliotece naszego życia
zatrzymaj ją
proszę
jeszcze nie czas na epilog

azyl

rozmawiam z Tobą przez chmur kraty 
w konfesjonale wierchów cisza 
chciałbym Cię dotknąć i zobaczyć 
lecz niekoniecznie jeszcze dzisiaj

kwadryga czasu rwie po prostej 
przy której wszystko na planecie 
poczekam przy dziewiątym moście 
czasu nie mierzy się poecie

te strofy to mój święty azyl 
powód bym mógł się z Tobą wadzić 
i modlić się o godność prawych 
łajdaków przekląć i przerazić

w końcu to Twoje przeznaczenie
wybrało mnie akurat Panie
abym mógł wskrzeszać sumień cienie
miłości głosić zmartwychwstanie
mogę
rzecz jasna przy Twym boku
śpiewać hosanna w Dur-tonacjach
ale to jeszcze nie w tym roku
gdy kwitnie miłość i akacja

tylu już masz przy sobie mistrzów 
Wiesław Tadeusz Jerzy Marian 
panegiryki Ci napiszą 
i nowe teksty do hosanna

a ja w azylu moich wierszy 
jeszcze posiedzę sobie nieco 
bo mnie naprawdę się nie spieszy 
zwłaszcza że nie wiem jak daleko

rozmawiam z Tobą przez chmur kraty 
w konfesjonale wierchów cisza 
chciałbym Cię dotknąć i zobaczyć 
lecz niekoniecznie jeszcze dzisiaj

Z CYKLU ESTETYKI DLA ANI

* * *
kiedy bas sowy noc otwiera 
a dzień zamyka sroki falset 
księżyc za chmury włazi nierad 
bo ciszę stroją moje palce

czynele piersi gaszą nieład 
flet bioder zagrał nutek garście 
uda jak harfa wiodą temat 
który przejmuje obój partner

domu uniosły się bierwiona 
gdy skrzypce trwały w unisono 
i rosła nasza filharmonia

a ja wierzyłem wszystkim tonom 
prosiłem twórcę gdzieś z Oriona 
by koncert nasz trwał w nieskończoność

Hiob

Panie galaktyk drogi mgławic 
co siejesz suszę i urodzaj 
nie wiem dlaczego tak Cię bawi 
to że wciąż bierzesz mnie za Hioba

pełne rachunków mam szuflady 
niezapłacone grzechy słowa 
kiedyś kwiatuszek dzisiaj badyl 
bo Ty wciąż bierzesz mnie za Hioba

dogasam w ciszy beznadziejnej 
czas mi zapętla sens na drogach 
kornik dojada sęki w więźbie 
i Ty wciąż bierzesz mnie za Hioba

rak się przyczepił jak brat łata 
do siostry biedy - mać skarbowa 
z taką rodziną tylko płakać 
a Ty wciąż bierzesz mnie za Hioba

miłość pobiegła za tym trzecim 
na wódkę wściekła się wątroba 
świat na mnie warczy pyszczą dzieci 
i Ty co bierzesz mnie za Hioba

bełkot w poezji w sztuce knoty 
naród się zbiesił rząd sfiksował 
mrozi głupoty śliski dotyk 
i Ty co bierzesz mnie za Hioba

ksiądz już mnie przeklął bank wydukał 
a perspektywa - czerń i groza 
pies zjadł mi dyplom (z byczka skórka) 
bo Ty wciąż bierzesz mnie za Hioba

wiem że poczucie masz humoru 
mistrzem groteski bies Cię zowie 
lecz ze mnie Panie już nie dworuj
- być nie chcę i nie jestem Hiobem!

chcesz mi dołożyć to dokładaj 
jeśli już musisz - światłem dowal 
niech w saldzie będzie równowaga
- gdy Hiob koniecznie...
                                   to pół Hioba

Józef Baran: Pod zielonym drzewem życia (2000)

nakład wyczerpany nie ma w sprzedaży
baran

Bolesław Faron

Do tomiku Józefa Barana
Przedsłowie

Poetycki talent Józefa Barana odkrył przed laty Artur Sandauer, nieskory – jak wiadomo – do zachwytów nad najmłodszą liryką. Zaciekawiły go wiersze młodego autora, uznał ich wartość, życzli­wie towarzyszył poecie do końca swojego życia. Napisał, że poezja ta „umie trafić bezpośrednio do serc ludzkich”. To prawda. Utwory autora Bukoliki borzęckiej kojarzą bowiem zaobserwowany konkret z głębokim przeżyciem, ewokowanym przez wyszukaną metaforę, niebanalne skojarzenia. Toteż dojrzały dzisiaj poeta należy nic tylko do uznawanych, ale również chętnie czytanych ludzi pióra, a jego wiersze trafiły do gimnazjalnych i licealnych podręczników, ballady do repertuaru Starego Dobrego Małżeństwa i Eli Adamiak, a kolejne tomiki poezji szybko znikają z półek księgarskich.

Moje przekonanie o wysokiej randze poezji potwierdza zestawiony wybór wierszy Józefa Barana pt. Pod zielonym drzewem życia. Składają się na niego wydane w 1996 roku teksty z Zielnika miłosnego oraz inne utwory (m.in. z tomiku Skarga). Tom obejmuje wiersze z całej dojrzałej twórczości poety, aż po najnowsze sygnowane latami: 1996, 1997, 1998, 2000, a więc z ponad trzydziestu lat, ukazuje rozwój, dojrzewanie tej poezji, zagęszczanie się metaforyki, penetrowanie nowych rejonów artystycznej wyobraźni.

W tej części tomiku, która pochodzi z Zielnika miłosnego, dominują liryki miłosne zespolone z realiami przyrody (Krótka adoracja królewskiej lipy, Wierszyk do wiosennego sztambucha). Nie ma w nich jednak nic z sentymentalnych uniesień, natura tutaj nie stanowi sztafażu dla erotycznych doznań, nic jest też wyłącznie tłem dla rozgrywających się zdarzeń. Przyroda i uczucia w wierszach Barana zespalają się w jedno, tworzą nierozerwalną całość. Autor przy tym mocno stąpa po ziemi, nie ucieka w kosmos, nie odwołuje się do wyimaginowanych lasów i łąk, lecz do krajobrazów zapamiętanych z dzieciństwa, z którymi współżyje do dnia dzisiejszego (Bukolika borzęcka). Poeta pozostaje głuchy na częste w literaturze współczesnej epatowanie czytelnika brutalną erotyką czy fizjologicznymi opisami kontaktów kobiety i mężczyzny. Znajdziemy wprawdzie w wierszu Maj i orgazm bzów gorejących, i wytrysk mleczy, i erekcję konwalii, wszystko to jednak zostaje spointowane:

a nocą
niespokojny śpiew serca 
które przez gęstwę ciemności 
nawołuje inne serce

W tym sensie jest to raczej tradycyjna poezja miłosna, bliższa może bardziej Marii Pawlikowskicj-Jasnorzcwskiej niż Kazimierzowi Przerwie-Tetmajerowi, aczkolwiek tu i ówdzie pojawiają się również bardziej odważne tony, jak choćby w wierszu W muszli nocy:

sprasowani
w muszli ciemności
śliną śluzem
potem
usiłujemy
zlepić z powrotem
dwoje naszych ciał
w Jedno

Autor wykazuje głęboki szacunek dla słowa, ceni je, operuje nim z namysłem i rozwagą. Stara się znanym ze słownika miłosne­go pojęciom rozstanie, kochankowie, on i ona, ślub, wesele nadać nowy kontekst, mocno osadzić je w realiach doznań człowieka końca XX wieku. Odkrywają one przed czytelnikiem jego własną twarz, mówią o nim, o jego przeżyciach. Teksty te nie mają bariery wieku.

* * *

W pozostałych wierszach Barana paleta doznań poetyckich wyraźnie się rozszerza – znajdziemy tutaj i tematy egzystencjalne (Samotność, W milczeniu), i refleksje z podróży do Sztokholmu czy na Cypr, i coraz częściej lirykę osobistą, rodzinną (o żonie, o córkach), chociaż trafiają się tutaj również powroty do tematyki erotycznej, jak choćby w tekście bez tytułu zaczynającym się od słów: Nocą jej ciało przesłaniu mu świat.

W utworach poety z lat dziewięćdziesiątych wyraźnie już brzmią tony przeżyć, doznań dojrzałego mężczyzny, zbliżającego się się do pięćdziesiątki, który najpierw cieszy się, gdy córki wy­bierały się w góry, a dzisiaj musi się pogodzić ze ślubem jednej i wyjazdem na antypody (Wesele córki). Najbardziej ujął mnie z tej grupy tekstów List do żony zamieszkałej w tym samym pokoju. Oto jego fragmenty:

piszę do ciebie list
bo już tak dawno
nie widzieliśmy się
w tym naszym codziennym
patrzeniu na siebie
przez stół małżeński

piszę do ciebie list
bo już od dawna
nie słyszymy się
rozmawiając ze sobą nieustannie
przez nieczynny
małżeński telefon

piszę do ciebie list
siedząc naprzeciw za stołem
na dalekiej syberii serca
(...)

Poetę coraz częściej interesują relacje między ludźmi, ich rozmijanie się mimo fizycznej bliskości, coraz częściej pojawia się w tej poezji słowo „przemijanie”, coraz częściej refleksje nad życiem:

czuję jak życie
oddala się
ode mnie
wraz z parą zakochanych

To fragmenty tekstu, pod którym poeta zanotował: Kraków 2000. Nie sposób w krótkim przedsłowiu omówić wszystkie aspekty poezji krakowskiego poety. Nie było to zresztą celem tego szkicu. Nie sposób wskazać na wszystkie walory tego tomiku. To także nie stanowiło punktu wyjścia tych rozważań. Postanowiłem tutaj wystąpić nie tyle jako historyk literatury, pod którego kierunki ongiś pisał autor pracę dyplomową o poezji Marii Pawlikowskiej –Jasnorzewskicj, co zwykły czytelnik, który kreśli swoje uwagi w toku lektury tej poezji, konfrontuje ją z własnym bagażem doświadczeń życiowych, znajduje w niej okazję do przeżyć emocjonalnych i do przemyśleń egzystencjalnych.

Usiłowano niejednokrotnie umieszczać poezję autora Zielnika miłosnego w tzw. nurcie poezji chłopskiej obok Tadeusza Nowaka, Juliana Kawalca czy Wiesława Myśliwskiego. Myślę, że jest znacznym uproszczeniem. Józef Baran nie wyrzeka się swego dowodu, przodkowie raz po raz goszczą w jego poezji, Borzęcin miejsce urodzenia – również, ale zarówno zakres jego zainteresowań poetyckich, jak i metaforyka i leksyka tej poezji daleko wybiegają poza krąg doświadczeń podtarnowskiej wsi. Nie rezygnując z wyniesionych z dzieciństwa doznań – poeta równie chętnie sięga do innych propozycji kulturowych, cywilizacyjnych.

* * *

Lektura zgrabnie skonstruowanego tomiku jeszcze raz potwierdza prorocze słowa krytyka, że poezja ta „umie trafić bezpośrednio do serc ludzkich”. Z pozoru proste wiersze z wyszukaną, bardzo świeża metaforyką przyciągają uwagę, stawiają przed czytelnikiem lustro, w którym znajdzie on swoje odbicie, może skonfrontować własne przeżycia z doznaniami poety. Twórczość Józefa Barana jest bardzo przyjazna człowiekowi, nie przestrzega go przed zagrożeniami współczesnej cywilizacji, katastrofą ekologiczną czy innymi niebezpieczeństwami. To raczej pogodna pieśń o życiu, o życiu oswojonym. ona w sobie coś ze stoickich wierszy Jana Kochanowskiego.

Myślę więc, że pod zielonym drzewem życia każdy znajdzie dla siebie. Zarówno czytelnicy, którzy rozpoczynają kontakt z poezją, jak i ci, których włos przyprószyła siwizna, zarówno ci, kto czytają ją z powodów profesjonalnych, jak i tzw. zwykli odbiorcy. Z pełną odpowiedzialnością i z serdecznością zachęcam do obcowania z tą dojrzałą i piękną liryką.

Bolesław Faron

Kraków, w sierpniu 2000 roku

 

 

 

 

 

 

Zakochany odkrywca

jeden wynalazł koło 
drugi zbudował wodolot 
trzeci zrobił trzy pierwsze kroki na marsie 
a ja odkryłem Ciebie 
na tej dziwnej planecie
ziemi
i odtąd
co świt
budzi mnie
radosna jak szczygiełek
myśl
że ty naprawdę
istniejesz

Mała kosmogonia majowa

za oknem
sad w welonach
zastygły w szalonych podskokach
wokół gospodarza wesela: słońca

zieleń trzepocze rośnie 
pachnie śpiewa kwitnie 
ani na moment nie milknie 
w sercu miłosna wrzawa

znów jestem 
tym światem 
zadziwiony jak dziecko

na zmądrzenie 
mam przed sobą 
jeszcze całą Wieczność

Maj

słońce sprzęgło się 
w uścisku z ziemią:
orgazm
bzów gorejących 
czereśniowych ogrodów 
wyrywających się do lotu 
wytrysk mleczy 
erekcja konwalii
a nocą
niespokojny śpiew serca 
które przez gęstwę ciemności 
nawołuje inne serce

Ballada o rozstaniu

pomiędzy nami pociąg 
wyrasta jak spod ziemi 
porywa oczy oczom 
odrywa dłoń od dłoni 
na samotne połowy 
rozrywa zrośniętą całość

za szybą przestrzeń krwawi 
i pustoszeje niebo 
to nad polami łąkami 
dopełnia się rozstanie 
za lata za krajobrazy 
zachodzą twoje twarze

i cóż że serce
chce wracać
pędzone wbrew sobie po torach
i że koła
koła bez przerwy wystukują
nasze ostatnie słowa

rozstanie to taka
mała śmierć
z której musimy się odrodzić
by zosobnieć
na nowo

Małżeństwo

tak długo płyniemy
tą łodzią
że nie mamy sobie
już nic nowego do powiedzenia

początkowo wierzyliśmy 
że odkryjemy jakąś nową amerykę 
dopłyniemy do zaginionych 
brzegów atlantydy

ale nie

wciąż ten sam jednostajny
krajobraz morski
i słowa jak mewy
wciąż te same
siadają na rufie łodzi
na naszych włosach ustach ramionach

budzimy się rano 
ty zajmujesz 
miejsce z przodu 
ja z tyłu

zapominamy o swoim istnieniu

słychać rytmiczny plusk wioseł 
poruszanych naszymi rękami

Macierzyństwo

z medalikiem
dzieckiem co dynda
zawieszone między piersiami
stoi matka
w otwartym oknie
cała w purpurze jutrzni

figurka wyrzeźbiona nocą
w tarczę słońca wpatrzona
jak w zegar
natarczywie wypompowuje z jej piersi
rzekę krwi

a gdy krew zostanie przelana
gdy już będzie po transfuzji
bladą i lekką jak opłatek
matkę
porwie wiatr
przez okno świata
wraz z liśćmi

Jerzy Piątkowski: 32 utwory (1998)

nakład wyczerpany nie ma w sprzedaży
piatkowski

Słowo wstępne

Praca nad tą książeczką obudziła we mnie wspomnienie… wiosny?: tego intensywnego bycia, kiedy młodość zielona, niemal wyłącznie czująca domaga się żarliwie refleksji nad samą sobą i światem – i wkracza coraz i coraz w chwile spełnienia, i przechyla się f dramat prawdy i fałszu, formy i treści, i… nie upada!; i tego jeszcze bycia, kiedy żywioł uczuć, myśli i postaw przemienia się w poglądy i zasady współodczuwania, współsądzenia, współprzebywania z bliskimi i obcymi – żywymi i umarłymi, przyjaciółmi oraz wrogami, winnymi i niewinnymi – w uniwersum wartości. „Pod księżycem” – powiedziałby kiedyś Jerzy Piątkowski: pod księżycem jasnym lub mrocznym, okrutnym albo przyjaznym. Piątkowski jest poetą tych właśnie fenomenów: żywiołu uczuć i łaknienia ładu wartości, potęgi słowa i głębokiego smutku, dumy z siebie i wyraźnie tematyzowanego lęku, ironii i patosu, ekstazy i niepewności życia-miłości świata i miłości do ludzi. Zobaczcie, proszę, sami:

          Dzielimy się życiem
z bezimienną twarzą słońca     z rozkwitającym imieniem
                                                                        gwiazd
z wiatrem
 ciszą
na lądzie                i                      na morzu
    pomyśleć że
łączymy przygnębienia i           samotność beztroskiego
ufności		                          śpiewu i łez 
                           wszędzie nasza krew 
rośnie i boli                                         wygasa ukojona
                           bo przenikanie jest 
      do migdału ziemi                       do miąższu nieba
                      niepojętym szeptem  
dobrze sytuowanej miłości           bankrutującej pokory                       
                      Ileż trwogi i odwagi  
płynie naszą arką codzienną         maszeruje przez naszą
                                                                    wieczność

(…)Ten wiersz, labirynt – wspaniały, wart cały przytoczenia -chodzi z pierwszego zbioru Jak ryba na ostatnią wieczerzę (1976) Ten, który teraz przypomnę, należy do poematu Wędkarstwo, napisanego w połowie lat osiemdziesiątych i wydanego w tomie Człowiek jedynie (1990):

Przez sad kwitnący 
i jeszcze uśpiony 
wśród jabłoni
               dzieciństwa 
biegnę bosy i szczęśliwy 
Jak dzikie konie 
pasikoniki gnają
                   na prawo 
i lewo
a ja przed nimi wyciągając moje chude nogi 
(...)

Ten, którym przykłady skończę, znajduje się w ostatnio wydanym tomie Wróżby niepojętego świata (1997):

Łuna przygasa koniec życia i dzikie gęsi już są w locie Ostatnie krople do wypicia i ślad kopytka zamrze w błocie

W kamień zamieni się ta chwila z gomółką sera plastrem miodu I kruche skrzydło lot motyla i taniec ryby podczas godów (…)

Człowiek naprzeciw siebie i świata; człowiek „dotknięty” cudem i tajemnicą życia – to jest, na pewno, główny motyw i główne doświadczenie egzystencjalne poezji Piątkowskiego: punkt wyjścia albo punkt dojścia większości lirycznych zdarzeń. Myślę o przeżyciu granicznym, quasi-sakralnym. W klęsce, w szczęściu, w chorobie; w poniżeniu, rozpaczy, akcie twórczym, lęku, rozkoszy, śmierci… bohater wierszy Piątkowskiego znajduje sens istnienia- leczy się i ucisza, leczy się i odnawia – „dotknięty” cudem i zaszczytem życia, cudem i tajemnicą świata.
Oczywiście owo „dotknięcie” światem nie jest tak jednoznaczne ani tak łatwo czytelne jak napisałem. Bywa u Piątkowskiego ornamentem, bywa „gotowym” lekarstwem terapeutycznym na gorzki los i kąt ubogi na ziemi. W najgłębszych lirykach jednak – jakoś nieoczekiwanie – staje się heroicznie skromnym aktem fenom logicznym: odniesieniem kruchej ludzkiej godności, męstwa rozchwianej albo odbudowanej wiary w siebie – w miłości i pokorze -do nieskończonej,niepojętej i świętej wartości świata, i… doświadczeniem jej. Trzeba ufności i cierpliwości, żeby te wiersze dla siebie odkryć. Dodatkowo, ponieważ ów akt egzystencjalny przejawia się jako scenariusz zdarzeń lirycznych – doświadczenie poety i zadanie dla czytelnika – trzeba jeszcze wkładu czystego serca i wyobraźni, żeby pójść za autorem. Nie można tego ledwie… zrozumieć. „Utalentowany” racjonalista może odrzucić klucz poety: znajdzie dwa słabsze liryki przeciw trzeciemu – interesującemu oraz czwartemu – wspaniałemu. „Dumny” humanista, „skończony” akademik, „przekonany” ideolog społeczny mogą uczynić podobnie. Moim zdaniem, do wierszy Jerzego Piątkowskiego należeć będzie zwycięstwo.
Krytyka literacka i podręczniki historii literatury łączą lirykę Piątkowskiego z programem krakowskiej grupy „Teraz”: z niejakim zażenowaniem ustawiają ją w drugim szeregu za Komhauserem i Zagajewskim, nie wiadomo, czy obok Stabry i Kronholda, czy może nawet za nimi. To błędne przeświadczenie. Należy je możliwie szybko odrzucić. Piątkowski, rzeczywiście, zakładał w październiku 1968 grupę „Teraz”. Jeśli dobrze pamiętam i rozumiem – a w latach 1966-1970 pracowaliśmy z Jurkiem w jednym zespole jako bibliotekarze-studenci: zostaliśmy przyjaciółmi; nawiasem mówiąc, dzieliliśmy się kromką chleba trwając w sporze o rozumienie literatury – więc jeśli dobrze pamiętam, Jerzy Piątkowski razem ze Zdzisławem Wawrzyniakiem byli pierwszymi założycielami i organizatorami „Teraz”. Do Piątkowskiego należy, przejęty z wykładów Romana Ingardena, pomysł na nazwę grupy. Ale to prawie wszystko – poza spontaniczną, bardzo serdeczną przyjaźnią do kolegów – co łączy autora drukowanych tu wierszy z programem terazowców.

Owszem, doświadczenie pokoleniowe było podobne, wspólne: owo przytłaczające, poniżające poczucie, że żyje się w kraju zniewolonym zewnętrznie i wewnętrznie, plądrowanym oraz eksploatowanym cynicznie przez polityków cudzych i własnych, w kraju bez przyszłości gospodarczej i kulturalnej, w kraju zepsutego systemu wartości, gdzie, pośród otępiałych, zmęczonych, otumanionych, zastraszonych albo zdeprawowanych ludzi nie ma miejsca na autentyczny rozwój jednostki; na życie godne, twórcze; na życie w prawdzie, miłości – i na dodatek w świecie, który sam sobie coraz bardziej zagraża demograficznie, cywilizacyjnie i politycznie. Wspólne też było przekonanie, że należy ów stan, ów kryzys, ową apokalipsę poznawać i mówić o nich teraz i wprost. Pierwsze, drukowane w prasie liryki Piątkowskiego – Republika poetów,Troska i inne – wskazują na pewne podobieństwa programowe. Są tam elementy niepokoju, katastrofizmu; kontestacji społecznej i politycznej… Są jednak jakoś od razu inne: inaczej uświadomione…

(...)
Płyńmy rozszczepieni pewnością i zwątpieniem
płyńmy jak ryba na ostatnią wieczerzę
zaplątani w sieci własnych obelg
i w wartki lodowaty nurt
                     *** (Pokazałem ci morze dal błękitną) 
                      z tomu Jak ryba na ostatnią wieczerzę (1976)

Piątkowski dość długo szukał własnego świata poetyckiego, własnego spojrzenia na człowieka, własnego stylu. Nie przyjął ani przekonań, ani stylu, ani katastroficznej wersyfikacji Komhausera, Zagajewskiego, Stabry czy innych – spoza „Teraz” – twórców „określonej epoki”: Barańczaka, Karaska, Krynickiego… W swoich wierszach, jeśli dobrze rozumiem, nigdy nie proponował roli człowieka, który jasno wie, co nas, Polaków, boli – intelektualisty: samowiednego i świadomego politycznie lidera opozycji. Próbował raczej pojąć i wyrazić przeżycia kogoś innego – „drugiego” z pary w tamtej podstawowej sytuacji społecznej – „człowieka jedynie”, który wie-i-nie-wie, co się dzieje, który sam siebie rozumie-i-nie-rozumie; który musi przebyć trudną drogę indywidualizacji; frustracji, smutku i… może samopoznania, i… może samoocalenia. Przyjął więc sposób widzenia kryzysu społecznego mniej błyskotliwy, mniej intelektualny, jednak – historycznie i statystycznie biorąc – równie prawdziwy. A może… prawdzie bliższy? Zapewne stało się tak po części z powodów osobistych – autor Lęku czuwania, wielu z nas, miał nieustanne kłopoty z urządzeniem się w życiu, z awansem… nie tylko z winy totalitarnego systemu władzy – w istocie rzeczy jednak wypracowało się tak, na podłożu własnych doświadczeń i własnych obserwacji, z przyczyn filozoficznych i artystycznych. Mówiąc metaforycznie, Jerzy Piątkowski współtworząc grupę „Teraz” nie tyle gotów był bez wahania przyklasnąć kolegom-teoretykom, że polska komunistyczna rzeczywistość nie została przedstawiona [prawdziwie] w utworach dwóch poprzednich pokoleń literackich – rzeczywistość, w ogóle, jest niepojęta: spiera się żartobliwie Piątkowski z kolegami z „Teraz”, im przecież dedykuje tomik, we Wróżbach niepojętego świata – ile jakoś przypuszczał-wiedział, że równolegle nie została ta rzeczywistość dojrzale przeczytana, przeżyta, przemyślana… i w wierszach, i w naszych duszach.

To, co nazywa się Pokoleniem 68 lub Nową Falą – ujmowane wąsko i ujmowane szeroko! – zawiera, jak się zdaje, dwie zasadniczo różne, ale i komplementarne postawy wobec świata. Jedna to postawa kontestacji politycznej, ofiary z własnej kariery w imię niekłamanej godności osoby ludzkiej – droga wołania wprost, droga gotowej samowiedzy i gotowej wiedzy społecznej. Druga to postawa niejasnego lęku i buntu, utraty wiary w siebie i odzyskiwania jej – droga poszukiwania „punktu oparcia” godności i powstawania do męstwa, droga reintegracji. Jerzy Piątkowski jest, moim zdaniem, wybitnym przedstawicielem właśnie tej drugiej drogi. Wybitnym, ale za mało znanym. Przeczytajcie, proszę, Na skarpie Tihany oraz Wędkarstwo. One – obok nie drukowanych tutaj z braku miejsca Kadencji (ze zbioru Ścieżka legendy, 1988) i Człowieka jedynie (z tomu Człowiek jedynie, 1990) – stanowią szczyt przełomu. Mnie zachwyca Wędkarstwo. Jest to mądry, czysty lirycznie, wysmakowany artystycznie poemat.

W tej książeczce – zgodnie ze stylem wydawniczym serii Poeci Krakowa – starałem się być wiemy historii. Na niewielkim obszarze stron ukazuję najważniejsze utwory: punkty zwrotne idei oraz warsztatu Piątkowskiego. Od pierwszego, wydanego w 1976 roku, tomiku do… wydanego w 1997, z radością to podkreślam, zbioru wcale nie ostatniego. Osobowość i dorobek poety – myślę o głównych motywach, wartościowaniu świata, wyborze tradycji, wyborze stylu, pauzowaniu – bardzo szybko rozrasta się „w głąb” i „w bok”: ku pogłębionej wiedzy o sobie, ku nowym stylom i ku nowym nastrojom. Piątkowski pisze ostatnio dużo i szybko. Oprócz wspomnianych dziewięciu zbiorów wierszy wydanych drukiem znam drugie tyle – więcej nawet, jeśli policzyć ich objętość – utworów nie drukowanych. Postanowiłem zaznaczyć ich obecność w wyborze, podając jedną pieśń Hymn o Internecie z pierwszej księgi obszernego – księga pierwsza liczy podobnych pieśni dziesięć – pisanego właśnie poematu dygresyjnego 2000 albo Kwiaty Beniowskiego. Dodam, że księga pierwsza została ukończona i przygotowana do druku w kwietniu 1997, księga druga została, w pierwszej wersji, zamknięta 30 czerwca 1998, księga trzecia… właśnie się „myśli i pisze”.

Jan Mrzygłodzki

 

 

 

 

 

Czas który wydrąży twoją pamięć

Zachowaj właściwy kierunek
jak łosoś albo węgorz
zmierzające do morza
Zachowaj przenikliwość
aż do zdrowej miazgi krajobrazu
skąpany w stygnących wiórach
żywotności
gdzie wiecznie dymi kuchnia polowa
ciekawość

Zachowaj właściwy kierunek 
kiedy szamocze się nieustannie 
liryczne
                 okienko
na zapierającym stale oddechu 
traconego 
raju
do którego przedziera się twoja 
rozpacz

Zachowaj właściwy kierunek 
jak
                 uciekinier 
gdy wyprzedza ślad 
krwi 
przyszpilony igłami mrozu

i jest w przybywającej ciszy 
oczekiwania
zawieszony jak wiekuista 
lampka

Lęk obezwładnienia

Czy powinienem bać się
prób doświadczalnych
obezwładnienia moich
nerwów i
myśli
skoro śmierć jedzie po mnie tak
hałaśliwie
Od dawna słyszę
jak dudnią jej wiadra
i kociołki
po wybojach

Czy powinienem bać się 
i mieć oczy czerwone 
z przerażenia 
jagody ukwiałów 
skoro są to zaledwie 
forpoczty 
powolnego uśmiercania

które 
nie wiadomo czemu
             na granicy wyboru 
zatrzymują się 
jak rozpędzone konie 
nad przepaścią

Lęk czuwania

Czy zdołam uniknąć pienistej kipieli 
śmierci która podsypuje raz po raz 
świeży proch czerwonej rafy

Czy zdołam umknąć owych godzin 
w których na siłę zechcą oblec mnie 
w pokorę i wyrzeczenie się wszystkiego

Bo przecież przygotowałem siebie na ten czas
mówiąc: nie lękaj się
prawda często długo się mozoli
jak orzeł na ocienionym poddaszu chmur

Czy powinienem myśleć o lęku
właśnie teraz
kiedy zaczęły kłosić się trawy dojrzałych dni
kiedy nauczyłem się mieszkać
w sąsiedztwie pokrzyw i ostów
i kiedy wiem że w życiu dokonałem niewiele

Czy powinienem bać się porażenia błękitu 
który oplata się co rano wieńcem 
lecących ptaków

Czy powinienem bać się porażenia
sfery uczuć wyższych
narodu
i tego abym nie został
wyłamany
z szeregu walczących o wspólną
prywatność naszej świadomości

Czy powinienem złorzeczyć w ciemności
jak wiatr czy – jedynie czuwać
aby nie wygasło pulsujące ognisko
mojej gwiazdy

Okrutna pamięć

Pamiętałem z dzieciństwa rozbijając pierwsze
orzechy
że dziadek go nienawidził
Zwykle potem pędziłem po proszki „z kogutkiem”
od bólu głowy

Po latach czas nadwyrężył pamięć po dziadku
wycięto orzechowe drzewa
a mimo to
rozpoznałem
dałbyś głowę że teraz w czci godnym jegomościu
podstarzałego pana Staszka

Rozluźniony wewnętrznie
może nadmiarem wypitego piwa
z łzą rozczulenia jaką wywołuje
chwilowa słabość
i przełamujące się draństwo
przesuwając szkło w spoconych dłoniach
skory do zwierzeń
zaczął nagle mówić o ludzkich
błędach

Niby nie miał im za złe 
źle zrozumianej 
ideologii i 
poznawczego dysonansu

Tak
chyba niepotrzebnie
bił
niektórych po gębie
łamał palce
wyrywał paznokcie 
nieosobiście 
nie osobiście

Ważne było myślenie
grupowe
ten akt strzelisty wiary
Mimo wszystko ludzi mu żal
walczył z „plugawym karłem"
a oni byli tacy głupi
wybierali „samokrytykę"
przyznawali się do wszystkiego
Jak opętani
wyli
To było nie do zniesienia
To mogło zdarzyć się
wszędzie

Nie broniła go argumentacja
ekspiacja
chęć uporządkowania
za wszelką cenę
stanu narodowościowego
absurdalne wielkie liczby

Nie przemówiła za nim frontowa
koszula
która mogła wisieć w szafie
z ciemnymi blaszkami krwi
buty
które nie mogły prosić o
nowe rzemienie
manierka w której uskarżałby się
ostatni łyk wody

ani wycięte orzechowe drzewa

Władcy umysłów

Władcy umysłów potrzebują teatru 
absurd jest ich największą siłą 
Beckett Beckett

Łapę lwa wygrzebuje
mocny podmuch wiatru
przypomina czas faraona
wylewy Nilu
cielsko krokodyla
i zjawiasz się na ustach kapłanów Ozyrysie

Wszędzie oczy i uszy królewskie
mury Bastylii
mroźne ściany Syberii
oflagi
stadiony zamienione na cmentarze

Uśmiechnięty Goebbels wśród dzieci
Doniosły moment
do powtórzenia w Korei Rosji Rumunii

Wznoszona wielkość 
(młode orzechy) 
Aleksander Wielki 
Neron Cezar Napoleon 
Czeng

Zabroniona mowa 
zakazane piosenki 
Zabrana ziemia

Rzeka krwi 
pozbawiona brodu 
szumiąca gniewnie

Andrzej Warzecha: Jesień z mostu (1998)

nakład wyczerpany nie ma w sprzedaży
warze

Stanisław Dziedzic
Wstęp do tomiku Andrzeja Warzechy
Ironista liryczny

Jesteśmy każdego dnia zarzucani nieprzebraną ilością słów. Znuężeni nadmiarem sygnałów, wśród których skarby i śmieci pojawiają się tak sam o nieoczekiwanie, mimochodem poświęcamy im coraz więęcej uwagi. Toteż tęsknota za komunikatem krótkim, a zarazem niosąęcym ważki ładunek wydaje mi się czymś naturalnym. Świadomie, choć nie bez żalu rezygnując z wielu artystycznych atutów — pragnę, aby moja poezja pokazywała pewne prawdy w sposób możliwie lapidaręny, prosty, aby była jednoznaczna (…) aby nikt nie był w stanie użyęwać tych słów w innych kontekstach wypaczając ich sens, aby byty im-pregnowane na zakusy różnego autoramentu manipulatorów po proęstu (1) – wyznawał przed laty Andrzej Warzecha.

Tym zasadom, tym założeniom pozostał wierny dotąd. Prostota lirycznej wypowiedzi, dyscyplina słowa poetyckiego, ironia, lakoęniczność, skłonność do aforyzmów sprawiają, iż jego poezja staje się bardzo nośna, posiada wartką konstrukcję myślową i kompozyęcyjną. Warzecha zdaje się unikać pojęć abstrakcyjnych i wieloznaczęnych, uznaje przy tym potrzebę ustawicznego zmagania się ze słoęwem, szukania jego sedna, wreszcie docierania do szeroko pojętej materii życia, do istoty prawdy. Unika obszarów wyeksploatowaęnych, niosących gotowe znaczenia, utarte schematy myślowe.

Nigdy nie piszę o tym – stwierdza w rozmowie z Anną Borową – co dobrze znam: poezja jest dla mnie wyprawą w nieznane, fakty, rzeczy pochwycone w sieć wiersza odsłaniają swe tajemnice, ujawęniają się pomiędzy nimi nieoczekiwane związki — istotą świata wciąż pozostaje paradoks.(2)

Biografię Andrzeja Warzechy znamionuje przemożna chęć poszuękiwania coraz to nowych doświadczeń, potrzeba odnajdywania nieęznanych miejsc i zdarzeń, próba ich porządkowania i hierarchizaęcji, a także swoisty dystans do otaczającej go rzeczywistości, nierzadęko postawa klerkizmu. Urodzony w Nowym Sączu w roku 1946, zaęnim podjął studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, uczęszczał do różnych szkół, imał się rozmaitych zawodów. Po ukońęczeniu szkoły podstawowej zapragnął zostać zakonnikiem, był nawet czas jakiś w nowicjacie księży jezuitów w Starej Wsi pod Brzozowem, uczęszczał krótko do Technikum Łączności, potem terminował w zawodach fryzjera i kelnera, był świetlicowym w jakiejś nowosądeckiej firmie, wreszcie po ukończeniu tamtejszego liceum wieczorowego, wyjechał w 1969 r. do Krakowa na studia. Był to okres znacznej aktywności środowisk artystycznych, w tym także młodoliterackich. W Krakowie, podobnie jak w innych ośrodkach akadeęmickich, powstawały liczne grupy twórcze, ogłaszano manifesty i programy literackie, wydawano wspólne tomiki poetyckie.

W listopadzie tegoż roku Andrzej Warzecha wespół z Jerzy Gizellą i Andrzejem Krzysztofem Torbusem powziął decyzję o powołaniu grupy literackiej „Tylicz”, do której dołączyło wkrótce kilku młodych poetów – m. in. Adam Ziemianin, Franciszek Brataniec i Wiesław Kolarz. Grupa nie posiadała wspólnego programu literackiego, bo – jak stwierędzi po latach Andrzej Warzecha – powstała bowiem na przekór gruępie „ Teraz” i w manifestach oraz programach ogłoszonych przez „ Teraz” członkowie dostrzegali niebezpieczeństwo konwencjonalęnego „wspólnego języka “. Duchowe i stylistyczne pokrewieństwo nie musiało zdaniem „ tyliczan” wynikać z teorii, przeciwnie, swoęboda, w której ujawnia się pewna jedność, miała być potwierdzeniem literackiego i duchowego pokrewieństwa.” (3) Nie mając sprecyzowanego programu, a nawet od takiego proęgramu stroniąc, mieli swego literackiego patrona. Był nim Jerzy Harasymowicz. Sama nazwa grupy była nawiązaniem do głośnej, nie istniejącej już wówczas harasymowiczowskiej „Muszyny”(4), Tylicz – kiedyś miasteczko, obecnie wioska – jest miejscowością o starodawnych tradycjach, położoną na obszarze „Kraju Łagodęności”(5), w pobliżu Muszyny. Kilku „tyliczan” pochodziło z tego regionu, wszyscy byli nim zauroczeni. W Tyliczu – z jego niewielękim krzywym ryneczkiem, starą cerkwią i zapuszczonymi domaęmi, w jego malowniczej, ale -jak się często mówi – zapomnianej przez Boga i ludzi okolicy, dostrzegali odwieczny porządek, proęste i szczere uczucia oraz obyczaje, bo -jak napisał sympatyzująęcy z grupą Józef Baran – tam, na tyłach świata każdy dom ogroędzony jest płotem dekalogu(6). „Tyliczanie”, preferując prywatęność i przewrotny antyintelektualizm, stronili przy tym od polityczęnej deklaratywności. Ich postrzeganie świata odbiegało dość zaęsadniczo od pełnego aktualnych zagadnień społecznych i polityczęnych języka ugrupowań „nowofalowych” – m.in. krakowskiej gruępy „Teraz”. „Tyliczanie” nie unikali problematyki społecznej, ale postrzegali ją w powiązaniu ze swymi małymi ojczyznami, rodzięną, domem, rodzimym pejzażem. Andrzej Warzecha, podobnie jak jego koledzy, uczestniczył w wieęlu imprezach młodoliterackich, spotkaniach autorskich, zjazdach, konękursach regionalnych i ogólnopolskich. „Tyliczanie” przez kilka lat brali udział, oczywiście indywidualnie, w konkursach literackich „O Jaszczurowy Laur”, organizowanych w krakowskim studenckim Klubie „Pod Jaszczurami”, zdobywając tam liczne nagrody.(7)

Stanisław Stabro, poeta związany wówczas z grupą „Teraz”, oceęniając literacką aktywność „tyliczan” jako szczególnie interesującą, zarzucił im wszakże tworzenie sentymentalnych, podkolorowanych obrazków. Spośród członków tej grupy najwyżej oceniał twóręczość Andrzeja Warzechy i Adama Ziemianina (8). Zdaniem Andrzeja K. Waśkiewicza była to jedyna na przełomie lat sześćdziesiąętych i siedemdziesiątych grupa (…) odwołująca się w swej twórczoęści do tradycji Skamandra i – raczej niepopularnej wśród młodych – poezji Harasymowicza i Nowaka(9). Szereg lat dzieliło debiut poetycki Andrzeja Warzechy na łamach „Życia Literackiego” (1968) od daty ukazania się jego debiutanckieęgo tomiku – „Białego paszportu”, wydanego nakładem Wydawnictwa Literackiego w 1975 roku. Były to lata intensywnych poszukiwań własęnej tożsamości artystycznej i warsztatu poetyckiego. Przynależąc do grupy literackiej „Tylicz”, Warzecha nie rezygnował z poszukięwań własnej drogi poetyckiej, nie podporządkowanej żadnym zbioęrowym potrzebom, kanonom ani modom. Jego świadomość daleka też była od sztucznie kreowanej świadomości pokolenia.

W roku 1972, kiedy pierwszym „tyliczanom” udało się opubliękować debiutanckie tomiki, ukazał się almanach grupy, wydany staęraniem Zarządu Wojewódzkiego Związku Młodzieży Wiejskiej w Krakowie i redakcji „Głosu Młodzieży” z okazji ogólnopolskieęgo seminarium „Industrializacja wyobraźni”. Redaktorem almanaęchu był Jacek Kajtoch. W przedmowie do tego almanachu Kajtoch stwierdzał, iż członkowie grupy: Nie unikają ani problematyki poęlitycznej, ani zagadnień uniwersalnych. Chcą tylko mówić o tych sprawach w kontekstach najbliższych: krajobrazu, społeczności reęgionalnej, mieszkańców prowincji. Pożądaną zawsze w poezji koęmunikatywność osiągają przez nawiązanie do języka potoczneęgo i tradycji ludowej (…) w każdym razie nie ulega wątpliwości, że (…) ich twórczość ewoluuje w różnych kierunkach. Jest to widoczęne przede wszystkim u Wiesława Kolarza i Andrzeja Warzechy, któęrzy co raz angażują się w problemy społeczne naszego czasu.(10)

Wkrótce po ukazaniu się tego almanachu Henryk Cyganik, wiernie towarzyszący „tyliczanom”, sformułował – na podstawie dotychczasowych dokonań grupy oraz głoszonych przez nią ogólnych założeń – istotę programu, który przecież programem nie był, nie zawsze też do poszczególnych poetów i ich twórczości przystawał.(11)

Właśnie w grupie „Tylicz” – napisze po latach Andrzej Kaliszewski – upatrywać należy prekursora antynowofalowej opozycji, która w połowie lat siedemdziesiątych przybrała formy programowej polemiki, za sprawą wystąpienia grup z kręgu tzw. nowej prywatności.(12)

 

Warzecha od najwcześniejszych swoich wierszy zmierzał do form lakonicznych, nierzadko posiłkując się dowcipem i dobitnymi pointami, lubił nawiązywać do tradycji epigramatu. Obserwując życie w jego w jego jednostkowym i społecznym wymiarze, z czasem coraz chętniej i częściej posługuje się paradoksem, aforyzmem, antytezą, coraz to częściej widać w tych wierszach potrzebę dystansu wobec bieżącego życia. Uprawia poezję intelektualną, choć nie stroniącą od codziennej rzeczywistości. Atmosferę jego wierszy tworzą w sposób przemożny kunsztowne metafory, liczne sentencje, a przy tym odżegnywanie się od taniej, jałowej retoryki. W poezji Warzechy zasadniczo brak jest otwartego buntu, nie brak za to ironii, zespolonej z nutą żalu czy sarkazmu. Tkwi w tych wierszach ostrzeżenie przed pomieszaniem kryteriów i hierarchizacji wartości. Tych wartości, które należy ocalić. Kompromituje fałsz i obłudne konwencje, odbierające życiu prawdziwy sens i piękno. Podobnie jak w przypadku Adama Ziemianina czy Józefa Barana (13), prowincja z panującymi tam prawami i moralnością, dystansowanie się od zagadnień politycznych i doraźności zasadniczo nie miały (poza okresem najwcześniejszym) znamion tkliwości podkolorowanego wizerunku czy sentymentalnej scenerii, tyleż wyidealizowanej, co mało rzeczywistej. Warzecha spośród członków grupy literackiej „Tylicz” najrychlej poszedł w swych artystycznych poszukiwaniach drogą odrębną, nie wyzbywając się wszakże swoich fascynacji, u podstaw których legły jego pochodzenie i środowisko, czy pokoleniowe dylematy.

Jeszcze przed ukazaniem się jego debiutanckiego tomiku Stanisław Stabro słusznie konstatował:

W wierszach Andrzeja Warzechy, jednego z najbardziej utalentowanych twórców tej grupy znalazł odzwierciedlenie proces estetyczny, decydujący dzisiaj o podziałach i animozjach w kręgu najnowszej literatury. W skrócie można by go określić jako przejście od sielanki do współczesności, od zmitologizowanego świata folkloru baśniowomitycznych fabuł do bezpośrednio pojmowanej rzeczywistości i jej artystycznego odpowiednika (…) Andrzej Warzecha wyróżnia się spośród tych poetów typem nowoczesnej świadomości, poszukującej nowych odpowiedników dla postrzeganych treści.(14)

Spóźniony nieco debiut książkowy – tomik „Biały paszport” – odbiegał swoją zawartością i kompozycją od wersji pierwotnej. W przeciwieństwie do debiutanckiego tomiku Adama Ziemianina, nade wszystko zaś Józefa Barana, nie został on szerzej zauważony przez krytyków, a tym bardziej doceniony. Dopiero po ukazaniu się trzeciego tomiku („Ciało obce”,1979) nabrali ono przekonania do byłego nieformalnego przywódcy „tyliczan” (zdaniem Ziemianina, Gizelli i Torbusa grupa zaprzestała działalności w 1974, Warzecha uważa, że nastąpiło to w roku 1977 lub 1978). (15) Gdy „nowofalowa”, krakowska grupa „Teraz”, będąca naówczas w okresie „burzy i naporu”, głosiła potrzebę „realizmu nienaiwnego”, tworzenia poezji zaangażowanej, drapieżnej, bezkompromisowej w dążeniu do demaskacji „fałszywej wiadomości”, a przy tym określonej jako poezja „intelektualnej prowokacji” i nie stroniącej od treści uniwersalistycznych – Warzecha stwierdzał wręcz:

Na przekór wam poeci
którzy haftujecie swój sztandar
w niezgrabne słowa manifestów
wiosna
potrafi zadziwić
lepiej niż wiersz
dlatego nie mijam
jej obojętnie
i polecam czytelnikom waszych poematów
 				 („Dedykacja”)

Andrzej Warzecha podejmuje zagadnienia dotyczące nie tyle koncepcji poezji i jej powinności, choć i tych nie pomija, ale raczej statusu społecznego poety. Uzasadniają one jego poczucie odrębności, bronią prawa do swobody i innego pojmowania świata, do słabostek, nawet błędów, zwalniają od rygorów oraz uciążliwości, które nie powinny dotyczyć poetów, albowiem:

obowiązkiem poety
jest przywitać
każdą jesień

na tej podstawie 
zwolniony jest 
od niedzielnych kazań
 i uroczystych    masówek
(„Regulamin")

W „Białym paszporcie” zawarte są wprawdzie utwory programowe o wyższości liryzmu nad deklaratywnością i retoryką, ale zaęgadnieniem wciąż powracającym jest życie małego miasteczka z proęwincji, jego rytm codzienny i odświętny. Nuda codzienna i piękne otoczenia karpackiej scenerii wzajemnie sąsiadują, sam zaś autor lubo patrzy na te małomiasteczkowe realia z sympatią, nie stroni przecież od głębszych refleksji, nierzadko ironii. Uwidacznia się tu próba ustalenia własnej tożsamości, poeta więcej uwagi poświęca sobie i kategoriom filozoficznym niż samej obserwacji świata. Zauważalny jest wreszcie nowy język literatury, charakteryzujący się znaczną abstrakcyjnością i siłą ekspresji. Warzecha wykazał już wówczas znaczną wrażliwość na konteksty społeczne, problematyękę małych ojczyzn, okazał też już wówczas skłonności do posługięwania się aforyzmami czy sentencjami. Nurt filozoficzno-aforystyczny, choć był już w tym debiutancękim tomiku znaczący, znalazł znacznie szerszy wymiar w następnych zbiorach wierszy. Obraz prowincji z „Białego paszportu” wyparta został w „Rodzinnym telewizorze” (1977) przez scenerię wielkiego miasta, a rodzinny dom zastąpiony został niby-domem, betonowyn blokiem, w którym żyje zbiorowisko anonimowych monad. Zamiast rodzinnego stołu, przy którym zbierała się co dnia rodzina, owego domowego miejsca usakralnionego, pojawia się telewizor, niszczący więzi między domownikami. Ten fetysz nowoczesności nie daje już innych związków nad kontakt człowieka z komunikatem. Dehumanizacja jest tym groźniejsza, że przychodzi niepostrzeżenie i róż szerzą zasięg zgubnego wpływu, a ludzie nie uświadamiając sobie tego zagrożenia, stają się często bezwiednie niewolnikami czyich poglądów, obiektem mniej lub bardziej przemyślanej manipulacji Zdaniem Warzechy telewizor stwarza zagrożenie „pójścia” na łatwiznę, jest synonimem intelektualnej kołomyjki, ucieczki od życia w dwuwymiarowy, uproszczony obraz z telewizyjnego ekranu.

Nawet nie zauważyłem 
jak od stołu przesiedliśmy się

przed rodzinny telewizor
przy którym
nie ma już miejsca
dla tatuowanych marynarzy
i żołnierza samochwała
nawet nie zauważyłem
jak w spisie lektur
znalazła się
i karta gwarancyjna
którą przechowujemy
jak metrykę
sławnego dziadka
                                     („Rodzinny telewizor")

Bezkrytyczna pogoń za zdobyczami cywilizacji i takaż spolegliwość wobec obliczonej na doraźny i kłamliwy efekt serwowanych informacji narzucają nieuchronnie prawa właściwsze dżungli niż cyęwilizowanemu społeczeństwu. Obok sił, które gnębiły Kafkowego Józefa K., pojawiają się więc nowe, groźne fetysze, m.in. prowaędzące do zniewolenia umysłu, manipulacji ludzkimi umysłami i zmyęsłami. Gorycz ironii przemawia w wielu wierszach tego tomiku. Drogą do odzyskania tożsamości jest powrót do korzeni. W wierszu „Z rubryki ogłoszeń” czytelnik znajduje trafną dla siebie diagnozę:

zamienię telewizor 
na duży 
rodzinny stół 
niech służy
     u moich 
     dwunastu pokoleń
(...)
A kiedy
przyjdzie czas
odejdziemy
od niego
trzymając się za ręce

Poeta ukazuje często zbanalizowany obraz poetyckiego świata, świata bezdusznego, zza którego widać pragnienie poczucia bezpieęczeństwa i ciepła ludzkiego. Dlatego w miejsce pobłażliwej ironii jawi się częstokroć bolesna autoironia, wyrazisty niedosyt naczelęnych wartości humanistycznych, poszukiwanie tych wartości i treści, które pozwalają człowiekowi pokonać wszechogarniającą alieęnację, odnaleźć sens głębszych potrzeb. W „Rodzinnym telewizorze” zauważyć nietrudno zarówno poęgłębioną refleksję nad porządkiem świata, a także, w odniesieniu do „Białego paszportu”, wyraźne poszerzenie perspektywy oglądu tego świata oraz oceny zachowań ludzkich. Skurczyły się dzięki zdobyęczom techniki odległości między ludźmi, świat ery telewizyjnej stał się wielką wioską. Stworzone zostały możliwości szerokiego uczestęnictwa w wielkiej wspólnocie społecznej, ale w świecie współ-czesnych antynomii nowe fetysze i pseudowartości przesłaniają warętości ogólnoludzkie, humanistyczne. Często są one z całą bezwzględęnością eliminowane jako anachroniczne i trudne. Występujący na coraz szerszą skalę w twórczości Andrzeja Warzechy aspekt etyczno-moralny zbliża jego lirykę do twórczości Zbigniewa Herberta. Tomik „Rodzinny telewizor” uznano za poetycką spowiedź wędrowęca, poszukującego w warunkach współczesnej cywilizacji własnej drogi artystycznych poszukiwań i własnego systemu wartości. W licznych lirykach osiąga Warzecha mistrzostwo w zakresie umieęjętności łączenia lakoniczności co do objętości tekstu z jego nośnoęścią merytoryczną czy rozbudowaną obrazowością. Zwłaszcza że wiele z nich można by nazwać bez mała fabularnymi. Poeta stał się poniekąd odszczepieńcem w tym zakresie – takich bowiem wieręszy pojawiało się już wówczas coraz mniej. Spośród „tyliczan” wyęróżniał się od początku nowoczesną świadomością, szerokością hoęryzontów poznawczych i artystycznych. Poeci, którzy pragnęli poęzostać wiernymi młodzieńczym fascynacjom, skazywali się czasem na stylizację, częstokroć na jakieś samonaśladownictwo, powroty do utartych już wzorców, które nosiły nierzadko znamiona wtórności. Poetycka twórczość Andrzeja Warzechy nie nosiła nigdy tych znaęmion, a tym bardziej monotematyczności. W trzecim tomiku („Ciało obce”, 1979) znalazła potwierdzenie dalsza uniwersalizacja podejmowanych zagadnień, a więc kwestie natury ontologicznej, pytania o granice abstrakcji, sprawy metafięzyczne, wreszcie o metafizykę liczb (16). Coraz szerzej pojawiały się motywy społeczne, nawet polityczne, mocno zespolone z zagadnieęniami moralnymi. Poeta pragnie poznać motywacje determinujące ludzkie zachowania czy związane z nimi kryteria wyboru. W wieęlu wierszach nietrudno było dostrzec coraz więcej goryczy, iroęnii i pytań bez odpowiedzi. Utrata wiary w arkadię poetycką, czy tylko postawa sceptyka? Tomik „Ciało obce” przyniósł szeroko poęjętą, osadzoną w wielu płaszczyznach demaskację blichtru, codzienności i rzeczywistości współczesnej, nadmiernie dumnej z osiągnięć, które daje nauka i cywilizacja, ale częstokroć odległych od wartoęści humanistycznych, zasadniczych. Już pierwszy wiersz, „Bóg i liczęby”, przynosi zapowiedź treści, przytłaczających współczesny świat, czyniących życie ludzkie wysoce odhumanizowanym, wobec któęrych człowiek staje się bezsilny i absurdalnie wyalienowany:

Jakże niepodobny 
do innych Bogów 
jest Bóg liczby

Wszystko co ludzkie 
jest mu obce 
Wszystko co obce
w nim jeszcze

A więc: liczba – obsesyjny poetycki rekwizyt, pojawiający się naęmolnie i gęsto. Aż do granic przerażenia. Liczba, która jest wiarą, prawędą, emocją. Zimna, bezduszna, obojętna. I wszechmocna. Najwiękęszy i najważniejszy sukces naszej cywilizacji, „samogłoska wszechświaęta”. Idąc śladem poetyckiej myśli i metafor, którymi posługuje się Wa-rzecha, aby udowodnić bezsens wszechpanowania Liczby – szybko traęfimy na sens jej apologii. Jest to bowiem apologia przewrotna, demaęskatorska i ta chłodna Liczba dąży do dyktatury, do jedynowładztwa nad naszymi myślami, sumieniami, uczuciami.(17)

Andrzej Warzecha nie zaprzecza nauce jako takiej, broni wszakże jednostki przed groźbą zepchnięcia w rytm wszechogarniających taęnich uogólnień, mitami statystyk. Pragnie ustrzec człowieka przed zatraceniem jego niepowtarzalnej indywidualności. Ten świat liczb, intrygujący i zdumiewający swoją tajemniczością, jednocześnie odępycha, zraża chłodem, bezwzględnością i bezdusznością.

Szczególne uznanie przyniósł poecie tomik „Błędny ognik” (1982), wydany podobnie jak poprzednie nakładem Wydawnictwa Lięterackiego, uhonorowany Nagrodą im. Stanisława Piętaka. Boga Liczb zastępuje w nim, nie nazwany tak wprawdzie. Duch Historii. Znaczęna część wierszy wchodzących do tego tomiku pochodzi z lat „owych”, lat wielkiego przełomu – 1980 i 1981. Nie pozę kapłana wielkich zdaęrzeń i nie stanowisko ironisty przyjmuje poeta, ale raczej pozycję czujęnego sceptyka. Powściągliwość poetyckiej wypowiedzi czyni z tych wierszy lirykę obywatelską, jednakowoż wystrzega się Warzecha reętoryki politycznej. Skłaniając się nierzadko ku poetyce przypowieści, tradycyjnie lubuje się w tworzeniu sentencji i aforyzmów.

Potykając się z historią, Warzecha staje po stronie „stuletniego namysłu “. Przyznaje się do wiary w istnienie porządkującej siły, będącej jak gdyby połączeniem Demiurga i Pantokratora. Sama historia przekracza nas bardzo, ale też nadaje sens, wychodzący poza nasze możliwości percepcyjne.(18) W wierszu „Historia” stwierdza:

to co było
jest jeszcze
i jest z pewnością
to co kiedyś będzie

„Błędnemu ognikowi”, a także wcześniejszym dokonaniom poetyckim Andrzeja Warzechy poświęcił swoją wypowiedź dla „Noęwych Książek” Artur Sandauer, który kilka lat wcześniej powitał nieęmal entuzjastycznie pierwsze tomiki zaprzyjaźnionego z grupą „Ty-licz” oraz z samym Warzechą „poetę serca” – Józefa Barana. Wysoce krytyczny wobec „nowofalowych” grup literackich, przeciwstawiał im kolejnego „młodokrakowianina”

Warzecha — stwierdzał – jest raczej poetą refleksyjnym, przyswoił sobie znakomicie umiejętność skrótu, niektóre jego wiersze są napięsane, powiedziałbym, na modłę chińskich aforyzmów. Warzecha -mimo że z zawodu dziennikarz -patrzy na wydarzenia nie z perspekętywy chwili aktualnej, ale stulecia. Wystarczy zacytować „Kronikę”: Kto zaczął pyta rozgniewany król po przegranej bitwie Ty panie odpowiada kronikarz z godnym historyka stuletnim namysłem Wiersz tak dowcipny i skondensowany (…). Zresztą większość wieręszy Warzechy jest zrobiona według przybosiowskiej zasady „najęmniej słów”.(19) Blisko połowę zawartych w tym tomiku wierszy stanowiły utwory bardzo krótkie, zdradzające nie skrywaną tendencję poety do wypoęwiadania się w skrajnie lakonicznych formach, napotykanych już, choć nie na tę skalę, w tomikach wcześniejszych. Czasem nieco błazeńskie, przewrotne, z pewną dozą ironii, zawierają niemały ładuęnek emocjonalny i duchowy, nierzadko głęboki i wieloznaczęny w swej wymowie. Warzecha lubi odwoływać się do doświadczeń historii, do pamięci zbiorowej, jako świadomości historycznej, zarówno w odniesieniu do praw rządzących dziejami, zdarzeń hięstorycznych, jak również do konkretnych postaci. Postrzega te zaęgadnienia nie jako swoisty teatr dziejów i ludzi w tak pojętym teęatrze występujących, lecz nade wszystko jako konieczność uczestęnictwa w kształtowaniu historii, wpływaniu na jej bieg i porządek. Uderza w nich nierzadko poczucie obecności historii, miejsca w hierarchii społecznej i powinności stąd wynikających:

Wracaliśmy 
wracamy
wracać będziemy 
młynarczyk do młyna 
książątko do pałacu 
parobek do stajni 
naród do historii
                                               („Dzieciństwo")

Podejście poety do historii pełne jest rozumowego wyrachoęwania, pozbawione szalonych porywów, aromantyczne, bliższe poęstawie mędrca poszukującego ładu w celu przezwyciężenia chaosu. Owo stałe poszukiwanie jakiejś prawdy powoduje, że podmiot liryczęny nie staje bierny wobec zdarzeń, aktywnie stara się współtworzyć świat, dotrzeć do jego istoty, ale poszukiwanie prawdy przybiera różne kształty zwodzące niczym błędny ognik (…) (20). W 1986 r. ukazał się wybór wierszy A. Warzechy – „Diabelskie koło” – dokonany przez autora z poprzednich tomików. Nie był to wszakże wybór zwyczajny, zależało bowiem poecie na stworzeniu tomiku nowego, skomponowanego jako całość, w układzie bardziej merytorycznym niż chronologicznym, wzbogaconego o wiersze doętąd nie publikowane, z nielicznymi korektami dawnych tekstów. Toęmik poprzedzony został wstępem znanego krakowskiego poety i kryętyka, Andrzeja Kaliszewskiego. W tak skomponowanym „Diabelskim kole” ścierają się poniekąd dwie tendencje oglądu świata: w polu zaęwężonym, zmierzającym do indywidualizacji zjawisk i podmiotów, do fascynacji tym, co małe, kameralne i z rzadka postrzegane; z drugiej zaś strony autor lubi postrzegać świat, ludzi i prawa rządzące codzienęnością w szerokim kontekście, w sieci powiązań i zależności. Słowem: pragnie życie i świat widzieć jako całość, nie zatracając przy tym właęściwych temu światu proporcji i perspektyw. Warzecha, zmierzając coraz pełniej do form lakonicznych, zwykł pointować wiersze dowcipnie, z niemałą przewrotnością i dobitnie nawiązując nierzadko do tradycji epigramatu. Nie stroniąc wszakże od codzienności, coraz częściej dystansuje się od bieżącego życia, posługuje się z upodobaniem paradoksem, antytezą, aforyzmem, tworzy poezję o silnym piętnie osobistym i intelektualnym. Owa nieęzależność postawy twórczej wysoce znamionowała kolejny tomik poetycki – „Pieniądze dla umarłych” (1987), wydany nakładem Pańęstwowego Instytutu Wydawniczego. W programowym poniekąd wierszu, choć zamieszczonym pod koniec tomiku, a zatytułowanym „Śmiertelna pomyłka”, pisał:

Wszystko na właściwym miejscu
określone poglądy
wyraźny adresat
czytelne przesłanie
To jest właśnie
śmierć wiersza

Warzecha nie wskazuje zatem jednoznacznie, dokąd zmierza. Stroni od podpowiadania wprost, sugeruje zaledwie, czego należy unikać, co trzeba przemy sieć. Wystrzegając się więc jednoznacznoęści, polemizuje z tymi, którzy preferują potrzebę wyrażania sądów kategorycznych. Dokonuje autor w tym tomiku próby bilansu naszeęgo kończącego się stulecia, podkreślając przy tym, że wielu fundaęmentalnych spraw wciąż nie zdołano rozstrzygnąć, a postęp naukowo-techniczny, z którym wiązano tak wielkie nadzieje, okazał się w wielu zasadniczych kwestiach wysoce zawodny, budzi też uzasadniony niepokój. Nie mniej groźne staje się- zdaniem Andrzeęja Warzechy – dotkliwe, choć nie zawsze uświadomione spustoszenie świadomości, swoiste pomieszanie języków, ekspansja fałszy-wych wartości i wypieranie tradycyjnych, pojmowanych jako unięwersalne wartości etycznych, skoro już diabeł:

bożym słowem 
zaczyna wychwalać 
uroki piekieł
                       („Sztuka interpretacji")

Ileż tu celnych przemyśleń i opinii o naszym narodzie, o pojmowaęniu przezeń dziejów ojczystych, ethosie walki, wreszcie stereotypach myślowych, nawykach tak niełatwych do rewizji i zmian, a często pełnych zwykłej skłonności do taniej powierzchowności:

O Panie Włochów i Hiszpanów
któryś w piosence
grzechu, gniewie
czemużeś u nas tylko w bitwie
dlaczegoś dla nas tylko w niebie
                                            („Nad Wisłą")

W skromnie wydanym nakładem Oficyny Konfraterni Poetów niewielkim rozmiarami tomiku „Przy rodzinnym stole” (1991) poęmieścił autor wiele wierszy, pisanych nutą serdeczną, poświęcoęnych najbliższym – żonie, synowi, rodzinnym stronom, domowi, rodzimym tradycjom, nade wszystko zaś odnajdywaniu i potrzeębie budowania więzi miłości i życzliwości, które życiu nadają sens najpiękniejszy i pełnię szczęścia, odmieniające niewygody codzienęności:

Było ci zimno
i przytuliłaś się do mnie
Dlatego
kocham mróz
ja
który nienawidzę zimy
                           („Pochwała mrozu")

Niezwykłej urody liryki o matce, pełne ciepła, wdzięczności i płyęnącej stąd otuchy, rozmyślania przy wigilijnym stole, wreszcie cykl dwunastu lakonicznych liryków poświęconych miesiącom, a osadzoęnych w polskim krajobrazie i narodowych doświadczeniach -naleężą do najpiękniejszych w dorobku artystycznym Warzechy.
Tomik „Matka atlety”, wydany w 1995 r. nakładem Oficyny Konfraterni Poetów, potwierdził raz jeszcze literackie horyzonty Waęrzechy, artystyczną i intelektualną nośność jego wierszy. Wiele z nich poraża prawdą o konieczności odchodzenia, czasem wręcz zapowieędzią nadchodzącej zagłady wewnętrznie skłóconego, rozchwianego etycznie świata. Pogodzony z przemijaniem, świadom nieuchronęności tego przemijania i odradzania, staje ponad obawy intuicyjneęgo przeczucia trudnych nieraz do zaakceptowania reguł ludzkiego bytowania. W „Smutku radości” stwierdza więc:

Ziarnko grochu 
zakopane w ziemi 
jest początkiem śmierci

Paradoks, przeciwstawienie się powszechnemu przeświadczeniu, iż nie ma bardziej trafnego symbolu odradzania się życia niż wschodząęca roślina. Jednak Warzecha ma rację, bowiem w rzeczywistości naęrodziny ludzkie, zwierzęce, roślinne- zawsze przecież są początkiem drogi, na której nieuchronnie czeka Ona – Śmierć (21) W tych wierszach Warzechy coraz bardziej widoczna jest jedęnocześnie jakaś potrzeba nadziei, przekora, próba odporu wobec nie zawsze sprawiedliwym, logicznym i akceptowanym prawidłom świaęta. Nadzieja łączy się z umiejętnością i potrzebą oswojenia rzeczyęwistości, uświadomieniem potrzeb:

coś jednak we mnie umiera 
coś się jednak rodzi 
jestem jeszcze
 jak ziemia wyczekująca pogody
 (Żyję)

W latach 80. wydał Andrzej Warzecha dwa niewielkie rozmiarami tomiki wierszy dla dzieci – „Zimowy spacer” (z ilustracjami Andrzeja Mleczki) i „Krótki wierszyk ze słoneczkiem”, oba nakładem Ośrodka Kultury Wsi „Scena Ludowa”. Zarówno drugi („Krótka ballada o wiecznej miłości”, 1993), jak i trzeci wybór jego wierszy („Rajęski ogród”, 1996) wydane zostały przez krakowską oficynę „Miniaętura” w układzie i zestawie zaproponowanym przez autora. Zawieęrają one liryki pochodzące z wszystkich dotychczasowych tomików poetyckich Andrzeja Warzechy. Choć poeta stroni od doraźnej deklaratywności, bliższa mu bowiem postawa klerka niż mniej lub barędziej jednoznaczne zaangażowanie polityczne czy społeczne, niektóęre jego wiersze posiadają taki, nie wypowiedziany wprost podtekst. Nieprzypadkowy jest też tytuł ostatniego tomiku wyboru wierszy „Rajski ogród”, pochodzący od wiersza, którego nośność ubogaęcił autor poprzez wielość interpretacji, z polityczną włącznie:

Nie uprawiał, bo nie miał czasu 
nie miał czasu, bo czuwał 
Czuwał, bo nie dowierzał.
Nie dowierzał, bo nie był pewien
i powiesił się ogrodnik 
w swym rajskim ogrodzie.

Jak zauważa Roman Wysogląd, Warzecha osiągał dany tylko nielicznym próg czystości wiersza:
A poza nim rozciąga się już tylko kraina poetyckiej łagodności, co naturalnie nie oznacza pogodzenia się poety z losem, wręcz przeęciwnie – co powinno tylko zaowocować jeszcze piękniejszymi i mąędrzejszym i wierszom .(22).
Niniejszy wybór wierszy, zawierający zarówno liryki pochodzące z wszystkich dotychczasowych tomików, jak i teksty dotąd nie puęblikowane, tę opinię dodatkowo uwiarygodni, ale i wskaże potrzebę jej pełniejszego dodatkowego uczytelnienia.

Stanisław Dziedzic

1 Przywrócić poczucie utraconej harmonii…, Anna Borowa rozmawia z Andrzeęjem Warzechą, „Walka Młodych”, lipiec 1983
2 Op. cit.
3 Cyt. za: Ewa Głębicka, Grupy literackie w Polsce 1945 1980, leksykon. Waręszawa 1993,s. 395
4 W skład działającej w latach 1957-61 grupy ,,Muszyna” wchodzili m.in.: Jerzy Harasymowicz, Jan Zych (do 1958 r.), Jan Stoberski, Teresa Socha-Lisowska, od 1959 r.: Krystyna Kleczkowska, Ryszard Kłyś, Leszek Maruta, Janusz Roszko, Tadeusz Śliwiak, Elżbieta Zechenter, a od 1960 r.: Tadeusz Nowak, Marek Skwarnicki
5 Określenie Jerzego Harasymowicza
6 Józef Baran: Na tyłach świata
7 Zob: Stanisław Dziedzic: Monografia Klubu ..Pod Jaszczurami”, Kraków 1980
8 Zob. „Akcenty” 1973, nr 3
9 Andrzej K. Waśkiewicz: Formy obecności,, nieobecnego pokolenia “, Łódź 1978, s. 89 90
10 Cyt. za: Andrzej Kaliszewski, Małe jest piękne. O poezji Andrzeja Warzechy, „Tu i Teraz” 1984, nr 49 ”
11 Henryk Cyganik, Poezja w człowieczym pejzażu, „Gazeta Krakowska” 1973, nr 23
12 Andrzej Kaliszewski, Małe…, op. cit
13 Zob. Stanisław Dziedzic, Poeta świętej powszedniości, [w:J Adam Ziemianin, Dom okoliczności łagodzących, Kraków 1995; Stanisław Dziedzic: Między afirmacją a niezgodą, [w:] Józef Baran, Mała kosmogonia, Kraków 1994
14 Stanisław Stabro, .. Tylicz” i inni, „Akcenty”, czerwiec 1973
15 Szerzej: Ewa Głębicka, Grupy literackie…, j w.
16 Henryk Cyganik, Liczba świata, „Gazeta Południowa”, 11.04.1980
17 Op. cit.
18 Andrzej Kaliszęwski, Małe…, op. cit
19 Pogoda dla wytrwałych, czyli o starej i nowej fali i krakowskiej grupie „Tylicz”, z Arturem Sandauerem rozmawia Michał Łukaszewicz, „Nowe Książzki, marzec 1983
20 Ryszard Bednarczyk, błędny ognik, Tak i nie, 1983, nr 14
21 Andrzej Kozioł, Puma światła, Dziennik Polski 1996, nr 10
22 Roman Wysogląd, W stronę czystości, Wiadomości Kulturalne 1996,nr 33

 

 

 

 

Kim jestem

Bez aktu urodzenia 
świadectwa chrztu 
bez tych kilku cenzurek

Kim jestem
bez urzędowej opinii
poważnych referencji
bez dokumentów i odpisów
nie szczepiony
na ospę i dur
kim jestem

Bez wojskowego przydziału
nie wpisany
na żadną listę
bez nazwiska nad wierszem

Kim jestem

Poeta czytaj błazen

Serce powiedziało mu - nie 
rozum powiedział mu - tak 
on jednak
błazeńskim sposobem 
poszedł własną drogą

Pokonany

Przegrałem 
powiedział mędrzec 
zwyciężając na pięści

Błędny ognik

Pamiętam z dzieciństwa 
że pracował na bagnach 
zwodząc utrudzonych wędrowców

znudziła go widać 
sława lokalnego bohatera

wydoroślał
zmężniał
ale się nie zmienił

od jakiegoś czasu 
dowiaduję się
że na podmokłej łące świata 
błąka narody

Wiosenna gorączka

Wielkie pod ziemią 
poruszenie 
podbiał się budzi 
i kaczeniec

Pąk się obraca 
w stronę słońca 
dziewczyna chłopcu 
mówi zostań

Wieczna stójka
         pamięci mojej Mamy

Uliczka, dom
ścieżka i rzeka

Tam teraz stoję
Tam na nią czekam

Krzysztof Lisowski: Piętnaście tysięcy dni (1995)

nakład wyczerpany nie ma w sprzedaży
lisowski

Wstęp do tomiku Krzysztofa Lisowskiego

l. Krzysztof Lisowski jako poeta zadebiutował w wieku 21 lat. Jego pierwszy zbiór wierszy Próba obywatelstwa ukazał się w roku 1975, a więc przed książkowymi debiutami Anny Czekanowicz, Romana Chojnackiego, Tomasza Soldenhoffa i Władysława Zawistowskiego – czołowych poetów pokolenia tzw. Nowej Prywatności, zwanego także pokoleniem Nowych Roczników. I chociaż wiersze Lisowskiego znalazły się w antologii Poeta jest jak dziecko (1987), będącej podzwonnym dla tej generacji, to jednak trudno byłoby go uznać za typowego przedstawiciela tego ruchu. Autorowi Piętnastu tysięcy dni obce były i pozostają między-pokoleniowe spory, krzykliwe manifesty, kolektywne formy uczes-tniczenia we współczesnym życiu literackim, chociaż nie sposób nie wspomnieć, że w tamtych czasach Lisowski współtworzył – obok Macieja Chrzanowskiego, Andrzeja Kaliszewskiego i Janusza Lenczowskiego – grupę poetycką “My”, kto wie czy nie najoryginalniejsze ugrupowanie artystyczne drugiej połowy lat 70. W jednostronnym dialogu z milczącą wówczas Nową Falą Lisowski nie brał jednak udziału. Jego liryce od początku obce było jakiekolwiek zaangażowanie w społeczną doraźność i aktualność polityczną. W wierszu *** (nie mogę napisać…) ze swego debiutanckiego tomiku stwierdził: nie mogę napisać tego wiersza nie jestem posłany nie mam objawienia – zgłaszając tym samym swój akces do zakonu tych twórców, dla których poezja jest świętą mową, wyrazem natchnienia, by nie powiedzieć dopustem Bożym, wreszcie – sztuką. W dedykowanym Andrzejowi Kaliszewskiemu utworze *** (kiedy podnosisz grzebień…), z drugiego zbioru Wiersze (1977), Krzysztof Lisowski – żeby nie było żadnych już wątpliwości – w centrum swego artystycznego zainteresowania postawił “więźnia okoliczności”, czyli człowieka, osobę ludzką z całą jej nędzą i przeciętnością, ale także – z jej wielkością, wynikającą z podobieństwa do obrazu Stwórcy.

Dwa podstawowe zagadnienia, zajmujące od tego czasu lirykę Lisowskiego, to z jednej strony problem pamięci, z drugiej natomiast kwestia wolności. “Niepamięć jest dokładniejsza od twojej pamięci / Potrafi zapamiętać każdej chwili ziarno” pisał poeta – i chyba nie tylko sobie ku przestrodze – w utworze Niepamięć ze zbioru Wypożyczalnia i inne wiersze (1979), ale w wierszu Noszący pamięć z tomu Pewne kręgi mistyków (1982) opisał wspólnotę, tych wszystkich, dla których pamięć jest funkcją egzystencji:

Stoimy tam chwilę, ostatni łącznicy z naszego świata, 
wiatr gasi świeczkę. Szepczemy, wymieniamy hasła 
przez wszystkich zapomniane.

Pamięć nie tylko daje wiedzę o tym, co bezpowrotnie przeminęło, ale także poczucie ciągłości historii i tradycji, ponadto wyobrażenie o tym, co nas czeka i spotyka, ale co najważniejsze daje poecie – i każdemu z nas z osobna – wiarę, że jest się cząstką otaczającego świata. Dzięki niej człowiek może zaznać smaku wolności. I nie ma większego znaczenia, że -jak to Lisowski opisuje w przejmującym wierszu Wolność ze zbioru Drzewko szczęścia (1980) -jest to jednak gorzkie przeżycie:

naprawdę wolny jesteś w bezsilności swojej
gdy żadnej myśli nie da się odpędzić 
naprawdę wolny jeszcze trochę jesteś 
gdy strach największy serce ci zawęźli

2. Tom Ciemna dolina (1986) Krzysztof Lisowski otworzył wierszem Poezja jest zmęczona. Jednak z tej tytułowej konstatacji Lisowski nie wyprowadził żadnego negatywnego programu artystycznego czy społecznego. Wręcz przeciwnie, złożył tam wyznanie wiary w tajemniczą i magiczną moc słowa. Dzięki temu, w dialogu z groźną współczesnością, Lisowski nie musi przywoływać – spełniającego konsolacyjną funkcję – mitu arkadyjskiego. Jego argumentem jest męski spokój, wewnętrzne opanowanie z jakim relacjonuje swoje życiowe doświadczenia.
W dorobku Krzysztofa Lisowskiego znajdziemy wiele wierszy świadczących o konsekwentnym przekonaniu o potrzebie przywracania naszej egzystencji ładu etycznego. Ten poeta nie ukrywa, że wierzy, iż nikt nie ucieknie swemu przeznaczeniu. W wierszu Wyznanie mówi wprost, że niezależnie od okoliczności i przypadków, będzie nadal szukał “najpotrzebniejszych słów”, bowiem cele stoją przed nim jasno wyznaczone: “żeby spłacić dług wobec Ciebie i serca / żeby dobrze wypełnić swoje zadanie”.

Etycznym obowiązkiem człowieka pozostaje obrona podstawowych wartości, takich jak prawda, ufność, wierność, a nade wszystko utrzymywanie pełnej gotowości moralnej do przyjęcia najdonioś-lejszych zobowiązań wobec siebie i bliźniego. Nie dziwi więc, że w utworach Lisowskiego tak dobitnie została zaakcentowana obecność adresata lirycznego (niekiedy jest nim sam mówiący podmiot) i jeszcze bardziej obecność tego trzeciego. “On” jest poza wszystkim ciągłym świadkiem naszych słów i czynów.

Może właśnie
w tej czarnej przegrodzie
w godzinie dotkliwego wiatru
stoi nade mną

-jak napisze Lisowski w wierszu Oto nadchodzi z obłokami. “On” jest nauczycielem, przewodnikiem i mistrzem, wyprowadzającym z “ciemnej doliny” w światłość. Dzięki “Niemu” podmiot Lisowskiego określa tak jednoznacznie potrzebę międzyludzkiego braterstwa i pokrewieństwa, wszak wszyscy jesteśmy “jego” dziećmi, które “poznają szybko że ból /to brat twojego bólu“. W przebłysku świadomości podmiot określa własną rolę i funkcję, odnajduje swoje miejsce w porządku natury i biegu dziejów. Jest to jak olśnienie: “Całe życie spodziewałeś się spadku, / a to ty jesteś dziedzictwem” – czytamy w wierszu Dziedzictwo.
Zapewne dlatego poetycki świat Lisowskiego nie jest fenomenem politycznym, ale geograficznym i przyrodniczym. Człowiek Lisow-skiego istnieje wobec innych ludzi nie w wymiarze ideologicznym, ale już to moralnym, już to duchowym, wobec rozrzuconych po świecie przyjaciół, dzięki którym możliwe i konieczne są liczne podróże poety i wobec najbliższych: żony, córki, matki, ojca, dzięki którym możliwe i konieczne są powroty do domu.

Przeżycie siebie w roli podróżnika jest równoznaczne z odczuciem i zrozumieniem najgłębszej ludzkiej solidarności, solidarności tych, którzy opuścili dom rodzinny, wspólnoty samotnych szukających drogi: rozmawiam z sobą w nocy na poddaszu i coraz głośniejszy staje się gwar światów i coraz głębiej wchodzą w tłum podróżny – pisze Lisowski w Domu przy Glenmorris St. w zbiorze Wieczorny spacer (1992). Poszukiwana droga jest także drogą do domu, na nowohuckie osiedle Drugiego Pułku, do Krakowa (Bielany w czerwcu), wreszcie drogą do Boga. Poszukiwanie Boga w świecie określa tożsamość podmiotu, od której nie ma wyzwolenia, a która jest wyzwoleniem (przeczytajmy pod tym kątem znakomity cykl Pogubione obrazy), bo jest wypełnieniem zadania (Wyznanie), spłacaniem długu życia. Podróż – jak czytamy w Roncesvalles Avenue: “bez wyraźne celu rozpoczęta podróż” – jest więc funkcją egzystencji. Temat ten w dojrzałej poezji Lisowskiego ma znaczenie dosłowne i symboliczne. Bohater liryczny odbywa wędrówkę nie tylko w czasie i przestrzeni ale również poza nimi, do samego siebie.

3. W swoich wierszach Krzysztof Lisowski stara się o powściągliwość i dyskrecję. Pragnie mniej, niż więcej. Tym, co go interesuje najbardziej jest odnalezienie, “bezpieczeństwa miłości” (Sobie na trzydzieste urodziny), dla siebie, żony, swoich dzieci, dla najbliższych. Jego konfesyjna liryka, utrzymana w wyciszonej tonacji i klasycystycznej poetyce, to świadectwo życia zgodnego z porządkiem natury, z odwiecznymi prawami. Jak rzadko który poeta, Lisowski nie naprawia świata, dzieła boskiego stworzenia, w którym cudem jest już jego rytm, błogosławiona pewność, że “trawa i zioła wyrosną o zwykłej porze”. Ograniczając się do postrzegania tego co jest wokół, na wyciągnięcie ręki, Lisowski rezygnuje z opisu świata w całości i tylko dzięki temu “świat Lisowskiego” staje się prawdopodobny.
Liryka Lisowskiego, to zobaczenie świata na nowo. Nieprzypadkowo chyba w wierszu zatytułowanym Redukcja, mówi: “uczę się od początku / sztuki patrzenia chodzenia“. Patrząc na świat oczami własnych dzieci, poeta ma wreszcie szansę dostrzec tę niezwykłość istnienia, której z wiekiem nie zauważamy aż tak wyraziście. Tylko ten, kto na własne oczy zobaczył jak powstaje świat (jeden z najdonioślejszych wierszy Lisowskiego to Stworzenie świata), dziękując Bogu “za to, że w niedzielę nie opuściła mnie nadzieja / i chciałem przeżyć cuda dni i lat następnych” (Podziękowanie), będzie miał absolutną pewność, tego co mówi jego słowo nie jest tylko estetycznym popisem. Swoją siłę duchową opiera poeta na wierze, że jest -jak każdy inny – narzędziem w ręku Boga. W wierszu *** (żałowaliśmy lipcowego dnia…) żywi więc nadzieję:
że odwróci się strona Księgi
i w innym dniu rozpoznamy
spokój tych dobrych godzin.

Z pokorą przyjmując swój los, wypełniając sobie pisane przeznaczenie, poeta oczyszcza swój język z wszelkich dwuznaczności. Ale redukując zasób środków ekspresyjnych, Lisowski nie zubaża zakresu swych twórczych kompetencji. W perfekcyjnych – ut pictura poesis – lirycznych notatkach, takich jak wiersz Ranek:
I znów trzepocze listek,
drży,
ugina się pod kroplą
.
– natura przygląda się zdziwiona samej sobie, niczym w lustrze bez skazy. Nie trzeba zbyt wielu słów, żeby opisać cały świat, jeszcze mniej, aby dowieść swojej w nim obecności. Stąd zwrot Lisowskiego ku formie haiku, tak kategoryczny i manifestacyjny w tomie 99 haiku. Inne wiersze (1993).Świat opisany w tym zbiorze jest cząstkowy i znikomy, a jednak aspiruje do bytu doskonałego, bowiem – jak przecież wiemy – w przypadku i w szczególe przegląda się natura wszechrzeczy. Co więcej, od tego właśnie zależy porządek całości „światełko przed krzakiem/czarnego bzu/podtrzymuje świat”. Skoro więc wszystko jest ważne – każdy drobiazg, najmniejszy element – wyzwaniem dla poety jest opisanie świata rozumianego jako harmonia absolutna. Czasem haiku jest teraźniejszość. Wszak poeta opisuje świat, który staje się na jego oczach. Jednocześnie jest to rzeczywistość, która trwa i wydaje, że będzie wiecznie. Utrwalając chwilę, poeta postępuje tak, jakby była nią wieczność. Czas teraźniejszy opisywanego świata okazuje się więc nieprzemijający. Cykl poetyckich listów, zamykających Piętnaście tysięcy dni, wybór wierszy Krzysztofa Lisowskiego z lat 1975 – 1995, jest z jednej strony rekapitulacją jego dotychczasowych doświadczeń poetyckich, z drugiej zaś otwarciem nowego rozdziału twórczego. Nie ulega jednak już dziś wątpliwości, że Krzysztof Lisowski pozostaje w tych listach wierny sobie. Jak czytamy w Liście 21, czerwcowym:
poeta nie przestaje
podglądać świata
tropi szczegóły
utrwala błyskawice
pasie wielki głód
Ten wielki głód jest oczywiście żądzą poznania. Zrodziła ją afirmacyjna postawa poety wobec świata. Jej wyrazem jest niemal każdy wiersz Krzysztofa Lisowskiego. Pełna aprobata rzeczywistości przypomina nam o potrzebie ocalenia naszych pierwszych zachwytów, naszych olśnień, bez których nie umielibyśmy zobaczyć świata, który był i jest. I będzie. Jeszcze przez chwilę.

Janusz Drzewucki

 

 

 

Nowe czasy

Po końcu świata
obudzimy się o niebo lepsi
wstaniemy cicho do swoich zajęć
ustawimy za oknami wypróbowane krajobrazy
rozpoczęta wcześniej rzeźba ziemi
freski odrzutowców nakładane na powietrze
wszystko będzie robione dalej z radością
jakby zaczął się porządek nowy
i wtedy może miłość wyda się łatwiejsza
i przystępniejsze lasy w nocy
wymyślne będą tańce inaczej
będą błyszczeć oczy i okaże się
że trwa kilka gatunków zwierząt
które zapomniały zginąć
i łóżko nie będzie chorobą lecz łóżkiem
i równina nie będzie polem bitwy lecz polem
nadejdą znajome pokolenia
budowniczych praw nauczycieli życia
pojawiający się w snach zdobędą
wiedzę absolutną
będą umieli przewidzieć
nieznany sposób zadawania bólu
będą mogli wskazać
kto modli się przeciwko nam
a kto nam błogosławi
żeby był jakiś porządek
żeby nie zapomniano o symetrii
w nowych trudnych czasach

Szkoła przetrwania

we Włoszech założono szkołę przetrwania
na wypadek
awarii samolotu nad Andami
pęknięcia tamy w Colombo
wybuchu wulkanu

można tam się nauczyć
stąpania po bagnach
umiejętnego błądzenia po omacku w lesie
zjadania z apetytem insektów
zamiast makaronu z parmezanem

tu gdzie mieszkam
wystarczyło ukończyć jedynie
nasze ekskluzywne szkoły życia
żeby docenić
urodę bezpiecznego krajobrazu
równinną ciszę
brak ruchów tektonicznych
uregulowane rzeki
ich wody spokojne i szare

najwyżej można się spodziewać
halnego wiatru
pożaru serca
zbiorowej lekkomyślności

Ojciec

Zastanawiam się teraz, co zdążył opowiedzieć mi ojciec, 
w jakie okręty graliśmy, w jakie bawiliśmy się słowa, 
jakimi zwierzętami ożywało moje dzieciństwo. 
Raz zdaje się przyjąłem wszystkie jego nauki 
mimowolnie.
Ale wiem, jak często dziecko zadaje pytanie, 
a potem już nie słucha odpowiedzi, zajęte lotem chrabąszcza, 
patrzące jak ustaje w biegu zamarznięty wodospad. 
Kiedy indziej myślę jedynie o nazwach miejsc, 
w których przeżyliśmy razem konkretne zdarzenia –
kłótnie, porażenie słoneczne albo oberwanie chmury. 
Ale w końcu, twierdzę, pozostaje w moim niepodobieństwie 
jakieś jego bliskie podobieństwo, 
dawna kropla krwi krążąca w sercu, 
przestronna źrenica, 
z którą wpuszczamy nadal obrazy i światło.
                                                                       Żegiestów, luty 1986

List 23; dla Jagody

sny do spadania są 
w przepaście słodkie i bezpieczne

i do latania w strudze wiatru 
przed burzą
i do chodzenia po błękitnej wodzie 
za którą nie ma lądu przeznaczenia

sny do pieszczoty są 
bo zmysłom nie służą

i czasem bezcielesne 
wieczności się dłużą

są jak głęboki ogród
 bez kropelki cienia

gdzie zawraca się z drogi 
bo budzika nie ma

List 24; dla Ireny

rano znów zobaczymy 
złocisty balon nieba

i jeszcze raz niewidzialna ręka 
pogłaszcze drzew głowy

rzuci na staw 
kaczkę i listek klonowy

wysypie nas 
z pudełka domu

ci to będą sędziowie a tamci żołnierze 
zagadkowe kobiety dzieci nieposłuszne

oto staje się sprawiedliwość i pożar 
krew i powietrze

wszystkie możliwości łączą się 
wina i kara spotykają się

i pierwsi zakładnicy idą ku sobie 
po moście tego poranka

Adam Ziemianin “Dom okoliczności łagodzących” (1995)

nakład wyczerpany nie ma w sprzedaży
ziemianinStanisław Dziedzic
Wstęp do tomiku Adama Ziemianina
Poeta świętej powszedniości

Poetą świętego stereotypu i świętej powszedniości nazwał przed laty Adama Ziemianina Konstanty Pieńkosz (1), a Włodzimierz Jurasz, zasta¬nawiając się nad fenomenem popularności jego poezji podkreśla zasadni¬cze jej walory: prostotę, optymizm i humor, zastrzegając przy tym, iż określeń tych nie należy pojmować w dosłownym tych słów znaczeniu.
“Budując proste obrazy, czy wręcz posługując się sprozaizowaną składnią i anegdotą poeta odwołuje się raczej do wrażliwości i uczuć. Ale prostota nabiera u niego także innych znaczeń. Bo w ascezie artystycznej Ziemianin dochodzi czasem do wyrafinowania. Dlatego też prostotę określić trzeba również jako skłonność poety do poruszania się w kręgu spraw najbliższych codzienności, podstawowych, które są u niego najważniejszym określeniem ludzkiej egzystencji. Są nimi dom rodzinny, miłość, codzienne smutki i radości. “(2) Wiersze Adama Ziemianina w sposób przemożny inspirowane są jego biografią, doświadczeniami życiowymi, są wreszcie artystyczną odpowiedzią na niesione przez otaczającą go rzeczywistość wyzwania. Urodzony w 1948 r. w przygranicznej Muszynie, zanim podjął studia polonistyczne w Uniwersytecie Jagiellońskim, był Ziemianin czas jakiś nauczycielem w podżywieckiej wsi, sezonowo zajmował się flisactwem na Popradzie, przeprowadzał inwentaryzację w podmuszyńskich sklepach, latał szybowcami sportowymi jako licencjonowany pilot, był też korespondentem “Gazety Krakowskiej”.
Debiutował stosunkowo wcześnie, w 1968 r., na łamach “Życia Literackiego”, wierszem Święty Jan z Kasiny Wielkiej, ale na pierwszy tomik przyszło mu czekać długo, bo aż siedem lat. Obfitowało to siedmiolecie w rozliczne i ważkie wydarzenia, zarówno na literackiej scenie Krakowa i kraju, jak również w biografii twórczej samego Ziemianina. Początki jego aktywności literackiej przypadają na okres dojścia do głosu poezji sceptycyzmu, nieufności, konstatacji czy demaskacji. Będąc metrykalnie rówieśnikiem krakowskiej grupy “Teraz”, tworzył poezję odmienną, pozbawioną buntu, ironii czy swoistej prowokacji. Łączył też w sposób naturalny aspekty estetyczne z tym, co nieliterackie, stronił od sformułowań o charakterze dyskursywnym, daleki był zawsze od nastroju katastrofizmu. Owszem, odczuwa się w tych wierszach o sprawach powszednich optymizm, potrzebę uświęcania rzeczywistości i codzienności. Poezja Ziemianina jest od początku liryką akceptacji życia w jego różnorakich przejawach.
Humor, będący pochodną optymizmu, przeradza się z rzadka w satyrę, niekiedy nawet zjadliwą, nie niszczy ona wszakże bukolicznej wizji świata i radości istnienia. Jest jednak w tych wierszach świadomość przemijania, mącąca radość życia, wnosząca poczucie nieodwracalności zjawisk i zdarzeń:

jeszcze
przyjeżdżam czasem

do miasteczka - naparstka Galicji 
mało kto mnie poznaje 
już nie jestem ich

W twórczości Adama Ziemianina dostrzec można pokrewieństwa, być może przypadkowe, zarówno do skamandrytów, jak i Awangardy. Pierwsze dotyczą treści – m.in. owego rozmiłowania w codzienności i we wszystkim co ona niesie; drugie – metaforyki i oszczędności słowa. Poezja jego zachowuje jednakowoż piętno samodzielności myślowej i formalnej twórcy, jego doświadczeń, systemu wartości, porządku etycznego. Niemal od początku poetyckiej działalności nieustannie poszukuje Ziemianin wymarzonej Arkadii – i ten arkadyjski mit prowokuje do odnajdywania znaczeń dodatkowych, symbolicznych.
Kiedy w 1969 r. kilku młodych krakowskich poetów, w większości członków Koła Młodych przy krakowskim Oddzielę ZLP: Jerzy Gizella, Wiesław Kolarz, Andrzej Krzysztof Torbus, Andrzej Warzecha, którzy odczuwali potrzebę przeciwstawienia modnym naówczas w poezji publicystycznym i społecznym treściom fascynację pejzażami małych ojczyzn i górskich scenerii Sądecczyzny, podjęło zamysł założenia grupy literackiej, Ziemianin, rychło dołączył do ich grona. Przyjęta przez nich nazwa -“Tylicz”, pochodząca od malowniczo położonej, prowincjonalnej miejscowości w regionie Nowego Sącza, z okolic którego większość z nich pochodziła, czy mniej lub bardziej otwarte nawiązywanie do tradycji grupy literackiej “Muszyna” (m.in. Jerzy Harasymowicz, Tadeusz Nowak, Tadeusz Śliwiak, Jan Zych) zapowiadać mogła ich opozycyjność wobec poetyckiego nurtu Nowej Fali.
Wspólnotowość grupy “Tylicz” nie przybrała wymiaru stricte programotwórczego i form spektakularnych, miała też nie tyle programo-wy, co raczej towarzyski charakter. O podobnym pojmowaniu poezji, jej roli i funkcji przesądzały zbliżone biografie i fascynacje podgórskim pejzażem, prowincją wreszcie panującą tam harmonią życia mieszkańców “Kraju Łagodności” (określenie J. Harasymowicza). Jednakże ów Eden wczesnej młodości przywoływali zazwyczaj z pozycji “wygnańca z raju”.
Intelektualizmowi krakowskiej grupy “Teraz” przeciwstawiali poniekąd filozofię będącą transpozycją słów Zegadłowicza – “wywodzimy się z ziemi, oto cały rodowód nasz i poezja nasza”, po trosze autentyzm Jana Bolesława Ożoga czy Stanisława Czernika. Nade wszystko jednak nie było to bezkrytyczne czerpanie z literackich doświadczeń kogokolwiek, ale raczej odwołanie się do określonej tradycji kulturowej. Prowincja, rodzinna miejscowość, nie były wszakże dla “tyliczan” barwną folklorystyczną mozaiką co raczej poetyckim zapisem ich emocjonalnych związków z małymi ojczyznami, z codziennymi, zwyczajnymi sprawami ludzi tam żyjących, a także z osobami, które te strony opuściły. Grupa “Tylicz” swego programu nigdy bliżej nie sprecyzowała. Zapisany on niejako został w wierszach, bo też “tyliczanie” nawet nie zakładali w przeciwieństwie do nowofalowej grupy “Teraz”, działalności o charakterze postulatywno-krytycznym. Swoją aktywność opierali raczej na towarzyskich występach w klubach studenckich i literackich, udziale w konkursach czy wspólnych publikacjach. Z tyliczanami także związany był, choć bardziej towarzysko niż programowo, Józef Baran.
W oparciu o tak pojętą formułę grupy twórczej, Ziemianin, podobnie jak i pozostali poeci pracujący niezależnie, nie był w swej samodzielności ograniczany wspólnym programem artystycznym.
W 1975 r., w redagowanych przez Andrzeja K. Waśkiewicza i Jerzego Leszina Koperskiego “Debiutach poetyckich”, Adam Ziemianin stwierdzał wręcz:
“Nie szedłem nigdy w stadzie poetów, bo uważam, że stadne pisanie zabija prawdziwą Poezję (…) Nie można ulegać chwilowej modzie, a tak stało się z niektórymi poetami, którzy nie mając predyspozycji wynikających z osobowości twórczej, na siłę stawali się kontestatorami. Efekty tego mizerne. Poza paroma wyjątkami tzw. Nową Falę tworzy bezbarwny, bezpłciowy tłumek »poetów z probówki«. Poezja to życie chwytane łapczywie. Trzeba być w środku tego życia, tak jak był w nim Andrzej Bursa”.<3>
Debiutancki tomik A. Ziemianina – Wypogodza się nad naszym domem, wydany nakładem Wydawnictwa Literackiego, ukazał się w 1975 r. Poeta, łącząc właściwą Różewiczowi “zgrzebność i ascezę” w doborze artystycznych środków wyrazu z harasymowiczowską skłonnością do wybujałej wyobraźni, zaskakiwał przy tym komunikatywnością i jednoznacznością. Można było odnaleźć w tych lirykach świat dzieciństwa, świat magii i baśni ludowej, choć:
“Główną zasadą ukształtowania estetycznego świata nie jest baśń, lecz spięcie, gra różnych elementów – swoisty dysonans. Rola tego dysonansu nie polega jednakże na zaskoczeniu, na epatowaniu czytelnika dziwnością i niebywałością skojarzeń, lecz na oddaniu sytuacji egzys¬tencjalnej człowieka w określonych warunkach społecznych. Utwory te odwołują się do rzeczywistości potocznej, wypadków realnych, które są nieustannie konfrontowane z rzeczywistością wyobraźni ludowej, chara¬kteryzującej się magicznym widzeniem świata.”<4>

Nietrudno też w nich dostrzec obraz rzeczywistości 
pozostającej pod wpływami apokryficznej wyobraźni ludowej:

moja matka nie miała sił
aby dojść do miasta
zamieniła już wszystkie prześcieradła
na żytnią mąkę
pozostało jedynie czekać na Józefa
który wracał z niewoli niemieckiej

i ojciec przyszedł
mówił że na świecie
dużo herodów
a choć chodzą bez korony
to co wioska rzeź niewiniątek

potem ojciec poszedł na kolej 
bo ciesielka nie była na czasie

a ja zacząłem nauczać

Z niemałą wrażliwością ukazany jest proces alienowania się bohatera lirycznego z kręgu kultury wiejskiej i małomiasteczkowej, która staje się symbolem harmonii i porządku. Ponowne wkraczanie w ten sielski świat nie jest bynajmniej dla poety powrotem na wyspy szczęśliwe, a zaledwie chwilową ucieczką przed dotkliwymi następstwami cywilizacji. Prze-świadczenie człowieka współczesnego o utopii takich marzeń powoduje, że “powroty” stają się w istocie powrotami do wspomnień szczęśliwego, beztroskiego – “kraju lat dziecinnych” – do świata wyidealizowanego.
“Trzeba jednak od razu zastrzec – stwierdza Bogusław Sławomir Kunda – że wieś nie jest dla Ziemianina, jak np. dla J. B. Ożoga terenem wyładowy¬wania najprzeróżniejszych kontekstów związanych z cywilizacją, można natomiast w jego ujęciu wsi widzieć pewne elementy wspólne z niektórymi autorami »tematu wiejskiego« w prozie, np. Kawalcem.”<5>
Zdaniem Kundy są te pokrewieństwa szczególnie widoczne w dys¬kretnie naszkicowanym przez Ziemianina procesie wyobcowywania z kultury wiejskiej.

O ile w debiutanckiej książce poeta “powracał” do rodzinnego domu jako oazy spokoju, dającej poczucie bezpieczeństwa – tomik drugi i trzeci (Pod jednym dachem – 1977 r. oraz Nasz słony rachunek – 1980 r.) znamionuje ton nieskrywanej goryczy, będącej wynikiem rozczarowania doświadczeniami życia w środowisku wielkomiejskim. Stroniąc od nacisku skutków współczesnej cywilizacji szuka miejsca bezpiecznego, wolnego od przytłaczającego hałaśliwego świata. Nie popada przy tym we frustrację, bo wydaje mu się, że ma się gdzie schronić – w ciepłym, usakralizowanym domu rodzinnym:

płynę do ciebie
gdy potop miasta
ściska mnie za gardło
gdy tonący
chwytam się brzytwy oburącz

Tymczasem coraz wyraźniej odczuwalny jest też dystans do tej 
wyidealizowanej rzeczywistości. 
Nietrudno też dostrzec w wierszach przeświadczenie poety o niemożności
powrotu do utraconej Arkadii:

nasza wigilia już nie nasza 
choć potraw jakby nam przybyło 
gwiazda do stołu nas zaprasza 
nie wiemy gdzie koczuje miłość.

Następuje nie tylko podważenie więzi, rodzinnych i kulturowych, 
ale także odrzucenie ciągłości tradycji. W wierszu Wigilia 
autor stwierdza z goryczą:
nie dogadamy się już nigdy 
z uporem trwasz w kamiennej pozie 
dlatego łamiąc się opłatkiem 
słyszymy lód trzaskający na mrozie.

W tym poetyckim zapisie przeżyć i doświadczeń człowieka, któremu niełatwo przystosować się do nowych warunków życia, głównie zaś innych systemów wartości, nie ma wszakże poczucia impasu. To -jak słusznie zauważa Andrzej Warzecha 6 – nie tylko literacka opowieść o codziennych sprawach, to także często gorzki rozrachunek z rzeczy-wistością i odnajdywanie nowych własnych dróg życiowych. Dla wierzącego w posłannictwo poezji autora, staje się ona oddechem wolności.

Tomik Nasz słony rachunek, dedykował poeta żonie Marii. W trzeciej części zawiera on cykl erotyków pt. Maria. Książka ta jest poniekąd podsumowaniem etapu poetyckich doświadczeń, a nawet do czasowej drogi życia Adama Ziemianina. Otrzymał za nią autor w l981 roku literacką nagrodę im. Stanisława Piętaka. Był ten tomik znamiennym manifestem pokoleniowym, zarówno w odniesieniu do okres poetyckiej generacji, jak i ludzi z tzw. awansu społecznego i intelektualnego, zachowujących więź z wartościami wyniesionymi z rodzinnych stron, ze swych małych ojczyzn.
“Z sytuacjami psychicznymi – stwierdza Tadeusz Olszewski – przedstawionymi w Naszym słonym rachunku, mogą – bez przesady – utożsamiać swoje reakcje tysiące rówieśników poety. (…) Nie szukając wielkomiejskich uciech, ignorując wszelki blichtr i sztuczność, (Ziemianin -przyp. mój S. D.) spokojnie i pogodnie zmaga się z codziennością. W niej upatruje jedynego sensu i z nią wiąże wszystkie nadzieje. Czasem tęskni do odpustowych pocztówek z prowincji, czasami ucieka tam, skąd przyszedł (…) Muszyna bowiem to nie jedynie punkt na mapie, ale przede wszystkim – określona filozofia życia, która każe ze zwykłych zdarzeń wyprowadzić sensy egzystencjalne i ogólnoludzkie.”<7> W 1982 r. wydał Ziemianin tomik W kącie przedziału, przynoszący potwierdzenie słuszności dokonanego przed laty wyboru. Jakkolwiek nietrudno w nim dostrzec kontynuację wątków, uwidacznia się wyraźniej artykułowane stanowisko w kwestiach natury etycznej i filozoficznej. Wyrozumiały wobec ludzkich słabości, nie zna tolerancji dla egoizmu i zawiści. Piętnując snobizm, kpiąc z pogoni za dobrami materialnymi, przesłaniającymi wartości intelektualne i duchowe jest świadom faktu, iż zraża sobie wielu dotychczasowych przyjaciół, z którymi rwą się rozmowy gdyż, – jak stwierdza – “dziś nawet wódka nas zawiodła”. Poetycka i życiowa dojrzałość nakazują postrzegać świat i oceniać go znacznie ostrożniej, niż kiedyś, w młodości. Kąt przedziału, z którego niewiele można dostrzec, nie jest zatem miejscem do obserwacji świata dogodnym.
Tomik Makatka z płonącego domu (1985 r.), w skład którego wchodzi kilka cykli wierszy: Makatki polskie, Poddaszowo, czy Kartki z kalendarza, jest artystycznym i intelektualnym wyzwaniem rzuconym zjawiskom bezmyślności. Choć zawierają makatki pojęcie użytkowego kiczu, są przecież elementem nieodłącznym w życiu i mającym wpływ na psychikę ludzką. Może się też kicz stać czynnikiem inspirującym artystę, gdy ten zdolny jest utrzymać pożądany do niego dystans. Makatki oznaczają także rodzaj tradycyjnej domowej samoświadomości, nośnik dawnej obyczajowości i moralności. Powraca w nich mit domu, codzienności i wynikający stąd problem “rozdarcia między ideą i idei tej inkarnacją.”” W “makatkowym”, poetyckim skrócie, w jej niewyszukanej ilustracji jakiejś naiwnej zazwyczaj maksymy, w kontekście osławionego ryczącego jelenia, zawrzeć zdołał Ziemianin zgrzebny los i niedostatki życiowe, bez konieczności bliższego zaangażowania narratora:

teraz rozumiesz że czasem ryczę 
i wyję często do ściany 
więc pod to jego marne życie 
kolejną wódkę wychylamy

Naiwność złotych myśli przedstawia poeta w krzywym zwierciadle, odbanalizowywuje je w zestawieniu z życiem realnym.
W cyklu Poddaszowo ukazane są niedogodności jego własnego życia w mieszkaniu na poddaszu w Domu Literatów przy ul. Krupniczej, gdzie wszystko jest niespodzianką,

bo na poddaszu 
życie ma skrajne wymiary

Znacznie szerszy kontekst merytoryczny i głębsza wykładnia filozoficzna świata, wykraczająca poza krąg spraw codziennych tzw. “małego realizmu” zawarte są w cyklu Kartki z kalendarza i w poemacie Hotel pod Dziką Różą. Tom ten przyniósł autorowi Nagrodę Funduszu Literatury.
Przyczyna sukcesu i popularności twórczości poetyckiej Adama Ziemianina tkwi także w muzyczności jego wierszy śpiewanych z niema¬łymi sukcesami przez Wolną Grupę Bukowina, grupę “Pod Budą”, Elżbietę Adamiak przede wszystkim zaś “Stare Dobre Małżeństwo”, a ostatnio także Jacka Wójcickiego.
Brak w wierszach Ziemianina błyskotliwych metafor oraz efektownych obrazów, przeciwnie – są one niekiedy sprozaizowane, oszczędne w środki artystycznego wyrazu, częstokroć wręcz ascetyczne.
Niemało poetyckiego wdzięku i prostoty, a przy tym bezpośredniości i wytwornej elegancji zarazem, posiadają zawarte w Wierszach dla Marii (1985) liryki miłosne, poświecone żonie. Obok wierszy miłosnych, pochodzących z poprzednich tomików, zamieszczone w nim zostały utwory dotąd nie publikowane, najnowsze. Warto dodać, że w twórczość i poetyckiej A. Ziemianina ta tematyka zajmuje miejsce znaczące. Poza wczesnymi i stosunkowo nielicznymi, adresatką tych utworów, nierzadko o charakterze erotycznym, jest właśnie żona. Tomik ten, w wersji znacznie rozszerzonej, doczekał się wznowienia w 1990 r. Niezwykły w swoim charakterze tomik o stylizowanym na popularną modlitwę w tytule – Zdrowaś Matko – łaski pełna (1987) zawiera kilkadziesiąt opublikowanych wcześniej wierszy poświeconych matce, a wydanych łącznie po jej śmierci. Uzupełnione o wiersze nowe, są poetyckim zapisem dialogu serdecznego autora z matką, bardzo osobistego i szczerego. Matka zajmuje bardzo ważne miejsce w jego twórczości, a pierwszy swój tomik – Wypogodzą się nad naszym domem właśnie jej dedykował.

Wydane w następnych latach wybory poezji A. Ziemianina (Dwoje na balkonie 1989 i Boski wieczorny młyn 1990) zawierają utwory z różnych okresów jego twórczości i z różnych tomików, a także wiersze nowe, wcześniej nie publikowane. Lektura tych wierszy, zestawionych łącznie ułatwia odpowiedź na pytanie, dlaczego przy licznych fascynacjach literackich artystami współczesnymi, jest poeta nade wszystko entuzjastą Kochanowskiego. Stwierdzenie Ziemianina: “Mistrz Czarnolasu pokazuje człowieka pełnego, z jednej strony biesiadnika, co nie stronił od gąsiora, z drugiej zaś – człowieka, który potrafił się rozczulić nad byle drobiazgiem. Słowem człowieka z krwi i kości”9 – można by odnieść w jakimś sensie do postawy życiowej bliskiej samemu Ziemianinowi. Nie chce on przy tym być poetą “małego realizmu”.
Jubileusz 25-lecia działalności poetyckiej A. Ziemianina – poety bardzo popularnego nie tylko w środowisku krakowskim, zgromadził w sali Filharmonii Krakowskiej setki wielbicieli jego twórczości, w tym liczną grupę artystów. Wydany wtedy tomik wierszy List do zielonej ścieżki przyniósł utwory niezwykłej urody. Refleksyjne, liryczne, czasem dowcipne, kiedy indziej zaś są pochwałą Stwórcy i stworzenia. W jednym z wierszy, autor stwierdza:

Dałeś mi Panie łaskę - abym ślad zostawił
Koślawy może - śmieszny - ale własny
Dałeś mi Panie tyle wątpliwości
Na te i tak już wątpliwe czasy
Jak to udźwignąć gdy słabości tyle
Że piwa bym się napił zamiast iść do wiersza
Jak mówić za mych smutnych braci
Gdy sucho w głowie a młodość nie pierwsza
wiem - nie wystarczy wroga znaleźć
To potrafi każdy młodo napalony
Ale jeszcze tyle z życia wytłumaczyć
Żeby starczyło na wiele pokoleń

Wyraża on prawdę o autorze, jego postawie życiowej, stosunku do systemu wartości, które jest mu bliski, do Boga.
Napisał przed dwudziestu laty Bogusław Sławomir Kunda o poezji Ziemianina, iż jest ona “bardzo pogodnym studium sytuacji człowieka we współczesnym świecie”‘(10) – i mimo rozlicznych przeciwności życiowych poety, mimo weryfikacji stanowiska w wielu kwestiach – słowa te nie straciły na swej aktualności.
Wiersze Ziemianina, laureata głównych nagród wielu ogólnopolskich i lokalnych konkursów literackich, tłumaczono na kilka języków. Od 1977 r. poeta łączy działalność literacką (jest także autorem opowiadań) z pracą dziennikarską- w latach 1977-1982 w periodyku “Kolejarz”, a od 1981 r. w “Echu Krakowa”.
Zamieszczone w niniejszym zbiorze liryki powstały w latach 1968 -1995, pochodzą ze wszystkich wydanych dotąd tomików, są w nim także utwory dotąd nie publikowane. Doboru tych wierszy dokonałem wspólnie z Adamem Ziemianinem. Ze swej strony w wyborze tym kierowałem się jego reprezentatywnością, by choć w części odzwierciedlał on charakter i nastrojowość jego twórczości, podważał wyrażoną kiedyś opinię o Ziemianinie – “poecie świętego stereotypu”, poza który autor dawno wyszedł, nade wszystko zaś pełną elegancji prostotę i komunikatywność.
Wierzę, że tak dobrany zbiór wierszy jest choć w części odzwiercie-dleniem opinii o twórczości poetyckiej Adama Ziemianina, wyrażonej przed kilkunastu laty przez krakowskiego krytyka i poetę, Bronisława Maja, która także zachowała swóją aktualność: “Podobne połączenie dowcipu i czystego liryzmu, stopienie ich w całość jednorodną – udało się niewielu. Ziemianinowi – tak (…) Te wiersze są o wiele mądrzejsze i głębsze niż to w swej – przekornej, “szwejkowskiej” – skromności udają. Spoza pozornie prościutkiego komunikatu przeziera często drugie dno, powszechny sens powszechnego zdarzenia”.”

Stanisław Dziedzic

1. Konstanty Pieńkosz: Literacka grupa "Tylicz". Tygodnik Kulturalny nr 2/1981
2. Włodzimierz Jurasz: Rachunek za dojrzałość. Magazyn Kulturalny nr l / 1981 
3. Cyt za: Anna Borowa: Nasz słony rachunek. Kultura nr.21 /l 989 
4. Andrzej Chudzik: Inny głos pokolenia. Poezja nr. 9/ 1976, s. 97
5. Bogusław Sławomir Kunda: Przesilenie „młodej poezji?”,
 Nowy Wyraz, nr 10/1975, s. 92
6. Andrzej Warzecha: Adam Ziemianin. Dziś portret – w środę spotkanie. 
Dziennik Polski nr 109/1982
7. Tadeusz Olszewski: O poezji Adama Ziemianina. Nasz los powszedni. 
Tygodnik Kulturalny nr 38/1983
8. Bogusław Żurakowski: Poezja domu. Odra nr 2/1987
9. Cyt za: Józef Baran: Autor! Autor. Rozmowy z ludźmi pióra i palety. 
Warszawa 1986, s. 219
10. Bogusław Sławomir Kunda: Przesilenie...jw.
1.1 Bronisław Maj: „Nasz słony rachunek” Adama Ziemianina. 
Tygodnik Powszechny nr 32/1980

 

 

Zbieg okoliczności łagodzących

zbiegliśmy razem ty i ja
z gór ośnieżonych w ciepłą dolinę
kto tak dobry był
i pomógł nam się spotkać
w tej oszalałej gęstwinie?

wyszliśmy nadzy dla siebie 
z nocy na światło dzienne 
nasze zegarki ślepe 
chodzić nagle zaczęły 
o jednej i tej samej godzinie

a przecież mogłem być 
przed twoją erą 
mogłaś być 
przed moją erą

Wychodzimy z zimy

wychodzimy z zimy 
trochę bladzi 
trochę jakby 
z zaspy zamyślenia

uczymy się chodzić 
po trawie 
kaczeńcom 
patrzymy prosto w oczy

jabłko z zimy co nam zostało 
dzielimy na dwoje 
na dwoje babka wróżyła

może przejdziemy razem 
do lata i dalej 
może jest nam to 
dzisiaj pisane

a może po prostu 
nasza miłość 
w wodę 
rzucony kamień

Stary sad
                              Marysi

jabłka już tylko Bogu podaje 
wszedł jedną nogą 
w niebieskie zwyczaje 
stary sad

anioły jabłka suszą 
węgierki szczypią w locie 
sto pociech

jeszcze pół ludziom 
pół bogu widzialny 
w beznadziei straszny 
lecz niepodważalny 
stary sad

dziczeje
powoli wraca do natury 
lecz w swej starości 
sam nie wie do której

miesza mu się Newton 
i Adam i Ewa 
już nie ma w nim dawno 
zakazanego drzewa

stary 
śmiertelnie stary sad

Makatka rodzinna

ta pani z tyłu 
o ciepłym spojrzeniu 
to moja matka 
(właściwie to jej tylko 
powinna być poświęcona 
cała ta makatka)

a ten pan w jasnym 
od początku niemodnym garniturze 
ze wzrokiem zawsze surowym 
to mój ojciec

w środku ja
szukam się ze świecą
tuż po pierwszej komunii

co z niego wyrośnie 
pytają zatroskane oczy matki 
na pewno nic dobrego 
odpowiadają chórem 
chłodne oczy ojca

Makatka senna

młyńskie koła mruczą rzeką 
wciąż obgadują młynarza 
młynarzowi kot przeszedł drogę 
lecz on złe myśli odgadnie

ciągle wśród mąki męczy nogi 
mysz na chwilę rozbije samotność 
młyńskie koło szepcze bez litości 
kiedy on nasz będzie siostro

wreszcie strużka krwi z żył wypłynęła 
i młynarz bledszy niż mąka 
wśród myszy wielkie poruszenie 
zasnął na zawsze ich kompan

młyn jeszcze idzie własnym rozpędem 
i mąka zbiera się w workach 
koła się szczerbią ze starości 
aby na zawsze tak zostać

Stanisław Stabro “Wiersze wybrane” (1995)

nakład wyczerpany nie ma w sprzedaży
stabroSłowo wstępne

Przypomnijmy sobie kilka cytatów: “błagałem umarłych odezwijcie się”, “żywi a już umarli”, “i jak w olbrzymiej kolebce /wszyscy jesteście we mnie”. W poezji Stanisława Stabry żywa jest tylko śmierć. Śmierć jako alegoria przeszłości. Przeszłość wiecznie trwa, choć nie można jej ogarnąć całkowicie. Tylko tyle wiadomo: są to “stare dobre dzieje”. To je się wspomina, gdy odwiedzają nas umarli. Ci wszyscy “zabici, straceni, umarli”, którzy przewijają się w wierszach autora “Requiem”, od pierwszego do ostatniego tomu bronili godności. Byli wierni do końca nie tylko wyzwaniu epoki, ale i wewnętrznemu głosowi, prawdzie istnienia. I choć to brzmi w moich ustach pompatycznie, w wierszach Stabry pompatyczne nie jest. Przywoływanie przeszłości bowiem wynika z tragicznej świadomości, że dana nam rzeczywistość “na inne głosy rozpisała nasz głos”. Z tego rozdarcia, z konfliktu między naszym niepodważalnym dziedzictwem a rzeczywistością obłudy, zdrady, czy po prostu -jak mówi poeta – małości rodzi się nie tylko rozpacz czy poczucie bezsilności, ale przede wszystkim katastroficzna wizja świata. Katastrofizm Stabry, tak wyraźny od początku jego kariery pisarskiej, niezwykle konsekwentny zarówno w podejmowaniu tematów historiozoficznych, wątków kryzysu i zagłady wartości, świadczących o ciągłości rozwoju, motywu rozsypywania się czasu, jak i przywiązaniu do form elegijnych, epifanicznych i epitafijnych, ma swoje źródło w “nowofalowym” przeżyciu generacyjnym, to jest w roku 1968.
Jako jeden z najciekawszych poetów tego pokolenia, ale także jego współprogramotwórca, a później teoretyk, należał ze swoją, skrajnie katastroficzną wizją, najpierw w krakowskiej grupie “Teraz”, a następnie w obrębie całej Nowej Fali do twórców najmniej podatnych na obowiązujące wówczas i kształtowane wzorce artystyczne. Nic też dziwnego, że wielokrotnie w latach siedemdziesiątych inicjował spory wewnątrzpokoleniowe i sam był obiektem wielu ataków, z dzisiejszej perspektywy mało zrozumiałych, bo nie biorących pod uwagę różnorodności poglądów i innego, a przecież tak samo “nowofalowego” stosunku do dalszej i bliższej tradycji. Wszystko się zresztą zaczęło od śmierci bliskiej, od tradycji namacalnej,
od świata, który dopiero staw się dla tej generacji przeszłością i to przeszłością żywą, aktywną i tragicznie niepojętą: od demonstracji studenckich w Sydney, Ker od anarchistycznego buntu Angeli Davis i Ulryki Meinhoff. Ta właśnie „rozstrzelana młodość” stała się dla autora „Dzieci Leonarda Cohena” punktem wyjścia dla jego idei rozmowy z umarłymi. To niebywałe zdanie, jakie czytamy w jednym z jego wierszy – “Być ocalonym a umrzeć na małość”, w pełni wyraża przekonanie poety, że nie można zbudować świata wartości bez powrotu do tamtego początku, bez zrozumienia wagi tamtej śmierci. Stąd było już blisko do nostalgicznej podróży w głąb czasu. Stabro poszukiwał takich rozmówców z przeszłości, którzy zwycięstwo paradoksalnie upatrywali w klęsce osobistej. W niespełnionych nadziejach, w “klęsce otaczającej ich skronie”, w wielkim oszustwie życia zobaczył nie tylko stygmat wielkości, ale przede wszystkim wiarę w bunt jednostkowy.

Ów bunt wyrażał nie tyle bezsilność poezji, ile samotność w “przerażającym tłumie”. Ale zawsze z perspektywy pokolenia. Jak wszyscy przedstawiciele Nowej Fali także Stanisław Stabro uczynił z fenomenu pokoleniowości jeden z głównych tematów swojej poezji. Podobnie jak jego rówieśnicy akcentował klęskę buntu, gorycz porażki, fałsz i obłudę otaczającego świata. Ale jako jeden z nielicznych wyciągnął z tej lekcji wnioski katastroficzne. Przede wszystkim pesymistyczny determinizm, wywiedziony z analizy historii. Następnie młodzieńczy idealizm, polegający na wyeksponowaniu dramatycznej walki między samotniczą jednostką a niewzruszonym społeczeństwem. Bardziej nawet społeczeństwem niż eksponentami władzy. A na końcu imperatyw etyczny; wspólny dla całego pokolenia, ale tutaj rozumiany jako sprawdzian własnej osobowości moralnej, własnego – jakby powiedział Konstanty Troczyński – optimum życiowego.

Troczyński nie został tu zacytowany przypadkowo. To on zajmował się w latach trzydziestych poezją wileńskich “Żagarów”. A program żagarystów, jak pisałem przed laty, w swoich kategoriach moralnych, ale także estetycznych, nie mówiąc o szczególnej wrażliwości na tragizm życia zbiorowego był łudząco podobny do pro poetyckiego grupy “Teraz”, której Stabro obok piszącego te słowa oraz Adama Zagajewskiego, Jerzego Kronholda, Wita Jaworskiego i Jerzego Piątkowskiego stał się w roku 1968 członkiem – założycielem. Ta moja konstatacja nastąpiła a posteriori. Kiedy powstawały pierwsze manifesty grupy “Teraz”, często potem utożsamiane z całym pokoleniem, nikomu do głowy nie przychodzili żagaryści. Ta poezja rodziła się z przeczucia Ale ów cień przeznaczenia, atmosfera gotowości do walki, wszystko jedno jak ją będziemy rozumieli, imperatyw moralny właśnie, zasadzony na przeświadczeniu, że życie, w jakim się tkwi, jest kłamstwem, tworzyły te podobieństwa.

Sam Stabro traktował poezję jako konstruowanie osobowości. Nie dla niej samej, lecz po to, aby – jak pisał Zagórski – dorosnąć do poważnego tematu. Jednym z nich była dekompozycja więzi. Można ją rozumieć dwojako: indywidualistycznie i pokoleniowe. W pierwszym przypadku chodziło, jak się domyślam, o próbę znalezienia w sobie samym jakiegoś czynnika scalającego, nici przewodniej, uspokojenia – żeby tak rzec – moralnego. Choć prawie nigdy, jak czytamy książki Stabry z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, do tego nie doszło i to z prostej przyczyny: ważniejsze było bowiem podsycanie napięcia moralnego, wewnętrznego dramatu, prowadzącego często do kategorycznych, bezkompromisowych, w skali osobistej, reakcji. W drugim przypadku doszło do bardzo tragicznej i emocjonalnej polemiki z własnym pokoleniem o jego autentyczne źródła. Poeta pytał, czy pokolenie jest “snem którego wciąż nie mogę zapomnieć”, a więc wiecznie trwającym młodzieńczym idealizmem, celowo podsycanym, by kształtować ciągle “nienasyconą” osobowość, czy też więzieniem stereotypów?

Przypomnienie rodowodu poetyckiego Stanisława Stabry nie jest w tym przypadku podręcznikowym, z reguły zakłamanym, powrotem do okresu debiutanckiego. Wypływa to z mojego mocnego prze-świadczenia, że jego poezja, jak mało która w tym pokoleniu, nie uległa wewnętrznym przemianom, pozostając wierna, jakby na przekór pokoleniowym zawirowaniom, swoim początkom. Katastroficzna wizja nie zniknęła ani w “Korozji”, ani w “Życiu do wynajęcia”. Rzeczywistość oglądana jest z perspektywy historii, w przeczuciu jeśli już nie zagłady to wszechogarniającej śmierci. “Śmiertelna śmierć króluje” teraz, jak czytamy w wierszu z 1992 roku, nad światem dzieciństwa. Pozostały nienawiść i żal. Kroczymy w ciemności. Tęsknota za sekundą olśnienia, utożsamionego tu z bólem, pozostanie nie spełniona. Nawet paryskie wspomnienia, w tej poezji ważne, choć niejednoznaczne, pełne ambiwalentnych emocji, opartych na literackich przeżyciach, utopione są w dręczącej ciemności. Nawet miłosne uniesienia – a wątek erotyczny obok pokoleniowości jest u Stabry dominujący – nic kończą się w sposób jasny i oczywisty. Jest to zawsze “miłość na pięćdziesiąt procent”, żeby zacytować pointę wiersza „Kochanek”. W świecie cierpienia, „kiedy drzwi wyłamują umarli”, prawdziwa miłość istnieje tylko jako bliźniacza siostra śmierci.

Wprawdzie wszystko jest marnością, jak przypomina poeta w wierszu o Mozarcie, pewne powroty w świecie wyobraźni, właśnie dzięki sekundzie olśnienia, dają iluzję szczęścia. Może to być powrót do ogrodu dzieciństwa – a dzieciństwo spędził Stabro w Makowie Podhalańskim – może to być rozmowa z córką, w której pobrzmiewają echa literackich głosów. Mimo ciągłego odwoływania się do osobistego doświadczenia, mimo ustawicznych prób samorozpoznania poezja ta chętnie posługuje się liryką roli i szuka uniwersalnych formuł do opisu Pustki. Stanisław Stabro podaje swoją definicję naszej egzystencji, wypełnionej rozpaczą i łzami, życia, w którym „w miejscu Boga jest tylko/ okrwawiona próżnia”. Utrata wiary, niekoniecznie w sensie religijnym, to prosta konsekwencja „umarłej młodości’, jak poeta pisał już w 1973 roku, i dawnego, najdawniejszego przekonania, że „moją jedyną mową/jest żałobny płacz”.

Julian Kornhauser

 

Dzień twojego narodzenia

Wysłuchaj mnie - człowieku, który z ufnością gasisz
                                                                  tę błękitną lampę, 
który z równą łatwością rozchylasz uda kobiet 
i drzwi komory z cyklonem,
wysłuchaj mnie, kiedy nie wszystko jeszcze przegrane, 
kiedy anteny głębin łowią fałszywy epos, 
w nabrzmiałym oceanie mroku 
oddycha zawiedzione miasto.
Wysłuchaj mnie, jeżeli jeszcze zostało coś w tobie, jeżeli 
jeszcze potrafisz odróżnić śpiew sosny i traw, 
jeżeli mała fotografia
potrafi ci jeszcze wszystko przysłonić. 
Wysłuchaj mnie - człowieku, który z ufnością gasisz
                                                                   tę błękitną lampę, 
dla którego bohaterowie mają wymiar zapałki, 
a ty sam dawno już przestałeś wierzyć 
w zmyślone opowieści. 
Wysłuchaj mnie - kiedy bowiem nadejdzie śmierć
                                                              gwałtowna jak strach, 
prócz beznamiętnego oka kamery 
nikt nie dostrzeże cię 
w uciekającym tłumie.

Kraj który potrzebuje fabryk 
nie potrzebuje poetów

Kraj który potrzebuje fabryk 
nie potrzebuje poetów 
a zatem zabijcie nas od razu 
czytelnicy prasy codziennej 
połykacze programów 
i połykacze przemówień.

Kraj który potrzebuje siarki
nie potrzebuje poetów
a zatem zabijcie nas od razu
nie mających miejsca przy wspólnym stole
ani światełka
w lochu wspólnego serca.

Ale kiedy późnym popołudniem 
usłyszycie gorączkowe kroki 
narodu bredzącego w malignie 
nie dziwcie się 
nie dziwcie.

To żandarm snu 
nadchodzi.

Dzieci Leonarda Cohena

Zaśpiewaj nam zaprowadź nas 
tam gdzie ulica jak struna 
czysta gdzie gorycz jeszcze 
nie zna goryczy w dnia 
otwartego wilgotnych ustach 
na łąkę jasną wśród 
ciemnej nocy ze ślepą 
śmiercią poza plecami 
zaśpiewaj nam zaprowadź nas 
tam gdzie ulica bez kurzu 
jasna gdzie pamięć jeszcze 
nie zna zagłady w dnia 
zamkniętego milczących ustach 
zaśpiewaj nam zaprowadź nas 
w przeorany przez wiosnę 
park gdzie nikt z nas jeszcze 
nie znał zapłaty jak 
struna czysta w domu zagłady.

Prosty człowiek

Postawi mnie 
pod murem 
prosty człowiek

Książki moje podepcze
maszynopisy rozszarpie
także
prosty człowiek

Bo tam 
gdzie religia 
tam i 
moralność

Boże
jaki prosty 
człowiek

Koty starych kawalerów

Koty starych kawalerów 
wychodzą po papierosy 
i nie wracają już 
nigdy

Piękniejsze niż Greta Garbo 
Marylin Monroe i Charlie Chaplin 
chodzą tylko 
własnymi drogami

Ze wszystkich ptaszków 
najbardziej lubią Boeingi 
duszone grzybki 
i sos jasny kiciuś

Piszą na maszynie długie poematy 
o rzece mleka 
o królowej piwnic

rudej jak kubrak 
jak ruda czupryna 
clocharda

I nie zawsze spadają na cztery łapy 
koty starych kawalerów 
mordowane po sumie 
przez patriotów i chrześcijan

witajcie!

2 maja 2017 r. Śródmiejski Ośrodek Kultury będzie zamknięty.