Luty 2017 – Gazetka Lamelli

Styczeń 2017 – Gazetka Lamelli

„Krakowska Książka Miesiąca” Stanisław Balbus: Zosia

„Krakowska Książka Miesiąca”
Stanisław Balbus: Zosia
(Wydawnictwo Księgarnia Akademicka).

Spotkanie z Autorem i wręczenie nagrody:
18 czerwca 2015, godz. 18.00
prowadzenie: prof. Jacek Wojciechowski

Zosia to jedyna – w całej eseistyczno-naukowej czy krytycznoliterackiej  twórczości Stanisława Balbusa – książka literacka. Napisana po śmierci żony. Zawiera 30 wierszy, 30 migawkowych mikroopowiadań, jedną nieco większą „prozę poetycką” oraz dłuższą opowieść o życiu Zosi. Do tomiku włączył autor dwa swoje tłumaczenia poetyckie „dla Zosi”, trzy cykle miniatur poetyckich Krystyny Nalepy, najbliższej przyjaciółki Zosi w ostatnich dziesięciu latach jej życia, oraz sześć dedykowanych jej wierszy Tadeusza Nowaka, wybitnego poety i powieściopisarza, pierwszego jej męża (zm. w 1991 roku). I trzy wiersze samej Zosi z 2011 roku, odnalezione po śmierci w jej papierach. (od wydawcy) Zastanawiałem się, jak jednym słowem określić największą zaletę Zosi? Niezawodność.

Była niezawodna tam, gdzie trzeba było komuś pomóc. Niezwykle wiele pomagała mojej mamie i trwało to latami. Była więc też wytrwała. Niczego nie chciała w zamian. Bezinteresowność też była jej ważną cechą. Pomaganie było u niej jak oddychanie. Dlatego nigdy nie czułem się jej dłużnikiem, którym na pewno zawsze byłem, jestem i będę. Moi rodzice przyjaźnili się z Tadeuszem Nowakiem i z jego żoną Zosią. W jakimś sensie dostałem ich w spadku. […]

Po śmierci Tadeusza (w 1991 roku) żyją jego niezwykłe wiersze. Zosia wiele zrobiła, by o nich pamiętano. Po latach związała się z profesorem UJ Staszkiem Balbusem, przyjacielem domu i wielkim znawcą poezji Nowaka. Teraz on nie pozwala, abyśmy o nim – i o niej – zapomnieli.

Śmiertelna nieobecność zawsze jest związana z zapominaniem. Zapominanie ocala nas żyjących przed lawiną przeszłości, nie wolno jednak zapominać za bardzo. Tyle można zapomnieć, co konieczne, a tyle pamiętać, ile damy radę.

Na spotkanie z autorem zapraszamy 18 czerwca o godz. 18.00 do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury

„Krakowska Książka Miesiąca” Adam Kulawik: Poezja to jest złoty szerszeń. Rzecz o poematach K. I. Gałczyńskiego

Okładka_Poezja„Krakowska Książka Miesiąca”
Adam Kulawik: Poezja to jest złoty szerszeń. Rzecz o poematach K. I. Gałczyńskiego
(Wydawnictwo Antykwa). Spotkanie z autorem i wręczenie nagrody. Spotkanie poprowadzi prof. Stanisław Stabro.
Adam Kulawik, teoretyk literatury, wersolog, hermeneuta. Autor podręczników poetyki, twórca prozodyjnej teorii wiersza. Kiedyś profesor trzech krajowych i dwu francuskich uniwersytetów, obecnie na emeryturze.

Kerala – migawki z południa Indii

Kerala – migawki z południa Indii

 

Wyjazd do Kerali odkładaliśmy już parokrotnie, raz kosztem Andamanów, innym razem chcieliśmy zdążyć zanim tabuny turystów zadepczą Birmę. Tym razem nie mieliśmy wymówki, a na dodatek okazyjna cena lotu do Indii zachęciła do podroży na samo południe Indii.

Z zimnej, deszczowej Europy, z małym przystankiem w głośnym i gorącym Bombaju, dotarliśmy do naszego pierwszego przystanku w Kerali, miasta Koczin. Koczin podzielony na nowe, mocno przemysłowe Ernakulum oraz starą, zabytkową część, zwaną Fort, potrafi oczarować. To tutaj są ponoć najpiękniejsze i najbardziej okazałe chińskie sieci rybackie, do dziś dnia służące miejscowym rybakom do połowu, to tutaj także możemy poczuć oddech historii. Spacerując po wąskich uliczkach Fortu, zwiedzamy pozostałości po Portugalczykach, ze szczególnie ważnym kościołem Św. Franciszka, gdzie przez długie lata pochowany był Vasco Da Gama. Nie możemy także opuścić dzielnicy żydowskiej, a w niej zabytkowej Synagogi Paradesi. Nie mniej fascynująca okazuje się być miejscowa kuchnia; znajdując lokalne restauracje obficie zajadamy się masala dosą, tapioką czy groszkową masalą, stanowiąc przy tym nie lada atrakcję dla odwiedzających te miejsca Indusów. Koczin to także kulturalne serce stanu Kerala. To tutaj codziennie można uczestniczyć w najbardziej rozpoznawalnych pokazach tradycyjnego tańca kathakali.

Po kilku dniach postanawiamy odpocząć trochę od upałów, wyruszamy więc krętą i wąską drogą do górskiego Munnaru, miejsca słynącego z olbrzymich upraw herbaty, prawdziwego bogactwa tych terenów. Munnar to niewielkie miasteczko, gdzie poza częścią handlową w centrum, paroma lokalnymi knajpkami oraz hotelami nie dzieje się zbyt wiele. Nad miastem górują trzy świątynie: katolicki kościół, meczet oraz świątynia hinduistyczna, co symbolizuje prawdziwą symbiozę tych religii, w Kerali nie ma bowiem niesnasek na tle wyznaniowym. Plantacje herbaty widać niemalże z każdego miejsca w mieście, jednak najlepiej obserwować je, wybrawszy się na krótki trekking, kiedy to można także zobaczyć miejscowe kobiety, tradycyjnymi metodami zbierające jej liście.

Po krótkim odpoczynku w górach wracamy w tropiki, na najpopularniejszą atrakcję Kerali – „backwaters”, rozległe rozlewiska i kanały wodne. Rozciągają się one na olbrzymim obszarze, kanały łączą ze sobą miasteczka i wioski, a ruch w znacznej części odbywa się drogą wodną. Nad kanałami toczy się normalne życie, mieszkańcy – głównie małych wiosek, zajmują się hodowlą zwierząt oraz uprawiają ryż. My upajamy się ciszą i spokojem tego miejsca, pływamy w wynajętych łodziach i podpatrujemy życie na brzegu. Nie decydujemy się tylko na wynajęcie tzw. houseboat’a, gdzie moglibyśmy spędzić na wodzie nawet kilka dni, śpiąc w klimatyzowanych sypialniach. Być może staliśmy się już za bardzo „miastowi” i baliśmy się zwyczajnej nudy, która mogłaby się pojawić już po kilku godzinach w odosobnieniu?

Ostatnią część podróży decydujemy się spędzić w nadmorskich miejscowościach, słynących z pięknych plaż – Varkala oraz Kovalam. Jedna położona na urokliwym klifie, druga z licznymi, wychodzącymi wprost na morze hotelikami i restauracjami, są coraz liczniej odwiedzane przez turystów, niekoniecznie nastawionych na podróże z plecakiem i aparatem fotograficznym. Choć w tym konkretnym przypadku nie nastawialiśmy się na puste plaże, pozostał jednak lekki niedosyt, że tamtejsze morze i piasek nie są zarezerwowane wyłącznie dla nas.

Tekst & zdjęcia:

Katarzyna i Rafał Siudowscy

 

 

 

 

 

 

Utajone niebezpieczeństwo

Utajone niebezpieczeństwo

Nie widać go, nie daje żadnych objawów, więc nawet nie wiemy, że kryje się w głowie czy brzuchu. Tętniak – bo o nim mowa – może nie dać o sobie znać nawet do naturalnej śmierci człowieka, ale może się też niestety w każdej chwili odezwać w sposób nieprzewidywalny i gwałtowny. Wówczas jedynie szybka interwencja lekarza daje szansę na uratowanie życia.

Tętniakiem nazywamy część tętnicy, która utraciła swoją prawidłową strukturę. Może to być spowodowane osłabieniem lub rozwarstwieniem ściany tętnicy, co skutkuje jej wybrzuszeniem. Tętniaki mogą osiągać znaczne rozmiary, a za ich bezpośrednią przyczynę uważa się nadciśnienie tętnicze (aż 90% przypadków) i rozwijającą się wraz z nim miażdżycę naczyniową. Do innych przyczyn zalicza się urazy mechaniczne, zakażenia i wrodzone zmiany w obrębie tętnic. Czynnikami sprzyjającymi mogą być również: otyłość, palenie tytoniu, przebyty wcześniej zawał serca i podeszły wiek.

Tętniaki mogą powstawać w każdym odcinku układu tętniczego, ale najczęściej lokują się w aorcie i tętnicach mózgowych. Rzadziej można stwierdzić ich obecność np. w tętnicy udowej czy podkolanowej. Tętniakowatemu poszerzeniu może również ulec ściana serca w przebiegu zawału mięśnia sercowego.

Powszechnie uważa się, że tętniaki rosną w tętnicach bez naszej wiedzy, a gdy się już ujawnią, jest za późno na ratunek. Ta opinia wywołuje paniczny lęk przed tą chorobą, a zdiagnozowany tętniak traktowany jest jak wyrok. Jak jest naprawdę z tymi objawami? W większości przypadków tętniaki rzeczywiście rozwijają się przez długi czas bezobjawowo, często nawet w zaawansowanym stadium choroby nie dają o sobie znać. Wystąpienie objawów ma miejsce tylko u niektórych pacjentów. Są one bardzo zróżnicowane, zależnie od umiejscowienia i wielkości tętniaka. Jeśli tętniak znajduje się w piersiowym odcinku aorty, pacjent może odczuwać nagłe, ostre bóle w klatce piersiowej, bóle szyi i pleców. Przy tętniaku brzusznego odcinka aorty często występują bóle brzucha i pleców w okolicy krzyżowej, czasami promieniujące do pachwiny. Może mieć miejsce brak apetytu, utrata masy ciała, zmniejszenie ilości wydalanego moczu lub rozwój niewydolności nerek. W przypadku bardzo dużych tętniaków charakterystycznym objawem jest wyczuwalny w obrębie górnej lub środkowej części jamy brzusznej, sprężysty, wyraźnie tętniący i niekiedy bolesny guz. Tętniaki tętnicy mózgowej wywołują silne, pulsujące bóle głowy, osłabienie lub porażenie niektórych grup mięśni, zaburzenia czucia lub równowagi, ból gałek ocznych, zaburzenia widzenia. Niekiedy stwierdza się nierówność źrenic. Niestety tętniaki tętnicy mózgowej znacznie częściej niż pozostałe przebiegają bezobjawowo. Czasami dopiero nagłe pęknięcie i wylew krwi do mózgu lub przestrzeni podoponowej dają sygnał o chorobie. Tętniak zlokalizowany w tętnicy zaopatrującej kończynę prowadzi do pogorszenia jej ukrwienia, co objawia się bólem, osłabieniem mięśniowym, bladością lub zasinieniem. Jeśli tętniak poszerza ścianę serca, może to wywoływać zaburzenia rytmu lub rozwój niewydolności krążenia. W przypadku pęknięcia objawów nie da się przeoczyć. W zależności od lokalizacji występuje nagły i silny ból brzucha, klatki piersiowej, głowy lub nogi. Często dołączają objawy wstrząsu (poty, bladość, kołatanie serca), niewydolność nerek oraz utrata przytomności. Powinno to skłonić do szybkiej konsultacji z lekarzem, gdyż czas w przypadku tętniaka ma kluczowe znaczenie. Najczęściej jednak opisane objawy nie występują, czujemy się zdrowi, a tętniak jest wykrywany przypadkowo, np. w trakcie kontrolnego RTG klatki piersiowej. Tymczasem badania kontrolne RTG, USG z uwzględnieniem zagrożonych tętnic byłyby bardzo pomocne.

W przypadku podejrzenia o istnienie tętniaka zwykle wykonuje się: badanie krwi (w tym również tłuszczów, cholesterolu i układu krzepnięcia), EKG, USG tętnic lub serca, tomografię komputerową jamy brzusznej, klatki piersiowej lub głowy, angiografię (prześwietlenie tętnic po podaniu do nich płynnego kontrastu).

Odpowiedź na pytanie: leczyć czy nie leczyć tętniaka nie jest jednoznaczna. Jeśli wykrywa się tętniaka, który nigdy nie pękł, jest małych rozmiarów i nie daje żadnych dolegliwości, trzeba dokonać oceny ryzyka i przeciwstawić ewentualne korzyści z podjęcia leczenia. Ważny jest również wiek pacjenta. U ludzi młodych tętniaki niekrwawiące raczej się leczy, ale w przypadku osób starszych decyzja jest często odmienna, gdyż ryzyko jest zbyt wysokie. Choremu zaleca się wówczas przestrzeganie diety i badania kontrolne. Sam tętniak w niczym nie przeszkadza, ale stwarza ogromne ryzyko w przypadku pęknięcia (ocenia się, że w takim przypadku przeżywa tylko około połowa pacjentów). Wówczas leczenie trzeba podjąć natychmiast, gdyż jest to ratowanie życia. Dlatego większość lekarzy optuje za leczeniem tętniaków. Można to robić operacyjnie usuwając tętniaka i zastępując go przeszczepem (w mózgu „zaklipsowując” – przy tętniakach mózgowych jest największe ryzyko tzw. krwotoku podpajęczynówkowego zagrażającego życiu), chociaż zdarza się czasami, że tętniak może się pojawić ponownie i trzeba reoperować lub metodą endowaskularną (wprowadzenie protez przez skórę, przeważnie przez tętnice w pachwinach – mniej inwazyjne, ale też może doprowadzić do powikłań w postaci zatkania jakiejś tętnicy skrzepem czy do pęknięcia tętniaka). Leczenie farmakologiczne w zasadzie jest niemożliwe i stosuje się go jedynie po zabiegu, podając leki obniżające krzepliwość oraz antybiotyki.

Trudno mówić o zapobieganiu tętniakom, ale z pewnością warto wyeliminować czynniki ryzyka, jak: palenie tytoniu, nadużywania alkoholu, dietę opartą na tłuszczach, brak aktywności fizycznej, nieleczone nadciśnienie, stres.

 

Izabela Niziałek

 

 

 

 

 

NOWY KRÓL

NOWY KRÓL

Usiadł na tronie z głębokim westchnieniem. Przez chwilę trwał w nienaturalnej, sztywnej pozycji w lewej ręce berło trzymając, w prawej jabłko dzierżąc. Po namyśle – lekturę „Poradnika monarchy” wspomniawszy – złoty owoc z wygrawerowanym na nim rogatym zwierzem w lewą dłoń ujął, a berło z duchackim krzyżem do prawej przełożył. Taaaa. Teraz to można rządzić – pomyślał z satysfakcją.

Chciał odźwiernego wezwać, ale jak tu w ręce klasnąć, skoro obie zajęte. Wołać, cennego, królewskiego głosu nadużywając, jakoś nie wypada. Co robić? Co robić?

Przede wszystkim nie ulegać panice. Po sobie nic nie dać poznać. Rżnąć monarchę całą gębą. Myśląc tak trwał nieruchomo próżno nasłuchując kroków służby. W pałacu było cicho jak przysłowiowym makiem zasiał.

A przecie mieli go wspierać, mieli mu pomagać, doradzać… Obiecywali stać przy nim na dobre i złe. Gdzie teraz są ministrowie, szambelani, podkomorzowie i inni, których głos podczas elekcji pomógł mu zwyciężyć? Gdzie zaufany zausznik, który do walki o tron go namówił, taktykę opracował siły wyborcze zbierając, do zapomnianych sojuszników umyślnych śląc, ferment wokół siejąc skutecznie, aż do zwycięstwa.

– Masz dobre imię, królewskie, z potężnym dzwonem ludziom się kojarzy, a to już połowa sukcesu – podjudzał.

– Gdy wygrasz, wielkim władcą będziesz, tylko musisz postawić na zmiany. Nikt ze starej, wrażej ekipy zostać w twym otoczeniu nie może. To ludzie fałszywi, a choćby nawet zasługi jakoweś dla ojczyzny mieli – pozbądź się ich! – doradzał.

– Postaw na niedoświadczonych i nic nie umiejących, a wierni ci będą po grób – uśmiechał się chytrze. – Takich to i łatwiej się pozbyć w odpowiednim momencie i za niepowodzenia winę zwalić.

Zawierzył jego słowom, choć resztki rozsądku co raz się budziły i nieśmiało ostrzegać przed błędem próbowały. Wszak zausznik ów już nie raz w dziejach kraju rokosz czynił, ale zawsze nic poza chaosem z tego nie wynikało. Wszak sam, nijakich umiejętności nie mając, knuł jeno co by zepsuć, zburzyć, ręce z radości zacierając.

Rozsądek, co jeszcze w głowie pozostał, podpowiadał, że sprzedajny poddany samego króla sprzedać skłonny będzie, jeśli tylko własny jego interes będzie tego wymagał.

Tamten zaś kusił jad sącząc do ucha cierpliwie. Poselstwo do starej czarownicy słać kazał. Mieszkająca w wysokiej wieży, pieczętująca się pierwszą literą greckiego alfabetu, zapomniana przez wszystkich wiedźma, której onegdaj – za oszustwa – topór kata groził, którą karnie – za krzywoprzysięstwo – usunięto z ostatniego sabatu na Łysej Górze, uradowała się wielce.

– Hokus, pokus, czary mary, niechaj sczeźnie już król stary – mruczała pod nosem napar tajemniczy a cuchnący w kotle mieszając. – Ząb nietoperza, oko sowy, niech króluje władca nowy…

Zausznik (co także królewskie – wzięte z Korczakowskiej powieści – imię nosił), choć oficjalnie mienił się ateuszem – sam siebie zwąc stronnikiem postępu i historycznej niepamięci – brzydził się w duchu guślarstwem, wiedział przecie, że droga do tronu często po trupach prowadzi, a żadna metoda, o ile by tylko skuteczna była, nie jest zła w tym względzie.

Jak się okazało, miał słuszność. Czy to bowiem czary, czy jeno głosy przekupionego obietnicą stanowisk elektoratu, przeważyły szalę zwycięstwa na korzyść nowego króla.

Początkowo serce monarchy przepełniały duma i radość. Przez pierwszy tydzień, przed snem wyobrażał sobie jakie czekają go zaszczyty, jak to będzie mógł zwracać się do tych, którzy jeszcze do niedawna więksi od niego byli, jak to jednoosobowo decyzje będzie podejmować; zwalniać i zmieniać, zmieniać i zwalniać. A wszyscy w pas kłaniać mu się będą i jego imię z nabożną czcią i bojaźnią wypowiadać.

Znacznie mniejszy entuzjazm u nowego władcy wzbudzała konieczność powołania, na miejsce zwolnionych, nowych, królewskich urzędników. Raz po raz przeglądał listę kandydatów i zżymał się coraz bardziej. Oto bowiem jeden z przyszłych ministrów, tłumacząc się koniecznością czuwania nad własną, rozległą ponad wszelką miarę posiadłością (zagrożoną ponoć wrogim najazdem), adnotację stosowną złożył, z której wynikało, że czasu dla króla mieć raczej nie będzie, a tylko raz w miesiącu przed obliczem władcy stawi się celem złożenia obowiązkowego raportu. Inny zaś, zasłaniając się od dawna przewidywaną rebelią chłopów w swoim majątku, odmówił współpracy obiecując, gdy tylko ową rebelię ostatecznie stłamsi, wiernie przy swoim władcy stać. Terminu jednakże nie podał. Pozostali kandydaci albo języka urzędowego kraju nie znali (zostali bowiem sprowadzeni z królestw ościennych, byle tylko większością głosów kandydaturę króla poprzeć), albo też – ze względu na wiek – doświadczenia żadnego nie mając, wili się piskorze, nie chcąc brać na siebie nijakiej odpowiedzialności.

Tymczasem, dach pałacu przeciekał, wschodnia baszta wymagała remontu i często zacinał się stuletni zwodzony most. Na wsiach szerzyły się choroby, ciemnota i analfabetyzm, po drogach zaś grasowały zbójeckie bandy regularnie ograbiające kupców, a nawet co zamożniejszych turystów.

Zadumał się król tkwiąc sztywno na tronie; trzymając jabłko w lewej, a berło w prawej dłoni.

Wtem za oknem pałacu odezwały się pojedyncze głosy, które zaraz zlały się w jeden głos. Ludzie wznosili w górę zaciśnięte pięści, a szmer tłumu płynnie przeszedł w chóralny śpiew. Jednak pancerne szyby skutecznie tłumiły słowa pieśni.

Monarcha stał ukryty za kotarą i nie śmiał otworzyć okna. Wolał nie słyszeć, nie wiedzieć… W tej chwili najbardziej pragnął cofnąć czas. Z królewskich oczu popłynęły łzy.

Do komnaty bezszelestnie wślizgnął się zaufany zausznik w towarzystwie jednej z dam dworu. Przez chwilę w milczeniu patrzyli na płaczącego władcę.

– To ze szczęścia – szepnął zausznik.

 

 

 

 

Spadająca gwiazda Marii Baster-Grząślewicz

Spadająca gwiazda Marii Baster-Grząślewicz

 

Maria Baster-Grząślewicz, doktor fizyki, nauczyciel akademicki, aktorka, malarka, poetka. W skrócie: artystyczna dusza. W Grupie Każdy od niedawna, jednak już po pierwszym przeczytaniu wierszy wzbudziła moją sympatię i szacunek. Tomik „Traktat o dziurze” jest drugim po „Srebrnych kolorach”, obydwa wydane w tym samym, 2014 roku. „Traktat o dziurze” czyta się praktycznie jednym tchem, z lekkim zadziwieniem i uśmiechem, ponad pięćdziesiąt wierszy. Język Baster-Grząślewicz jest oryginalny, od wierszy bije spokój, ale i pewność siebie. Utwory są krótkie, w żadnym nie ma zbędnego zdania lub słowa, to złote myśli.

 

Zatrzymać czas

który dzwoni

w uszach

na kolację

z wczorajszego dnia

 

[Rozregulowane zlecenie]

 

Otworzyłam na przestrzał

drzwi do szczęścia

uciekło

głupie

jak wiatr

 

[Przeciąg]

 

Wpadł w kałużę rozumu

i utopił się

w okrągłych

kroplach

zdziwienia

 

            [Zaskoczenie]

 

Wiersze Baster-Grząślewicz często wywołują u czytelnika uśmiech, po pierwszej reakcji następuje zrozumienie ironii i zaskoczenie celnością uwagi, tak jak w wierszu „Zaskoczenie”. Współczesny człowiek często goni bezmyślnie za karierą, za pieniądzem, za doskonałością, nie ma czasu na myślenie. Kiedy przychodzi moment na zatrzymanie się, dochodzi do wniosku, że właśnie tonie, lub niewiele mu do tego brakuje. Lapidarne w swojej formie wiersze poruszają tematy egzystencjonalne, które dotyczą każdego z nas. Jednocześnie nie są osobiste, poetka nie skupia się wyłącznie na sobie, a w zasadzie w ogóle nie pisze otwarcie o sobie. Jest to „ja” – poetyckie, „ja” egzystencjonalne.

 

w kręgu przyjaciół

wśród

wspólnych

spraw

rozwiązanej

szarady

– zniknął

sens

 

            [Bez powodu]

 

Istnienie

– szczelina

między Niebem

a Ziemią

 

Szczelina

– zbyteczny (?!)

szczegół kształtu

 

[Szczelina]

 

urodziłam potworka

miał olbrzymie oczy

mały brzuch

i czerwone pięty

był to bardzo nieudany potworek

zupełnie zwyczajny

– prawie taki sam

jak inne

dzieci

 

[Zadziwienie]

 

Malarstwo i poezja Baster-Grząślewicz są ze sobą ściśle związane. Większość utworów poetyckich jest bowiem tytułami i opisami prac malarskich artystki. Za namową przyjaciół zostały one zebrane i wydane w postaci tomiku, co uważam za bardzo dobrą decyzję. Poezja Baster-Grząślewicz nie wymaga bowiem ilustracji, broni się sama, żyje swoim osobnym życiem. Tomik „Traktat o dziurze” został opatrzony rysunkami autorki, dzięki czemu otrzymujemy dokładny obraz samej artystki. Od ilustracji, podobnie jak od wierszy, bije bowiem humor i pewność siebie.

 

Ujęta w ramy

zwyczajności

wciąż się wymyka

dosłowności,

 

ujęta w naukowe

zwroty

kpi sobie

z wielkiej filozofii.

 

[O prawdzie]

 

Moje życie

na krawędzi stołu

przeze mnie

ustawione rozmyślnie

myślę

 

zachować …

 

[O porcelanie]

 

Życie w ciemności nie jest

beznadziejne

 

Nadzieja znika wtedy

gdy robi się

jasno

 

bo gdy jest

jasno

 

wtedy

 

jasno widać

 

że nic

nie widać

 

[O ciemności]

 

Znane jest powiedzenie, że o wszystkim już napisano. Ważne, aby pisać o tym wszystkim inaczej niż wszyscy. Maria Baster-Grząślewicz wypracowała swój własny styl. Potrafi poruszyć, wywołać emocje na twarzy czytelnika, wywiercić dziurę w sercu i umyśle, ale w tym pozytywnym znaczeniu – pozostawić ślad, zapchać dziurę swoimi wierszami, które długo nie pozwalają o sobie zapomnieć.

 

W deszczu spojrzeń

przemokła aż do serca

 

Proszę uważać

powiedział lekarz

Mogła się pani

przeziębić

 

Było już za późno

Umarła

następnego dnia

 

Z samotności

 

[Samotność]

 

 

 

Aneta Kielan-Pietrzyk

 

Maria Baster-Grząślewicz Traktat o dziurze, Wyd. Towarzystwa Słowaków w Polsce, Kraków 2014

 

 

 

Henrykowi Cyganikowi pro memoriam…

 

Henrykowi Cyganikowi pro memoriam

Kiedy pisałem te słowa, 23 lutego 2015 r., mijało dokładnie dziesięć lat od śmierci Henryka Cyganika. Pamiętam jak żegnaliśmy go na krakowskim Cmentarzu Rakowickim, przy rzewnych dźwiękach góralskiej kapeli. Poetę, publicystę, dziennikarza prasowego i radiowego, człowieka wyczulonego na wszelką ludzką krzywdę, wyczuwającego panoszące się wokół nas zło w każdym czasie. Zarówno przed pamiętnym 1989 rokiem, a tym bardziej w okresie późniejszym, kiedy w kwietniu 1990 r. zlikwidowano Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli komunistyczną cenzurę. Przez to zawsze miał „pod górkę”, szykanowany przez twardogłowych towarzyszy z komunistycznego aparatu, a wyrzucony na bruk z krakowskiego radia przez pierwszego prezesa spoza „pzpeerowskiej” rzeczywistości. Pozostawił po sobie kilka tomów poetyckich, setki gadek, felietonów społeczno-politycznych, które wybrzmiały na antenie Radia Kraków lub tleją na delikatnym papierze czy to Gazety Krakowskiej, tarnowskiego Temi, chłopskich Wieści… Ale nie przebrzmiały i nie zetlały zapewne, bo kiedy wpada w ręce jakiś tekst Cyganika, zawsze znajdziemy odniesienie do współczesności. I zastanawiam się, czy nic się nie zmienia? Czy nie potrafimy uporać się z problemami nazwanymi? Odnoszę wrażenie, że po prostu się nam nie chce, bo stajemy się gorszym, mniej rozumiejącym, egoistycznym, zatomizowanym społeczeństwem. Walczył z tymi przywarami także Henryk Cyganik… Nec Hercules contra plures. Czytam słowo z Henryka o nas, Polakach: „Pijemy jak Azjaci, myślimy jak Aborygeni, pracujemy jak Arabowie w skwarze pustynnego słońca, ale żyć chcemy jak Rzymianie”. I znowu – nihil novi sub sole… Nic się nie zmieniło.

Do mojego ostatniego umówionego z Henrykiem Cyganikiem spotkania nie doszło. Pogarszający się stan zdrowia uniemożliwił mu przybycie do Radia Alfa nadającego z Węgrzec, by uczestniczyć w audycji Ryszarda Rodzika „Każdy rodzi się poetą”. Mieliśmy rozmawiać o wydanym przez ŚOK wyborze poezji Henryka Cyganika zatytułowanym Święty azyl, który u schyłku 2004 r. ukazał się w serii wydawniczej Poeci Krakowa. Audycję jak zawsze prowadził Ryszard Rodzik, który także już przeszedł na drugą stronę. Czytaliśmy wiersze Henryka, opowiadaliśmy o rozmowach z nim, jego książkach – a było ich kilka: Regina (1989), Dopiero za pięć dwunasta (1997), Cosik śmiysnego Jaśka Plewowego (1998), Gryps dla umarłych (2000), Anegdoty góralskie i Dowcipy góralskie (2000), Biała klinika (2001), Przeszedłem przez ścianę (2003) i wspominany już Święty azyl (2004).

Wspominając Henryka Cyganika wiem, że jego teksty nie raz jeszcze będą sprowadzały nas na ziemię. Można żałować, że nie powiódł się projekt stworzenia przez Henryka literackiego kabaretu, który miał działać przy Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Zabrakło pieniędzy, a może i autorowi „twórczej pary”, ponieważ coraz bardziej pogrążał się w chorobie. Czytajmy Jego wiersze, słuchajmy Jego gadek (żyją w internecie), wracajmy do jego książek, by spełnić jego marzenie o czytelnictwie… Westchnął kiedyś Henryk – Gdyby nam się jeszcze udało książkę do nabożeństwa zamienić na nabożeństwo do książki

Janusz M. Paluch

 

 

Marzec 2015 – Gazetka Lamelli

  1. Krakowska Książka Miesiąca
  2. Kerala – migawki z południa Indii
  3. Utajone niebezpieczeństwo
  4. NOWY KRÓL
  5. Spadająca gwiazda Marii Baster-Grząślewicz
  6. Henrykowi Cyganikowi pro memoriam…

Witajcie w nowym świecie

 

Witajcie w nowym świecie

To się wydarzyło dokładnie we wtorek, 9 września, roku pamiętnego 2014. Tuż przed południem. Włączyłem komputer, by sprawdzić, co tam słychać w świecie. Czytałem o różnych Tuskach, Putinach i Ukrainach. I nagle – oczom nie wierzyłem. W sieci informowali, że jest najnowszy album U2. Darmowo, do posłuchania w każdym zakątku świata, może z wyjątkiem Korei Północnej i Państwa Islamskiego.

O nowym albumie U2 mówiło się już od lat kilku. Że Bono coś zapowiedział jesienią roku ubiegłego, że gitarzysta The Edge wiosną roku bieżącego mówił o kolejnych zmieniających się producentach, że płyta ma być tuż, tuż. Ku mojemu zniesmaczeniu, nic w tej sprawie się nie działo. Ani w Trójce, ani w RMF FM, ani w specjalistycznej muzycznej prasie – nikt nic poważnego nie wieszczył. A tu, proszę, coś z niczego – ma być! Bo sieć poinformowała!

Sprawdziłem natychmiast. Faktycznie było! Nowe U2! Całej płyty „Song of innocence” można było sobie słuchać do woli. Moja recenzja? To bardzo dobra płyta U2. Lepsza od kilku poprzednich. Płyta, z której nie usunąłbym ani jednej piosenki. Zaczyna się od stadionowego „The miracle”, a potem jest równie dobrze. Jest ballada, jest rockowy czad, jest melodia, kolejna porcja hiciorów świetnie zagranych, zaśpiewanych i wyprodukowanych. Wszystko z głosem Bono i rozpoznawalną zawsze gitarą, która zachwyca The Edge. Czyli na tej płycie jest wszystko to, za co U2 wielbimy od 39 lat, gdyż wtedy grupa chłopaków, z Dublina w Irlandii zaczęła robić światową karierę. Dziś U2 to prawdziwi giganci rocka. Bono może sobie pozwolić na to, by zadzwonić z koncertu do prezydenta USA, może pojechać jako ekspert na forum ekonomiczne w Davos, może wspierać charytatywnie (i to czyni!) głodujące dzieci z Afryki.

Piszę o tym nie dlatego, aby bezkrytycznie wychwalać, co też mogą U2. Piszę, by uświadomić Wam, że to za ich sprawą rychło dojdzie w muzycznym świecie do prawdziwej rewolucji. Ich najnowsza płyta muzycznie już jest, ale faktycznie jej nie ma. Nie ma okładki, nie ma CD ani winylu. Jest tylko muzyka. W najnowocześniejszych technologicznie formatach. Naturalne w tej sytuacji jest pytanie, skąd na taką „życzliwość” U2 wzięli pieniądze, gdyż mało kto takie przedsięwzięcia realizuje za darmo. Oni wiedzą, skąd je mają. I skąd będą je mieli. Kasę mają od komputerowego giganta, a będą odrabiali (i zarabiali!) na równie gigantycznych koncertach, wyprzedanych błyskawicznie. Ot, prosta ekonomicznie odpowiedź. Zmuszająca jednak do odpowiedzi na kolejne pytania, jakże istotne dla „szaraczków” w muzycznej branży. Skąd, bez wyrobionej marki, znaleźć środki na rozpoczęcie drogi do sukcesu, takiej jak U2, czy The Rolling Stones? Trzeba przecież przy produkcji płyty zapłacić za studio, za obsługę, za promocję. Trzeba zapłacić za busy, noclegi, sprzęt, posiłek przy organizacji nawet najmniejszego koncertu, w największej nawet powiatowej „pipidówie”. Zespołów z takimi dylematami, znacie wiele.

To są naprawdę poważne wątpliwości dotyczące przyszłości maluczkich, myślących o wielkiej karierze. Wielcy, mają w niej wszystko i o przyszłość nie muszą się martwić. Mają brandy, marki, darmową medialność i korporacje za sobą. A ci mali, startujący, nie mają prawie nic. Oprócz własnych pomysłów na muzykę, często lepszych od utytułowanych gwiazd. Co robić?

To są naprawdę poważne dylematy, na które trzeba będzie rychło odpowiedzieć ( tylko kto?). Dlatego witajcie w nowym świecie. Dla jednych przyjemnym, a dla innych okrutnym.

Dariusz Łanocha

 

Tożsamość Zdzisławy Hampel

Tożsamość Zdzisławy Hampel

 

Mam przed sobą mały niepozorny tomik Zdzisławy Hampel pt. „Odkurzanie Tożsamości”. Moją uwagę przyciągnęła okładka z obrazem łudząco podobnym do „Tańca” Alfonsa Muchy. Okazało się, że jego autorką jest sama poetka a „Taniec” Alfonsa Muchy był dla niej inspiracją. Zdzisława Hampel oprócz uprawiania poezji zajmuje się także malarstwem, śpiewem, fotografią i rękodziełem artystycznym. Autorka urodziła się w 1951 roku, wiersze zaczęła pisać w 1968, a wydany w tym roku tomik jest jej pierwszą w całości autorską książką. Dwadzieścia sześć krótkich utworów, plus kilka fotografii. Tak niewiele a tak wiele…

 

***

zabrałeś ciepło pościeli

szaleństwo nocy

poranka

dnia

zmierzchu

na postronku uwiązałeś uczucia

 

jak rozkład jazdy pociągów

ustaliłeś grafik czułości

tylko wieczorami

od poniedziałku do piątku

z wyjątkiem sobót i niedziel

 

[*** zabrałeś ciepło pościeli…]

 

Wiersze Zdzisławy Hampel są pełne uczuć: miłości, niepewności, rozczarowania. To wiersze osobiste. Autorka nie chce naprawiać świata, ani zmieniać ludzi. Skupia się na swoim własnym małym świecie. Ma swoje prywatne małe tragedie i radości. Na nich buduje swoje życie, według nich podsumowuje życie, opiera swoje nadzieje lub je traci.

 

***

każdy ma swój przydział na szczęście

na miłość

mój się wyczerpał

 

            [*** każdy ma swój przydział…]

 

***

jestem jak pusta karuzela

której nie uruchamia się z powodu

braku chętnych do radości…

 

[*** jestem jak pusta karuzela]

 

tej wiosny

drzewa budzące się do życia

poroniły liście i pąki kwiatów

[…]

jechaliśmy dwoma różnymi pociągami życia

 

[*** między równo leżącymi swetrami…, frag.]

 

***

z wiosną, której przyjście wiatr wróżbita wróży

Apollo mego życia, jak słońce po burzy

znów wypełnia puste oczy moje

ciemność w jasność chce zmienić

jasności się boję …

 

[*** z wiosną…]

 

Utrata miłości, rozczarowanie, samotność, zwątpienie czy człowiekowi pisane jest jeszcze szczęście?! Jednocześnie nadzieja na coś pięknego i dobrego. Bo choć autorka pisze jestem jak pusta karuzela, to jednak karuzela, a karuzela wzbudza radość i daje rozrywkę. Im więcej ludzi chętnych do zabawy tym lepiej. Na takich właśnie ludzi czeka poetka i narrator wiersza. Jasność życia jest w zasięgu wzroku, lecz wzbudza strach. Przezorność i ostrożność są wskazane, ale nie powinny powstrzymywać przed szukaniem szczęścia, przed szukaniem siebie. Jakim słowem opowiedzieć siebie? Większość poetów za pomocą tekstu szuka prawdy o sobie, próbuje zrozumieć samego siebie i przedstawić siebie innym. Podobnie czyni Zdzisława Hampel. Gdy człowiek szczęśliwy i zakochany całe życie obleka się w kolory a świat jaśnieje. Gdy dopada nas nostalgia i rozczarowanie, dzieje się na odwrót.

 

***

milczę pełna ciebie

jak noc ciemnością jaśniejąca gwiazdami

jak dzień szary kolorami życia

jak cisza trwania milczeniem krzyku

przemijaniem

milczy noc we mnie

 

[*** milczę pełna ciebie…]

 

***

noc

w której zrodziłam siebie

tobie

stała się modlitwą

o szczęściopłacz

twoich narodzin

 

[*** noc w której…]

 

Poetka delikatnie dotyka także spraw wiary. Pisze o swoim cierpieniu, wspominając Chrystusowe cierpienie. Zastanawia się jak wiara może pomóc człowiekowi i czy w ogóle może.

 

modlitwą klęczę przed ołtarzem

[…]

na jakie ręce przygwożdżone patrzę

tego na krzyżu

czy na twoje

 

[*** dobranoc mówię nadaremnie…, frag.]

 

jaką modlitwę wymodlić

[…]

jak wiarą niewiarę powiedzieć

 

[*** jaką modlitwę wymodlić…, frag.]

 

w obawie przed jutrem

pragnę złożyć

ostatnią modlitwę swemu Bogu

 

[*** w obawie przed jutrem…, frag.]

 

Wrażliwość poetki jest ogromna i poruszająca. Mam nadzieję, że recenzowany tomik jest tylko początkiem, ponieważ jako czytelnik chciałabym sięgnąć po kolejne wiersze Zdzisławy Hampel. Być może wtedy już autorka będzie wiedziała, co zrobić z miłością i szczęściem, które do niej zaglądają w wierszu zamykającym tomik „Odkurzanie tożsamości”: teraz mam ciebie / i nie wiem jak cię przyjąć.

           

 

Aneta Kielan-Pietrzyk

 

Zdzisława Hampel Odkurzanie Tożsamości          

Wydawnictwo Komograf, Warszawa 2014

 

HERINGSROMAN

HERINGSROMAN

 

Roman Herings był właściwie życiowym optymistą. Rumiany czterdziestopięciolatek ze sporą nadwagą cieszył się w swoim środowisku zasłużoną estymą. W życiu zawodowym wszystko potoczyło się według planu. „Jesteś książkowym wręcz przykładem człowieka sukcesu” – zwykł mówić Witek Gorzelany, najlepszy przyjaciel Heringsa, jeszcze z okresu studiów.

Ukończona w terminie Politechnika uczyniła z Romana fachowca w dziedzinie budownictwa lądowego, a częste – i jakże bliskie – kontakty z deweloperami sprawiały, że bankowe konto osobiste, na którym przechowywał oszczędności, pęczniało w postępie geometrycznym.

Druga żona, Magda, oprócz uroczych bliźniaków Remusa i Romulusa (Herings uparł się, aby imiona synów brzmiały oryginalnie i, to zrozumiałe, zaczynały się na „R”), obdarzyła go miłością, może chwilami nadopiekuńczą, ale jednak miłością.

Z pierwszą żoną – Beatą nie utrzymywał od lat znajomości. Było to wygodne i łatwe, gdyż nie posiadali dzieci, co z kolei nie obarczało Heringsa obowiązkiem alimentacyjnym. „Urodzony w czepku” – mawiał Gorzelany, poklepując go poufale po spasionej twarzy.

Znali się od dwudziestu pięciu lat i nie mieli przed sobą tajemnic. No, może jednak jakieś mieli. Witek był zdeklarowanym singlem i Roman – z delikatności – nie pytał go nigdy jak sobie radzi z t y m i sprawami. Ot, małe tabu, jak wysepka na morzu wzajemnego zaufania i sympatii. Setny śledzik i dwusetna, wypita razem wódeczka scalały męską przyjaźń.

 

Był poniedziałek i Herings wybierał się do biura, aby rozpocząć kolejny tydzień dobrze płatnej pracy. Pocałował żonę w policzek i nachylał się właśnie z ojcowską troską nad śpiącymi jeszcze Remusem i Romulusem, gdy nagle zadzwonił telefon.

– Cześć, tu Witek, mógłbyś do mnie przyjechać? – Herings wyczuł w głosie przyjaciela niepokój zmieszany z podnieceniem.

– Wiesz, miałem właśnie iść do roboty… A co się stało? – zapytał, zdając sobie sprawę, że powód nie może być błahy.

– Romku, to nie jest na telefon… To jest stra… – rozmowę przerwano, a Herings miał wrażenie, że usłyszał głuchy odgłos upadającego ciała.

Wyobraźnia płata mi figle – próbował się uspokoić, lecz znał się zbyt dobrze i wiedział, że to zwyczajnie niemożliwe.

Wybiegł z mieszkania, pozostawiając w drzwiach Magdę z wyrazem osłupienia na twarzy, przemierzył w kilka sekund dystans dzielący go od osiedlowego parkingu, wsiadł do swego zielonego peugeota 408 i po chwili mknął alejami Trzech Wieszczów w stronę Mostu Dębnickiego.

Przed mostem skręcił w lewo, w Zwierzyniecką. Po dziesięciu minutach parkował w strefie A, naprzeciw kolegiaty świętej Anny.

 

Rynek. Herings musiał go przeciąć, aby – na skróty – Pasażem Bielaka dostać się na Stolarską, gdzie, dokładnie naprzeciwko Ambasady Śledzia, mieszkał Witek Gorzelany.

Operacja okazała się trudniejsza niż przypuszczał. Kilkunastoosobowa grupa alfonsów, ubranych, jak jeden mąż, w garnitury od Armaniego, wspomagana przez kilka prostytutek w skórzanych uniformach SM, z biczami w rękach niosła transparent „Wasze ulice – nasze ladacznice”. Protest był skierowany przeciw nasilającej się tendencji usuwania cór Koryntu z najbardziej reprezentacyjnych miejsc w Krakowie w obliczu zbliżających się Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Magistrat nie zgadzał się, żeby wizytówką miasta, przez które przetoczy się wataha kiboli zmierzających z Kijowa do Warszawy, stały się przedstawicielki najstarszego zawodu świata. Kolejny transparent przedstawiał piłkę przebitą nożem o czerwonej, fallicznej rękojeści, a wymowne hasło brzmiało: „Football = Funeral Of Fuck”.

Od strony Siennej nadchodziła kolejna manifa. Dilerzy narkotykowi, zrzeszeni w związku zawodowym Kartel Kraków nieśli słomianą kukłę prezydenta i transparent „Polityczni podżegacze zabrali nam dopalacze”. Odziany w szlachecki żupan i rozdartą na piersiach koszulę lider demonstracji darł się na całe gardło: „Dziś dopalacze, a co jutro?!”

Roman chciał przedrzeć się przez tłum w stronę Pasażu, gdy od strony Wiślnej nadeszła trzecia grupa. W grobowej ciszy niosła trumnę z wystawionym na widok publiczny gigantycznym papierosem. Wszyscy uczestnicy happeningu palili w milczeniu od trzech (młodzież, seniorzy) do sześciu, a nawet ośmiu (kobiety w ciąży) papierosów naraz. Znad głów unosił się dym.

„Rak płuc wyłącznie moją sprawą, ręce precz od nikotyny” – głosił napis na szarym płótnie. Obok hasła naszkicowano płuca z wydrukowaną ustawą sejmową mówiącą o zakazie palenia tytoniu w lokalach gastronomicznych, na przystankach tramwajowych, na balkonach, mostach, w biurach i samochodach, dworcach kolejowych i na ulicach. Czarno odziani demonstranci z podobizną Jana Dekerta, w milczeniu dotarli pod „Vis a vis” i dopiero wtedy otoczyły ich Straż Miejska i policja. Rozpoczęła się szarpanina, podczas której wywrócono trumnę z papierosem.

Wtedy do palaczy dołączyli dilerzy, do dilerów alfonsi. Rozpętało się piekło. Na progu „Zwisu” pani Krysia, trzymając w prawej ręce miotłę, a w lewej srebrną tacę, broniła manifestantom wejścia do lokalu. „Bohaterska obrona bastionu abstynencji” – napisze na pierwszej stronie Gazeta Wyborcza.

– Nie przenoście nam zakazów do Krakowa – zaintonował falujący tłum. Przez moment manifestanci i siły porządkowe stanęły na baczność, a pani Krysia usiadła na kolanach kamiennego posągu-legendy przy wejściu do lokalu.

Po chwili wszystko wróciło do normy. Rejtan darł – i tak już podartą – koszulę, przyszłe matki demonstracyjnie zaciągały się papierosami, prostytutki zaczęły biczować strażników miejskich, a policjanci rzucali w tłum piłkami z autografem premiera.

W odwodzie, między Sienną a pomnikiem Wieszcza czekała czwarta demonstracja – pijanych kierowców. Już z daleka było słychać jak lżą polityków, obiecując, że siłą zabiorą im immunitety, jeśli ci nie zmuszą policji do oddania zarekwirowanych za promile praw jazdy.

 

Zdyszany wpadł w Stolarską potykając się o wyciągnięte nogi siedzącego na rogu żebraka o szlachetnym, uduchowionym wejrzeniu ciemnych oczu.

– Przepraszam! – zdążył krzyknąć i już pędził po schodach kamienicy, w której od wielu lat mieszkał Witek.

Kiedy zobaczył uchylone drzwi, ogarnęło go złe przeczucie. Wszedł bez pukania i od razu poczuł charakterystyczny zapach marynowanego śledzia.

Uchylił drzwi kuchni. Przy stole nakrytym kraciastą, biało-niebieską ceratą siedział Witek. Ukrył twarz w dłoniach kiwając się w tył i w przód, niby dziecko dotknięte chorobą sierocą. Przed nim, na talerzu zauważył niedojedzone dzwonko śledzia. Obok stał kieliszek wypełniony w połowie czystą wódką.

– Co się stało?! – wysapał Roman siadając naprzeciw Gorzelanego.

– To straszne… – Witek spojrzał prosto w oczy przyjaciela. – Właśnie dostałem nakaz eksmisji. Spodziewałem się tego, w końcu zalegam z czynszem nie od dziś… Ale spójrz… – podsunął Heringsowi pod nos urzędowe pismo opatrzone podpisem prezydenta.

Roman przebiegł długi, upstrzony ustawami, załącznikami oraz odnośnikami do ustaw i załączników tekst. Zatrzymał się przy punkcie: „proponowana lokalizacja”. Stało tu jak wół: Śledziejowice.

 

Bluszcz, 2011

 

Powyższy tekst zwyciężył w ogólnopolskim

konkursie na opowiadanie ze śledziem w tle

W „mieście aniołów” o aniołach innym razem… kaczmarski-underground, edycja 8.

W tym roku w ramach kaczmarski-underground na uczestników czekało kilka zmian. Były to zmiany dość istotne i, co oczywiste, nie wszystkim udało się dogodzić. Najbardziej chyba drastyczną była ta dotycząca miejsca – opuściliśmy stodołę (i sielskie siano) na rzecz urokliwie położonej (temu nikt nie zaprzeczy) Willi Tadeusz. Ba, opuściliśmy Marszowice na rzecz Lanckorony. Ta druga miejscowość znana jest w kręgach artystyczno-kulturalnych jako miejsce poetów i malarzy, a dla turystów od kilku lat jest „miastem aniołów”. To dlatego właśnie „padło” na Lanckoronę (trochę z przekory) – tytuł zlotu w tym roku brzmiał „O aniołach innym razem” i odnosił się wprost do książki Jacka Kaczmarskiego, od której tytułu wziął swoją nazwę.

Miejsce urzekło – nie tylko tych, którzy na Zlocie bawili po raz pierwszy. Również stali bywalcy, tęskniący do wylegiwania się na sianie w zabytkowej stodole, dostrzegali uroki odpoczynku wśród drzew, na „zabytkowym VIP-tarasie”, który stał się miejscem, z pewnością ważnych, głębokich, „nieanielskich” rozmów. Nowe „okoliczności przyrody” pozwoliły nieco odświeżyć agendę Zlotu. Jednak zaczęliśmy, jak zwykle od czterech lat, koncertem w Śródmiejskim Ośrodku Kultury. Na scenie, obok znanego undergroundowej publiczności Adama Łapacza, wystąpiły dwie utalentowane kobiety: akordeonistka Malwina Misiak oraz aktorka i wokalistka Aleksandra Gintrowska. Tak, tak – nazwisko nie jest przypadkowe – Przemysław Gintrowski był wujkiem Oli, ona zaś w ramach koncertu zaśpiewała kilka utworów, które zapisały się w naszej pamięci w Jego wykonaniu. Koncert nowego tria urzekł publiczność, szczególnie wspólne wykonanie „Pompei. Lupanaru”, czy „Powrotu”. Życzymy powodzenia w dalszej pracy nad wspólnymi programami.

Co zatem różniło to „k-u” od poprzednich? Otóż między innymi obecność w agendzie hasła „zwiedzanie Lanckorony” – tak, zdecydowanie byliśmy w tym roku bardziej „mobilni” („równowagę w przyrodzie” zachowaliśmy dzięki ekipie z VIP-tarasu, która w tym czasie wypoczywała po długiej nocy przy ognisku), do czego też skłaniała piękna okolica i ciekawe opowieści przewodnika – pana Roberta. Naszą wędrówkę śladami Konfederacji Barskiej zakończyliśmy w klimatycznej „Cafe Arka”, gdzie odbył się wernisaż prac Krzysztofa Trzaski, z cyklu inspirowanego utworami Jacka Kaczmarskiego, noszącego nazwę „Autoportret z poetą”. Wieczór okazał się czasem nie tylko koncertów, ale i quizów.

W kameralnym wnętrzu Willowej oranżerii, wśród słoików z przetworami undergrounodowymi (wszak „Jesień kładzie słoneczne wspomnienia w słoiki…”) zagrało tradycyjnie Trio Łódzko-Chojnowskie, wprowadzając w klimat swojej nowej płyty „Sny i sny”. Zaś Michał Wilgocki i Judyta Gąsior zaprezentowali koncert, któremu nadali tytuł „Niebiańska sotnia”, sytuując teksty Kaczmarskiego, Herberta i innych poetów w kontekście sytuacji na Ukrainie. Okazali się oni również wspaniałymi prowadzącymi show „Śpiewające gitary” – zabawa ponoć była przednia, a publiczność żywiołowo włączała się w zmagania ekip dwóch gitar. Wiedzę na temat kontekstów utworów Kaczmarskiego oraz poprzednich undergroundów sprawdzał Marcin Szymański, który tuż po kolacji zaprosił nas do wysiłku intelektualnego. Udało mi się wówczas być jedną z podpowiedzi .

Atrakcji było wiele. Trzeba tu wspomnieć również rozmowę Zbigniewa Łapińskiego (któremu nasz Zlot przypadł chyba do gustu), Pawła Słomczyńskiego i Katarzyny Walentynowicz, anioła artystki Pauliny Dorożyńskiej i jego odsłonięcie, śpiewy przy ognisku, które trwały całą noc. Wydaje mi się, że każdy znalazł dla siebie coś miłego i interesującego, skoro tym razem kaczmarski-underground przyciągnął dużo więcej osób, a wiele z nich przybyło na Zlot po raz pierwszy. Cieszy mnie niezmiernie, że z roku na rok udawało nam się podnosić sobie poprzeczkę, zapraszać nowych gości, proponować poza wspaniałymi koncertami nie tylko ogniskowe śpiewy, ale także wykłady, spotkania z autorami książek, wernisaże prac, dyskusje na ważne tematy dotyczące twórczości, ale i życia Jacka Kaczmarskiego. Mam nadzieję, że organizatorzy, do których dołączyłam na cztery wspaniałe undergroundowe lata, i którzy przyjęli mnie z życzliwością do swego grona, w dalszym ciągu będą stwarzać nie tylko dogodny klimat dla spotkań Kaczmarofili, ale dawać im/nam możliwość poznawania nowych wykonawców, osób z Jackiem Kaczmarskim związanych, czy artystów innych dziedzin, którzy na twórczość doskonale nam znaną spojrzą innym, świeżym okiem. Życzę im powodzenia, a ja chętnie napiszę coś o undergroundzie w przyszłym roku – patrząc okiem uczestnika.

Barbara Serwatka

 

 

TRANSPOETICA, poezja obca i nieznana

TRANSPOETICA, poezja obca i nieznana

W tym miesiącu zapraszamy aż na dwie odsłony cyklu Transpoetica. 4 października br., w ramach IV Nocy Poezji w Krakowie odbędzie się spotkanie z poezją Tatarów polskich. Do Krakowa przyjadą znakomici poeci: Selim Chazbijewicz i Musa Czachorowski. Selim Chazbijewicz jest profesorem na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, członkiem Stowarzyszenia Autorów Polskich, redaktorem naczelnym czasopisma „Rocznik Tatarów Polskich”. Musa Czachorowski jest nie tylko poetą, ale i współautorem antologii poezji Tatarów polskich „Oto moje dziedzictwo”, redaktorem naczelnym kwartalników „Przegląd Tatarski” i „Muzułmanie Rzeczypospolitej”. Rozmowa będzie toczyła się wokół poezji tatarskiej, zaprezentowana zostanie najbardziej znaczącą poezję Tatarów polskich, w tym naszych Gości. Zapraszamy na spotkanie tym goręcej, że będzie ono wyjątkową próbą przybliżenia bardzo słabo znanego obszaru poezji. Przypomniana zostanie również Anna Kajtochowa.

Z kolei 28 października br. odbędzie się Transpoetica: poezja latynoamerykańska. Przyjedzie do nas wybitna tłumaczka i poetka Krystyna Rodowska, autorka nagradzanej antologii „Umocz wargi w kamieniu. Przekłady z poetów latynoamerykańskich”, członkini Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Podczas wieczoru zostaną zaprezentowani tacy poeci jak: bardziej znany z opowiadań Jorge Luis Borges, Vicente Huidobro, którego gry językowe w „Altazorze” były nie lada wyzwaniem dla tłumaczki, kontrowersyjny Pablo Neruda, burzyciel konwencjonalnego języka poezji Nicanor Parra i Meksykanka z wyboru, buntowniczka, feministka, Ambar Past. Czy na przykładzie wybranych poetów uzyskamy obraz najważniejszych tendencji w poezji latynoamerykańskiej? Rozmowę z Krystyną Rodowską poprowadzi Adam Komorowski, krytyk i tłumacz poezji latynoamerykańskiej.

Zapraszam wszystkich miłośników dobrej poezji!

Anna Gregorczyk

Krakowska Książka Miesiąca październik

Krakowska Książka Miesiąca październik

 

Klementyna Żurowska

Z Leszczkowa w świat

 

Profesor doktor habilitowana Klementyna Żurowska jest nestorką krakowskiej szkoły historii sztuki. Jej zainteresowania badawcze skupiają się na problematyce polskiej architektury przedromańskiej i romańskiej czyli budowli z początków państwa polskiego. W historii architektury polskiej zapisała się jako badaczka i autorka fundamentalnych prac o rotundzie Panny Marii (Świętych Feliksa i Adaukta) na Wawelu, o romańskim kościele w Tyńcu, o kaplicy chrzcielnej i palatium na Ostrowie Lednickim, gdzie odkryła baseny chrzcielne datowane na trzecią ćwierć X wieku. Jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, wychowawcą wielu roczników historyków sztuki, członkiem korespondentem Polskiej Akademii Umiejętności.

Prof. Klementyna Żurowska urodziła się 23 maja 1924 roku w Perespie (powiat sokalski), w majątku swoich dziadków. Dzieciństwo spędziła w Leszczkowie, który należał do jej rodziców, Karoliny z Kraińskich i Romana Żurowskiego. W grudniu 1942 roku wraz z rodzicami i dwiema siostrami została aresztowana w Warszawie i osadzona na Pawiaku. Następnie wraz z matką i siostrami została wysłana do obozu na Majdanku, gdzie zmarła jedna z jej sióstr, a później została przewieziona do Ravensbrück. Po wyzwoleniu zdała maturę w szkole sióstr niepokalanek w Szymanowie i podjęła studia historii sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1952 roku uzyskała magisterium z historii sztuki na podstawie pracy napisanej pod kierunkiem profesora Wojsława Molégo i rozpoczęła pracę w Państwowych Zbiorach Sztuki na Wawelu. Następnie, po trzyletnim pobycie zagranicą i studiach na uniwersytecie w Poitiers we Francji, podjęła pracę w Instytucie Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego. W roku 1964 doktoryzowała się na podstawie dysertacji Rotunda Panny Marii Na Wawelu, a w 1971 uzyskała habilitację, której podstawą była rozprawa Romański kościół benedyktynów w Tyńcu. W roku 1990 nadano jej tytuł profesora.

W latach 1961-1965 brała udział w pracach wykopaliskowo-architektonicznych w opactwie benedyktynów w Tyńcu, a w latach 1987-1991 kierowała pracami badawczymi na Ostrowie Lednickim, zwieńczonymi doniosłymi odkryciami. Wyniki badań na Ostrowie Lednickim zostały opublikowane w tomie U progu chrześcijaństwa w Polsce. Ostrów Lednicki, t. 1-2, Kraków 1993. Mimo swego wieku, Profesor Żurowska jest nadal aktywna naukowo.

Książka Profesor Klementyny Żurowskiej Z Leszczkowa w świat, jest tomem wspomnień i należy do gatunku „książek mówionych”, gdyż została w całości nagrana na dyktafon. Jest to nie tylko autobiografia, ale również saga rodzinna. Książka ta spełnia również kryteria epopei, ukazując losy pewnej generacji na tle dramatycznych wypadków dziejowych. Dzieje Profesor Żurowskiej i jej rodziny to przykład losów całej rzeszy Polaków.

Swoistym symbolem tych losów jest pled, który wykorzystano w projekcie okładki. Pled ten został wyprodukowany w fabryce założonej w Leszczkowie przez ojca Profesor Żurowskiej, Romana Żurowskiego, według projektu jej matki Karoliny z Kraińskich Żurowskiej. Profesor Żurowska znalazła go w szpitalu obozowym w Ravensbrück, gdzie leżał rozłożony na podłodze. Z tym pledem pieszo wróciła z Ravensbrück do Polski i przechowuje go do dziś.

Wspomnienia Profesor Żurowskiej to równocześnie publikacja z historii polskiej historii sztuki, odsłaniająca szczegóły doniosłych odkryć naukowych. Dla historyków sztuki to także wzór kształtowania warsztatu naukowego poprzez podróże, dzieła sztuki, lektury.

Andrzej Włodarek      

 

Na spotkanie z autorką zapraszamy 30 października o godz. 18.00 do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury

 

Majówka w Katalonii czy może w Hiszpanii?

Majówka w Katalonii czy może w Hiszpanii?

 

Na tegoroczną majówkę wybraliśmy się do Katalonii, ciągle jeszcze jednego z regionów Hiszpanii, chociaż ostatnimi czasy coraz mniej skłonnego do pozostania pod zwierzchnictwem stołecznej administracji. Podczas naszego około 10-dniowego pobytu, poza poznaniem różnorodności tego regionu (kraju?), niejednokrotnie przekonaliśmy się jak dalekie są tam tendencje separatystyczne.

Z racji posiadania lotniska, na którym lądują samoloty z Krakowa, wakacje zaczęliśmy od położonej pod Barceloną Girony. Już tam rzuciły nam się w oczy wszechobecne żółto-czerwone flagi, którymi mieszkańcy manifestują odrębność od Madrytu. Spacerując po okazałych murach obronnych tego średniowiecznego miasta, zastanawialiśmy się czy starczy nam czasu na zwiedzenie co ciekawszych miejsc regionu – i z założenia odpuściliśmy tym razem Barcelonę. Jej, o czym przekonaliśmy się już rok wcześniej, warto poświęcić osobną historię.

Niejako metodą selekcji odwiedzaliśmy kolejne miejsca. Na początek zatrzymaliśmy się w typowym, choć bardziej lokalnym kurorcie, Sant Feliu de Guíxols, by niedługo potem ruszyć w głąb lądu, udając się w stronę gór. Zwiedziliśmy małe i spokojne, ale piękne Besalu, gdzie poczuliśmy się, jakbyśmy cofnęli się w czasy średniowiecza. Labirynty wąskich uliczek, kamienny kościół na centralnym placu i zapierający dech w piersiach most na rzece Fluvii. Kolejnym przystankiem na naszej drodze był Ripoll – miasto, w którym zaczęła się rekonkwista, słynące z romańskiego klasztoru z IX wieku, z przepięknie zdobionym portalem, „Biblią z Ripoll”, uznawanym za skarb sztuki romańskiej w Hiszpanii. Stamtąd, zahaczając jeszcze o pobliskie Sant Joan de les Abadesses i tamtejszy klasztor, dojechaliśmy do La Seu d’Urgell, leżącego u stóp Pirenejów. To niewielkie miasto, położone ok. 10 km od granicy z Andorą, znane jest między innymi z tego, iż tamtejszy biskup, wraz z prezydentem Francji, wspólnie „rządzą” sąsiednim księstwem. Wybraliśmy się na krótki, acz ciekawy spacer w jedno z bliższych pasm Pirenejów, by następnego już dnia skierować się w inne zakątki tego różnorodnego regionu. Zjechaliśmy więc na samo południe Katalonii, by znaleźć się w niesamowitym miejscu, jakim niewątpliwie była dla nas delta rzeki Ebru. Miejsce to było dla nas tak wyjątkowe, gdyż w żadnym wypadku nie kojarzyło się ono nam z jakimkolwiek regionem Europy: rozległe pola ryżowe, poprzecinane gdzieniegdzie siatką dróg, potęgujących wrażenie pustki i ustronności tego obszaru.

Wakacje dobiegały końca, planowaliśmy jeszcze odpocząć kilka dni na plaży. Kierując się więc w stronę Girony, zatrzymaliśmy się w najbardziej chyba znanej miejscowości na Costa Brava, Lorett de Mar, by… następnego ranka uciec na północ. Pomysł ten okazał się świetnym posunięciem, gdyż zamiast hałaśliwego kurortu otrzymaliśmy 2 dni na przepięknym półwyspie, zakończone wizytą na Przylądku Krzyży, najbardziej wysuniętym na wschód fragmencie Iberii. Tam również powiewały katalońskie, a nie hiszpańskie flagi.

Znajomi, u których podczas tych wakacji zatrzymaliśmy się na parę dni, podkreślali, że oni lubią Hiszpanów, nic do nich nie mają, ale sami są Katalończykami. Niezależnie czy z hiszpańskim, czy nawet andorskim paszportem…

Tekst i zdjęcia:

Katarzyna & Rafał Siudowscy

PROGRAM – PAŹDZIERNIK 2014

PROGRAM – PAŹDZIERNIK 2014

Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie, ul. Mikołajska 2

 

1 X, godz. 18.00

Grupa Każdy otwarte warsztaty literackie prowadzenie: Aneta Kielan-Pietrzyk.

 

2 X, godz. 18.00

„Konwój pomocy dla walczącej Ukrainy” – spotkanie połączone z pokazem slajdów. Udział wezmą przedstawiciele Stowarzyszenia Pokolenie oraz Grzegorz Bigaj i Adam W. Staskiewicz.

 

NOC POEZJI

4 X, godz. 18.00

Transpoetica: Tatarzy. Wieczór poezji tatarskiej, twórczości poetyckiej Tatarów polskich.

Udział biorą: Selim Chazbijewicz, Musa Czachorowski. Rozmowę z Poetami poprowadzi Michał Łyszczarz. Wiersze w interpretacji Jakuba Kosiniaka.

Organizatorzy: Stowarzyszenie Fragile, Śródmiejski Ośrodek Kultury, Gmina Miejska Kraków. Projekt jest współfinansowany ze środków Gminy Miejskiej Kraków.

 

 4 X, godz. 21.00

„Dowody istnienia” – recital piosenek Andrzeja Zaryckiego do tekstów Agnieszki Grochowicz (premiera). Słowa: Agnieszka Grochowicz. Muzyka: Andrzej Zarycki.

Akompaniuje zespół znakomitych krakowskich muzyków.

Recital „Dowody Istnienia” to unikalne międzypokoleniowe spotkanie krakowskich twórców piosenki – wybitnego kompozytora, głównego obok Zygmunta Koniecznego autora muzyki przebojów m.in. Ewy Demarczyk, związanego od lat z Piwnicą pod Baranami – jednej z najciekawszych postaci krakowskiej piosenki literackiej, cenionej autorki tekstów, aktorki i wokalistki Agnieszki Grochowicz. Na recital składa się kilkanaście nowych, kontrastujących utworów słowno-muzycznych eksplorujących temat kondycji człowieka wobec miłości, samotności, nieuchronności, losu, przemijania, wiary i nadziei.

Bezpłatne wejściówki do odebrania 2 października, godz. 10.00 w siedzibie ŚOK-u.

Organizatorzy: Gmina Miejska Kraków, Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie

Projekt jest współfinansowany ze środków Gminy Miejskiej Kraków.

 

6 X, godz. 19.00, Mini Galeria

Wernisaż Wystawy uczestników Kursu Fotografii Artystycznej. U dział biorą:  Urszula KitaMaciej OrlińskiMonika SasorKarolina Ślusarczyk. Kurator: Zbigniew Pozarzycki. Wystawa czynna do 20 października br.

 

8 X, godz. 18.00

„PODRÓŻ MISTYCZNA”

Koncert inaugurujący działalność Centrum Wokalistyki przy Śródmiejskim Ośrodku Kultury.

Autorski projekt Anny Stolarczyk cykl arii, duetów i ansambli, skomponowanych dla uczennic Centrum Wokalistyki, przy udziale zaprzyjaźnionych artystów.

Treścią „PODRÓŻY MISTYCZNEJ” jest muzyczna i literacka ilustracja poszukiwań duchowych człowieka różnych kultur. Autorka obszernie cytuje zarówno „Tao Te Ching” – księgę, na której bazuje konfucjonizm, jak i różnorodne i przebogate dzieła mistyki chrześcijańskiej. Sporadycznie pojawia się poezja Adama Mickiewicza, oraz współcześnie żyjącej poetki – Marii Mańkowskiej (tomik „Blaski nocy”). Tematyka skłaniająca ku głębszej refleksji na temat sensu życia i roli człowieka w otaczającym go świecie.

Wykonawcy : Karolina Borodziuk – mezzosopran, Patrycja Borodziuk – alt, Magdalena Frączek – sopran, Katarzyna Kosiek – mezzosopran, Olga Ostrowska – sopran, Anna Stolarczyk – sopran. Gościnnie: Wojciech Tabiś – bas, Agnieszka Ignaszewska-Magiera – fortepian. Anna Bugajska – prowadzenie koncertu. Wstęp wolny.

 

 

 

 

14 X, godz. 18.00

„Chinkalo pod Ararat”. Jak tanio podróżować po 

Armenii i Gruzji opowie podróżnik, reporter, pisarz Krzysztof Maćkowski.

Krzysztof Maćkowski – podróżnik, reporter, pisarz.  Autor reportaży z różnych części świata, licznych wywiadów (m.in. z Ryszardem Kapuścińskim). Swoje podróże łączy z pisaniem, jest autorem m.in. praktycznego bedekera „Grodno. Miasto nad Niemnem” (Wydawnictwo Bezdroża). Autor dwóch powieści „Raport Badeni” (Wydawnictwo Znak) i “bardzo wielkie pojednanie” (Papierowy Motyl). Założyciel fundacji „Urwany Film”.

 

15 X, godz. 18.00

Interpretacje współczesnych wierszy

Spotkanie poprowadzi: dr hab. Marek Karwala

Poezja kilku ostatnich dekad budzi często rozbieżne emocje – ma swoich zagorzałych admiratorów, umiarkowanych zwolenników, ale też „gorących” przeciwników. Dla tych ostatnich jest ona nazbyt hermetyczna, niezrozumiała, inna od czytelniczych przyzwyczajeń, krótko mówiąc – trudna. Okazję do zweryfikowania tych stanowisk może dać nowa seria planowanych comiesięcznych spotkań literackich, podczas których będzie się analizowało oraz interpretowało wybrane wiersze polskich poetów (nie tylko tych powszechnie znanych, ale też będących dopiero „na dorobku” – o wyborze zadecyduje każdorazowo jakość materiału literackiego). Każda z Osób, które zechcą uczestniczyć w tych spotkaniach o charakterze wykładowo-warsztatowym, będzie mogła aktywnie uczestniczyć w dyskusji, dzieląc się swoimi pomysłami i rozwiązaniami interpretacyjnymi…

Na początek przyjrzymy się wierszom jednego z największych – Zbigniewa Herberta.
Wstęp wolny!

17 X, godz. 18.00

Wieczór literacki Towarzystwa „Hotenja” Velenje, Słowenia. Šaleško literarno društvo Hotenja – Towarzystwo Literackie Hotenja.  

Towarzystwo Literackie Hotenja z Velenja łączy pisarzy Szaleszkiej Doliny już ponad 35 lat. Grupa, która zapoczątkowała działalność w roku 1981 wydała pierwszy almanach pod nazwą „Hotenja” (Pragnienia) na początku roku i następny numer pod koniec roku. W następnych latach do Towarzystwa dołączali członkowie i spoza granic Szaleszkiej Doliny. Formalnie Towarzystwo istnieje od roku 1992. Towarzystwo obecnie organizuje różne spotkania literackie, uczestniczy na różnych imprezach kulturalnych, czytaniach, organizuje spotkania z innymi towarzystwami literackimi. Dziś Hotenja liczy 40 aktywnych członków, między nimi wielu, dla których język słoweński nie jest językiem macierzystym, jako że do Velenja oraz Słowenii przyjechali z republik byłej Jugosławii. Dużo uwagi Hotenja poświęcają młodym autorom, których dzieła chętnie drukuje w swoich almanachach.

Do Krakowa przyjadą: Milojka Bačovnik Komprej – prezes Šaleškega literarnega društva Hotenja; poetka i pisarz; kierownik Oddziału do spraw kultury Šoštanj. Stojan Špegel – poeta; dyrektor Muzeum Górnictwa Słowenii. Nina Mavec Krenker – tancerka, przewodnicząca Plesnega studia N (Studio tańca N); kierownik Wydziału Agencji Publicznej do spraw kultury Słowenii w Velenju. Tatjana Vidmar – poetka, sekretarz Šaleškega literarnega društva Hotenja; sekretarz Związku Towarzystw Kulturalnych Szaleszkiej Doliny i Radca samodzielny Agencji Publicznej do spraw kultury Słowenii. Peter Rezman – jeden od założyczeli Šaleškega literarnega društva Hotenja; laureat nagrody Fabula dla zbioru nowel Skok iz kože (Skok z koży); kandydat do nagrody Kresnik dla najlepszej powieści roku. Janez Dvornik – były direktor Centrum Młodzieżowego Šmartno ob Paki. Ramiz Velagić i Zlatko Kraljić – poeci i pisarze członkowie Šaleškega literarnega društva Hotenja; obydwaj piszą w języku słoweńskim, jak i swoim macierzystym chorwackim; uczestnicy państwowych spotkań Sąsiad twojego brzegu. Lučka Mavrič Palir – prezes Šentjurskega literarnega društva. Dušan Pirc, Alojz Vrenčur, Tanja Petelinek – poeci i pisarze. Biserka Filipan Kraljić, Dejan Tonkli – kronikarze Towarzystwa Literackiego Hotenje.

 

18 X, godz. 18.00, Galeria Lamelli

Wernisaż wystawy. Karolina Żyniewicz, HIPERFOBIUM

Wystawa czynna do 17 listopada br.

20 X, godz. 18.00

FESTIWAL ZŁOTA ŁÓDŹ – V Festiwal Kultury Słoweńskiej.

Spotkanie z poetami słoweńskimi Alenką Jovanovski i Dejanem Kobanem oraz promocja tomu wierszy Jurego Deteli pt. „Mech i srebro” (wyd. Instytut Mikołowski, 2014).

Prowadzenie: Agnieszka Żuchowska-Arent i Tatjana Jamnik.

Alenka Jovanovski (ur. 1974) – słoweńska poetka, eseistka, krytyczka literacka, redaktorka i tłumaczka. W roku 2012 zadebiutowała jako poetka tomikiem wierszy Hlače za Džija (Spodnie dla Dżi). Swoje wiersze oraz tłumaczenia z literatury włoskiej publikowała w wielu czasopismach („Literatura”, „Dialogi”, „Poetikon”) oraz prezentowała w Radiu Slovenija. Jako krytyczka i eseistka komentuje współczesną słoweńską poezję, a jako redaktor współpracowała ze Stowarzyszeniem Pisarzy Słoweńskich (Društvo slovenskih pisateljev), redagując serię Litterae Slovenicae. Otrzymała nagrodę im. Stritara przyznawaną przez Stowarzyszenie Pisarzy Słoweńskich dla młodych krytyków oraz nagrodę Vitez(inja) poezije (Rycerz/rycerka poezji) za najlepszy wiersz roku 2004. Prócz książkowych wydań przekładów poezji Cesare’a Pavese’a (współautorstwo Gašper Malej) i prozy Itala Calvina jest również autorką monografii z dziedziny literaturoznawstwa Temni gen: estetsko skozi prizmo mističnega izkustva (Ciemny gen: estetyczne przez pryzmat doświadczenia mistycznego, 2001).

 

Dejan Koban (ur. 1979) – słoweński poeta. Wspólnie z poetką Veroniką Dintinjana organizuje spotkania literackie oraz festiwal Mlade rime (Młode rymy). Jego książka Metulji pod pritiskom (Motyle pod ciśnieniem) ukazała się nakładem własnym autora. Jego wiersze publikowane były w pismach literackich „Idiot” i „Poetikon”. Swoją poezję prezentował na płycie kompaktowej Rokerji pojejo pesnike (Rockerzy śpiewają poetów). Aranżuje własne teksty poetyckie i wykonuje wraz z grupą muzyczną „Nevemnevem”.

 

Jure Detela (1951–1992) – słoweński poeta, pisarz i eseista. Studiował historię sztuki na Uniwersytecie w Lublanie. W latach 70-tych był aktywnym współuczestnikiem ruchów awangardowych. W 1979 r. wraz z Iztokiem Osojnikiem i Iztokiem Saksidą ogłosił Manifest podrealistyczny. Wydał tomy poetyckie Zemljevidi (Mapy, 1978) i Mah in srebro (Mech i srebro, 1985) oraz powieść Pod strašnimi očmi pontonskih mostov (Pod strasznymi oczami mostów pontonowych, 1988). Był wizjonerem i nieustraszonym bojownikiem o prawo do życia dla wszystkich istot żywych. Żył i tworzył w Lublanie.

 

 

20 X, godz. 19.00

Opera Krakowska, ul. Lubicz 48

Śródmiejski Ośrodek Kultury i Agencja Muzyczna TOMLA zapraszają na koncert:

„Richard Bona – Bonafied”. Zespól Richarda Bona zagra w składzie: Richard Bona – bas i wokal, A.T.N. Stadwijk – instrumenty klawiszowe, Adam Stoler – gitara, Tatum Greenblatt – trąbka, Ludwig Afonso – perkusja. Prowadzenie koncertu: Marcin Kydryński.

Bilety: 90/ 100/ 120/140 zł.

21 IX, godz. 18.00

Instytut Pamięci Narodowej o/Kraków oraz Śródmiejski Ośrodek Kultury zapraszają do

Filmowego Klubu Historycznego na projekcję filmu dokumentalnego pt.: „Za piewrszego sowieta” (2008, 27.40 min.), reżyseria: Adam Sikorski.
.

22 X, godz. 18.00, Mini Galeria

Wernisaż wystawy. Wanda Oczko-Zagajewska, NATURA BARWA – ŚWIATŁO – GEOMETRIA. Wystawa fotografii.

 

 

 

23 X, godz. 17.00

Poprzez Kresy: Bołszowce i Halicz

Pokaz zdjęć i komentarz: Piotr Korpanty.

Kolejna relacja i prezentacja zdjęć z wycieczki na Kresy południowo-wschodnie. Po zwiedzeniu Lwowa grupa wyruszyła przez Przemyślany, Rohatyn, Bursztyn do Bołszowiec. W miejscowości tej najważniejszym obiektem zabytkowym jest kościół pw. Zwiastowania NMP z klasztorem karmelitów z przełomu XVII i XVIII wieku, w którym zatrzymaliśmy się na nocleg. Odbudowywany po zniszczeniach powojennych zespół klasztorny, jego historię i współczesność uczestnicy poznali następnego dnia rano przed wyjazdem w dalszą trasę. Niedaleko Bołszowiec, w Dytiatynie, 16 września 1920 roku w czasie wojny polsko-bolszewickiej, odbyła się krwawa bitwa nazwana Polskimi Termopilami. Pierwszą miejscowością, w której zatrzymaliśmy się po opuszczeniu Bołszowiec był Halicz. Głównym punktem zwiedzania miasta była Góra Zamkowa, u podnóża której rozłożyło się miasto położone w widłach Dniestru i Łomnicy. Na dalszym planie można zobaczyć XII–wieczną cerkiew pw. św. Pantelejmona, widoczną też na horyzoncie z Bołszowiec. Z Halicza wycieczka udała się do Stanisławowa. Zwiedzanie tego wojewódzkiego przed wojną miasta będzie tematem listopadowego spotkania.

 

23 X, godz. 19.00

Krakowski Klub Podróżników zaprasza:

Anna Szaleńcowa: Peru Poszukując imperium Inków.

Pod koniec XV w. wydawało się, że władca imperium Tahuantinsuyu – Państwa Czterech Stron Świata mógł sądzić, że jest największym mocarzem w świecie, nie mówiąc już o Ameryce. Nikt nie spodziewał się, że nie minie pół wieku, a z wielkiego mocarstwa Indian nie będzie śladu. Że przepadną dokonania wojskowe, kulturowe, społeczne. Że odejdą w daleką przeszłość bogowie – opiekunowie władcy i państwa. Że ze sławy i chwały Inków pozostaną żałosne resztki. Do dziś historycy i socjologowie głowią się nad tym, co spowodowało, iż garstka obcych awanturników zniszczyła jedną z najwspanialszych kultur Nowego Świata. Przeszłość Inków spowija cień tajemnicy i mitu. I jak tu mówić o tajemniczym imperium?

 

23-26 X

Targi Książki w Krakowie

Książka „Uciekinier” Konsula Honorowego RP w Quito (Ekwador) Tomasza Morawskiego oraz pismo kulturalne „Fragile” będą dostępne na stoisku Wydawnictwa Alter.

Tomasz Morawski będzie podpisywał swoją książkę 26 października, godz. 13.30 – 15.00.

 

 

 

 

24 X, godz. 19.00

W ramach cyklu: „Namuz(yk)owywanie Poezji” koncert pt.: Skruchy i erotyki dla Ewy.
Wystąpią: Mateusz Nagórski, Andrzej Dębowski.

„Skruchy i erotyki dla Ewy” to zbiór wierszy Jacka Kaczmarskiego z muzyką Mateusza Nagórskiego i Andrzeja Dębowskiego. Na program składa się jedenaście piosenek, dla których wspólnym mianownikiem jest postać biblijnej Ewy rozumianej jako archetyp kobiety.
„Skruchy i erotyki dla Ewy” to zapis napięć, jakie wytwarzają się w związku między mężczyzną a kobietą. Jest to rodzaj spadku po zakorzenionej w naszej kulturze męskiej rycerskości; do mężczyzny należy przywilej czynu – to on wielbi i adoruje, ale jednocześnie potrafi skruszyć się przed gniewem swojej połowicy. Program jest zwierciadłem męskich nastrojów: niepokojów o los ukochanej kobiety, ale też czułości i tkliwości, które porywają do tworzenia i pozwalają odegnać demony codzienności. Drugą część koncertu stanowić będą piosenki Jacka Kaczmarskiego w wykonaniu Mateusza Nagórskiego i Andrzeja ębowskiego. W aranżacjach na dwie gitary i dwa głosy artyści przedstawią zbiór piosenek stanowiący swoisty przekrój przez twórczość Mistrza.
Bilety: 20/25 zł.

25 X, godz. 19.00

„Zapomniana Piosenka”

Jak sam tytuł wskazuje, koncert będzie wypełniony piosenkami retro z okresu przedwojennego. Na scenie pojawią się utalentowani wykonawcy ze Studia Piosenki Farafka. Koncert odbędzie się w ramach XI Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Retro im. M. Fogga, odbywającego się pod patronatem Prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz i Prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego oraz rodziny Foggów. Gościem honorowym koncertu będzie Dyrektor Festiwalu Wojciech Dąbrowski.

Bilety w cenie 20 zł do nabycia w przedsprzedaży i bezpośrednio przed koncertem. Rezerwacja tel.: 602 424 676

Serdecznie zapraszamy!

 

27 X, godz. 18.00

Pokaz slajdów z cyklu „ Z plecakiem i aparatem fotograficznym: Katalonia czy to na pewno Hiszpania, autorstwa Katarzyny & Rafała Siudowskich.

O swojej ostatniej podróży opowiedzą Kasia i Rafał Siudowscy: podróżnicy amatorzy. Mówią, że na wczasach all inclusive byli 2 razy – pierwszy i ostatni. Wolą sami organizować swe wyjazdy i swój czas na krótszych i dłuższych urlopach. Mówią, że dopiero raczkują, jednak kiedy mają chwilę urlopu, ustalają zarys trasy, kupują bilet i jadą. Resztę „zorganizuje się” na miejscu.

28 X, godz. 18.00

Transpoetica: poezja latynoamerykańska.

Wybór, komentarz: Krystyna Rodowska – tłumaczka, poetka. Prowadzenie: Adam Komorowski.

W programie poezja najwybitniejszych poetów latynoamerykańskich XX i XXI wieku: Jorge Luis Borges, Vicente Huidobro, Pablo Neruda, Nicanor Parra i Ambar Past.

Krystyna Rodowska – polska poetka, tłumaczka literatury pięknej, krytyk literacki. Absolwentka filologii romańskiej na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracuje z pismem „Literatura na świecie” od początku jego istnienia. W 1991 r. otrzymała nagrodę miesięcznika „Literatura na świecie” za przekłady poezji latynoamerykańskiej, w 1996 r. – za przekład powieści Jeana Geneta pt.: „Ceremonie żałobne”. W 2005 r. została laureatką nagrody ZAIKS-u za wybitne osiągnięcia w zakresie przekładów z literatur: francusko i hiszpańskojęzycznych. Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, ZAiKS-u i Pen Clubu. Mieszka w Warszawie.

Adam Komorowski – ur. w 1944 w Krakowie, filozof, krytyk literacki, tłumacz, redaktor kilku czasopism i jednej gazety („Student”, „Nowy Wyraz”, Pismo Literacko-Artystyczne (z-ca, red. nacz.), „Zdanie” (red. nacz. 1992-1999), „Gazeta Krakowska”, „Mundo Diplomatico” (red. nacz. 2001-2004)), dyplomata. Ponad 10 lat spędził w Ameryce Łacińskiej. W ostatnich latach systematycznie współpracuje z „Nowymi Książkami”, „Twórczością” i “Vis à Vis”.

Podczas wieczoru promocyjna sprzedaż antologii przekładów poetów latynoamerykańskich „Umocz wargi w kamieniu” Krystyny Rodowskiej.

Organizatorzy: Stowarzyszenie Fragile, Śródmiejski Ośrodek Kultury. Partner: Biuro Literackie

Projekt jest współfinansowany ze środków Gminy Miejskiej Kraków.

 

 

29 X, godz. 18.15

Koncert uczniów Szkoły Wokalno-Aktorskiej.

 

 

30 X, godz. 18.00

Krakowska Książka Miesiąca

Klementyna Żurowska: Z Leszczkowa w świat…

Wręczenie nagrody i spotkanie z autorką. Prowadzenie: Karolina Grodziska, Adam Małkiewicz

Klementyna Maria Żurowska z Leszczkowa, herbu Leliwa (ur. 23 maja 1924 w Perespie) – historyk sztuki, mediewista, profesor katedry sztuki średniowiecznej Instytutu Historii Sztuki UJ.

 

 

 

 

 

 

Klub „Strych”

  1. Masarska 14, 31-539 Kraków

tel.12 421 89 92

e-mail:KlubStrych@interia.pl

  • KLUB INTERNETOWY „STRYCH”

czynny: poniedziałek – czwartek       15.00 – 21.00

piątek                                   14.00 – 20.00

1 godz. – 2 zł;       2 godz. – 4 zł; ( 3 – cia godz. GRATIS )

 

KOŁO GIER STRATEGICZNYCH

rozgrywanie bitew, kampanii i specjalnych scenariuszy klubowych do X – Wing, Malifaux, Mordheim, Infinity, Warhammer Fantasy Battle itp., dysponujemy stołami do gry, szerokim asortymentem makiet i akcesoriami modelarskimi,

spotkania: piątek godz.16.00 – 21.00

 

KOŁO GIER PLANSZOWYCH

rozgrywki we współczesne gry planszowe: negocjacyjne, familijne, ekonomiczne, strategiczne, historyczne

KOŁO SPOŁECZNEJ INTEGRACJI

zajęcia o charakterze integracyjnym dla osób niepełnosprawnych, warsztaty kulinarne, artystyczno-plastyczne i edukacyjne, spotkania prowadzą wolontariusze pedagodzy i psycholodzy z przygotowaniem z zakresu terapii pedagogicznej

spotkania: środa godz.16.00 – 21.00

 

dyskusje o kulturze XIII wieku (stroje, zwyczaje, oręż itp.), przygotowania inscenizacji walk, wspólne wyjazdy na turnieje rycerskie, szycie i wykonywanie elementów stroju oraz przedmiotów z życia codziennego zakonu rycerskiego.

spotkania: czwarty piątek miesiąca godz. 19.00

 

KOŁO TESTOWANIA GIER PLANSZOWYCH

Testowanie autorskich systemów gier planszowych

spotkania: wtorek godz. 17.00 – 21.30

 

 

IMPREZY:

 

3 – 24 IX

Liga gry strategicznej „X – Wing”

 

 

 

 

Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”

  1. Szczepańska 1

31-011 Kraków

tel. 512 455 260

e-mail: grpotoczek@lamelli.com.pl

1 X godz. 9.00 i 10.30

Audycje muzyczne dla uczniów z krakowskich szkół podstawowych „Preludium”.

 

1 X, godz.17.00

Obrady Zarządu Stowarzyszenia Dziennikarzy RP

 

4 X, godz. 18.00
W RAMACH NOCY POEZJI 2014
Urząd Miasta Krakowa i Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich
zapraszają na spektakl poetycko-muzyczny o miłości wg. scenariusza Magdaleny Węgrzynowicz-Plichty „Proste słowa bez zwrotek”. Wystąpią: Roma Jegor, Barbara Krężołek-Paluchowa, Paweł Kuzora, Hanka Wójciak – wykona wiersze Marleny Zynger, Wiktoria Oliwa i Barbara Leśniak. Prowadzenie: Magdalena Węgrzynowicz-Plichta.

 

7 X, godz.18.00

Promocja książki Jerzy Harasymowicz poeta Krakowa, Bieszczadów i Sądecczyzny”

pod redakcją prof. Bolesława Farona.

W programie: wypowiedzi autorów artykułów – Józefa Barana, prof. Stanisława Burkota, prof. Wojciecha Ligęzy, Jana Pieszczachowicza, prof. Stanisława Stabro oraz recytacja wierszy Jerzego Harasymowicza przez Tadeusza Kwintę (Piwnica Pod Baranami). W wieczorze weźmie udział Maria Harasymowicz.

 

9 X, godz.17.00

Jubileusz 10-lecia miesięcznika „Kraków”(impreza zamknięta).

 

14 X godz. 17.30

Spotkanie Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich.

 

 

17 X godz. 9.00 i 10.30

„Muzyka poważna- czy zawsze poważna?”. Audycje muzyczne dla młodzieży gimnazjalnej „Preludium”.

 

 

 

 

 

 

 

18 X, godz.18.00

Promocja książki prof. Wojciecha Ligęzy „Pod kreską”.

Oprawa muzyczna: Monika Makowska – skrzypce, Kinga Karska – sopran, Sławomir Cierpik – fortepian. Prowadzenie: Izabela Drobotowicz – Orkisz.

 

 

 

 

22 X, godz.18.00

Krakowska Witryna Fotograficzna. Spotkanie z fotoreporterami pt.: „W kierunku utopii”.

 

23 X, godz. 17.00

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprasza na spotkanie z cyklu „Opowieści fotografistów”. Gościem Ewy Kozakiewicz będzie Tomasz Wiech.

 

23 X, godz.19.00
18. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie,
Krakowski Oddział Związku Literatów Polskich i Klub Dziennikarzy Pod Gruszką,
zapraszają na spektakl poetycko-muzyczny „Coś jest w powietrzu” wg. scenariusza Marzeny Dąbrowy Szatko na podstawie poezji zamieszczonej w almanachach „Krakowska Noc Poetów”   publikacji Poetów zrzeszonych w Krakowskim Oddziale Związku Literatów Polskich
występują: Nietutejsi   Uczniowie X Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie prowadzenie: Marzena Dąbrowa Szatko

 

24 X, godz.20.00

Jazzowy Piątek „Pod Gruszką”. Koncert.

 

25 X, godz.18.00

Koncert z cyklu „Operetka moja miłość”.

Występują-gość specjalny Teatru Wielkiego w Warszawie- Jan Zakrzewski-tenor oraz Marcin Kotarba-tenor-solista Teatru Muzycznego w Gliwicach, Małgorzata Westrych-fortepian,

Bożena Kiełbińska-sopran-gospodarz wieczoru. Wystąpią również dzieci z ,,Centrum Umuzykalnienia Dzieci Pograj ‘ewo” ramach popierania najmłodszych talentów

 

28 X, godz.18.00

Wieczór autorski Leszka Posyniaka połączony z promocją tomiku poezji

„Chcecie to wierszcie”. Prowadzenie: Kazimierz Skowyra, oprawa muzyczna: Izabela Staruch – śpiew, Filip Hałon – akompaniament.

Leszek Posyniak poeta, aforysta, limerysta i fraszkopis, redaktor miesięcznika Gazeta Sulechowska , dwutygodnika Gazeta Miejscowa. Autor zbiorku aforyzmów Nie zło te myśli Wyd. Armagraf (Krosno, 2013), wierszy opublikowanych w antologii poezji współczesnej Niosący Słowa Wyd. 2 Kings & Luv Publishers (Londyn, 2013) i tłumaczone na j. angielski, opublikowane w amer. antologii Contemporary Writers of Poland 2000-2014, Wyd. Dreammee (Orlando, 2013). Odznaczony wieloma orderami m.in. Krzyżem Kawalerskim OOP, który otrzymał z rąk Prezydenta Lecha Kaczyńskiego „Za działalność związkową i na rzecz przemian demokratycznych w Polsce” (2009).

29 X, godz.18.00

Zaduszki dziennikarskie – spotkanie poświęcone pamięci zmarłych dziennikarzy z Krakowa i Małopolski. Na wspominki zaprasza zarząd krakowskiego oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Spotkanie jest otwarte dla wszystkich zainteresowanych.

 

1, 8, 15, 22, 29 X, godz.15.30-17.30 – dyżury dziennikarskie

Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

 

2, 9, 16, 23, 30 X, godz. 14.30- 16.30 – dyżury dziennikarskie

Stowarzyszenia Dziennikarzy RP

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KLUB „KAZIMIERZ”

  1. Krakowska 13, 31-062 Kraków, tel. 12 421 57 86

e-mail: klub.kazimierz@op.pl

 

1 – 31 X, godz.14.00 – 19.00

„Naturalnie” – wystawa malarstwa Pauliny Krupy.

Artystka od najmłodszych lat kształcona zgodnie z pasją. Maluje, rysuje, fotografuje, projektuje ubiory, profesjonalnie konserwuje zabytki. Podstawą jej sukcesów i myślenia o sztuce jest wszechstronne w artystycznych fomrach, przywiązanie do natury.

 

6, 20 X, godz. 17.00

Spotkanie Grupy Kobiet Alternatywnych – prowadzenie Grażyna Pietroń.

 

9 X, godz. 18.00

Warsztaty Teatralne Piwnicy Artystycznej „Powidok” – prowadzenie Anna Dzierża.

Po kilkumiesięcznej przerwie na małą scenę Klubu Kazimierz wraca teatr. W ramach cotygodniowych warsztatów młodzi ludzie szykować będą teatralne premiery pod okiem dyplomowanych artystów. Zapraszamy wszystkich myślących o aktorskiej karierze na spotkanie inauguracyjne, podczas którego będzie można poznać naszą ofertę. A szykujemy spektakl o dzielnicy Kazimierz i sztukę wg Mrożka, które zaprezentujemy wiosną 2015 roku podczas jubileuszu 40 – lecia Klubu.

 

21 X, godz. 18.00

Comiesięczny turniej krzyżówek, szarad i rebusów przygotowanych przez Krakowski Klub Szaradzistów „Agora” – prowadzenie dr Marek Kawałek.

 

23 X, godz.14.00

„Czytaj z Kazimierzem” – prowadzenie Marian Żak.

Prezentacja najciekawszych nowości czytelniczych z oferty Śródmiejskiej Biblioteki Publicznej

 

Zajęcia stałe

Spotkania Chóru „Hejnał”: środy, piątki – godz.16.30

Próby Krakowskiego Chóru Rewolucyjnego – środy, godz.19.00

Klub brydżowy, szachowy: wtorek – piątek, godz. 14.00 – 20.00

Klub Szaradzistów „Agora” – wtorek, godz. 18.00

 

 

 

 

 

Ośrodek Dokumentacji i Inicjatyw Artystycznych

„Piwnica pod Baranami”

  1. Św. Tomasza 26,

tel. 12 421 25 00

e-mail: micek@poczta.neostrada.pl

 

4, 11, 25 X, godz. 21.00

Kabaret „Piwnica pod Baranami”.

 

10 X, godz. 20.00

Z cyklu „Wspaniałe Gwiazdy Piwnicy Pod Baranami” Jubileuszowy Koncert Tamary Kalinowskiej.

 

18 X, godz. 19.00

Z cyklu „Życzliwa Piwnica…” – Hanna Skrodzka-Bałata wieczór piosenki autorskiej.

 

28 X, godz.19.00

Z  cyklu „Piwniczni Goście”. Koncert „Trzeba marzyć”  – Janusz Strobel i Anna Stankiewicz.

Tomasz Morawski UCIEKINIER (fragment powieści)

Tomasz Morawski

UCIEKINIER

(fragment powieści)

Dżungla.

Misahualli. Mały pokoik w domu przewodnika. Z osobnym wejściem. Czysty, ale duszny. Wolę już hamak rozwieszony na werandzie. Choć po pierwszych nocach w hamaku mam wrażenie, że jestem serdelkiem. Ale do wszystkiego się można przyzwyczaić. I do hamaka, i do dżungli.

Wycieczki zaczynają się robić monotonne. Dużo powtarzających się miejsc. Hotel Anaconda staje się drugim domem. Teraz ja robię sztuczki z servataną, choć wolę, żeby to robił przewodnik. Żeby się nie zbłaźnić.

Pytania są rutynowe. Choć czasami znajdzie się taki, co przeczytał wszystko o ptaszkach i roślinkach, wie, kiedy koliberki mają gazy, i zna wszystkie nazwy po łacinie. Takiego należy unikać.

Uczę się, jak gotować na ognisku, jak rozpalać ogień. Choć widać, że raczkuję. Ale uczę się też opanowywać niewygodne sytuacje.

Siedzi w łódce taki, co wszystko wie, rzuca łacińskimi nazwami na kwiaty i motyle, przejechał pół świata, żeby zobaczyć żuczka, co ma jedną nogę dłuższą niż inne żuczki, i pyta:

– Gdzie ten żuczek?

A ja nie wiem. Ale nie wolno mi nie wiedzieć. Przecież jestem przewodnikiem. A jak żuczka nie ma, to facet będzie się awanturował, że chce zwrotu kasy.

Zadaje pytanie, a ja zastygam i szepczę:

– Proszę o ciszę! Tu mogą być piranie!

Piranii nie ma, bo nurt wartki, rzeka szeroka jak Wisła pod Krakowem. A w łódce nie siedzą sami miłośnicy żuczka. Siedzą i inni. Co chcą piranii, a nie żuczków. Więc szepczę:

– Są piranie, ale proszę nic nie mówić i nie wkładać rąk do wody. Bo palce…

Turyści zbijają się w kupkę, nikt nic nie mówi, tylko grzecznie siedzą.

A jak ten, co chciał żuczka, po pół godzinie się odezwie, to wszyscy wrzeszczą, że to on jest winien, że nie widzieli piranii. Choć pirania to ryba, siedzi w wodzie, i tak jej nie widać, chyba że już kogoś je.

Lepiej działa chwyt z kajmanami.

– Kajmany boją się głosu (nieprawda). Jak będziecie gadać, to nic nie zobaczycie.

No to siedzą cicho. Tak dobrą godzinę. A ja siedzę na dziobie, mam T-shirt firmy, kask tropikalny i palę papierosa.

Od razu widać, że przewodnik!

Jak to za długo trwa, to trzeba coś zrobić, bo nudno.

Więc zwalniam kanoe i pokazuję jakieś wysokie drzewo.

Wiatr rusza gałęziami, bo tam się zawsze coś rusza.

A ja dramatycznie szepczę:

– Widzicie, małpy!

– Gdzie, gdzie?

– No tam, na gałęziach. Są wysoko, więc dobrze ich nie widać. Ale są.

Po dziesięciu minutach wpatrywania się w drzewo ponad połowa stwierdza, że widziała małpy. Wystarczy, żeby pierwszy zobaczył, to potem już wszyscy albo prawie wszyscy widzieli. A ten, co przyznał, że nie zobaczył, siedzi smutny. Zapłacił te same pieniądze i inni widzieli, a on nie. To niesprawiedliwe!

Nie można tych chwytów za często powtarzać, żeby nie dostać w uśmiech. Ale jak człowiek ma tropikalny hełm, to trzeba mu wierzyć. Przewodnik.

Następnym chwytem jest wymyślanie nazw drzew i kwiatów. Ja ledwo mówię po hiszpańsku, po polsku znam tylko bez, bratki i nasturcje, więc skąd mam wiedzieć, jak się po angielsku nazywa jakakolwiek roślina?

Ale muszę wiedzieć.

Więc przewodnik, ten prawdziwy, mówi: „To drzewo jest coś tam”. A ja powtarzam tę samą nazwę i mówię, że to w narzeczu lokalnych Indian. A jak po naszemu, nie wiem. Bo ja też jestem taki pół-Indianin. A może niesklasyfikowane?

Żal tylko, że nie można się głośno śmiać. Ani z nikim podzielić się zabawą. Więc śmieję się w środku. A na zewnątrz kamienna twarz. Twarz przewodnika.

Nie wszystko jednak jest zupełną ściemą. Powoli uczę się tych samych powtarzanych nazw, a jak ktoś głośno krzyczy nazwę po angielsku, to też się uczę.

A przede wszystkim uczę się pokory.

Robiłem w życiu już prawie wszystko. Ale to było tak na chwilę. Taki wakacyjny żart.

No i co będzie, jak zostanę na całe życie dżunglowym oszustem!?

Żebym przynajmniej miał mięśnie, muskuły, wzrost i w ogóle rozmiary.

A tu człowiek taki przeciętny! Taki paniczyk z Krakowa! Tylko że do Krakowa daleko.

Jazdy nie są takie same. Przeważnie kończy się na hoteliku bez światła, gdzie w tropikalną, ciemną noc pokazuje się ludziom żabki i różne robactwo. Gryzą ich komary, więc się skarżą. Nietoperze doprowadzają do skraju histerii. Gadziny wielkiej nie ma, bo to nie safari w Kenii, a ta, co jest, ucieka przed człowiekiem, jak tylko może. Nawet żmija ucieka. Chyba że się jej stanie na ogonie. Wtedy nie ucieka, bo nie może. I gryzie.

Trudno jest powiedzieć, jakie narody są najtrudniejsze. Nie da się tego generalizować.

Niemcy kłócą się o szmal, Amerykanie chcą jak najwięcej zobaczyć, a Francuzi gadają cały czas o jedzeniu. Skandynawowie są oszczędni, ale uczciwi. Jak jeden kupi butelkę wody mineralnej i da łyka drugiemu, to ten, co wziął łyka, leci ze szmalem, żeby mu wartość proporcjonalną łyka oddać. Skandynawowie są na pewno najlepiej przygotowani. Mają latarki, płyn na moskity, nóż. To, co trzeba. Ale już nie mają dwóch latarek. Tak dla innego. I pożyczają niechętnie. Bo każdy powinien przywieźć i nosić z sobą to, czego potrzebuje.

I ludzie we wszystkich narodach są różni. Są tacy i siacy.

Do Indian chodzimy rzadko. To droższe, cięższe fizycznie, zajmuje więcej czasu.

Przychodzą czasem do wioski, żeby kupić sól, sztuczny sok Yupi. To taki proszek, który po zmieszaniu z wodą smakuje jak stary polski krahel. Przynoszą różne swoje wyroby.

Ale mają ich mało. Lance ozdobione piórkami ptaków, korony na głowę zrobione ze skóry tukana, shigry, czyli plecione torby, hamaki plecione tak samo jak torby. No i servatany. Dmuchawki, które usiłują wcisnąć turystom. Ale kto kupi coś, co ma trzy metry długości. Żadna linia lotnicza czegoś takiego nie weźmie. Nie to, że broń, bo chyba trudno wyobrazić sobie kogoś, kto usiłuje porwać samolot, strzelając z dmuchawki do stewardesy, ale po prostu za długie. No i servatany stają się coraz krótsze. Na początku stare idą na pół, a potem robi się nowe, już takie półtorametrowe. Jest też wersja dla dzieci. Całe osiemdziesiąt centymetrów. Tylko nie robią dla niemowlaków!

Aż się serce kraje, jak oddają te swoje wyroby za nic. Ale muszą kupić sól.

Już prawie nikt nie rozpala ognia dwoma patyczkami. Starzy ludzie potrafią. Ale to za długo, za skomplikowane. Lepiej kupić zapałki. Tylko trzeba uważać, żeby nie zamokły.

Zawsze pojawiają się całymi grupkami. Z rodzinami, dziećmi. I są jak dzieci.

Nieśmiali, ale jak nabiorą zaufania, to będą grzebać w moich rzeczach, zabiorą, co będą chcieć i nie bardzo można protestować. Ich zmiany nastrojów są trudne do przewidzenia i lepiej nie obracać się plecami. Bo to dzieci z lancami.

Żaden z nas nie ma najmniejszej szansy, żeby w dżungli dotrzymać im kroku.

Po dżungli chodzą na ugiętych nogach, nie prostując do końca kolan, kiedy przechodzą przez pnie. Są niscy, krępi, kwadratowi. I dla nas brzydcy. Ale my dla nich też nie jesteśmy za ładni.

Śmieją się przez cały czas i w dżungli patrzą na nas jak na takich niezupełnie rozwiniętych. Już bym im pokazał w Krakowie!

Różne są atrakcje dla turysty. Przede wszystkim trzeba oczyścić mu duszę, więc prowadzi się go do szamana. Szaman czasami jest prawdziwy, a czasami turystyczny.

Prawdziwy powinien być nawalony takim narkotykiem, co nazywa się ahuayasca.

Trzeba pościć przez trzy dni, bo jak się nie pości, to się okropnie wymiotuje. A jak się pości, to przychodzą przodkowie szamana, którzy pomagają czyścić duszę delikwenta, i na dodatek mogą pokazać, kto, gdzie, komu i co ukradł, albo kogo zabił.

Piłem to parę razy, ale przodków nie widziałem. Nie pościłem.

A taka turystyczna jest inna.

Sadzają delikwenta na stołku, najlepiej gołego, szaman ma przygotowane akcesoria, które wiadomo – czyszczą duszę. Musi być butelka mocnego alkoholu, najlepiej takiego z trzciny cukrowej, paczka papierosów, kurze jajko, woda kolońska 717 (taka niemiecka była w Polsce z NRD) i jakieś gałązki. O gałązki najłatwiej.

A reszta, wiadomo – zdrowotne.

Przed nosem szamana są kamienie, takie czarne, specjalne. Może też być obrazek Matki Boskiej, ale jak przychodzą protestanci, to zdejmują. No i musi być świeczka. Świeczka ma niby być życiem czyszczonego.

I szaman wyje:

– W imię moich przodków, w imię natury, w imię Matki Ziemi, w imię Matki Boskiej (opcjonalne) czyszczę ci duszę. Precz wszystkie choroby. Precz złe duchy.

Opluwa pacjenta alkoholem, potem okadza go papierosami (przeważnie marlboro, ale jak nie ma, to mogą być i inne), a potem opluwa go wodą kolońską i okłada gałęziami.

Tak po głowie, plecach, brzuchu, goliźnie, udach i gdzie popadnie.

A jak mu się znudzi, to pociąga drugi łyk i powtarza operację. Jak już się bardzo znudzi, to każe delikwentowi wstać i jeździ po nim kurzym jajkiem. Jeździ po całym delikwencie.

Potem mówi, że całe choroby przeszły z pacjenta na jajko. I jeżeli jajko będzie czarne, to pacjent zawdzięcza mu życie. Raz tylko na własne oczy widziałem czarne jajko. I dostałem gęsiej skórki. I widziałem też, jak nawalony ayahuascą szaman, któremu kazano szukać zabójcy kogoś tam, twierdził, że zamienił się w jaguara i nie tylko odkrył zabójcę, ale na dodatek powiedział, gdzie jest ukradziony łup. I była to prawda.

Ja też to piłem, ale moje sensacje były inne. Nie pościłem.

I taki był początek. Zakochałem się. Zakochałem się w dżungli. Do tej pory do niej jeżdżę. Zawiozłem tam mnóstwo ludzi. Ale już nie takich, którym opowiadałem niestworzone historie. Zawiozłem przyjaciół. Kumpli.

Podczas jednej z takich wypraw jednemu z facetów wlazła ta rybka, co zatyka. Zrobił się żółty. A my przynajmniej trzy dni od najbliższego szpitala. I cóż było robić. Nóż opalony na ognisku i wódka. Dla pacjenta i dla mnie. Rybka wypłynęła z krwią.

Zawsze trzeba jeździć z wódką.

Pytałem lekarza, czy jest jakiś mniej drastyczny sposób.

– Tak. Mogłeś przebić mu pęcherz.

Kiedy piszę te słowa, to przygotowuję wyprawę do takich Indian, do których nawet teraz, trzydzieści lat później, mało ludzi jeździ. I znowu będzie to samo. Jak się tam jest, to człowiek zadaje sobie pytanie, po co tu przyjechał?

Toalety nie ma, wszytko gryzie, jedzenie wstrętne, kości połamane od niewygodnego spania, cale ciało pogryzione przez komary. Pod każdym krzaczkiem coś czyha, żeby świsnąć. A potem jest radość.

Jak dojeżdża się do pierwszego kiosku z zimnym piwem, jak można pójść do toalety, wziąć prysznic. Położyć się na łóżku.

Wtedy się to docenia.

A potem się wraca. Do dżungli.

Tak już jest. (…)

 

ANNA KRZTOŃ MONSTRUARIUM

 

ANNA KRZTOŃ

MONSTRUARIUM

 

W powieści Mary Shelley doktor Frankenstein, zafascynowany możliwościami nauki i magii tworzy ze szczątków ludzkich i zwierzęcych stworzenie, które ma przewyższyć swoją doskonałością twory Boga (lub natury). Stworzenie okazuje się potworem, a przerażony twórca wyrzeka się go, przeklina i porzuca. Samotny i wykluczony z ludzkiej rodziny (po)twór błąka się po świecie. W końcu postanawia nękać swojego twórcę, aby ten stworzył istotę podobną do niego, która byłaby jego partnerką na dobre i na złe. Frankenstein początkowo przychyla się do pomysłu, lecz szybko go porzuca, przerażony wizją potworów rozmnażających się, by opanować świat. Powieść Shelley – poza oczywistą przestrogą dotyczącą niebezpieczeństw związanych z lekkomyślnym wykorzystaniem nauki i technologii reprodukcyjnych, wskazuje na istotny problem stygmatyzacji, ale i perspektywy dalszej obecności Innego w kulturze.

Problem piętna związanego z innością porusza również Anna Krztoń. Chętnie relacjonuje historyczne uwikłania i mechanizmy wykluczenia czy normowania społeczeństwa, wynikające z przeciwstawienia tego, co normalne – nienormalnemu, tego, co zdrowe – choremu, tego, co społecznie akceptowalne – temu, co niedopuszczalne. Fascynacja Innym, rozwijana już od

dłuższego czasu, głównie za sprawą lektury konkretnych tekstów – ma odkryć sensy zawarte w figurze monstrum, egzemplifikując skrywane lęki, kompleksy i pragnienia. Autorka czerpie więc z mitologicznej nadbudowy, w jaką obrasta odmienność, z całym inwentarzem zmiennych w perspektywie historycznych relacji.

Anna Krztoń zrealizowała cykl grafik w technice wklęsłodruku, będący katalogiem quasi-baśniowych projekcji wizualizującym cechy obcego, często w animalistycznej formie. Ekspresyjne przedstawienia skondensowane zostały w formy znaków – wydarte tłu, które jest fizycznie nieobecne bądź nieme, mającemu wyłącznie stanowić przestrzeń dla ich wewnętrznej ekspresji. Ów katalog fantastycznych tworów: poł-zwierząt, pół-ludzi, skamieniałych płodów i innych figur, pozostających w stadium ciągłej transformacji pomiędzy materia żywą a nieożywioną, odsyła nas do fascynacji autorki zjawiskiem monstrum – od początku żywo obecnym właściwie we wszystkich kulturach. Zawarte w tym fantastycznym wyobrażeniu stany emocjonalne lokują w poetyce baśni, proponując strategię opartą o estetykę i formalne modyfikacje. Prace Anny Krztoń są głęboko autorefleksyjne, ujawniają skłonność do poetyckiej metafory zawartej bardziej w śladzie, materii i procesie niż narracyjnym wymiarze samych obrazów. Celem Anny Krztoń nie jest bynajmniej ilustrowanie starych tekstów czy tworzenie wizualnej relacji. To pretekst, w którego ramach problematyzowany obszar staje się polem uwolnienia własnej ekspresji. Charakterystyczny, bardzo wyrazisty, głęboko trawiony ślad, odkrywa przede wszystkim temperament autorki, ale równocześnie, tworząc niezwykle sugestywną, namacalną wręcz materię – wskazuje na graficzny ekwiwalent cielesności, będącej, mam wrażenie, właściwym tematem tych prac.

Tak ujęty status ciała, obecnie również postrzegany jako przestrzeń różnych ingerencji, o rozmytych granicach wyznaczających normy naturalności, intuicyjnie dotyka istotnych kwestii nurtujących współczesną myśl, będącą post- i trans- mutacjami humanistyki. W proces tworzenia w obszarze klasycznej grafiki wpisany jest opór materii, który poprzez próby

przezwyciężania stanowi o kształcie matrycy i, w konsekwencji, ostatecznym wyglądzie obrazu. Odwracając perspektywę, matryca zwierająca ślady procesu świadczy o charakterze dochodzenia do rezultatu. W wypadku Anny Krztoń jest to proces długotrwały i mozolny, dający jednak możliwość wyodrębnienia w nim istotnych etapów. Pierwszy – jakkolwiek paradoksalnie by to nie zabrzmiało – kształtuje strukturę zniszczenia, która następnie staje się potencjalnym tworzywem do wydobycia interesujących autorkę form. Ten destrukcyjny charakter, jaki noszą pierwsze ślady utrwalone na blachach, jest, w moim przekonaniu, warunkowany wewnętrzną koniecznością pozbycia się czystej, anonimowej, a tym samym „obcej” powierzchni. Oswajanie jej następuje poprzez wstępne zużycie. Bywa, że te pierwsze ingerencje noszą odbicia śladu w postaci konkretu, jakim jest ciało, co również podkreśla charakter i wagę, jaką pełni proces w tych realizacjach: matryca zawiera bezpośredni ślad ciała, które ulega dalszym przetworzeniom, zmierzającym do uzyskania satysfakcjonującego finalnego obrazu. Nie jest on więc tylko estetycznym wytworem, a rozstrzyganie o jego wartości jedynie w tych kategoriach byłoby niepełne.

Anna Krztoń z pełnym przekonaniem poddała się dyscyplinie, jaka wynika z przyjętego medium, próbując w jego charakterze odnaleźć nie tyle nowe, co istotne dla niej możliwości wyrazowe – odbijanie, trawienie, szlifowanie, nawarstwianie – te wszystkie czynności, które składają się na ostateczny kształt prac, możemy czytać jako działania wzbogacające przekaz. Jej grafiki tworzą prywatną mitologię form, których związek z doświadczaną rzeczywistością jest mocno rozluźniony. To raczej projekcje wewnętrznego stanu ducha i próby nazwania i obłaskawienia Innego w sobie. Konsekwencja z jaką autorka rozwija ten temat zasługuje na uwagę, niezależnie od tego, czy proponowany przez nią świat jest nam bliski czy właśnie obcy.

 

Grzegorz Hańderek

 

 

 

 

Moje Safari

 

Moje Safari

Wbrew pozorom, żywot Waszego felietonisty wcale nie jest usłany różami. Oprócz miłych recenzji mojej twórczości, zdarzają się także niemiłe telefony z pretensjami. Taki wykonał do mnie Nadredaktor Marek Górka. Był stanowczy. – Felietonisto! Termin dawno minął, gazeta idzie do druku, a gdzie Wasz felieton?! Dawać mi tu natychmiast, bo…! – straszył do słuchawki.

Więc natychmiast siadam i piszę. Ale jak tu pisać, kiedy w głowie tylko Pustki. Dosłownie i w przenośni – władzę w mojej muzycznej świadomości przejęła polska grupa o takiej właśnie nazwie. Wcześniej, gdzieś ją słyszałem, nie traktując jednak poważnie. Ot, kolejny zespół, jakich wiele w rodzimych garażach. Wtórny i mało oryginalny w prezentowanym repertuarze. A tu proszę, taka niespodzianka. Po ponad 10 latach istnienia, Pustki prezentują światu album „Safari”. I muzyczny świat już się cieszy, czego dowodem są entuzjastyczne recenzje i wypełnione sale koncertowe. Jakimiż to atrakcjami Pustki wypełniły nasze uszy?

Przede wszystkim siłą artystycznego przekazu, która tkwi w pięknie, skromności, mądrości i autentyczności. Grupa zaoferowała słuchaczom zestaw zróżnicowanych kompozycji. Ich Safari to muzyczna podróż w towarzystwie skocznych przebojów (ale nie przeboików!), takich jak: „ „Wyjeżdżam”, czy „Rudy Łysek”, refleksyjnych ballad (tytułowe „Safari”), garażowego rocka, folkowych inspiracji i rzadko spotykanych w rodzimej muzyce kombinacji aranżacyjnych. A wszystko to wyprodukowane na naprawdę światowym poziomie! Było to możliwe dzięki udziałowi w całym projekcie trzech renomowanych brytyjskich producentów, którzy w swoich londyńskich studiach pomysły polskiej grupy nowocześnie zmiksowali. Można było skorzystać z tych kosztowniejszych usług, gdyż w wydaniu tej płyty zespół sięgnął po tzw. „crowdfunding” (środki na ten cel zostały pozyskane poprzez internetowe datki od fanów, którzy zdecydowali się wesprzeć grupę w ich pomysłach). W zamian za to, fani na bieżąco informowani byli o pracy nad płytą i mieli dostęp do unikatowych pierwowzorów.

Teraz, słuchając „Safari” mogą być dumni z tego, że ich zaufanie w możliwości – zdawałoby się tej niszowej kapeli – nie zostało nadwyrężone. Polskie trio, z pomocą angielskich producentów, oferuje nam bowiem album z pięknymi tekstami Basi Wrońskiej i muzyką Radka Łukasiewicza.

Podniesiony rodzimą twórczością, postanowiłem wznieść się jeszcze wyżej. Ku temu świetną okazją był pierwszy w naszym kraju występ mistrzów–weteranów z King Crimson. Przyjechali do klubu Studio, by pod szyldem The Crimson ProjeKCt zaprezentować utwory legendy w nowym, absolutnie perfekcyjnym i unikatowym opakowaniu. Bo wyobraźcie sobie, jak musi brzmieć grupa, w której słychać jednocześnie: 2 perkusje, 2 gitary, 2 basy, a każdy z występujących muzyków jest gwiazdą klasy światowej w grze na tym instrumencie. Taka grupa brzmi potężnie, niczym orkiestra symfoniczna. The Crimson Projeckt zagrał największe z największych kompozycji King Crimson, ku radości fanów, wiernych tej muzyce od ponad czterech dziesięcioleci, co nietrudno było poznać po ich siwych włosach i nieco zmarszczonych twarzach.

Moje przedwiosenne muzyczne Safari było więc całkiem udane. Nadredaktor Górka także powinien być zadowolony. Pustkę na łamach gazety, przekornie, wypełniłem mu Pustkami, z pomocą zagranicznych przyjaciół.

Dariusz Łanocha

Laurka Romany Więczaszek

Laurka Romany Więczaszek

Ponad rok temu recenzowałam tomik poezji „że jesteś…” Romany Więczaszek. Teraz mam przed sobą kolejną, czwartą już, autorską książkę tej poetki pt. „Słowa jak liście”, opublikowaną przez krakowskie wydawnictwo Miniatura. Romana Więczaszek mieszka w Brzegu koło Opola, jest publicystką i animatorką kultury. Współorganizuje także coroczne Najazdy Poetów na Zamek Piastów Śląskich w Opolu, w których kilka lat temu sama miałam przyjemność uczestniczyć. Spotkałam osobiście tę poetkę i uważam ją za osobę pogodną i życzliwą. Tak też określiłabym jej twórczość. Rzadko sięgam w tomikach poetyckich do posłowia, tym razem jednak przeczytałam notki, jakie o książce Więczaszek napisali Kazimierz Burnat, Józef Baran i Leszek Żuliński. Popieram to, co w posłowiu zawarł Józef Baran: „W niedopowiedzeniu możemy odnaleźć się wszyscy, jeśli – oczywiście – nie jesteśmy pozbawieni wrażliwości i wyobraźni. Jednym wielkim niedopowiedzeniem jest całe nasze życie, które usiłujemy wyrazić poprzez sztukę”. Cenię w poezji skrótowość, niedopowiedzenie, lekką ironię. Wiersz powinien mieć formę otwartą. Powinien naprowadzać, ale nie pokazywać palcem i tłumaczyć. Poezja Więczaszek daje nadzieję i ukazuje piękno, często poprzez kontrasty: trzymamy się nadziei, gdy wokół samotność i smutek, siłę czerpiemy dzięki cierpieniu…

Cierpienie uczy chodzić

po stromych schodach

bez poręczy,

bez skrzydeł,

– bez ręki przyjaciela.

[Cierpienie, frag.]

Kto ci pomoże,

kwiecie mały,

kto ogrzeje

i ochroni od chłodu.

Głowę dźwigasz zetlały,

szukasz ciepła,

a słońce szybko ucieka,

gdy zimno mu na niebie.

[…]

Przytulam twe płatki troskliwie,

mówiąc ludziom –

Jest nadzieja,

wszystko się zmienia.

[Z nadzieją, frag.]

Częstym bohaterem wierszy Więczaszek jest cień. Nie byłoby cieni, gdyby nie istniało światło. W cieniu wiele się dzieje – tego dobrego i złego. Cień może dawać schronienie, ale może też przyćmiewać. Podobnie jest z innymi zjawiskami: dobro-zło, piękno-brzydota, szybko-wolno, nisko-wysoko. Bez jednego nie istniałoby drugie. „Mój cień, ślad wszystkiego” [Cień].

Romana Więczaszek jest artystką – poetką, dla której Słowo to podstawa. Wiersz stał się sposobem na wyrażanie siebie. Wierszem można być, wiersz można tworzyć, z wierszem można się związać.

Popijamy sok żurawinowy,

a wokół Słowa,

pałace

i tajemniczy las.

Woda w nim życiodajna –

balsam

na zdrowie i poezję.

[Ciocia Profesor, frag.]

Są takie wieczory,

które należy zapisać Słowami.

Przynoszą tajemnicze obrazy

malowane ciszą.

[…]

Wieczory,

Słowa,

obrazy,

siadają ze mną do stołu.

[Uczta, frag.]

Wyjdę za mąż

za wiersz.

Najlepiej jesienią.

Będę bogata kolorami,

rozgrzana słońcem,

zdrowa i wilgotna.

[Wyjdę za mąż, frag.]

Szczególnie przejmujący jest wiersz „Być” Więczaszek. „Ja liryczne” wydaje się być pogodzone z faktem, iż na końcu życia czeka nas śmierć. Nie boi się, nie ucieka, nie wypomina, z całego serca pragnie jednak być, istnieć, żyć – także po śmierci. Najtrudniej jest, gdy śmierć zabiera nam bliskich, gdy odchodzą dzieci – dosłownie i w przenośni.

A ja – gdzie się podzieję,

gdy nawet gwiazdy

nie są wieczne?

Proszę – stwórz mnie

na nowo

kotem,

brzozą,

wierszem.

[Być, frag.]

Pisz mnie natchnieniem,

czytaj między wersami.

Nawet, gdy milczę,

jestem.

Pisz mnie

od pierwszej do ostatniej

linijki,

z tobą chcę smakować puentę.

[Wierszem, frag.]

Miłość u Więczaszek ściśle wiąże się z poezją. Miłość nigdy nie jest idealna. Wręcz przeciwnie, często jest trudna, czasem niesprawiedliwa, czasem nieodwzajemniona. Pytanie, czy pomimo tego chcemy kochać, czy potrafimy dostrzec w trudach codziennego życia drugiego człowieka.

To nic,

że nie widać horyzontu.

Jesteśmy horyzontem

dla siebie.

[Horyzont, frag.]

Ważnym bohaterem u Więczaszek jest kot, który ma swoje zdanie, chodzi własnymi drogami, ale jednocześnie potrafi kochać, lubi się łasić i przytulać. Uczy człowieka jak skakać na cztery łapy. Z kotem można porozmawiać, nie kłóci się, ale umie pokazać, co myśli.

Pewnego razu

zapytała mnie kotka

– Co to znaczy być poetą?

[Sprzeczności, frag.]

Ktoś czyta

w iskierce ognia.

Kot się przytulił,

prosi o ciepłe miejsce,

cicho mrucząc tuż przy sercu.

[W oknie, frag.]

Tomik Romany Więczaszek został opatrzony delikatnymi rysunkami Barbary Malinowskiej, które znakomicie korespondują z jej wierszami. Są niejednoznaczne i zostawiają miejsce na swobodną interpretację.

Aneta Kielan-Pietrzyk

Romana Więczaszek Słowa jak liście

Wyd. Miniatura, Kraków, 2013

SOBOTA

Janusz Mika

SOBOTA

Zaskoczony patrzył, to na młodą ekspedientkę w nieskazitelnie białym kitlu, to na kilka starszych kobiet, stojących tuż za nim w kolejce do stoiska mięsno-wędliniarskiego. To, co wydarzyło się przed chwilą nie mogło mu się pomieścić w głowie. Nie mogło tak dalece, że zaniemówił. Stał z otwartymi ustami i wodził wzrokiem między ekspedientką a ustawionymi w ogonku klientkami.

– Głuchy jesteś?! – pani Mariolka trzymając się pod boki, patrzyła mu w oczy z nieskrywaną nienawiścią. – Wypad! Ale już! Nic ci nie sprzedam!

Szmer akceptacji wśród kolejkowiczek z wolna przerodził się w nieśmiałe z początku, wyraźniejsze i wreszcie głośne oklaski. Stojąca na końcu staruszka przeraźliwie gwizdnęła na palcach.

Z zaplecza wyszedł dobrze zbudowany, ogolony na łyso osiłek z pałką bejsbolową w ręku. Uderzając nią rytmicznie o odziane w czerwony dres muskularne udo, wolno zbliżał się do lady dzielącej stoisko od części sklepowej.

Roman spanikował. Wykonał szybki zwrot w tył i wybiegł ze sklepu na zalaną sierpniowym słońcem ulicę. Nie rozumiał co się dzieje. Przecież kupował tu kiełbasę i szynkę od kilku lat. Nigdy nie spotkała go w tym sklepie najdrobniejsza przykrość. Zaprzyjaźnione ekspedientki wybierały dla niego co lepsze kawałki schabu, doradzały ze znawstwem, którą wędlinę warto dziś kupić, a kiedy raz zostawił na ladzie portfel z pieniędzmi, młody ochroniarz dogonił go na ulicy i wręczył z uśmiechem zgubę.

Chodnikiem od strony skrzyżowania zbliżał się Marcel, stary kumpel, jeszcze ze szkoły. Roman przywołał go gestem dłoni.

– Słuchaj, nie uwierzysz, co mi się przed chwilą zdarzyło! – wymachując z ekspresją rękoma, opowiedział koledze całą historię.

– I co ty na to? – zakończył pytaniem.

Marcel, wyższy o głowę od Romana, zmrużył jasnoniebieskie, nieco wyłupiaste oczy. Uśmiechnął się pod nosem.

– Cóż, widocznie poznali się na tobie. Dla mnie zawsze byłeś zwykłym gnojem, Roman. Nie mówiłem ci tego, bo było mi cię żal, ale uważałem cię i nadal uważam za wyjątkowego kutasa. Widocznie inni też poznali się na tobie… – odwrócił się, przeszedł na drugą stronę ulicy, po czym z wyraźną satysfakcją wyciągnął w stronę Romana środkowy palec prawej dłoni.

– Jeszcze tu jesteś, palancie obrzygany? Spieprzaj w podskokach, bo wyjdę do ciebie! – ochroniarz wychylił się ze sklepowego okna. Dwie wychodzące z pełnymi zakupów torbami emerytki popatrzyły na Romana z dezaprobatą. Wyższa szepnęła coś do ucha tej drugiej i obie zaniosły się chrapliwym, starczym śmiechem.

Roman oddalił się szybko, skręcił za róg i zatrzymał się ciężko dysząc. Co jest?! To jakiś żart? Spisek? A może chodzi o zakład? – myśli krążyły mu w głowie jak wolne elektrony.

Zza firanki ukazała się siwa głowa pani Basi. Usłyszał odgłos otwieranego okna. Otyła rencistka podeszła do parapetu i krzyknęła w stronę Romana:

– Czego tu sterczysz, dupku? Kombinujesz jak mnie okraść! Dzwonię na policję! – kołysząc się niezdarnie na boki udała się w głąb mieszkania, a Roman znienacka wylądował na chodniku. To sąsiad, pan Kazimierz, wjechał w niego swym nowym oplem. Siedząc za kierownicą zaśmiewał się teraz do rozpuku.

Roman wstał rozcierając pośladki. Pan Kazio spuścił szybę w aucie:

– Jeszcze się gapi, menda! Nie umiesz chodzić, francowaty dziadu?!

Roman puścił się biegiem w stronę domu. Dopadł klatki schodowej i gorączkowo szukał klucza. Drżącymi dłońmi włożył go w zamek, otworzył drzwi i z ulgą oparł się o ścianę.

Z mieszkania na parterze – pogwizdując pod nosem wesoły motyw – wyszedł pan Wojtek. Niebieska koszulka polo, krótkie, także błękitne spodenki, na nogach trampki i przewieszony przez ramię futerał z tenisową rakietą.

– Moje uszanowanie, panie Romeczku! Piękny dzień mamy dzisiaj! Warto ruszyć się gdzieś za miasto. Umówiłem się z kolegą na partyjkę tenisa, a potem jedziemy na grilla – wyrecytował jednym tchem i uśmiechnął się szeroko.

Roman stał nieruchomo. Zacisnął pięści, podniósł brew i patrząc panu Wojtkowi prosto w oczy, wycedził przez zęby:

– Gówno mnie obchodzi twój tenis. Tenis-penis! Spieprzaj, gnoju, bo jak ci przefasonuję w tę głupią gębę, to cię nawet rodzona matka nie pozna!

Wrzesień 2013

 

Janusz Mika – krakowianin urodzony w Tarnowie. Publikował m.in. w Dzienniku Polskim, Czasie Krakowskim, Kurierze Tatrzańskim; także w: Tygodniku Powszechnym, Przekroju, wrocławskim kwartalniku Rita Baum i berlińskim Zeit-Sprung. Przeprowadził setki wywiadów, m.in. z historykiem prof. Normanem Daviesem, o. Raniero Cantalamessą – kaznodzieją papieża Benedykta XVI, czy legendą polskiego kina – Barbarą Krafftówną.

Od wielu lat redaktor krowoderskich Wiadomości Lokalnych. W 2002 wydał w formie książki cykl rozmów pod wspólnym tytułem „Obszary pokolenia”. W 2011 jego opowiadanie „Heringsroman” zwyciężyło w konkursie warszawskiego miesięcznika literackiego Bluszcz. W tym samym roku napisał scenariusz do przedstawienia „Grudniowa noc. Trzy dekady wstecz”. W 2013 ukazała się Jego kryminalna powieść „Limeryki zbrodni” ( Wydawnictwo editio). W latach 1983-84 występował w punkowym zespole Wee Wees; w okresie 1985-2002 lider rock`n`rollowej formacji Genezyp Kapen.

Z Kacprem Ryksem jako przewodnikiem…

Z Kacprem Ryksem jako przewodnikiem…

Wywiad z Mariuszem Wollnym krakowskim pisarzem.

Głównym bohaterem Twojego czterotomowego cyklu o renesansowym Krakowie jest Kacper Ryx, żak oraz investigator.

Dodałbym: medyk (po studiach w Akademii Krakowskiej). Owszem, Kacper, jeszcze podczas studiów, uzyskał od króla Zygmunta Augusta serwitoriat (jednostkowy przywilej) na uprawianie nieznanej wówczas profesji prywatnego detektywa, czyli królewskiego inwestygatora (przy okazji udało mi się przeszczepić na polski grunt to łacińskie określenie, zarówno badacza, jak i śledczego, od dawna już obecne np. w angielszczyźnie).

Ale światem, a w zasadzie drugim pełnoprawnym bohaterem jest ówczesny Kraków. Czy rzeczywiście historia naszego grodu ma dużo do zaoferowania współczesnemu czytelnikowi?

To prawda, Kraków od początku, co założyłem z premedytacją, miał być i został drugim pełnoprawnym bohaterem tego cyklu, co zresztą nie wzbudziło entuzjazmu ani ówczesnego wydawcy ani niektórych literaturoznawców. Na szczęście wielu czytelnikom moja konwencja przypadła do gustu i obraz dawnego Krakowa wyłaniający się z powieści uznali za jej dodatkowy atut, a nie wadę. Natomiast Kraków naprawdę był widownią rzeczy niezwykłych, zasługujących na opisanie w atrakcyjnej i „lekkostrawnej” formie.

Powieści historyczne, osadzone w przestrzeni nie tylko historycznej, ale i urbanistycznej wymagają niewątpliwie żmudnej pracy badawczej. Jak to wyglądało u Ciebie?

To normalna naukowa robota – przyspieszone, nieformalne studia podyplomowe, które przez ponad pół roku były ciężką harówką. Przeczytałem mnóstwo książek, odwiedziłem kilka bibliotek, zgromadziłem stertę notatek i wielkie plansze bristolu, na jakich rysowałem dawny Kraków i w odpowiednich miejscach umieszczałem poszczególne opisy oraz zdarzenia z nimi związane.

Jaka jest recepta, aby pisać ciekawie i porywająco o naszej historii?

Prosta: nie wystarczy czytać tylko i wyłącznie opracowań, trzeba dotrzeć do źródeł, czyli kronik, pamiętników i dokumentów z danej epoki. Tam są nieprzebrane pokłady faktów i fakcików, które nie interesują większości historyków-naukowców, ale dla powieściopisarza, piszącego o historii są prawdziwą kopalnią złota. Zresztą, z bardzo dobrym skutkiem wykorzystuję te wzgardzone przez innych fakty w swoich książkach popularnonaukowych, wywołując zdumienie, że historia Polski jest arcyciekawa, a nie przeraźliwie nudna jak powszechnie się uważa. Czytelnikom trudno uwierzyć, że sensacyjna treść moich powieści historycznych w 90% opiera się na faktach.

Czy pisząc o renesansowym Krakowie widzisz jakieś analogie do dzisiejszych czasów, miejsc i zdarzeń?

Czasem tak, bo i niektóre miejsca niewiele się zmieniły i natura ludzka pozostała taka sama.

Z końcem ubiegłego miesiąca, nakładem krakowskiego Wydawnictwa Alter, ukazała się pozycja „Z Kacprem Ryksem po renesansowym Krakowie – przewodnik”. Czy czytelnik znajdzie tu nowe przygody swojego ulubionego bohatera?

Nie, bo to nie powieść. Ale za to fani książek o Ryksie, którzy od dawna pragnęli wiedzieć, czy to, co tam napisałem odnośnie miejsc, wydarzeń i bohaterów odpowiada prawdzie, nareszcie zdobędą 100-procentową pewność.

Przewodnik jest specyficzny; w zasadzie nie jest to klasyczny przewodnik, który ma nam przybliżyć „urbis” i jego konkretną architekturę?

Przewodnik jest bardzo specyficzny. Śmiem nawet twierdzić, że nie ma w Polsce odpowiednika, bo chyba po raz pierwszy zwiedzamy miasto śladami fikcyjnego powieściowego bohatera. Od architektury i historii sztuki są wszystkie inne przewodniki pisane przez architektów i historyków sztuki. Mój przewodnik jest dla wszystkich tych (pragnę mocno podkreślić – bynajmniej nie wyłącznie fanów Ryksa!), którzy lubią sensację, ciekawostki i miejsca niezwykłe, niekoniecznie z powodu swych zabytkowych walorów.

Czy wędrując z Kacprem Ryksem odkryjemy nowe zbrodnie, zdarzenia nieznane nam z cyklu powieściowego?

Owszem i to sporo. Ostatecznie nie wszystko, co w Krakowie najciekawsze, wydarzyło się w przedziale czasowym objętym tetralogią o Ryksie, czyli niespełna dwudziestoleciu 1569 – 1588.

Z czytelnikami jest tak, że jak polubią bohatera, to się z nim utożsamiają i chcą jak najdłużej przeżywać jego przygody. Wprawdzie w ostatnim tomie cyklu powieściowego Kacper Ryx ginie, ale przykład przewodnika daje nam możliwość dalszego z nim obcowania. Czy jest szansa, że jeszcze w jakieś formie będziemy mieć do czynienia z Kacprem?

Już poniekąd obcujemy z Ryksem seniorem za sprawą Ryksa juniora, bohatera „Krwawej jutrzni” (i mających się już wkrótce ukazać „Straceńców”), który bierze udział w dymitriadach i wojnie polsko-rosyjskiej z początku XVII w. A niedługo zapewne ukaże się także zbiór opowiadań o Ryksie seniorze, co definitywnie zamknie serial o tym bohaterze.

Rozmawiał: Marek Górka

Zmiażdżyć miażdżycę

Zmiażdżyć miażdżycę

 

Choroby układu krążenia stanowią czołówkę schorzeń, z którymi przychodzi zmagać się współczesnym społeczeństwom, a w Polsce stanowią niestety przyczynę ponad połowy wszystkich zgonów.

Są one w znacznej mierze powikłaniami miażdżycy, czyli zmian zwyrodnieniowych występujących w obrębie dużych i średnich tętnic (np. aorty, tętnic wieńcowych czy mózgowych).

Miażdżyca rozwija się powoli – zwężenia naczyń krwionośnych to proces, który właściwie rozpoczyna się już w dzieciństwie. Może to wydawać się zaskakujące, ale wyniki badań naukowych wskazują, że proces miażdżycowy jest najbardziej intensywny pomiędzy 14. a 35. rokiem życia, dlatego w tym okresie można najskuteczniej zapobiegać powstawaniu zmian w ścianach naczyń i tzw. blaszki miażdżycowej.

Żeby zrozumieć proces miażdżycowy zapraszam na krótką podróż po naczyniach krwionośnych.

Ściana naczynia krwionośnego zbudowana jest z trzech warstw. Zewnętrzną warstwę tworzy tkanka bogata we włókna sprężyste i kolagenowe. Następnie mamy warstwę środkową zbudowaną z tkanki łącznej i komórek mięśni gładkich, które umożliwiają kurczenie i rozszerzanie się naczyń krwionośnych oraz pomagają utrzymać właściwe ciśnienie krwi. Trzecia, wewnętrzna warstwa naczynia, to tzw. śródbłonek. Wyściela on światło naczynia i ma bezpośredni kontakt z przepływającą krwią. To oczywiście warstwa najbardziej „zapracowana” i narażona na uszkodzenia, gdyż stanowi linię obrony przed różnymi szkodliwymi czynnikami. Uszkodzenie warstwy powoduje łatwe przepuszczanie różnych składników krwi. Do wnętrza ścian zaczyna wnikać bez przeszkód utleniony cholesterol, związki tłuszczowe, sole wapnia i tam wszystko zaczyna się kumulować. W ten sposób dochodzi do powstania nacieków tłuszczowych. W odpowiedzi nasz organizm broni się i wysyła w takie miejsca monocyty (typ białych krwinek), które po wniknięciu do wnętrza ścian naczyń pochłaniają złogi „złego” cholesterolu. Niby wszystko działa idealnie, ale….Po takiej „konsumpcji” monocyty powiększają się do ogromnych rozmiarów, przeradzając się w tzw. komórki piankowate i makrofagi (komórki tkanki łącznej). Wokół makrofagów rozrastają się komórki mięśni gładkich tworząc specjalną otoczkę – powstaje tzw. blaszka włóknista. Komórki piankowate są coraz bardziej zgniatane przez otaczającą je warstwę mięśni i zaczynają obumierać, a wszystkie szkodliwe substancje, które pochłonęły wypływają z nich na zewnątrz – dochodzi do uszkodzenia i przerwania śródbłonka. Zaczynają się w tym miejscu gromadzić płytki i skrzepy krwi. Organizm znów posyła na ratunek monocyty i sytuacja się powtarza. Nieustannie ranione i zabliźniane ściany naczyń z czasem grubieją i tracą sprężystość. Pojawiające się uszkodzenia sprawiają, że odpowiedzialne za krzepnięcie płytki krwi zaczynają przylegać do tych miejsc i zlepiać się, tworząc zakrzepy powodujące zwężenie światła naczynia krwionośnego, co ogranicza przepływ krwi.

W przypadku występowania zmian miażdżycowych krew niosąca tlen i substancje odżywcze ma ograniczony dostęp do tkanek i narządów. Szczególnie wrażliwy jest pod tym względem mózg, serce i nerki, którym najbardziej grozi niedotlenienie. Pierwszym widocznym objawem niedotlenienia jest ból niedokrwienny. Jeśli nastąpi nagłe zamknięcie światła tętnicy (przez skrzep) skutki są o wiele poważniejsze: zawał serca, udar mózgu czy zgorzel części kończyny dolnej. W skrajnych przypadkach może się to niestety skończyć zgonem pacjenta, trwałym kalectwem czy znacznym ubytkiem zdrowia.

Poza niesławnym cholesterolem, do innych czynników ryzyka miażdżycy należą: palenie papierosów, nadciśnienie tętnicze, cukrzyca typu II, zaburzenia tolerancji glukozy, zaawansowany wiek, menopauza u kobiet, otyłość, mała aktywność fizyczna, zaburzenia w układzie krzepnięcia oraz predyspozycje rodzinne do występowania schorzenia.

Niestety często koncentrujemy się na leczeniu tylko niektórych czynników ryzyka rozwoju miażdżycy, a leczone są głównie osoby, u których wystąpiły już objawy kliniczne zmian naczyniowych. To tzw. prewencja wtórna – wykonywane są wówczas zabiegi angioplastyki (przezskórne poszerzanie naczyń krwionośnych) i pomostowania naczyń wieńcowych (tworzenie sztucznych połączeń między tętnicami). Tymczasem pierwszoplanowym działaniem powinny być próby zmiany stylu życia, rzucenie palenia, zapobieganie otyłości, ograniczenie spożycia soli i udziału nasyconych kwasów tłuszczowych w diecie oraz optymalna aktywność fizyczna. Takie działania należy rozpocząć już od 12-14 roku życia! Wtedy efekty będą najlepsze. Nie oznacza to jednak, że w starszym wieku możemy już spocząć na laurach – dobre nawyki warto wprowadzać na każdym etapie życia i zawsze przyniosą dobre skutki. Nadchodząca wiosna niech nas zmotywuje do realizacji prozdrowotnych postanowień. Powodzenia!

 

Izabela Niziałek

Podróże, podróże…

Podróże, podróże…

Zazwyczaj piszemy tu o podróżach z plecakiem w ręku, do różnych zakątków świataTym razem proponujemy podróż w czasie, do nieodległego miejsca, w którym ks. Infułat Jerzy Bryła pierwszy raz zetknął się z trochę starszym od siebie kolegą – Karolem Wojtyłą, późniejszym Ojcem – Świętym Janem Pawłem II, którego beatyfikacji doczekamy się 27 kwietnia 2014 r. Tym miejscem, ważnym nie tylko dla dziejów Krakowa i Polski, ale i całego świata, jest dziedziniec Pałacu Arcybiskupiego w Krakowie. Z tego dziedzińca wyjechał, jesienią 1978 r., kardynał Karol Wojtyła, by zmieniać Kościół i świat. Fragment wspomnień pochodzi z książki „Wczoraj i dziś. Z ks. infułatem Jerzym Bryłą rozmawia Janusz M. Paluch” (Wydawnictwo PETRUS, Kraków 2013). Ks. infułatowi autor zadał pytanie, kiedy po raz pierwszy spotkał Karola Wojtyłę?

To był 1945 r. Miałem 17 lat. Poszedłem do mojego starszego kolegi, Zygmunta Siudmaka z Wawrzeńczyc, kleryka w seminarium duchownym, które mieściło się wówczas w Pałacu Biskupim. Książę Kardynał Adam Sapieha przyjął kleryków do swoich salonów, gdyż główny gmach Seminarium przy ul. Podzamcze 8 zajęty był przez SS. Później, po wojnie, zajęli go Rosjanie, palili ogniska w pokojach, wypalali podłogi. Potem był remont i klerycy jeszcze przez kilka miesięcy po wojnie mieszkali w Pałacu Biskupim. Kiedy wszedłem na dziedziniec, przy bramie spotkałem kolegę, ciekawie rozglądałem się wokół. W lewym kącie dziedzińca stał bardzo skupiony, rozmodlony, kleryk. Kolega zauważył, że mu się przyglądam i powiedział: To jest Karol Wojtyła, najzdolniejszy z nas wszystkich i najbardziej pobożny. Odprawia rekolekcje przed subdiakonatem. I opowiedział mi o jego dobroci i poświęceniu. Był to czas, kiedy ze Lwowa, z Kresów przyjeżdżali nasi rodacy ogołoceni ze wszystkiego przez Rosjan. Wszyscy, kto tylko mógł, pomagali im. Karol Wojtyła miał wtedy tylko dwie koszule. Jedną z nich oddał potrzebującemu ekspatriantowi, a drugą, po praniu, nieraz nie do końca wyschniętą, wkładał na siebie. Znacznie później, w latach pięćdziesiątych, już jako wikariusz w parafii św. Floriana, usłyszałem opowieść od starszych pań. Pani Dylewiczowa, z sekcji charytatywnej opowiadała mi, że chodził w bardzo zniszczonym płaszczu. Pamiętam ten płaszcz, właściwie nie miał koloru, kiedyś był zielony, ale wypłowiał i stał się brązowy… Czapkę też miał wypłowiałą, zrobioną z włóczki. I tak chodził w tym. Starsze panie myślały: nasza parafia taka słynna, święty Florian, przychodzą tu ważne osoby, kardynałowie, biskupi krakowscy, to powinien też nasz wikary jakoś porządnie wyglądać. I kupiły księdzu Wojtyle piękny płaszcz i kapelusz. Jakież było później ich zdziwienie, kiedy zobaczyły ten swój cenny prezent na chudym grzbiecie bladego studenta. Mieszkał, nie mając właściwie nic. Kiedy wszedł do mojego pokoju, jak byłem już wikariuszem u św. Floriana, rozglądnął się i stwierdził: O, to wy mieszkacie bogato, ja tu nic nie miałem. Nie widział, nie doceniał dóbr materialnych, dla niego ten problem nie istniał.

Kiedy jechał na studia do Rzymu miał w drewnianej walizce przewiązanej sznurkiem tylko jedną koszulę, a do jedzenia kromkę chleba ze smalcem na całą długą podróż.

Janusz M. Paluch

PROGRAM – KWIECIEŃ 2014

 

PROGRAM – KWIECIEŃ 2014

 

Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie, ul. Mikołajska 2

 

 

 

 

1 IV, godz. 19.00

 

Zapraszamy na spotkanie autorskie Mariusza Wollnego „Z Kacprem Ryksem po renesansowym Krakowie. Przewodnik” (Wydawnictwo Alter, Kraków 2014).

 

Przewodnik jest bardzo specyficzny. Zwiedzamy Kraków śladami fikcyjnego powieściowego bohatera Kacpra Ryksa. Przewodnik zadowoli tych z Państwa, którzy lubią sensację, ciekawostki i miejsca niezwykłe, niekoniecznie z powodu swych zabytkowych walorów.

 

Mariusz Wollny; autor książek popularno-naukowych dla dzieci oraz dorosłych, powieści i zwariowanych historii oraz 4-tomowego cyklu o przygodach XVI-wiecznego inwestygatora królewskiego (detektywa) Kacpra Ryksa.

 

 

2 IV, godz. 18.00

 

Grupa Każdy otwarte warsztaty literackie prowadzenie: Aneta Kielan-Pietrzyk.

 

 

2 IV, godz. 18.00

 

Wernisaż wystawy autorstwa Anny Osuch pt.: Jesień za oceanem.

 

Mini Galeria

 

 

3 IV, godz. 17.00

 

Z cyklu Poprzez Kresy: Wilno część I. Zdjęcia i komentarz: Piotr Korpanty.

 

Po obejrzeniu Trok, XIV-wiecznej stolicy Księstwa Litewskiego, czas udać się do najważniejszego miasta Litwy – Wilna, które będzie tematem trzech przedwakacyjnych spotkań w cyklu Poprzez Kresy. Podczas pierwszej kwietniowej prelekcji zostanie zilustrowany spacer po Wilnie podczas wycieczki w 2013 r. W pierwszej kolejności pokazane zostaną zdjęcia panoramiczne Śródmieścia miasta wykonane ze stoku niedaleko bastei artyleryjskiej przy ul. Subocz. Najbardziej efektowne ujęcia obejmują: Górny Zamek, kościoły: św. Anny, Bernardynów i Bernardynek oraz cerkiew przeczystej Bogarodzicy oraz wieże: Uniwersytetu Stefana Batorego, kościoła św. Jana i katedry. Widoczne są tez wieże i kopuły kościołów: św. Kazimierza, Augustianów, Dominikanów, św. Katarzyny oraz Góra Trzech Krzyży. Spacer przez Miasto dał możliwość zobaczenia z bliska niektórych zabytków śródmieścia, a także sfotografowania wnętrz kościołów: Dominikanów, Franciszkanów, św. Trójcy i katedry.

 

 

3 IV, godz. 19.00

 

Krakowski Klub Podróżników zaprasza:

 

Grzegorz Petryszak: „Uzbekistan – na jedwabnym szlaku”. 

 

Grzegorz Petryszak, szef klubu podróżników „Gotramping” zabierze nas w podróż do Azji Centralnej. Pokaże starożytne miasta rzadko odwiedzane przez dzisiejszych turystów i nadal kryjące w sobie wiele tajemnic.

 

Zajrzymy od Samarkandy, przespacerujemy się po Bucharze, której starówka wpisana jest na listę zabytków UNESCO. Zobaczymy nie tylko słynne mauzoleum Samanidów, którzy trzęśli Środkową Azją, ale też liczne meczety. Pojedziemy również do starożytnej Chiwy, należącej do najstarszych miast Azji Środkowej. Kolejny postój to porażające miasto Mojak, które nie tak dawno było miastem portowym nad brzegiem Jeziora Aralskiego. Na terenie miasta-widma walają się wraki statków, a pośród na wpół opuszczonych zabudowań wieje wiatr, który jeszcze nie tak dawno wiał w żagle wielu statków cumujących w tym porcie. Obecnie niesie już ze sobą tylko kurz i sól z dawnego dna jeziora Aralskiego.

 

 

7 IV, godz. 18.00

 

Wręczenie nagrody „Krakowska Książka Miesiąca”.

 

Ewa Elżbieta Nowakowska: Trzy ołówki, Wydawnictwo Austeria. Wiersze w interpretacji Autorki i Jakuba Kosiniaka. Prowadzenie: Elżbieta Zechenter- Spławińska.

 

Ewa Elżbieta Nowakowska, poetka, tłumaczka, eseistka. Nominowana do Nagrody Głównej im. J. Bierezina (1997), laureatka Konkursu im. K.K. Baczyńskiego (1998), uhonorowana przez Wisławę Szymborską drugą nagrodą w konkursie „Rynna poetycka” (2004), Wydała tomy wierszy Dopiero pod pewnym kątem (1999), Nieboskłony (2003), Oko (2010) oraz zbiór opowiadań Apero na moście (FORMA 2010). Jej dorobek translatorski obejmuje trzynaście książek o różnorodnej stylistyce i tematyce – od historii sztuki do fantasy oraz liczne przekłady poezji publikowane w polskich, jak również amerykańskich czasopismach i antologiach. Wspólnie z Robin Davidson dokonała tłumaczenia i wyboru wierszy Ewy Lipskiej, który ukazał się w USA pod tytułem The New Century (2009).

 

 

 

8 IV, godz. 18.00

 

Instytut Pamięci Narodowej o/Kraków oraz Śródmiejski Ośrodek Kultury zapraszają do

 

Filmowego Klubu Historycznego na projekcję filmu dokumentalnego pt.: „Zbrodnia bez kary” (2010, 52 min.), reżyseria: A.T. Pietraszek.

 

 

8 IV, godz. 19.00

 

Piwnica pod Baranami, Rynek Główny 27 w Krakowie

 

Koncert Joanny Rawik „Muzyka Życia – Edith Piaf i nie tylko …”

 

Przy fortepianie: Paweł Bieńkowski, prowadzenie: Wacław Krupiński.

 

Bilety w cenie 40 zł do nabycia w ŚOK, ul. Mikołajska 2 w godzinach pracy kasy: poniedziałek – piątek godz. 8.00 – 15.30

 

 

10 IV, godz. 19.00

 

Krakowski Klub Podróżników zaprasza: Zofia Zalewska: „Sycylia”.

 

Sycylia, wyspa na Morzu Śródziemnym leżąca między Europą i Afryką, ma bogatą i niezwykłą historię. Najeźdźcy przychodzili i odchodzili, zostawiając po sobie ogromne bogactwo cywilizacyjnego dziedzictwa. Z niego wywodzi się osobliwy charakter wszystkich przejawów lokalnej kultury: języka, sztuki, obyczajów, kuchni, a także niezwykłej architektury. Sycylia to ciekawa wyspa, na której na każdym kroku wyczuwa się powiew przeszłości. Jest ziemią mitów i legend ze wspaniałymi zabytkami z czasów antycznych, mozaiką kultur i narodów, które uczyniły wyspę oryginalna i fascynującą. Sycylia pełna jest kontrastów: śródziemnomorska roślinność, kwitnące gaje pomarańczowe, cytrynowe i oliwne na wybrzeżu, oraz pustynny, dziki krajobraz wewnątrz wyspy. Można tu spotkać malownicze urwiska wchodzące pionowo w morze, a także złote plaże z przytulnymi zatoczkami .

 

Na tej wyspie odpoczywali wielcy Rzymianie Cyceron i Hadrian.

 

 

14 IV, godz. 18.00

 

Wieczór poetycki z cyklu „Prezentacja Grupy Każdy – ZZA PORANNYCH MGIEŁ”.

 

Wystąpią: Marzena Dąbrowa-Szatko, Krzysztof Łojek, Marek Porąbka, Elżbieta Rafa

 

Spotkanie poprowadzi: Aneta Kielan-Pietrzyk.

 

Tytuł spotkania nawiązuje do tomiku Anny Kajtochowej, poetki, która przez wiele lat prowadziła spotkania Grupy Każdy. Wieczór ten inauguruje cykl „Prezentacje Grupy Każdy”, w ramach którego będzie można poznać różne oblicza współczesnej poezji. Serdecznie zapraszamy.

 

 

23 IV, godz. 18.00

 

Koncert uczniów Szkoły Wokalno-Aktorskiej. Prowadzenie: Bogdan Kalarus, przy fortepianie: Anna Wrona, Paweł Harańczyk Wstęp wolny.

 

 

23 IV, godz. 18.00
Wykład z literatury współczesnej dr Marek Karwala „Odys” i „Eneasz”. Wybrane strategie literatury emigracyjnej.

 

Losy pisarzy, którzy w wyniku działań II wojny światowej znaleźli się poza granicami kraju do dziś nie zostały w pełni rozpoznane i zbadane. Jedni wybrali życie na emigracji (strategia „Eneasza”), inni zaś powrócili – od razu lub po wielu latach – do ojczyzny („strategia Odysa”). Powracający mieli do wyboru albo uczestniczenie w socrealistycznej farsie, albo milczenie… Ale i tamci, którzy pozostali, nie mieli łatwo, bo przecież przyszło im tworzyć w mowie polskiej, dla tubylców obcej. Czy zatem pisali jedynie „dla potomnych”?

 

Wstęp wolny!

 

24 IV, godz. 19.00
Spektakl Teatru M.I.S.T. „Przygody dzielnego wojaka Szwejka”.

 

Któż nie zna Szwejka? Ale jeśli komuś uleciały z pamięci prześmieszne przygody tego dzielnego żołnierza, koniecznie musi wybrać się na spektakl w wykonaniu aktorów Teatru MIST- historię o pogodzie ducha, wojnie, wesołym życiu wojaków, panienkach, piciu piwa i realiach upadającej monarchii austrowęgierskiej, a wszystko to w kantorowskim klimacie adaptacji Stanisława Michno.
Teatr M.I.S.T. zaprasza na wznowienie spektaklu „Przygody dobrego wojaka Szwejka” Jaroslava Haška, w reżyserii Stanisława Michno, w rolach głównych: Szwejk:
Wojciech Michno, Oficer: Stanisław Michno, Pani Millerowa: Zinajda Zagner, Dziewczyna: Paulina Słaby.
Teatr M.I.S.T. – zaliczany do krakowskich scen alternatywnych istnieje od roku 1994. Jego założycielem jest Stanisław Michno – aktor i reżyser, współpracujący z krakowskimi teatrami od 1964 roku.

 

Bilety: 15 (ulgowy) i 20 zł (normalny)

 

 

24 IV, godz. 19.00

 

Wernisaż wystawy autorstwa Anny Sokolińskiej pt.: Mandale.

 

Galeria Lamelli

 

 

25 IV, godz. 19.00

 

Koncert pt.: „KONIE NAROWISTE”

 

Piosenki z repertuaru Jacka Kaczmarskiego, Włodzimierza Wysockiego, Karela Kryla.
Wystąpią: Elżbieta Czyż (śpiew), Kuba Mędrzycki (akompaniament)

 

Bilety: 20 zł (normalny), 15 zł (ulgowy).

 

 

27 IV, godz. 18.00

 

Prezydent Miasta Krakowa Jacek Majchrowski zaprasza na Koncert plenerowy na Małym Rynku „Krakowscy Artyści swojemu Świętemu”.

 

Miasto Kraków oraz Śródmiejski Ośrodek Kultury z okazji kanonizacji papieża Jana Pawła II organizują koncert „Krakowscy Artyści dla swojego Świętego”. W koncercie udział wezmą:Marek Bałata, Marta Bizoń, Przemysław Branny, Lidia Jazgar, Kroke & Sławek Berny, Olgierd Łukasiewicz, Tadeusz Malak, Beata MalczewskaStarowieyska, Renata Przemyk, Anna Radwan, Beata Rybotycka, Joanna Słowińska, Magda Steczkowska, Anna Szałapak, Anna Treter, Zbigniew Wodecki, Andrzej i Jacek Zielińscy, Gabriela i BogumiłZielińscy, Orkiestra Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa Sinfonietta Cracovia pod batutą Tomasza Chmiela, sekcja rytmiczna: Adam Kowalewski i Piotr Wyleżoł, Chór Krakowskiej Młodej Filharmonii.

 

Organizator: Wydział Kultury i Dziedzictwa Narodowego Urzędu Miasta Krakowa

 

Wybór tekstów: Stanisław Dziedzic.

 

Wstęp do sektora za zaproszeniami (miejsca siedzące) do odbioru w: Info Kraków ul. św. Jana 2 od 8 kwietnia br. Ilość miejsc ograniczona.

 

29 IV, godz. 18.00

 

Zapraszamy na wykład multimedialny autorstwa dr Radosława Palonki pt.: „Szamani, wojownicy i skalne miasta: Najnowsze odkrycia polskich archeologów w Kolorado, USA”.

 

W 2013 r. odbył się kolejny sezon badawczy ekspedycji archeologicznej z Instytutu Archeologii Uniwersytetu Jagiellońskiego do Kolorado w Stanach Zjednoczonych. Projekt Archeologiczny Sand Canyon-Castle Rock prowadzony jest od 2011 r. przez dr. Radosława Palonkę z Instytutu Archeologii UJ w regionie Mesa Verde, w Kolorado. Teren badań projektu znajduje się w parku narodowym Canyons of the Ancients National Monument. Badania projektu skupiają się przede wszystkim na analizie osadnictwa i rekonstrukcji zmian społeczno-kulturowych jakie zachodziły w XIII w. n.e. w kulturze Pueblo zamieszkującej kaniony Sand Canyon i Rock Creek Canyon. Okres XIII w. to z jednej strony czas rozkwitu kultury Indian Pueblo na tym obszarze, a z drugiej pod koniec tego okresu nastąpiła gwałtowna migracja całej ludności na południe, poprzedzona przez zmiany klimatyczne oraz konflikty i walki. Do tej pory krakowskim badaczom udało się poddać dokumentacji i szczegółowym badaniom nieinwazyjnym, geofizycznym ponad dwadzieścia stanowisk z tego terenu. Zadokumentowano także pozostałości architektury, w tym domostwa oraz kamienne mury i wieże, służące obronie i obserwacji. Ostatni sezon przyniósł także odkrycie licznych przykładów sztuki naskalnej (malowideł i rytów naskalnych) datowanych wstępnie od III/IV w. do ok. XVIII w. n.e. Petroglify i malowidła przedstawiają głównie wojowników, prawdopodobnie także szamanów, polowania na jelenie i bizony, symbole rodowe (m.in. łapa niedźwiedzia) oraz abstrakcyjne motywy geometryczne.

 

Dr Radosław Palonka; adiunkt w Zakładzie Archeologii Nowego Świata. Zajmuje się archeologią, antropologią i historią kultur indiańskich Ameryki Północnej, ze szczególnym uwzględnieniem terenów Wschodniego Obszaru Leśnego oraz Południowego Zachodu. Uczestnik wielu projektów i badań archeologicznych w Polsce oraz Stanach Zjednoczonych.

 

 

 

30 IV, godz. 19.00

 

Koncert reggae.

 

Tuż przed majowym weekendem zapraszamy na koncert utrzymany w klimacie muzyki reggae. Usłyszymy mniej i bardziej znane utwory, rodem nie tylko z Jamajki, ale również z naszego rodzimego podwórka. Na scenie pojawią się młodzi artyści ze Studia Piosenki „Farafka”. Przygotowanie wokalne: Marcelina Gawron i Rafał Kępiński. Zapraszamy!
Bilety: 10 zł (ulgowy) i 15 zł (normalny)

 

Podróże dalekie i bliskie

Barcelona – w poszukiwaniu wiosny.

Piękną mamy wiosnę tej zimy! Niestety w ubiegłym roku przyszło nam spłacić z nawiązką obecne „upały”, więc zmęczeni długotrwałą polską zimą, nie mogąc doczekać się już pierwszych promieni słońca oraz dodatniej temperatury, ruszyliśmy do stolicy Katalonii – miejsca, gdzie słońca i ciepła nigdy nie brakuje. Droga do Barcelony wiodła przez Gironę, urocze średniowieczne miasteczko, które dzięki tanim połączeniom lotniczym stało się częstym punktem przesiadkowym dla odwiedzających popularniejszą sąsiadkę.

Stolica Katalonii zaskoczyła nas z jednej strony swoim rozmachem oraz kosmopolityzmem – po szerokich bulwarach miejskich we wszystkich kierunkach przelewał się wielobarwny tłum ludzi z różnych części świata, a z drugiej szczególnie mocnym akcentowaniem swojej inności i odrębności od Hiszpanii, co potęgowały wiszące praktycznie na każdym budynku żółto-czerwone flagi Katalonii. Wszak coraz mocniejsze i liczniejsze są głosy opowiadające się za niezawisłością regionu i oddzieleniem od Hiszpanii.

Dzisiejsza Barcelona to metropolia na skalę światową, zamieszkana przez wieloetniczną społeczność. Dokładnie odzwierciedlała to dzielnica, w której zamieszkaliśmy – Rambla del Raval, położona blisko centrum, po sąsiedzku ze słynną promenadą La Rambla. Zamieszkana jest ona w dużej mierze przez przybyszów z Afryki północnej oraz Azji, a lokalne sklepiki i restauracje, gdzie najczęściej się stołowaliśmy, niejednokrotnie sprawiają wrażenie jakby dokładnie przeniesionych z ulic Marrakeszu czy Dehli.

Pieszą wędrówkę po Barcelonie rozpoczęliśmy od jej najsłynniejszej promenady – Rambli, jednak zniechęceni napierającymi tłumami turystów czym prędzej zboczyliśmy w jedną z wąskich uliczek, opisanych w przewodnikach jako szlak po najstarszej części miasta, tzw. Bari Ghotic. Trasa prowadzi wzdłuż zabytkowych kamienic i placów, nie omijając również znanej z powieści Zafona katedry Santa Maria Del Mar.

W sercu Katalonii jedną z największych atrakcji, wyniesioną nawet do symbolu miasta jest … najstarszy plac budowy Europy:) – czyli zaprojektowana przez Gaudiego słynna Sagrada Famillia, budowana już bagatela…130 lat. Pomimo tłumów oblegających „plac budowy” poszliśmy, bo to symbol, wizytówka miasta itp. Nie mieliśmy jakiś wielkich oczekiwań, widok to znany, więc wiedzieliśmy czego się spodziewać. Jednak po wejściu do środka opadły nam przysłowiowe szczęki, zresztą nie ten jeden raz. Drugi raz zbieraliśmy je z posadzki po wyjeździe na wieżę. Przed wejściem dziwiliśmy się zapisom w przewodniku, proponującym przeznaczenie 3 godzin na zwiedzanie Sagrady. Ostatecznie sami wyszliśmy po ponad dwóch – i to tylko dlatego, że już zamykali.

Po całodniowych trudach zwiedzania miasta najlepiej zregenerować się na plaży, więc ochoczo podążyliśmy nad morze.Po drodze wielokrotnie mijaliśmy ulicznych artystów, grających różnorodną muzykę. Barcelona bowiem i z tego słynie, że miasto praktycznie nigdy nie zasypia. Na każdym kroku ludzie tańczą i bawią się, nie tylko w knajpkach panuje luźna, zabawowa atmosfera. Ale to już historia na całkiem inną, znacznie dłuższą, opowieść…

Tekst & zdjęcia:

Katarzyna i Rafał Siudowscy

Wywiad z Krzysztofem M

Wywiad z Krzysztofem Maćkowskim Krakowskim pisarzem oraz scenarzystą.

Opisane w powieści „Bardzo wielkie pojednanie” środowisko kibicowskie jest Ci znane z autopsji czy raczej z obserwacji?

Chodzenie na mecze jest dla mnie tak samo naturalne i potrzebne do życia jak oddychanie i czytanie książek. No, może przesadziłem z tymi książkami. A tak na poważnie, to nie podpisuje się pod dewizą Karpia, bohatera „Bardzo wielkiego pojednania”, że piłka to nie tylko sprawa życia i śmierci, to znacznie coś więcej. Ale pod dewizą, że futbol to najważniejsza z rzeczy drugorzędnych, jak najbardziej.

Na meczach siadasz więc w sektorze dla ultrasów czy pikników?

W życiu każdego piłkarskiego kibica przychodzi czas, że na mecze zaczyna zabierać swoje dzieci. I naturalnym się staje, że przesiada się w mniej zaangażowaną w doping i meczową oprawę część stadionowych sektorów. Staje się więc piknikiem. Z tych – pół żartem, pół serio – najniższych hierarchią stadionowych pikników. Ląduje bowiem w sektorze rodzinnym. Tak jak ja od paru lat ze swoim synem. Ale że on coraz częściej podpytuje o sektory, w których prowadzony jest doping, to pewnie kiedyś wrócę – już z nim – do ultrasów. Bo przez lata wśród nich siedziałem, a właściwie stałem, bo tam się nie siedzi. Nie nazwałbym siebie ultrasem, bo żeby nim być, trzeba mocno angażować się w przygotowanie oprawy i dopingu. Jednak idea, nazwijmy to werbalnego kibicowskiego zaangażowania, jest mi bardzo bliska.

Karpio – narrator twojej powieści to zagorzały kibic, który przeprowadza pogłębioną analizę swojego życia, ale we właściwy sobie sposób. W „Bardzo wielkim pojednaniu” zrywasz czy trochę podtrzymujesz stereotyp bezrefleksyjnego kibola?

Kibolstwo ma pejoratywny wydźwięk, skądinąd w pełni zasłużony. Bójki, demolki, latające krzesełka to jednak tylko wycinek stadionowej rzeczywistości. Dotyczy ona niewielkiej części kibiców, choć przez ich pryzmat jest kojarzona. Mój bohater jest ultrasem, osobą, która przygotowuje oprawę meczową i prowadzi na stadionie doping. I choć dla klubu zrobiłby wiele, może nawet zbyt wiele, to jednak zdobywa się na refleksję nad swoim życiem. Świadczy to o tym, że kibolstwo nie wyprało mu do końca mózgu. I choć Karpio pojednanie przegrywa, to jednak wygrywa coś dużo bardziej cennego. Ale tutaj już byśmy za bardzo zdradzali fabułę.

W powieści to od Karpia będzie zależało powodzenie pojednania. Dlaczego, twoim zdaniem, wtedy, po śmierci Papieża Jana Pawła II, nie doszło do ugody kibiców w realnym życiu?

Pojednanie kibiców Wisły i Cracovii, a szerzej wszystkich polskich kibiców, po śmierci papieża, jak wiadomo, zakończyło się ogólnym mordobiciem. I pewnie inaczej zakończyć się nie mogło. Pewne rzeczy nie mają prawa się zdarzyć, zbyt wielkie animozje za nimi stoją, jest to zbyt sprzeczne z ideą rywalizacji na trybunach, także poza nimi. Atawizm, potrzeba identyfikacji, prostego podziału: my–oni. Święte kibicowskie wojny są jak dawanie sobie razów przez chłopców w piaskownicy, bitwy na sztachety w wiejskich dyskotekach, rywalizacje plemienne, religijne wojny. Choć po śmierci Jana Pawła II, w euforii mszy narodowej, wydawało się, że niemożliwe może stać się możliwe. Karpio, bohater powieści mówi: „Jak nie teraz, to kiedy? W końcu papież nie umiera dwa razy”. Choć przytomnie dodaje, że pojednanie byłoby cudem, pierwszym po śmierci papieża. Cudu jednak niestety nie było.

Posłużyłeś się ciekawą formą narracji, a mianowicie monologiem wypowiedzianym. Wiedza o głównej postaci ogranicza się do tego, co sam ujawni w swojej wypowiedzi. To dobra forma do rozrachunku z samym sobą, z historią, z formami życia społecznego, ale spełniająca funkcję silnie perswazyjną. Karpio chce się nam trochę wybielić, przypodobać czy jest absolutnie szczery?

Znając Karpia, jak nikt inny, mogę z dużą dozą pewności postawić na szczerość. Z pewnym jednak „ale”. Góralsko-Tischnerowska teoria poznania mówi, że są trzy prawdy: święta prawda, tyż prawda i gówno prawda. I tych wszystkich prawd Karpio – choć teorii nie zna, ale intuicyjnie ją doświadcza – trzyma się w całej rozciągłości. Opowiada więc o sobie szczerze, co nie przeszkadza mu konfabulować, stroszyć piórka, kreować się, by za moment wykazać się wobec siebie nadmiernym krytycyzmem. Wielkość i małość, miłość i nienawiść, głupota i mądrość Karpia funkcjonują tu na równych prawach.

Książka jest tylko dla kibiców Wisły Kraków?

Powieść jest gorzką refleksją związaną z nieudanym pojednaniem, więc tutaj nie idealizuję kibiców Wisły, nie potępiam też kibiców Cracovii. Kto jest bez grzechu… „Bardzo wielkie pojednanie” jest opowieścią nie tylko dla kibiców, to historia o dojrzewaniu, dorastaniu do odpowiedzialności, wreszcie rodzinie, niekoniecznie kibicowskiej. I być może zabrzmi to niewiarygodnie, ale podoba się kobietom. Przysięgam, nie kłamię!

Robisz w życiu tyle ciekawych rzeczy, że gdybym chciała zapytać o wszystko, to zrobiłby nam się modny ostatnio wywiad-rzeka. Zapytam więc, która z pasji jest Ci najbliższa?

Rano pasja biegania, intensyfikująca się zwłaszcza przed terminem maratonów. W godzinach przed i popołudniowych pisania książek i scenariuszy oraz działalność w Fundacji Promocji Kultury URWANY FILM. Przyznać jednak muszę, że filozofia „co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro” jest mi bardzo bliska. To dla takich osób jak ja ukuto termin deadline. Wieczorem realizowana jest pasja kibicowska, w sezonie – na stadionie, poza nim – w telewizji. Po drodze są podróże, mniejsze, większe. Z plecakiem, nie walizką – cały czas z dziecięcą wręcz pasją odkrywania świata.

Debiutowałeś literackim kryminałem „Raport Badeni”, w najnowszej książce akcja również dzieje się w Krakowie, tyle że współcześnie. Kraków bohemy literackiej roku 1900 zastąpiłeś w „Bardzo wielkim pojednaniu” miastem rządzonym przez kiboli. Czy w ogóle zostało coś w Krakowie z „tamtych” czasów przełomu wieku?

Bohema niby inna, ale jednak śmiało mogąca odnaleźć się w „Raporcie…”, zwłaszcza ta knajpiana. Całkiem mocno trzyma się „dulszczyzna”. Sporo by się znalazło. Nawet kibice. Ponad sto lat temu futbol dopiero raczkował, ale w Krakowie odbywały się już pierwsze pokazowe piłkarskie mecze. Którym towarzyszyły bójki kibiców – przynajmniej tak to widzi narrator „Raportu Badeni”. Poza tym, to już z dumą mieszkańca Krakowa, układ urbanistyczny i architektoniczny Starego Miasta nie zmienił się przez ten czas, nawet niemal wszystkie ulice mają te same nazwy. Genius loci. To wymarzona przestrzeń dla piszących kryminały retro, turystów, clubbingowiczów, a i wszelkiej maści melancholików.

Prowadzisz krakowskie warsztaty dla scenarzystów w BAHAMA FILMS. Czy pisania da się w ogóle nauczyć, czy szlifujesz tylko diamenty? Czy to jest w ogóle kompetencja, którą można posiąść, trenując, czy po prostu i brutalnie – z tym trzeba się urodzić?

Talent, jak zawsze, pomaga, ale podstawa to warsztat, którego uczę na naszych zajęciach. Scenariusz, w przeciwieństwie do powieści, to neverending story, praca zbiorowa. Bo i reżyser, i producent, i aktorzy swoje trzy grosze zawsze dorzucą. Ale zanim dojdzie do spotkania na planie, trzeba napisać dobry scenariusz. I o tym mówię na zajęciach. Czym jest struktura, punkty zwrotne, jak opowiadać obrazem, jak konstruować bohatera, prowadzić dialog. Każdy z moich studentów pisze scenariusz, o wspomnianych rzeczach nie rozmawiamy więc tylko teoretycznie, ale operujemy na żywym materiale. Efekty widać – „warsztatowicze” zdają do szkół filmowych, piszę zawodowo scenariusze, a nawet kręcą swoje filmy.

Jak oceniasz współczesne polskie kino? Wszystkie niepowodzenia zrzuca się na polskich scenarzystów. Jak myślisz, skąd się to bierze? Nie potrafimy opowiadać historii czy nie mamy nic ciekawego do powiedzenia?

Potrafimy i będziemy to robić. Wydaje mi się, że „czarną dziurę” mamy już za sobą. Powstaje coraz więcej dobrych filmów, by wspomnieć tu choćby obrazy Smarzowskiego, Lankosza, Konopki, reżyserów, którzy są – używając terminologii sportowej – w znakomitej formie. A na plecach czują oddech nie mniej zdolnej konkurencji.

Seriale pod egidą HBO to już jakość sama w sobie, a nowy tytuł wyczekiwany jest z wypiekami na twarzy. Jesteś pomysłodawcą i scenarzystą serialu „Wataha” dla polskiego oddziału HBO. W ostatnich latach ten telewizyjny gatunek doczekał się niesamowitej nobilitacji. Co według Ciebie wpłynęło na ten fakt?

Świetne scenariusze, znakomita reżyseria i aktorstwo, spore budżety seriali. Tutaj potrzebna jest też odwaga producentów, a także zmiana sposobu postrzegania przez nich widzów stacji telewizyjnych. Nie traktuje się już ich jak stado baranów. Okazuje się, że można pisać i kręcić ambitne seriale, i nie stracić na tym. Miód na serce każdego scenarzysty. A także widza, który w telewizji szuka czegoś więcej niż ogłupiającej papki.

Rozmawiała Izabella Król

Krzysztof Maćkowski

Bardzo wielkie pojednanie,

Wydawnictwo Papierowy Motyl,

Warszawa 2014

 

Recenzja s 10

Paleta zmysłów Emilii Frankowskiej

Emilia Frankowska jest absolwentką filologii polskiej na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie i Szkoły Muzycznej II stopnia w Radomiu na specjalności: śpiew klasyczny. Pracuje jako nauczyciel-bibliotekarz w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych i Słabo Widzących w Radomiu, co szczególnie uwrażliwia ją na drugiego człowieka. Smak i zapach życia jest jej trzecim autorskim tomikiem poezji. Zachwyca kolorami i optymizmem, a w klimat ten wprowadza nas autorka już od samego początku barwną okładką książki. Wiersze Frankowskiej pachną słodko i dojrzale, z wierszy Frankowskiej kapie sok i miód.

Życie smakuje

Jak koktajl dobrych dni.

Parzy

Goryczą zniechęcenia.

Jest słone

Jak morze czekania

I kwaśniejsze

Niż cytryny bólu.

Warto je smakować

Na każdym kroku.

W całości…

[*** Życie smakuje]

Zima pachnie

Jak cynamon

I ożywcza cierpkość imbiru.

Uprawia korzenną aromaterapię.

[…]

Zima smakuje

Słodyczą lukrowanych pączków

Oraz grzanym winem

Z goździkami.

[…]

[Smak i zapach zimy, frag.]

Poeci najczęściej na papier przelewają żal, smutek, rozpacz. W ten sposób wyrzucają z siebie ból i rozczarowanie. Frankowska ma znacznie rzadszy dar. Potrafi patrzeć na świat przez różowe okulary. Z uśmiechem podchodzi do codzienności, patrzy przez pryzmat kwiatów, drzew, owoców. Dzięki temu życie staje się znacznie barwniejsze i bardziej wyraziste. Soczyste, ciekawe i bardziej łaskawe dla człowieka.

Wsiądę w taksówkę marzeń.

Szoferem jest los.

Ruszę w nieznane.

Licznik bije.

Czas –

Nie czeka.

Czym zapłacę za jazdę?

Łzami, rozpaczą,

Rozczarowaniem,

Życiową mądrością…

Wezmę kredyt nadziei.

Odsetki płaci się

W uśmiechu

I dobrych uczynkach,

Słowach…

Jestem u celu.

Taksówka staje.

Przystanek o nazwie…

Starość.

[*** Wsiądę w taksówkę marzeń]

Przedszkolni odkrywcy kipią

Ciekawością,

Jak tysiące czajników.

[Odkrywanie świata, frag.]

Tomik Emilii Frankowskiej jest niezwykłą lekturą dla każdego czytelnika, niezależnie od wieku, płci, czy momentu życiowego, w jakim się znajduje. To pogodna lektura, która umili czas, wywoła uśmiech, poprawi humor. Język Frankowskiej jest charakterystyczny, pełen porównań i ciekawych metafor. Rzadko pojawiają się proste i znane z literatury określenia, typu: miłość jak dzikie wino… Pomimo prostych tematów, środki stylistyczne są piękne, słowa ciekawie kojarzone.

Słodka słoność bryndzy

[…]

Mały atom

Górskości…

Monumentalny rododendron,

[…]

Jest łukiem tryumfalnym

Botaniki.

Krem,

Jedwabiem konsystencji,

Zagłębia się

W wulkany porów.

[…]

Znika w zachłannych,

Głodnych pieszczoty,

Komórkach.

Złote słoneczka

Smażonej cebuli

Toną w łagodnej plastelinie

Ziemniaczanego puree.

Ziarniste krople słów.

Miodowe łuny uśmiechu.

[…]

Brygada kropel rosy

Skacze niewinnie

W zieleń łąki.

[…]

[…]

Kalafior – orator

Przemawia na trybunie…

Zupy.

Nie miałam okazji osobiście poznać autorki, dzięki temu oceny dokonuję wyłącznie na podstawie poznanych utworów. Z wierszy przebija radosna natura człowieka świadomego piękna, człowieka, który wie, czego chce, co jest ważne w życiu, czym nie warto się przejmować. Starość jest czymś normalnym, to przystanek w życiu człowieka, to nie jest koniec świata, starość nie musi być czymś strasznym. Jako pedagog i nauczyciel nie potrafi przejść obojętnie obok skrzywdzonego człowieka. Zauważa zewnętrzne utrudniające życie kalectwo, ale co ważniejsze, dostrzega wielkie, pragnące wznieść się ponad trudną codzienność – serce. Nie ucieka, nie boi się, nie odwraca i tego próbuje nauczyć swojego czytelnika. To, co jest trudne i niebezpieczne też może być piękne i ciekawe.

Mleczna organtyna mgły

Spływa na jądro świata.

Zamazuje obraz rzeczywistości.

Staje się

Pięknym pryzmatem

Dla trudnych

Rejsów samochodowych.

[…]

Przebija się słońce

Przez łabędzi śpiew mgły.

[…]

Czas znika jak

Tiul mgły.

[Mgła, frag.]

Na koniec warto wspomnieć o innym ważnym temacie tekstów Frankowskiej, obok kwiatów, drzew i owoców pojawiają się podróże po różnych zakątkach świata: Holandia, Paryż, Egipt, Petersburg, Londyn, Indie. Podróże to jedna z pasji autorki, a dzięki niej czytelnik, nie wychodząc z domu poznaje i smakuje te piękne miejsca.

Aneta Kielan-Pietrzyk

Emilia Frankowska, Smak i zapach życia

Wyd. Signo, Kraków, 2013

Z muzycznej półki

Fenomen Wodeckiego

 

Do Janusza Gajosa przylgnął Janek Kos, a do Stanisława Mikulskiego – kapitan Hans Kloss. Do Andrzeja Kopiczyńskiego przykleił się Czterdziestolatek, a do Daniela Olbrychskiego – Kmicic. Gdy spojrzeć na artystyczne życie wielu gwiazd rodzimych scen, to często zdarza się tak, że szczęście i sukces może się zamienić w nieszczęście i porażkę. Przez jedną nawet rolę czy piosenkę.

Na krakowskim poletku estradowym takie szczęście w nieszczęściu dotknęło Zbigniewa Wodeckiego. U progu kariery użądliła go pszczółka Maja. A że pszczółkę, zwaną Mają, wszyscy znają i kochają, miłość ta dotknęła także Wodeckiego, którego z nieszczęsną pszczółką kolejne pokolenia kojarzą we wszystkich polskich, nomen – omen, chałupach.

Czy artyści dotknięci takimi objawami sławy mogą się rozwijać, zaskakiwać nowym, innym obliczem? Wydawałoby się, że nie. No, chyba, że się jest naprawdę artystą wybitnym. Udało się więc Gajosowi i Olbrychskiemu odczepić od Janka i Kmicica, a już nie udało Mikulskiemu, Kopiczyńskiemu, którzy utkwili w kostiumach popularnych bohaterów.

A nasz krakowski Wodecki? A Wodecki dzielnie walczy. Obserwuję tę jego walkę od lat, podziwiając konsekwencję artysty w jakże trudnym dziele zmiany wizerunku. Mógłby przecież spocząć na laurach. Na szczęście, tak nie zrobił, gdyż największą w jego życiu porażką byłoby nie ujawnienie kolejnym pokoleniom wszystkich swoich artystycznych talentów i możliwości. A jest co pokazać. Wodecki przecież to artysta wszechstronnie muzycznie wykształcony od lat najmłodszych, to wokalista, trębacz, kompozytor, konferansjer, autor, tancerz, by wymienić niektóre tylko z artystycznych ról. A przede wszystkim – to prawdziwy intelektualista kultury i życia społecznego. Wiele jego mądrych myśli o sobie samym, udało się przemycić w znakomitym wywiadzie – rzece, autorstwa Wacka Krupińskiego, wydanym przed trzema laty. Ujawnia on fascynujące i warte upowszechnienia oblicza Zbigniewa Wodeckiego. Artysty w istocie bardzo poważnego, który potrafi z dystansu rzetelnie oceniać otaczający go świat sztuki, muzyki, polityki.

Niestety, ale powszechnie mniej wiadomo o tym, że wśród młodych muzyków Wodecki uchodzi dziś za artystę kultowego. Doceniają oni szczególnie jego debiutancki album, z 1976 roku, zatytułowany „Zbigniew Wodecki”. Pod zwyczajnym tytułem kryje się nadzwyczajna, nie tylko na tamte czasy, muzyka. Pełna rockowo – jazzowej awangardy, melodii, unikatowych rozwiązań aranżacyjno – melodycznych. Ranga tego wydawnictwa okazała się na tyle znacząca i ponadczasowa, że w ubiegłym roku Zbigniew Wodecki był gościem specjalnym najważniejszego dla młodej muzyki alternatywnej „Off” Festiwalu w Katowicach. Zaśpiewał tam i zagrał na wielu instrumentach (wraz z awangardowymi młodziakami z grupy „Mitch and Mitch”) tak znakomicie, że długo trzeba było czekać na koniec owacji. Nie tylko podczas tego koncertu ( a Wodecki gra ich wiele) okazało się, że naprawdę dobra i znacząca muza – znajdzie szacunek i uznanie w każdych czasach, intrygując kolejne pokolenia.

Wodecki zbliża się wprawdzie do wieku emerytalnego, nie dostrzegam jednak, by zamierzał zwolnić tempo. W jednym z ostatnich wywiadów wyznał m.in., że jest artystą nadzwyczaj pracowitym (jak pszczółka) i na tyle życzliwym innym, że gdy go o coś proszą, to na scenie, czy płycie – wspomoże ich swoim talentem. I zdradza, że nie wstydzi się tej „pszczółki”, która tak go użądliła w Chałupach. Pracowitość i liczne talenty sprawiły, że udanie zwalcza wizerunek Pana od Pszczółki.

Słuchajcie więc w muzyce, słowie, różnych artystycznych formach – tego wszystkiego, co ma wam do zaprezentowania Zbigniew Wodecki. To artysta z najwyższej, muzycznej półki.

 

Dariusz Łanocha

Recenzja – Uciekinier

Jak „paniczyk z Krakowa” znalazł się w ekwadorskiej dżungli

Nie budzi wątpliwości, dla kogo została napisana nowa książka Tomasza Morawskiego, który oprócz przejmującej dedykacji, zaznacza, że „dla takich, co mają jechać”. Autor w pewnym momencie swojego życia stanął przed trudnym wyborem i gdyby nie jego usposobienie oraz determinacja, nie byłby tym kim jest. Warto jednak zastanowić się nad innym, bardziej złożonym, ale wcale nie trywialnym pytaniem: po co została napisana?

Przede wszystkim Uciekinier nie ma reporterskiego charakteru, który towarzyszył poprzedniej publikacji tego autora zatytułowanej Więźniowie. Morawski nie przedstawia tym razem współczesnych problemów egzotycznego Ekwadoru. Narrator w książce nie opisuje również wydarzeń, miejsc i ludzi z globtroterskim zacięciem, jakby na podróżnika przystało. To opowieść kogoś, kto pierwszy raz znajduje się w zupełnie nieznanym dla siebie miejscu, gdzie wszystko jest całkowicie odmienne. Najbliżej tej książce do autobiografii. Morawski przedstawia wyimek swojej historii, tłumaczący w jaki sposób „paniczyk z Krakowa” znalazł się w stolicy Ekwadoru, i to w czasach głębokiej komuny.

Jest to historia człowieka, który do wszystkiego doszedł sam, chociaż, jak to zwykle bywa, mając przy tym dużo szczęścia. Poznajemy go w czasach młodości i studenckiej zabawy, kiedy to Morawski otacza się szczególnym towarzystwem krakowskiej bohemy. Na kartach książki możemy odnaleźć artystów z Piwnicy pod Baranami z Piotrem Skrzyneckim na czele, balujących w mieszkaniu autora. Pozostałe tożsamości twórców słynnego kabaretu autor skrzętnie kamufluje, pozostawiając przyjemność domysłów i element zaskoczenia czytelnikom. Studia na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, ze względu na dobrą znajomość języka angielskiego oraz osobisty urok Morawskiego, zaowocują wieloma zagranicznymi przyjaźniami. W szczególności z pewnym Finem, który później nieoczekiwanie wyjeżdża do Quito. Przypadek sprawia, że mozolną pracę inżyniera naftowego przerywa znajomy z Finlandii, liczący na rewizytę Polaka. A dalej następują już tylko przygotowania do podróży życia, przy czym opisy walki z (nie tylko) peerelowską biurokracją oraz rejsu transatlantykiem do Ekwadoru są bezcenne.

Interesujące jest to, w jaki sposób narrator odnajduje się w nowym świecie. Dociera on do egzotycznych krajów, sam będąc osobliwością dla swoich zachodnich kompanów jako człowiek zza żelaznej kurtyny. Morawski świetnie oddaje abstrakcje komunizmu: „Nie usiłuję im tłumaczyć polskich przepisów. Wyjaśniać, ile jest kursów dolara, że są sklepy, w których kupuje się jedynie za obcą walutę, w której nikt nie zarabia i na dodatek nie wolno jej mieć”. Jego samego w podobnym stopniu zadziwia dżungla, co sklepy pełne produktów.

Osobisty charakter Uciekiniera stawia książkę w jeszcze innym świetle. Autor podziela w niej uczucia, które towarzyszą życiu na obczyźnie. Głównie to olbrzymia samotność — podwójna, bo nie dość, że przebywa się za oceanem, to jeszcze doskwiera wyobcowanie względem europejskich przyjaciół spoza bloku wschodniego; a na dodatek tęsknota za matką, rodziną, Polską. Co jakiś czas powracają wyrzuty sumienia, czy decyzja o przedłużeniu pobytu była słuszna, i strach, co władza ludowa zrobi w tej sprawie jemu oraz jego bliskim. W pewnym momencie, gdy paszport straci ważność, narrator stanie przed sytuacją bez wyjścia i znów pojawią się wątpliwości. Tym większe, gdy do Morawskiego docierają szczątkowe wiadomości o sytuacji w Polsce. Kontrastowo opisy wycieczek na tle rajskich krajobrazów zestawiane są z wybuchającymi strajkami, początkami Solidarności i KOR-u. Autor zagrał w otwarte karty, wystawiając się na głosy oburzonych patriotów, dla których świętym obowiązkiem byłby powrót do kraju, nie bacząc na warunki i konsekwencje. Zwróćmy uwagę, co Morawski mówi między wierszami, gdyż zadaje podstawowe pytanie: Co wy zrobilibyście na moim miejscu?

Jednakże należy zaznaczyć, że obecny Konsul Honorowy RP w Ekwadorze sam zapracował sobie na swoją pozycję. Ciężką i często upokarzającą pracą mógł poprawić swój los. Nauczył się języków oraz poznał dżunglę i Indian, by oswoić egzotyczne ziemie. Nie osiadł w wynajmowanym mieszkaniu, lecz często podróżował, poznając nowe, zachwycające miejsca i nietypowych ludzi, dzięki czemu ma teraz o czym opowiadać. Uciekinier napisany jest językiem zwięzłym, lakonicznym, często także ironicznym. Sprawozdawczy charakter i brak literackich ozdobników pozostawiają czytelnika z samą treścią życia i rzucają go w wir nieoczekiwanych wydarzeń.

Michał Bryda

 

 

 

Tomasz Morawski

UCIEKINIER,

Stowarzyszenie Fragile,

Kraków 2013

 

ISBN: 978- 83 – 938574 – 0 – 1

Format:  168 x 235 mm

Okładka:  oprawa twarda

Stron:  322

Data wydania: grudzień 2013

 

Cena detaliczna: 40.00 zł.

 

 

PROGRAM – MARZEC 2014

PROGRAM – MARZEC 2014

Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie, ul. Mikołajska 2

 

1 III, godz. 17.00

„Niech żyje bal!”

Koncert piosenek z repertuaru Maryli Rodowicz, w oryginalnych i zaskakujących aranżacjach na głos solo i zespół żeński. Na scenie pojawią się wykonawcy ze Studia Piosenki „Farafka”.

Śpiew: Magda Bierońska, Ilona Bylica, Sara Gawlik, Wirginia Łoboda, Rafał Kępiński, Natalia Kurianowicz, Anna Sowa-Staszczak, Anna Stec, Barbara Stec, Lidia Szumiec, Klaudia Wójcik. Scenariusz, aranżacje i akompaniament: Rafał Kępiński, przygotowanie aktorskie, choreografia: Adrianna Kućmierz.

Bilety w cenie 10 zł do nabycia przed koncertem i w przedsprzedaży.

 

5 III, godz. 18.00

Grupa Każdy otwarte warsztaty literackie prowadzenie: Aneta Kielan-Pietrzyk.

6 III, godz.18.00

Wernisaż wystawy: Katarzyna Grochowska

Instalacja V-2. Obieg zamknięty.

Galeria Lamelli

 

6 III, godz. 19.00

Grupa AD HOC : „W 60 minut dookoła”

znana z Wieczorów Komedii Improwizowanej, The Chuck Menton Show, Garderoby Wuja Boba Grupa AD HOC zaprasza na nowy spektakl!

Zapraszamy publiczność w godzinną podróż po świecie improwizacji, w którą wyruszamy bez mapy, kompasu i planu. Nie wiemy, kim ani gdzie będziemy; nie wiemy, w jakiej czasoprzestrzeni rozgrywać się będą budowane na scenie opowieści, z ilu złożą się wątków ani ilu zasiedli je bohaterów.

Wiemy jedno – spektaklu nie będą podpierać żadne ustalone wcześniej zasady i będzie miał on jednorodną formę, która narodzi się na oczach publiczności, wywołana za pomocą jednej, prostej sugestii.

Jak w każdej podróży bez planu – będzie nieprzewidywalnie, wariacko i śmiesznie.

bilety: 10/15 zł

 

8 III, godz. 17.00

„Cukierki dla panienki mam”

W Międzynarodowy Dzień Kobiet śpiewający panowie – specjalnie dla Pań! W programie koncertu piosenki z Kabaretu Starszych Panów, znane przeboje PRL-u, wiązanka tang i sporo dobrego humoru w aranżacjach na fortepian, głos solo i zespół męski. Na scenie wykonawcy ze Studia Piosenki „Farafka”: Marek Gierat, Rafał Kępiński, Mateusz Miernik, Edward Rey, Paweł Stonarski, Michał Szlichta, Krzysztof Wodziański.

Scenariusz, reżyseria, akompaniament: Rafał Kępiński.

Bilety w cenie 10 zł do nabycia w przedsprzedaży lub przed koncertem.

10 – 11 III, godz. 10.00 – 15.00
XI Krakowski Konkurs Recytatorski
Eliminacje rejonowe dla szkół podstawowych, gimnazjów i szkół średnich.
Zapraszamy do udziału!

11 III, godz. 18.00

Instytut Pamięci Narodowej o/Kraków oraz Śródmiejski Ośrodek Kultury zapraszają do

Filmowego Klubu Historycznego na projekcję dwóch filmów dokumentalnych pt.: „Lufa(2009, 27.56 min.), scenariusz i realizacja: Adam Sikorski oraz „Pomorski rajd majora Łupaszki” (2009, 27.52), scenariusz i realizacja: Adam Sikorski.

 

12 III, godz. 18.00

Myśl.pl, Fundacja Centrum Grabskiego oraz Śródmiejski Ośrodek Kultury zapraszają na

spotkanie: „Żołnierze Wyklęci w historii i popkulturze”. W spotkaniu wezmą udział dr Michał Wenklar z Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN w Krakowie, badawczo zajmujący się tematyką polskiego podziemia antykomunistycznego, oraz Tadeusz „Tadek” Polkowski, raper, autor utworów o bohaterach polskiego powstania antykomunistycznego, m.in. płyt „Niewygodna Prawda” i „Burza 2014”.

 

 

12 III, godz. 18.00
Wykłady z literatury współczesnej
dr Marek Karwala
Portret kobiety w poezji polskiej

Poeci nakreślili w ciągu wieków wiele kobiecych konterfektów, sytuując owe portrety w szerokim diapazonie podejmowanych tematów oraz uwzględniając lub przełamując aktualnie obowiązujące tabu obyczajowe. Dominującym obszarem tematycznym – w którym pojawiały się niewiasty – była, co zrozumiałe, miłość. Sięgając po ten rodzaj liryki czytelnik napotyka z jednej strony intymne wyznania uczuć, radosne uniesienia bycia razem, smutek rozstania, tęsknotę za nieobecną, cierpienie po jej stracie…, z drugiej zaś utwory frywolne, lekkie, żartobliwe, operujące niejednokrotnie pikantnym słownictwem, takie, które miały nade wszystko śmieszyć i bawić…

Wstęp wolny.

13 III, godz. 17.00

Z cyklu Poprzez Kresy: Troki cz. II Zdjęcia i komentarz: Piotr Korpanty

Wykorzystywane materiały fotograficzne podczas prelekcji są plonem wycieczki na kresy północno-wschodnie w 2012 roku. Mieszkańcami Trok byli Karaimi, z których tworzona była gwardia przyboczna wielkiego księcia Witolda. Karaimów można spotkać w Trokach do dziś. Zachowały się także karaimskie: charakterystyczne budynki mieszkalne, świątynia Kienesa, cmentarz, zwyczaje i tradycje a także potrawy, które lubią kosztować turyści. Oprócz obiektów fortyfikacyjnych zamków: Na wyspie i na półwyspie ważnym zabytkiem jest kościół katolicki ufundowany przez wielkiego ks. litewskiego Witolda, w którym podziwiać można obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem, nazywany Madonną Trocką. Zwiedzając Troki i ich imponujące zabytki nie dziwi fakt, że kiedyś były one stolicą państwa litewskiego a później miastem wojewódzkim Rzeczpospolitej Obojga Narodów.

 

13 III, godz. 19.00

Krakowski Klub Podróżników zaprasza:

Włodzimierz Musiał: Fenomen dziedzictwa kulturowego Indii. Świat kobiety

Włodzimierz Musiał jest absolwentem Akademii Rolniczej w Poznaniu. Od kilkunastu lat realizuje swoje pasje jako podróżnik, fotograf i pilot egzotycznych wypraw. Odwiedza odległe kraje i stara się uchwycić na fotografii ich charakter i piękno krajobrazów.

Do chwili obecnej odbył ponad 70 dalekich wypraw, pilotował grupy do ponad 40 państw pozaeuropejskich na 5 kontynentach.

Jego ulubionym kontynentem jest Azja, a krajem Indie. To właśnie Indiom a dokładniej kulturze Indii poświęca się w ostatnim czasie.

Poprzez projekt „Fenomen dziedzictwa kulturowego Indii” pragnie przybliżyć polskiemu odbiorcy odmienność i odrębność tamtejszej krainy. Kolejna prelekcja z tego cyklu będzie poświęcona indyjskiej kobiecie. Temat niezwykle ciekawy i pasjonujący, bowiem codzienne życie kobiet w Indiach i ich pozycja w społeczeństwie od dawna frapuje obcokrajowców. Stosunek do kobiet to kolejny rozdział indyjskiej księgi niezwykłości, osobliwości i tradycjonalizmu. A wśród nas panuje w tym obszarze wiele stereotypów i nieścisłości wynikających z nieznajomości specyfiki indyjskiej kultury i jej obrzędowości. Tym bardziej warto podjąć próbę przybliżenia polskiemu odbiorcy obrazu fenomenu indyjskiej kobiecości.

 

 

 

 

 

 

13 III, godz. 19.00
Wernisaż wystawy: uczestników Kursu Fotografii Artystycznej pod kierunkiem Zbigniewa Pozarzyckiego.

Mini Galeria

17 III, godz. 18.00

Wręczenie nagrody „Krakowska Książka Miesiąca”.

Andrzej Witko: Architektura międzywojennego Krakowa 1918-1939. Budynki, ludzie, historie, Wyd. AA

Prowadzenie: prof. Adam Małkiewicz

Andrzej Witko, historyk sztuki i teolog duchowości, profesor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, członek Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych San Telmo w Hiszpanii, Towarzystwa Naukowego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Rady Naukowej Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk. W swoich badaniach zajmuje się głównie nowożytną sztuką hiszpańską, ikonografia chrześcijańską oraz kultem Miłosierdzia Bożego. Napisał szereg książek i artykułów, opublikowanych w Polsce, Niemczech, Austrii, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Irlandii, Bułgarii i Słowacji. Wydał pierwszą w języku polskim antologię najważniejszych tekstów humanistycznych poświęconych analizie najsłynniejszego obrazu Diega Velázqueza pt. Tajemnica Las Meninas (2006) oraz tom Kultura artystyczna siedemnastowiecznej Sewilli (2010).

 

19 III, godz. 18.00

Koncert uczniów Szkoły Wokalno-Aktorskiej. Prowadzenie: Bogdan Kalarus, przy fortepianie: Anna Wrona, Paweł Harańczyk Wstęp wolny.

21 III, godz. 19.00
Rok 2014 – rokiem Jacka Kaczmarskiego
Koncert pieśni Jacka Kaczmarskiego z okazji 57. rocznicy urodzin artysty
„TREN SPADKOBIERCÓW”.

Wystąpią: Michał Wilgocki (gitara, śpiew), Judyta Gąsior (wiolonczela)
Bilety: 15/20

22 III, o godz. 18.00

Wernisaż wystawy: Anna Krztoń Monstrualia.
Galeria Lamelli

25 III, godz. 18.00

Lwów – Zamarstynów. Pokaz slajdów połączonych z promocją książki o Lwowie autorstwa Przemysława Włodka. Przemysław Włodek, lekarz, pasjonat Kresów Wschodnich, autor licznych prezentacji i wykładów, ale też autor przewodników „Wilno” oraz „Lwów” wydanych nakładem Wydawnictwa Rewasz.

26 III, godz. 19.00

Country.

Koncert piosenek utrzymany muzycznie w stylu country. Oryginalne aranżacje, ciekawy dobór repertuaru i młodzi, dynamiczni wykonawcy ze Studia Piosenki „Farafka”. Udowodnimy, że country to muzyka nie tylko dla kierowców ciężarówek. Przygotowanie wokalne: Marcelina Gawron i Rafał Kępiński. Zapraszamy!

Bilety: 10 zł ulgowy i 15 zł normalny

 

 

27 III, godz. 19.00
Międzynarodowy Dzień Teatru
XX lat TEATRU M.I.S.T.

AKTOR według TADEUSZA KANTORA”
scenariusz, reżyseria i wykonanie Stanisław Michno

Aktor – atrapa człowieka, sztuczny model
Jego anatomii i jego umysłu
Wyrzekający się godności i prestiżu.
Wystawiony pod pręgierz i na pośmiewisko…

Tadeusz Kantor

Być rok „u Kantora” to tyle, co 10 lat w konwencjonalnym teatrze. A ja byłem 4 – czyli niemalże zdublowałem swoją aktorską karierę, która już trwa lat 50. „Być u Kantora” to znaczyło zapomnieć o teatralnej przeszłości, tak zwanych sukcesach itp.
„Być u Kantora” to narodzić się teatralnie po raz wtóry i zobaczyć teatr z innej perspektywy, i uczestniczyć w święcie teatralnym, bo każde przedstawienie to było święto.
Ale… Aby się tam dostać i być, trzeba było zostać żołnierzem Legii Teatralnej i poddać się musztrze – ćwiczeniom prowadzonym przez Mistrza. A żołnierz – legionista musi być karny i słuchać, i… Aby stać się kimś… Musi stać się nikim.
Zmagania aktora z tekstem i człowieka z własnym jestestwem, poprzez tragikomiczne zderzenia, stały się motywem przewodnim tego monodramu.

Bilety: 15/20

 

 

28 III, godz. 19.00

Koncert Agnieszki Grochowicz

z towarzyszeniem pianisty Jarosława Olszewskiego

Klimatyczny kameralny koncert Agnieszki Grochowicz – jednej z najciekawszych postaci krakowskiej sceny piosenki literackiej. Przekrojowy koncert autorskich utworów z muzyką kompozytorów takich jak Zygmunt Konieczny, Andrzej Zarycki, Ewa Kornecka, Janusz Grzywacz oraz muzyką  własną autorki. Agnieszka Grochowicz przez wiele lat była członkiem krakowskiej piwnicy artystycznej Loch Camelot. Uczestniczyła w dorocznych Nocach Poezji organizowanych przez Urząd Miasta Krakowa pod egidą Prezydenta Miasta. Jej piosenka “Kołysanka Niestosowne Sny” osiągnęła I miejsce na Alternatywnej Liście Przebojów Radia Kraków. Jest laureatką licznych festiwali piosenki artystycznej oraz Stypendium Twórczego Miasta Krakowa. Obecnie wykłada w szkole aktorskiej SPOT w Krakowie. Pisze teksty dla innych wykonawców, m. in.: z krakowskiej Piwnicy pod Baranami (Kamila Klimczak), Loch Camelot (Jaga Wrońska). Jej piosenkę nagrał również Artur Andrus w duecie z krakowską wokalistką Agnieszką Rosnerówną.

Bilety: 10 zł, 20 zł

 

 

 

 

Klub „Strych”

ul. Masarska 14, 31-539 Kraków

tel.12 421 89 92

e-mail:KlubStrych@interia.pl

 

 

KLUB INTERNETOWY „STRYCH”

czynny: poniedziałek – czwartek 15.00 – 21.00

piątek 14.00 – 20.00

1 godz. – 2 zł; 2 godz. – 4 zł; ( 3 – cia godz. GRATIS )

 

KOŁO GIER STRATEGICZNYCH

rozgrywanie bitew, kampanii i specjalnych scenariuszy klubowych do X – Wing, Malifaux, Mordheim, Infinity, Warhammer Fantasy Battle itp., dysponujemy stołami do gry, szerokim asortymentem makiet i akcesoriami modelarskimi

spotkania: wtorek godz. 16.00 – 21.30, piątek godz.16.00 – 21.30

 

KOŁO GIER PLANSZOWYCH

rozgrywki we współczesne gry planszowe: negocjacyjne, familijne, ekonomiczne, strategiczne, historyczne

spotkania: poniedziałek, czwartek godz. 16.00 – 21.30

 

KOŁO SPOŁECZNEJ INTEGRACJI

zajęcia o charakterze integracyjnym dla osób niepełnosprawnych, warsztaty kulinarne i artystyczno-plastyczne, spotkania prowadzą wolontariusze pedagodzy i psycholodzy z przygotowaniem z zakresu terapii pedagogicznej

spotkania: środa godz.16.00 – 21.00

 

KOŁO REKONSTRUKCJI HISTORYCZNEJ

dyskusje o kulturze XIII wieku (stroje, zwyczaje, oręż itp.), przygotowania inscenizacji walk, wspólne wyjazdy na turnieje rycerskie, szycie i wykonywanie elementów stroju oraz przedmiotów z życia codziennego zakonu rycerskiego.

spotkania: czwarty piątek miesiąca godz. 19.00

IMPREZY:

 

4 – 28 III

Liga gry strategicznej „X – Wing”

 

 

 

 

 

 

 

Klub Dziennikarzy „Pod Gruszką”

ul. Szczepańska 1

31-011 Kraków

tel. 512 455 260

e-mail: grpotoczek@lamelli.com.pl

 

1 III, godz.20.00

Ostatki Pod Gruszką”. Informacje pod nr. tel. 12 346 57 04.

3 III, godz.18.00

Patriotyzm Konfederacji Barskiej
Dyskusja prof. Andrzeja Nowaka i Moniki Makowskiej moderowanej przez Piotra Boronia w Klubie Zygmuntowskim.
Przed spotkaniem koncert „Mity” Karola Szymanowskiego w wykonaniu Moniki Makowskiej (skrzypce) i Sławomira Cierpika (fortepian).
Bilet wstępu na spotkanie kosztuje 10 zł. Będzie go można nabyć przy
wejściu. Uzyskane środki przeznaczane są  na dalszy rozwój obywatelskich
projektów  Fundacji  im. Zygmunta Starego. Młodzież szkół średnich, studenci i posiadacze
kart klubowych wstęp bezpłatny.

4 III, godz.17.30

Promocja książkiWiesława Helaka „Scenariusze syberyjskie” w ramach spotkań Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Płd.-Wsch. Wydawnictwo TRIO, Warszawa.

Prowadzenie: Piotr Piecha.

Wiesław Helak w swojej książce opisuje losy polskich zesłańców: Benedykta Dybowskiego, Wacława Sieroszewskiego, Bronisława Piłsudskiego, a dopełnieniem tych opowieści o losach Polaków zsyłanych na Syberię jest scenariusz oparty na wspomnieniach Polaków wywiezionych w latach 1940 – 1946.

5 III, godz.18.00

To idzie młodość!!! Spotkanie Kola Młodych Dziennikarzy SDP. 

7 III, godz.20.00

Ania Basista – pierwszy występ w Klubie “Pod Gruszką.

Koncert jazzowy w sali barowej.

8 III, godz.18.00

Eksperymentalna Scena Operowa z cyklu „Operetka moja miłość”.

Kabaret Starszych Pań”. Koncert z okazji Dnia Kobiet.

Występują:

Jadwiga Wierzbicka – Delekta, Małgorzata Hyży, Bożena Kiełbińska, Anna Wunder, Małgorzata Westrych.

W programie; scenki aktorskie oraz najpiękniejsze melodie operetkowe i międzywojenne.

 Rezerwacja biletów pod nr. tel. 600-32-42-02 oraz 504 696 125

 

10 III, godz.18.00

Spotkanie Klubu Zygmuntowskiego Fundacji im. Zygmunta Starego.

 

12 III, godz. 18.00

Dziennikarze i prawo” (cz. III).

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprasza na spotkanie z dr Elżbietą Czarny- Drożdżejko

wykładowcą prawa autorskiego na UJ i UPJP II,  autorką licznych publikacji m.in. monografii:

„Dziennikarskie dochodzenie prawdy a przestępstwo zniesławienia w środkach masowego

komunikowania”. Elżbieta Czarny- Drożdżejko zajmuje się także tematyką karnej odpowiedzialności

dziennikarzy (“Przestępstwa prasowe”). 

 

 

13 III, godz. 18.00

Krakowski  Oddział  Związku  Literatów Polskich
zaprasza na otwarte spotkanie poetyckie
“W mieście kobiety jak kwiaty rozkwitają na wiosnę”
oprawa muzyczna: Goście Specjalni i Przyjaciele
prowadzenie
Magdalena Węgrzynowicz-Plichta

14 III, godz.20.00

Z cyklu „Piątkowe wieczory Pod Gruszką” koncert jazzowy w sali barowej.

Kasia Wrońska – w nowym repertuarze.Wstęp wolny.

17 III, godz.18.00

Spotkania Fundacji Zygmunta Starego.
Dyskusja w Klubie Zygmuntowskim z zaproszonymi gośćmi.

19 III, godz.18.00

Nowe czasy, nowe tytuły. Redakcje krakowskie po 1989 roku”.

Czas Krakowski.

 

20 III, godz.18.00

Z cyklu „Opowieści fotografistów”. Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zaprasza na spotkanie z Januszem Leśniakiem.

Prowadzenie: Ewa Kozakiewicz.

Janusz Leśniak (rocznik 1947) jest „fotografistą” znanym ze swych specyficznych zdjęć ze swym cieniem, zwanych „leśniakami”. Wystawiał w najbardziej liczących się galeriach fotografii – jego prace znajdują się w Museum of Modern Art w Nowym Jorku. Jest artystą niezależnym od wszelkich wpływów i mody – realizuje swoje własne widzenie świata. Fotografie Leśniaka są wyrafinowane estetycznie, mają niezwykły nastrój, artysta pracował m. in. dla Społecznego Komitetu Odnowy Zabytków, fotografował krakowski Kazimierz.

21 III, godz.9.00 i 10.30

Czarodziej Fryderyk”- Biuro Organizacji Koncertów „Preludium”- audycje muzyczne dla uczniów szkół podstawowych.

21 III, godz.20.00

Z cyklu „Piątkowe wieczory Pod Gruszką” koncert jazzowy w sali barowej.

Pola Sas. Piosenki retro i nie tylko…. Wstęp wolny.

24 III, godz.18.00

Spotkania Fundacji Zygmunta Starego.

Prof. Zdzisław Krasnodębski w Klubie Zygmuntowskim
Temat: Czego powinniśmy uczyć się od Niemców?
Prowadzenie: Dobrosław Rodziewicz.

26 III, godz.18.00

Krakowska Witryna Fotograficzna. Spotkanie z fotoreporterami.

28 III, godz.20.00

Z cyklu „Piątkowe wieczory Pod Gruszką” koncert jazzowy w sali barowej.

Ela Kulpa w nowym repertuarze. Wstęp wolny.

5, 12, 19, 26 III, godz.15.30-17.30 – dyżury dziennikarskie

Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich

6, 13, 20, 27 III, godz. 14.30- 16.30 – dyżury dziennikarskie

Stowarzyszenia Dziennikarzy RP

 

Klub Muzyki Współczesnej „Malwa”

ul. Dobrego Pasterza 6, 31-416 Kraków

tel. 12 411 61 16, e-mail: klubmw@poczta.oet.pl

Klub czynny jest od poniedziałku do piątku w godz. 14.00 – 21.00

 

13 III, godz. 18.00

Fan Club Elvisa Presley’a.

Wstęp wolny.

 

27 III,18.00

Muzykolandia.

Prowadzenie: Katarzyna Słota-Mareciniec.

Wstęp wolny.

 

30 III, godz.17.00

Spotkanie z malarstwem Krystyny Balińskiej

Oprawa muzyczna: Krzysztof Włodarczyk – saksofon, Jan Baryła – fortepian.

 

4, 11, 18, 25 III, godz. 19.00

Zajęcia z Qigong.

Prowadzenie: Małgorzata Rosiewicz.

 

Wystawa „Plakaty muzyczne” Zbigniewa Latały

marzec, godz. 14.00 – 20.00

od poniedziałku do piątku

 

 

 

 

KLUB „KAZIMIERZ”

ul. Krakowska 13, 31-062 Kraków, tel. 12 421 57 86

e-mail: klub.kazimierz@op.pl

3 – 14 III, godz.14.00 – 19.00

Przyroda i kultura Małopolski” – wystawa malarstwa Jadwigi Broczkowskiej.

Na kilkudziesięciu obrazach olejnych artystka ( ekonomistka z wykształcenia, malarka z pasji) dokumentuje architekturę, pejzaże i postaci związane z Małopolską

3 III, godz. 18.00

Spotkanie z radnym Dzielnicy I, Krzysztofem Baronem

Mieszkańcy Dzielnicy będą mogli zaprezentować swoje postulaty związane z pracą władz dzielnicy oraz zapoznać z efektami spotkania dotyczącego bezpieczeństwa w centrum Krakowa.

17, 19 III, godz. 17.00

Ukraina mniej znana” – wieczór malarstwa, rysunku i fotografii – prowadzenie Adam Pochopień.

Ostatnie wydarzenia na Ukrainie wzmocniły zainteresowanie tym sąsiedzkim krajem. Dotyczy to jednak prawie tylko polityki. Adam Pochopień ( absolwent krakowskiej ASP, projektant, plastyk, i animator kultury) odwiedził ostatnio Ukrainę w odmiennym, nie rewolucyjnym celu. Artystyczne plony jego podroży, w postaci obrazów, zdjęć i rysunków, uzupełnione opowieścią o współczesności tego kraju – poznamy podczas dwóch spotkań i wernisażu wystawy, która odbędzie się 19 III

18 III, godz.18.00

Comiesięczny turniej krzyżówek, szarad i rebusów przygotowanych przez Krakowski Klub Szaradzistów „Agora” – prowadzenie Marek Kawałek.

20 III, godz. 14.00

Publicznej

Podczas cyklicznego spotkania bliżej poznamy najnowsze bestsellery, które znalazły się na bibliotecznej półce.

24 III, godz. 17.00

Moje Peru” – spotkanie z Dorotą Słonimską.

Gospodyni tego wieczoru, związana z Grupą Kobiet Alternatywnych, chętnie podróżuje po świecie. Tym razem odwiedziła Peru. Efektem podróży do tego egzotycznego dla nas kraju setki zdjęć, pamiątek, liczne wspomnienia. Niemały efekt wyprawy w formie barwnej opowieści, uzupełnionej zdjęciami i filmami, zostanie zaprezentowany podczas tego wieczoru na którym bliżej poznamy historię i życie tego kraju.

26 III, godz.18.00

Świat pędzlem widziany” – wernisaż malarstwa Adama Mielnika.

Bohater tego wieczoru jest już autorem setek obrazów, bohaterem wystaw i wernisaży, cenią go plastycy i kolekcjonerzy. Tym razem, specjalnie dla klubu Kazimierz zdecydował się przygotować zestaw najlepszych z ostatnich prac.

31 III, godz.18.00

Spotkanie Grupy Kobiet Alternatywnych – prowadzenie Grażyna Pietroń.

Te kobiety chcą swoje życie jeszcze bardziej uatrakcyjnić w różnorakiej formie. Rozmawiają z lekarzami, szydełkują, uczą się sztuk plastycznych, oglądają filmy, poznają tajniki autopromocji, kulinariów i mody. Warto do nich dołączyć.

Zajęcia stałe

Spotkania Chóru „Hejnał”: środy,piątki – godz.16.30

Klub brydżowy, szachowy: wtorek – piątek, godz. 14.00 – 20.00

Klub Szaradzistów Agora – wtorek, godz. 18.00

Warsztaty Teatralne Młodzieży – piątek, godz. 19.00

 

Ośrodek Dokumentacji i Inicjatyw Artystycznych

Piwnica pod Baranami”

ul. Św. Tomasza 26,

tel. 12 421 25 00

e-mail: micek@poczta.neostrada.pl

 

1, 8, 15, 22, 29 III, godz. 21.00

Kabaret „Piwnica pod Baranami”.

 

14 II, godz. 20.00

Z cyklu: „Życzliwa Piwnica” – Recital Agnieszki Greinert „Czekam na jutro”.

 

21 III, godz. 20.00

Z cyklu: „Przyjaciele Piwnicy Pod Baranami” – Recital Agnieszki Chrzanowskiej „Piosenki do mężczyzny”. Zespół muzyczny w składzie: Wojciech Pieczka – fortepian, akordeon; Szymon Frankowski – kontrabas, Dominik Klimczak – perkusja.

 

26 III, godz. 20.00

Promocja książki Bartłomieja Basiury „Zamknięta Prawda”.

 

27 III, godz. 20.00

Międzynarodowy Dzień Teatru – „To były piękne dni…” – urodzinowy koncert Mietka Święcickiego.

 

 

 

 

XXI Ogólnopolski Konkurs Poetycki „Dać świadectwo”

Przewodniczący jury – Grzegorz Jankowicz, Krzysztof Lisowski, Janusz M. Paluch – sekretarz jury, po przeczytaniu 154 zestawów wierszy nadesłanych z całej Polski i z zagranicy postanowiło wyróżnić następujące osoby:

Judyta Bednarczyk za zestaw wierszy opatrzonych godłem „Rudy Kot”

Klaudia Gruszka za zestaw wierszy opatrzonych godłem „Ocelot”

Andrzej Wołosewicz za zestaw wierszy opatrzonych godłem „Parmezan”

Andrzej Wołosewicz

wyróżnienie

 

Andrzej Wołosewicz ur. w 1958 w Białymstoku. Absolwent filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Poeta, krytyk, publikował m. in.: w „Radarze”, „Twórczości” „Miesięczniku Literackim”, „Literaturze”, „Odrze”.  Autor tomików poetyckich  Zbytek (2003), Prawdziwa podróż  naszego życia jest podróżą wewnętrzna (2007),  Monogram ze starych zegarów  (2010) a także książka o poezji Świat według poety (2005).

Rozmyślania nad sceną z zegarkiem

 

jest taka scena w „Pianiście” Szpilmana

scena z zegarkiem w roli głównej

 

w której Szpilman płaci drogimi zegarkiem

za marne resztki jakiegoś jedzenia

jest zimno słowa nic nie znaczą

poza tymi które cedzi z siebie bohater

 

„jedzenie jest ważniejsze niż czas”

choć być może i czas już nie ma

 

jak u Stachury gdy mały siedzący chłopiec

niczym Budda patrzy na przemijanie

 

jest taka scena w „Pianiście” Szpilmana

jest zimno jest muzyka i czas

 

i nie wiersz już nic nie wiesz na pewno

Szpilman ją uratował czy ona jego

Tak czy nie?

 

                         Pawłowi Kubiakowi

 

wiedzie cię przepowiednia

o komecie kierującej krokiem

 

śledzisz meandry jej toru

rysującego nieprzewidywalne zygzaki

 

piruety zakręty  równie pochyłe

którymi zmierzasz w górę i w dół

 

twoja kometa szuka miejsca formuły oraz klucza

wszystko jest bowiem zaszyfrowane

 

prawie jej  się to udaje gdy nagle

dobiega cię kobiecy głosy

 

i przyzywa  z oddali w tej  wielkiej ciszy

więc podnosisz głowę znad notatnika

 

w górze nic nie widać

zastanawiasz się czy kometa naprawdę przeszła

tak czy nie?

po burzy

 

czytamy gazety

oglądam telewizję

 

za dużo złej krwi

w myślach i czynach

 

za dużo pogardy

w słowach

 

w nasz język

uderzył piorun

 

na moich ustach

osadza się pleśń

 

słowom z pozrywanymi

ścięgnami

 

śni się kręgosłup

mocny i twardy

Drzewo wiadomości

 

słowo jest światem

świat jest ogrodem

 

jesteś jak drzewo

pośrodku ogrodu

 

weź owoc z drzewa

i przełam na połowy

 

popatrz

kopce pamięci

 

wszystkie bezdroża

prowadzą przez twoje życie

 

usypuj na nich

kopce pamięci

 

po ich śladach

wrócisz do siebie

Dolina Pamięci

 

białe kości z Doliny Pamięci

powodują gnicie serca

 

białe kości naszych przodków

są niechcianym darem losu

zaplątanym w czarne gałęzie drzew

wśród których zimą wzdycha wiatr

 

jakby mu pękło serce

Drugi brzeg

 

są takie wiersze których nie chciałbym napisać

i Ty, Panie Męki, o tym wiesz najlepiej

 

najpierw rozpacz i trwoga potem tylko cisza

złamana jak skrzydło którym ptak zaczepia

 

o pamięć o życiu o los i o trwanie

zanim spadnie w otchłań zanim się roztrzaska

 

patrząc jeszcze wzrokiem szybszym niż konanie

jakby chciał zobaczyć klepsydrę bez piasku

Barbara Serwatka – Poszukując stajenki….

Podziemny Zlot Fanów Twórczości Jacka Kaczmarskiego
„kaczmarski underground: Gwiazda jeszcze nie spadła” – odbył się już po raz siódmy.

 

Minął już miesiąc od ostatniego Zlotu. Już nie komentujemy go tak zagorzale na facebooku, już skończyliśmy przeglądać zdjęcia – posegregowane spoczęły w folderach z napisem „k.u. 2013”. Oczywiście do czasu, kiedy znów będziemy sobie chcieli przypomnieć te, o dziwo, całkiem ciepłe dni (30 VIII – 1 IX). Ale filmów nagranych przez Czapona słuchamy nadal, zastanawiając się nad tym, które wykonanie Jackowych kolęd wypadło najlepiej (wszak te utwory nieuchronnie się powtarzały). I tak oglądając, słuchając zastanawiam się skąd Pani redaktor Anita Czupryn z dziennika “Polska The Times” wzięła taką o to informację: “Następnie, przez kilka lat podobne [spotkania związane z twórczością Jacka karczmarskiego – przyp. autorki] odbywały się w Marszowicach pod Krakowem. I one jednak już się nie odbywają”. Hmm… Może to kwestia owej undergroundowości przedsięwzięcia. Dlatego właśnie w tym roku postanowiliśmy wyjść z ukrycia:

(http://www.youtube.com/watch?v=sO8vtzAa4Ew).

Przedsięwzięcie organizowane jest nieprzerwanie już od siedmiu lat, z czego trzy we współpracy ze Śródmiejskim Ośrodkiem Kultury i z moją pomocą. W tym roku zaś kaczmarski-underground w. 7_0 opatrzyliśmy nieco nostalgicznym tytułem „Gwiazda jeszcze nie spadła (…)”. Na taki nasz wybór złożyło się kilka wydarzeń ostatniego roku, z których najważniejszym i najsmutniejszym zarazem, była śmierć Przemysława Gintrowskiego. Z pewnością wszystkim skupionym w środowisku miłośników Tria dało to do myślenia – spadły już dwie spośród trzech gwiazd… A trzecia – Zbigniew Łapiński – przybył do Krakowa, aby po koncercie w Śródmiejskim Ośrodku Kultury, którym uraczyła nas Triada Poetica, wraz z nami pojechać do marszowickiej stodoły, by następnego dnia uczestniczyć w wykładach, spotkaniach i koncertach. Dla wielu, zwłaszcza młodych uczestników zlotu, było nie lada przeżyciem móc porozmawiać z artystą siedząc na trawie przed stodołą. Tym razem zaproponowaliśmy również spotkania (z drugim honorowym gościem Zlotu – Jackiem Majewskim oraz dr. Krzysztofem Gajdą – wokół nowego wydania książki „Karczmarski w świecie tekstów”)  oraz wykład dra Marka Karwali dotyczący twórczości Zbigniewa Herberta.

Wieczorem rozpoczęliśmy tytułowe „poszukiwania stajenki”, bowiem w takim kierunku tematycznym mieli pójść artyści przygotowując swoje programy. Jednak jedynie Adamowi Łapaczowi udało się w pełni wpisać w zamysł organizatorów. Stworzył program, w którym kolędy Karczmarskiego i Łapińskiego były komentarzami do pozostałych pieśni. Serca słuchaczy i (jak wiem z pewnego źródła) pana Zbyszka Łapińskiego zdobyło zaś trio Michała Wilgockiego, Judyty Gąsior, Magdaleny Gąsior, w niektórych utworach będące kwartetem (z Adamem Łapaczem), czy nawet kwintetem (nie zapominajmy o ważnym udziale Świergolka przy wykonaniu „Poranku”). Sobotni koncertowy wieczór rozpoczęła Justyna Panfilewicz wraz z akompaniującym jej Cezarym Mogielnickim, proponując wyjątkowe, niesztampowe wykonania utworów Jacka Kaczmarskiego i angażując w nie chętną, jak zwykle, publiczność. Tym razem czekała nas również uczta muzyczna, jaką uraczyło nas Trio Łódzko-Chojnowskie, proponując nowe wykonania, niektóre z własną muzyką stworzoną do tekstów autora „Szukamy stajenki”. Całość koncertowej nocy zwieńczył Jakub Kwaśniewski, wykonując utwory nieco mniej znane szerszemu odbiorcy i rzadziej wykonywane. Zakończył zaś „Hymnem wieczoru kawalerskiego”, który był tym razem raczej peanem na cześć tych, którzy trwają twardo na szańcach kawalerskiego stanu. Oczywiście, po części oficjalnej śpiewom przy ognisku nie było końca. Teraz pozostaje nam czekać z niecierpliwością na kolejny Zlot. Pan Zbyszek Łapiński już zapowiedział swoje przybycie.

 

Barbara Serwatka

Krzysztof Miklaszewski – Początek scenicznej kariery

Dopiero teraz – po  p ó ł w i e c z u , jakie dwa lata temu upłynęło od przedwczesnej śmierci Andrzeja Bobkowskiego ( zm. 26 VI 1961 r.), a  w obliczu  s t u l e c i a   jego urodzin, których to rocznica przypada w tym roku  pod koniec października (ur. 27 X 1913 r. ) – historycy literatury przestali już utyskiwać, że „Bobkowski to autor   j e d n e j  k s i ą ż k i”. Więcej: od kiedy rynek księgarski wzbogacać zaczęły nieznane dotąd nikomu utwory pisarza, bardzo prawdziwym komentarzem staje się okrzyk niekłamanej radości eksperta, że „B o b k o w s k i   r o ś n i e !”

To rozpoznanie dra Macieja Nowaka – wnikliwego uniwersyteckiego badacza twórczości autora „Szkiców piórkiem”, kuratora jego jubileuszowej wystawy w warszawskim Muzeum Literatury, zdające się wróżyć recepcyjny przełom w odbiorze prozy Bobkowskiego, przygotowała jednak dobrze czytelnicza recepcja jego twórczości w Polsce. Dość powiedzieć, że zadziwia każdorazowa reakcja polskich czytelników, który mniej czy bardziej przypadkowo, trafili na „Szkice piórkiem”. Już od dawna reagują oni bowiem… jednakowo. To znaczy traktują prozę Bobkowskiego jako „absolutne odkrycie”, co zapowiadał jeszcze w roku 1983 – w posłowiu do pierwszego wydania krajowego „Szkiców” – Roman Zimand .

Zimand, jeden z najbardziej nonkomformistycznych i przenikliwych badaczy warszawskiego Instytutu Badań Literackich, profetycznie taki odbiór Bobkowskiego dokładnie przewidział, idąc wtedy zresztą pod prąd obiegowych opinii „drugiego obiegu”, bardzo ostrożnie upowszechniającego twórczość tego „Kosmopolaka” (autodefinicja postawy życiowej Bobkowskiego), który jeszcze bardziej ostro i bezwzględnie niż znienawidzony przez Wszechpolaków Gombrowicz, pokpiwał sobie ze stereotypów myślenia tzw. prawdziwego Polaka.

„26 maja 1940 r.” – przypomniał Zimand, dorzucając od razu do swojej przepowiedni szczyptę ironii na temat wojennego genius loci stolicy Francji – „w dobrym – jak dla kogo – mieście Paryżu, pewien 26-letni ekonomista zaczął prowadzić dziennik. Zakończył to swoje pisanie 25 sierpnia 1944 r. Później, znalazłszy się na drugiej półkuli, wracał czasami do diaruszowania, ale tak – od przypadku do przypadku. Zapisy z owych czterech lat i trzech miesięcy wojny, wydane zostały w 1957 r. przez Instytut Literacki pod tytułem „Szkice piórkiem”. „Francja 1940 – 1944”, to jedna z najwybitniejszych pozycji XX-wiecznej polskiej diarystyki , c a ł e   z a ś   f r a g m e n t y     d z i e n n i k a    t o   p o  p r o s t u   …  z n a k o- m i t a   p r o z  a .

Ażeby uświadomić sobie a r t y z m tego niesłusznie niespopularyzowanego dotąd d z i e ł a  warto zdać sobie sprawę z jego  z a w a r t o ś c i , bo to ona  zadecydowała kiedyś, tuż po wojnie, a ,    niestety decyduje i dzisiaj, o braku entuzjazmu  w jego upowszechnianiu. Powtórzyć przyjdzie raz jeszcze  za Zimandem, „iż  tematycznie rozbić można  dziennik Bobkowskiego na następujące  w  a  r  s  t w y  , de facto oczywiście  p r  z  e m i e s z a n e, nie rozgraniczone, wzajem się  p r  z e n i  k a j ą c e :

–         diariusz, czyli życie codzienne Paryża i prowincji francuskiej w okresie klęski 1940 r.
i w latach okupacji;
–         dziennik lektur, a także spektakli, filmów, wystaw;
–     prognozy i notatki polityczne oraz militarne ;

–  refleksje na temat kultury europejskiej z wydzielonymi wyraźnie partiami francuską, niemiecką, polską i rosyjską” .

Tematycznie rzeczywiście m o ż n a tak dziennik Bobkowskiego „rozbić”, by zdać sobie sprawę z jego zawartości, a tę można – zresztą – porządkować rozmaicie, by spoglądać
z naszej perspektywy na te codzienne zapisy Bobkowskiego czterech lat czterdziestych XX wieku jeszcze inaczej. Krzysztof Dybciak np. zaproponował uporządkowanie elementów tego diaruszowego zapisu w trzy grupy ze względu na charakter formy ich literackiego zapisu.  Wtedy to w pełni uświadomimy sobie, iż potoczysty tok dziennikowejnarracji Bobkowskiego budują obok bardzo wyrazistych ”obrazków reportażowych” i bardzo pouczających „mikroesejów” porywające lekkością pióra i ekspresją wywodu – tak istotne dla każdego dziennika – „drobne spostrzeżenia i pomyślenia”. Można też na podstawie „Szkiców” – skatalogować elementy  t r a f n y c h     historycznych    o c  e n    r z e c z y w i s t o ś c i
z  wojenną kolaboracją Francuzów i  zbrodniczym charakterem Niemców   i  równie  t r a f n y c h    w r ó ż b    h i s t  o r y c z n y c h  z przepowiednią półwiekowej  d o m i n a c j i  Rosji sowieckiej.

Żadne jednak z tych uporządkowań nie przybliży nam – a wiedzą to dobrze wnikliwi czytelnicy „Szkiców piórkiem” – i s t o t y   tego prozatorskiego ś w i a d e  c t w a. Jest nim bowiem  z a p i s  ży c i o w e j   p o s t a w y  pisarza , zapis wewnętrznej motywacji, która nakazała  mu jako rzeczywiście  jako  p r  a w d z i w e m u    E u  r o p e j c z y k o w i
–  nie tylko E u r o p ę   z a k o n t e s t o w a ć , ale świadomie   t e n   S t a r y  (naprawdę dla Bobkowskiego  „ stary” i „zmurszały”)  K o n t y n e n t  o p u ś c i ć . I to opuścić
n a  t y c h m i a s t     i     r a z    n a    z a w s z e .

B u n t Bobkowskiego nie był buntem na pokaz. Nie była to też kontestacja ustrojowa czy negacja czysto ideologiczna. Andrzej Bobkowski, nazwany przez samego siebie „c h u l i g a n e m     w o l n o ś c i”   (dzisiaj to określenie bardzo nietrafnie wywołuje inne skojarzenia ) był tak naprawdę prekursorsorem  i  brytyjskich y o u n g   a n g r y   m e n , i amerykańskich  b e a t n i k ó w , dwóch twórczych formacji powojennych, dla których
ż y c i e    t o ż s a m e   było   z    p o s t a w ą   t w ó r c z ą . Pierwszy zresztą  Gombrowicz,  dlatego przed nim pochylił głowę, bo na taką   z g o d n o ś ć   ż y c i a   i  t w ó r  c z o ś c i   jego samego stać nie  było.

Jednym  słowem ;   w  a l k a  Bobkowskiego   o    t  ę    – u n i k a t o w ą  dosyć  –   z g o d n o ś ć   ż y c i  a   i   t  w ó r c z o ś c i  ,  to był tak naprawdę kierujący w y b o r a m i
ż y c i o w y m i   –  budulec  Jego bardzo  d  r  a m a t y c z n e g o     l o s u. Zupełnie jak w klasycznej tragedii, gdzie realizacja ideałów możliwa bywa tylko dzięki bezgranicznemu poświęceniu, a każdy wybór wymaga ofiary. Pewnie dlatego otwierające swoją twórczość „Szkice piórkiem” przesycił takim  d r a m a t y c z n y m   n a p i ę c i e m  nieustannych wyborów postawy w przywoływanym kalejdoskopie wydarzeń .  Dlatego też  n a t ę ż e n i e   życiowych a k c j i  ma  tu, nie tylko odtworzyć wiernie zdarzenie (jak w reportażu dziennikarskim), ale od razu  wykreować  je na poruszające oglądającego je egzemplum postępowania (jak w dramacie klasycznym) skomentowane na dodatek  przez pierwszego
z widzów,  jakim jest opowiadający. Przesycając zatem  swoją tylko z pozoru epicką  opowieść elementami czysto dramatycznymi Bobkowski nie tylko potęguje wymowę przywoływanych wypadków, ale nawiązuje od razu dialog z czytelnikiem, którego wciąga w akcję jako obserwatora danego zdarzenia. Tym sposobem epicki monolog narratora ujawnia swoją drugie dialogowe oblicze, skierowane wprost do czytającego, z którym opowiadający chce się podzielić nie tylko opowieścią o jakimś zdarzeniu, ale – przede wszystkim – jego wymową ponad-życiową. Atrakcyjność prezentacji zdarzenia ma słuzyć jednemu jedynemu celowi: pozyskania czytelnika i jako widza, i jako sojusznika w interpretacji przywołanego faktu. Ta walka o rozumiejącego i czującego odbiorcę nie ma być nachalna: dlatego też Bobkowski  nie kryjąc  swoich sympatii i antypatii  , chętnie dopuszcza inne punkty widzenia i skrajnie nawet przeciwne oceny, czym czytającego zachęca tylko do większej aktywności  współdziałania ze sobą – autorem. Tym sposobem czytelnik – niepostrzeżenie – staje się powiernikiem pisarza. Powiernikiem jego tajemnicy, a więc nie tylko świadkiem, ale i współuczestnikiem rozwiązań, by wkrótce zostać – jak w teatrze – współudziałowcem ocen.

Odkrywając w „Szkicach piórkiem” potężny arsenał teatralnej broni, w jaką wyposażył swoją diarystyczną prozę Andrzej Bobkowski, dzisiaj bez wahania proponuję ich sceniczną wersję, wierząc, iż sposobem bezpośredniego przekazu dotrze ona do odbiorców, odkrywając jeszcze jedno atrakcyjne oblicze zapoznanego twórcy.

NA SCENIE ŚRÓDMIEJSKIEGO OŚRODKA KULTURY:
Premiera: 25 października 2013, godz. 20:30 (piątek)
Spektakle: 24 X, godz. 20:30 oraz 26 i 29 X 2013, godz. 19:00

Od redakcji – Czerwone Bagno

W czerwcu zapraszamy do Filmowego Klubu Historycznego na projekcję filmu dokumentalnego pt.: „Polska Armia Wyzwolenia” w reżyserii Adama Sikorskiego. Film przybliża działania konspiracji powrześniowej na terenach polskich, znajdujących się pod okupacją sowiecką. Właśnie w powiecie augustowskim powstała konspiracyjna organizacja o nazwie Polska Armia Wyzwolenia. Jej członkowie mieli obóz partyzancki na trudno dostępnym terenie nazywanym Czerwone Bagno. Nie do końca jest jednak jasne kto był jej założycielem organizacji. Można przypuszczać, że powstańcy mieli jakiś kontakt z działającym tam jesienią 1939 r. ppłk Jerzym Dąbrowskim „Łupaszką”. Od kwietnia 1940 r. na czele ugrupowania stanął Edward Stankiewicz „Dawer”. Po jego śmierci we wrześniu 1940 r. obowiązki komendanta przejął Antoni Połubiński „Piorun”, który zasłynął brawurową ucieczką z rąk NKWD. Polska Armia Wyzwolenia posiadała bardzo dobrze rozbudowany pion dywersyjny, który w okresie swojej działalności unicestwił wielu konfidentów. W lipcu 1940 r. łączność z nią nawiązał Związek Walki Zbrojnej. Od tego czasu organizacja weszła w skład ZWZ. Jednakże już jesienią zerwano z nią kontakty ze względu na podejrzenia, iż współpracuje z Abwehrą. Podejrzenia te nie były bowiem bezpodstawne.

Jako komentatorzy występują historycy: dr Sławomir Poleszak (IPN O/Lublin) oraz dr hab. Rafał Wnuk (KUL, Muzeum II Wojny Światowej).

(od redakcji)

 

Zapraszamy na projekcie do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury 8 października 2013 r., o godz. 18.00, w ramach Filmowego Klubu Historycznego. Dzięki uprzejmości Krakowskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej zobaczymy film dokumentalny pt.: „POLSKA ARMIA WYZWOLENIA”. Scenariusz filmu: Tadeusz Doroszuk i Adam Sikorski. Reżyseria: Adam Sikorski. Rok produkcji: 2009. Czas: 27.30 min.

Marek Mirosławski – To dla mnie zaszczyt

Z dyrektorem Śródmiejskiego Ośrodka Kultury – Januszem M. Paluchem, autorem książki „Wczoraj i dziś”, rozmawia Marek Mirosławski.

 

Panie Dyrektorze, jak Pan wspomina wielomiesięczną pracę z Księdzem Infułatem Jerzym Bryłą nad wywiadem-rzeką?

Uważam to za wielki zaszczyt, że tak wybitny duchowny zgodził się opisać swoje barwne życie oraz misję kapłańską. Przez cały czas pracy czułem jego wielką życzliwość, delikatność i cierpliwość. Nigdy nie mówił o przykrościach, jakie go spotykały, natomiast zawsze podkreślał dobro, którego doświadczył. To tym bardziej świadczy o tym, że Ksiądz Infułat jest człowiekiem o głębokiej duchowości chrześcijańskiej.

 

Ksiądz Jerzy Bryła jest znanym w Krakowie duszpasterzem. Od lat opiekuje się wieloma grupami społecznymi. Czy nie czuł się Pan „przytłoczony” tą ilością faktów, danych, liczb, nazwisk, które Ksiądz podawał?

Rzeczywiście, można odnieść wrażenie, że Ksiądz chciał, aby ten wywiad był przede wszystkim docenieniem jego współpracowników i podopiecznych. Dla mnie stanowiło to dodatkowe wyzwanie, gdyż musiałem w przypisach zawrzeć informacje o tym, o kim mowa w książce. Cieszę się jednak, że ta praca została wykonana, bo dzięki temu „Wczoraj i dziś” stanowi świadectwo wyjątkowości księdza Bryły i wszelkiego dobra, które przez jego ręce dokonało się na przestrzeni lat w Krakowie.

 

Czy było jakieś wydarzenie, które szczególnie utkwiło Panu w pamięci podczas prac nad książką?

Pamiętam szczególnie, że gdy pojawiałem się na Salwatorze, Ksiądz Infułat zawsze miał przygotowany dla mnie jakiś poczęstunek. Jak podkreślał – jako duszpasterz musi dbać o sferę ducha swoich gości, ale w ujęciu chrześcijańskim winien dbać o całego człowieka, a więc o ciało także! (śmiech).

 

Panie Dyrektorze, serdecznie gratuluję tej pięknej publikacji i dziękuję za rozmowę.

Zapraszamy 23 października br., o godz. 19.00 do auli Jana Pawła II na terenie sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, na wieczór poświecony Księdzu Infułatowi Jerzemu Bryle.

Wszystkich chętnych serdecznie zapraszamy do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury na ul. Mikołajską 2, gdzie można pobrać wejściówki na tę uroczystość.

Kraków rośnie w siłę

Wydawać się może, że Kraków nie należy do miast szczególnie zasłużonych na rockowej mapie. Fani  wiedzą przecież, że największa muzyczna impreza w Europie, czyli Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka odbywa się w Kostrzynie nad Odrą (w tym roku 400 tys. osób).  Podobnie, wielki Opener Festiwal odbywa się w Gdyni, a legendarny Festiwal w Jarocinie wrócił do łask , że w Katowicach zwiększa popularność Off Festiwal, a największe gwiazdy rocka swoje polskie miejsca znalazły na Narodowym w Warszawie, tudzież na dużych halach zbudowanych w Łodzi, Gdańsku, czy Poznaniu.

Potwierdzam, dzieją się tam imprezy znaczące. Ale też z satysfakcją zauważam, że Kraków coraz atrakcyjniej i skuteczniej pozbywa się w tym względzie kompleksów. Chce się ścigać z wymienionymi wyżej liderami rynku. Tegoroczne  wakacje dostarczyły wystarczających na to dowodów, a najlepszym z nich, rekordowa frekwencja na sierpniowym Coke Live Music Festiwal. W ośmioletniej historii tej imprezy nie zdarzyło się jeszcze, by na dawnym lotnisku w Czyżynach bawiło się przez 2 dni ponad 40 tysięcy osób. Co ważne – w tym akurat przypadku, nie chodziło tylko o znaczącą frekwencję. Bo ilość sprzedanych biletów ma znaczenie dla promocji miasta i organizatorów. Nie ona jest jednak najważniejsza dla widzów, którzy pod Wawel w wakacje tak ochoczo  przyjechali, podczas gdy konkurencyjne imprezy równie atrakcyjne, a w młodym portfelu – najczęściej pustki. A jednak przyjechali, bo dla nich najważniejsza jest dobra muzyka, wykonawcy i rewelacyjna atmosfera. W tym roku, organizatorzy Coke potwierdzili swoje intencje, że ich zamiarem jest pokazywanie i promowanie muzyki i muzyków  naprawdę wartościowych, czyli nie tych, którzy rażą pospolitą tandetą nasze uszy w rozgłośniach komercyjnych i TV POLO,  (telewizji robiącej kasę na powrocie muzycznego „badziewia” spod znaku disco – polo).

Dzięki takiemu potraktowaniu idei Coke Live mogliśmy obejrzeć w Czyżynach koncerty naprawdę wyjątkowe. Ten największy i najlepszy dała rudowłosa Angielka Florence Welch ze swoją kapelą The Machine. Chwaliłem ją przed miesiącami jako zjawisko w kobiecej wokalistyce wyjątkowe, porównywalne tylko z Kate Bush i Bjórk. Potwierdziła wszystkie walory swojej oryginalności. Tym dla mnie przyjemniej, że ograniczyła ilość repertuaru „smęcącego” (tego nie lubię), na rzecz kompozycji dynamicznych ( te lubię). Okazało się, że piosenki tak mało komercyjnej Florence, były świetne znane publiczność i wspólnie, chóralnie odśpiewane. Zachwycona była zarówno Florence, jak i publiczność – mogąca posłuchać wokalistki „na żywo”.

W Czyżynach nie brakowało innych muzycznych atrakcji. Przyjechali z nowym repertuarem Szkoci z Franz Ferdinand, udanie reprezentujący dynamiczny pop. Festiwal zaszczyciło inne odkrycie ze Szkocji – grupa Biffy Clyro, łącząca metalowy dynamizm z popową przebojowością. W tym tyglu muzycznej różnorodności nie zabrakło raperów z Wu Tang Clanu. Choć zaczęli dopiero o godzinie pierwszej w nocy, fani wytrwali, wrzeszcząc w kierunku sceny „Róbcie hałas”. Z Polaków najlepiej wypadła energetyczna Monika Brodka i zyskujący na sławie melancholijny David Podsiadło.

Nadzwyczaj udany Coke Live Music Festiwal to świetny prognostyk dla krakowskich aspiracji. Sprawnie przebiega budowa olbrzymiej Hali w Czyżynach, podobnie jak budowa Centrum Kongresowego przy Rondzie Grunwaldzkim. Oj, będzie miało muzycznie gdzie się dziać, w co głęboko wierzę.

Dariusz Łanocha

Księżycowe łąki Marty Półtorak

Marta Półtorak jest znaną w środowisku krakowskim poetką. Jest autorką dwóch tomików poetyckich: debiutanckiego „Transmisje NA ŻYWO” i dziś recenzowanego „Księżycowe łąki”. Absolwentka historii i dziennikarstwa na Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Organizatorka i prowadząca liczne spotkania poetyckie, m.in. cykle MUZA W MUZEUM, ARTYSTYCZNE ZDERZENIA i DWORSKIE WIECZORY Z AUTOREM. Wykształcenie Półtorak wiąże się ściśle z Jej zainteresowaniami historią i sztuką. Reporterski zmysł wykorzystuje nie tylko w prozie poetyckiej czy reportażach, ale także w samej poezji. Wiersze Marty Półtorak charakteryzuje krótka zwięzła forma, surowa bezosobowa forma, która odnosi się do ogółu i nieodłączna ironia. Półtorak nie umie i nie chce niczego kolorować, ani lukrować. „Landrynka ciasteczko / taki kicz” (Rokoko). Pisze o czasach współczesnych, o dzisiejszych zwyczajach, współczesnych ludziach, ale zawsze w nawiązaniu do historii. Dzięki temu poszerza nasze horyzonty. Wszystko, co dzieje się dzisiaj, ma swoje korzenie w przeszłości, choć na przestrzeni czasu uległo znacznym modyfikacjom.

 

drzewa spinają
niebo i ziemię
nie ma już nocy
są miasta
słońce wypala się
ciepłem właściwym
ksenonu
a ziemia jest płaska
jak kontuary
Ars technika

        [ Rytuał nieistnienia ]

 

    Według Marty Półtorak tytułowa księżycowa łąka to klamra spinająca czas i przestrzeń z wiecznością. Nie będę opisywać księżycowych łąk. O ich znaczeniu i pochodzeniu napisała sama autorka we wstępie do tomiku. Dla każdego czymś innym będzie księżycowa łąka, w zależności od tego w co wierzy i co dla niego w życiu jest ważne. Warto jednak wspomnieć, że księżyc jest elementem wielu legend i bajek. Ma magiczną moc i jest świadkiem wielu ważnych wydarzeń. Zarówno w kosmosie, jak i na ziemi.

 

    kiedy wrócimy na księżycowe łąki

    by paść się łanem izotopów

    na krawiędziach kraterów wyprawimy

    królewskie łowy, uczty pod niebem

    i ziemskim globem

 

        [ Księżycowe łąki, frag.]

 

    Tomik „Księżycowe łąki” został podzielony na trzy części: VANITAS – przemijanie – marność – czas; PURGATORIUM – wina – przestroga – nadzieja; ANIMALIA – planeta – ludzie – życie.

    Półtorak jest znakomitą obserwatorką. Wszystkie wady dzisiejszego świata opisuje w wierszach. Nie krytykuje ich jawnie, nie pokazuje jak naprawiać, a jednak sprawia, że czytelnik sam dochodzi do wniosku, iż świat nie zawsze zmierza w dobrym kierunku. Wszystko jest niepewne, niepewne jest zatrudnienie, niepewne wynajmowane mieszkanie, wszystko jest słabe, słabe są nowe technologicznie maszyny, słabe drogi, coraz słabsze jest ludzkie zdrowie. Ludzie zamiast szczerych bogatych więzi, trzymają się ze sobą nie ze względu na uczucia, lecz aby przetrwać w tych niepewnych czasach.

 

    istniejemy w czasach zawieszonych

    rozsypanych przez piaskarki na ulicy

    trzymamy się za ręce by nie upaść

 

    na pagórkach kwitną drzewa

    zroszone potem fotosyntezy

 

        [ Noc przychodzi od lasu, frag.]

 

    Półtorak jest reporterką, najlepiej wie, jak ogromną siłę mają słowa i obrazy. Jak ogromny wpływ na nasze życie i na nasze spojrzenie na świat mają przekazywane za pomocą gazet lub telewizji – wiadomości. To tylko krok od manipulacji. A może ludzkość już ten krok zrobiła? Tradycje i zwyczaje, które kontynuujemy od lat, są ważne i piękne w zamyśle, mają być mostem między teraźniejszością a przeszłością. Niestety ze względu na postęp technologiczny od uczuć ważniejsze stają się rzeczy. O świętach świadczą ozdoby, a nie nasze przeżycia.

 

    obciążeni kryzysem patrzymy z nostalgią

    na czasy, gdy słowa były narzędziem

    prawdy nie błyszczących gazetek

    [..]

    a potem krzywizną sumień wyznaczy granice

    przaśnych umysłów czyhających na cud

    jarmarczny

 

        [ 2012, frag. ]

 

    Skoro istnieją negatywne cechy i zachowania, muszą także istnieć pozytywne. To właśnie jest nadzieja dla świata i ludzi. Podstawą jest umiejętność wyciągania wniosków, umiejętność przebaczania i proszenia o przebaczenie, umiejętność naprawy.

 

    powietrze przenika postkowie po świętym

    przyjmuje światło w giętkich liniach ścian

 

    poranek sączy pył z otwartych nacięć

    rozpamiętuje wartość odwetu i wyższość

    przebaczenia win

 

        [ Pustkowie po świętym, frag.]

 

    krwioobieg otwierał się często

    w zakamarkach murów

    nasączonych strachem

    tylko czasem przemykała

    pod powiekami łza maleńka

 

        [ Mury, które łączą – mury, które dzielą, frag.]

 

    Życie według Półtorak to ciągła walka. Walka o byt, walka o przetrwanie, walka o pieniądze, o lepsze wykształcenie dla dzieci, o lepszą posadę dla siebie. Jak w świecie zwierząt. Wiersz, który kończy magiczny, metafizyczny tomik Marty Półtorak, najlepiej obrazuje nasze obecne życie, ale i przeszłość. Ludzie od wieków polują. Polują, aby dobrze zjeść, aby przeżyć, a polepszyć swój byt, lub powiększyć stan. Walczą i polują, aby dotrzeć na swoje własne księżycowe łąki.

 

    w królestwie zwierząt korona zawsze

    ma kształty kłów i pazurów

    jedni pełzają po prochu

    inni wznoszą się ku niebu

    kolejni wygrzewają się leniwie

    na cennych futrach

    wszyscy polują na siebie

    by żyć o ten jeden dzień dłużej

 

        [ Animalia ]

Aneta Kielan-Pietrzyk

 

Marta Półtorak Księżycowe Łąki

Wyd. Wydawnictwo internetowe e-bookowo, 2012

Wiersze do śpiewania

Pojawienie się poezji — ba! całej literatury — w dziejach kultury ludzkiej związane było z muzyką. Samo słowo liryka w antycznej Grecji określało pieśń wykonywaną przy akompaniamencie lutni. Pisanie tekstów piosenek przez poetów było, i nadal być powinno, czymś oczywistym. Nie jest wszak przypadkiem odosobnionym: poczynając od, chociażby, Juliana Tuwima, na Marcinie Świetlickim kończąc.

Mając przed sobą wybór tekstów Leszka Aleksandra Moczulskiego «Cała jesteś w skowronkach». I inne piosenki oraz pieśni z muzyką krakowskich kompozytorów możemy sobie przypomnieć lub dopiero poznać wiersze/piosenki powstające od końca lat 60. do dziś. Sam autor nie ukrywa wątpliwości, co do tego, czym są jego utwory. Zwraca na to uwagę, piszący słowa wstępu Wacław Krupiński, który przytacza metaforę Moczulskiego o „dwóch ogrodach wspólnie pielęgnowanych”. Rzeczywiście trudno jednoznacznie stwierdzić, czym jest niniejsza publikacja. Czy jest to jeszcze tom poetycki, czy już specyficzny śpiewnik? A może i jedno i drugie zarazem? Kiedy rozpoczynamy lekturę najnowszej książki Moczulskiego trudno powstrzymać się od nucenia w głowie lub pod nosem melodii znanych piosenek.

Natomiast pewne jest, że «Cała jesteś w skowronkach», to publikacja ważna i konieczna. Przede wszystkim stanowi zapis i świadectwo wieloletniej współpracy poety ze znakomitymi krakowskimi muzykami. W tym celu został dostosowany układ książki, którą podzielono na rozdziały według autorów muzyki. Są wśród nich tacy twórcy jak: Andrzej Zieliński, Jacek Zieliński, Marian Pawlik, Jan Kanty Pawluśkiewicz, Marek Grechuta, Krzysztof Szwajgier, Grzegorz Turnau, Zbigniew Wodecki i Andrzej Zarycki. A to zaledwie sami kompozytorzy, nie mówiąc już o wykonawcach, wśród których możemy znaleźć także takich wybitnych śpiewaków jak np.: nieżyjący już Andrzej Zaucha czy Beata Rybotycka. Do wyboru tekstów piosenek załączono także kilkanaście utworów, które wciąż „czekają na kompozytora”. Ta litania znanych krakowskich artystów, to kolejny dowód na wkład Moczulskiego we współczesną polską scenę muzyczną. Zarazem jest to książka przesiąknięta krakowskim genius loci, bo w końcu „[…] Kraków to czary, / niemożność całkowita” (Krakowski blues).

Książka to swego rodzaju pomnik tej części twórczości Moczulskiego, o której łatwo można by zapomnieć. Nierzadko przecież znamy wyłącznie wykonawców danego utworu muzycznego, o autorze słów jakoś zapominając. Pokaźny tom daje nam możliwość miłego zaskoczenia, gdy okazuje się, że piosenka, którą kiedyś słyszeliśmy, i która wpadła nam w ucho, została stworzona właśnie przez krakowskiego poetę (chodzi o okrzyk w stylu: „I to też on napisał?!”). Jest to zbiór piosenek, które towarzyszyły nam przez lata, ale po które często, oraz chętnie, sięgają dzisiejsi muzycy, co tylko świadczy o pewnej uniwersalności poetyki Moczulskiego. Bo czyż takie uczucia jak miłość, nadzieja, radość czy niepewność nie są ponadczasowe i bliskie każdemu pokoleniu?

Prezentowane na stronach książki utwory poetyckie świadczą o wszechstronności poety i różnorodności jego liryki. Z jednej strony poeta jawi się jako autor popularnych piosenek Skaldów, a z drugiej twórca monumentalnych poematów, np. Nieszporów ludźmierskich. Nie trzeba nikogo przekonywać, że Moczulski jest wyczulony na wartość słowa. I w tym tomie objawia się to, co wcześniej zauważył Bronisław Maj, opisując twórczość autora Narzędzi i instrumentów: „ogromna rozmaitość: poetyk, światów poetyckich, modeli wiersza; niezwykle bogaty w tonacje, wielogłosowy poetycki – chór” (w: L. A. Moczulski, Krótko biją serca, ŚOK, Kraków 2007). Także słowa piosenek Moczulskiego zawierają liczne nawiązania do twórczości wielkich poetów: od Jana Kochanowskiego (Melankolija), po autora Snów o potędze (Jesień z Leopoldem Staffem w tle). I tu znów powraca kłopotliwy stosunek twórczości poetyckiej sensu stricto i tej związanej ze sceną muzyczną. Jak pogodzić te dwie sfery artystyczne? Po prostu Leszek A. Moczulski będąc tekściarzem, nie przestaje być poetą. Stąd biorą się w piosenkach motywy z twórczości lirycznej. Weźmy na przykład wiersz W oczekiwaniu na twoje przebudzenie, w którym padają słowa:

 

I chyłkiem po ogrodzie chodzę
a ty jak w tańcu, wdzięcznie płyniesz
Ja pochylony i niepewny
jak linoskoczek co na linie

 

Rozwinięciem tego motywu jest piosenka Jak linoskoczek (z muzyką Pawluśkiewicza), której bohater „niepewnie idzie pochylony / drogą, co nigdzie nie prowadzi”. Podobnych przykładów z pewnością można by znaleźć więcej, gdyby uważniej przeanalizować obie ścieżki twórczości autora Medytacji wiejskiego listonosza.

Najlepiej jest czytać książkę Moczulskiego przy wtórze muzyki, czemu zresztą służą przypisy, ułatwiające odnalezienie piosenki wśród płyt danego wykonawcy. Zwraca tu uwagę element muzykalności jego tekstów. W większości są one całkowicie uzależnione od linii melodycznej, co jest, bądź co bądź, zrozumiałe dla tekściarza-poety, ale także dlatego, iż wiele z tych tekstów powstawało do konkretnej muzyki. Jednak występują i takie utwory, które świetnie funkcjonują jako autonomiczne liryki. Do takich należą: Poranek z nadzieją albo bardziej eksperymentalne w formie Tango obosieczne.

Ta książka to nie przymilna laurka, lecz dopracowane dzieło. Tak edytorsko starannego i ekwilibrystycznie wydanego wyboru utworów nie powstydziłby się żaden literat. Na koniec pozostaje życzyć panu Leszkowi A. Moczulskiemu wszystkiego najlepszego z okazji 75. urodzin!

Michał Bryda

 

Cała jesteś w skowronkach.

I inne piosenki oraz pieśni z muzyką krakowskich kompozytorów

Wydawca: Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie

Kraków 2013

Słowo wstępne; Wacław Krupiński

Opracowanie graficzne, skład

VIVID STUDIO

Książka do nabycia w siedzibie wydawcy przy ul. Mikołajskiej 2

Bursztynowe zdrowie

Wakacje już za nami, ale w kolejnej (para)medycznej wycieczce pozostaniemy na plaży i będziemy zbierać… bursztyny. Z ich obfitości nasz kraj słynął od dawna, a właściwości lecznicze bursztynu, zwanego inaczej jantarem, znane są od stuleci.

Nazwa bursztyn pochodzi z języka niemieckiego, od słowa bernstein i oznacza dosłownie „kamień, który się pali”. Tak naprawdę jest to skamieniała żywica drzew sosnowych, palm daktylowych, drzew sandałowych, oliwnych i cynamonowych, które rosły około 50 milionów lat temu. Obecnie znanych jest około 60 odmian bursztynu. Ten, który występuje w Polsce jest barwy żółtej, pomarańczowej, brązowej albo brunatnej. Bardzo rzadko, ale zdarza się również bursztyn o barwie mlecznobiałej.

Obecnie bursztyn nie jest już tak powszechny jak przed wiekami, ale ciągle można go znaleźć na nadbałtyckiej plaży tuż po sztormie. A przywożąc taką cenną pamiątkę z wakacji, przywozimy zarazem lek na różne dolegliwości. Już sama obecność bursztynu sprawia, że czujemy się lepiej, ma on bowiem właściwości jonizujące powietrze. Jony dodatnie, które przyciągają krążące w powietrzu cząsteczki kurzu, bakterie, wirusy i grzyby są neutralizowane przez ujemne jony bursztynu, dzięki czemu opadają na dół i powietrze oczyszcza się. Jeszcze na początku XX wieku kobiety nacierały bolącą głowę miksturą z bursztynu. Był on również używany do okładów na rany, gdyż będąc naturalnym antybiotykiem przyspieszał ich gojenie i zapobiegał zakażeniom. Po różnego rodzaju epidemiach chorób zakaźnych, bursztyn palono w celu dezynfekcji pomieszczeń. Uznawano także jego działanie lecznicze w przypadkach astmy, stanów lękowych, bólu gardła, zapalenia migdałów, problemów z tarczycą i zalecano wszystkim, którym groził udar mózgu.

Zastosowanie bursztynu nie jest już tak powszechne jak kiedyś, ale współczesna medycyna uznaje jego pewne działanie terapeutyczne. W aptekach można nabyć np. maść bursztynową, która pomaga w przypadku dolegliwości reumatycznych, bólach migrenowych i przy występowaniu żylaków. Czasami można kupić również olej bursztynowy, który jest naturalnym środkiem antyseptycznym. Dezynfekuje skórę, usuwa siniaki i, podobnie jak maść bursztynowa, poprawia wygląd nóg z żylakami. Latem olej bursztynowy może być przydatny do łagodzenia skutków nadmiernego opalania i ukąszeń owadów. Rozpylony w mieszkaniu zabija bakterie. Medycyna naturalna niezwykle ceni sobie bursztyn w postaci nalewki bursztynowej. Obniża ona ciśnienie tętnicze, wspomaga wydzielanie żółci, uspokaja, hamuje rozwój bakterii, ułatwia gojenie ran, aktywizuje układ immunologiczny, wspomaga serce. Pomoże ona również w niestrawności i zatruciach pokarmowych. Nacieranie nalewką klatki piersiowej łagodzi kaszel spowodowany astmą. Można ją kupić albo zrobić samemu w domu. Trzeba jednak przyznać, że współczesna medycyna jantaru używa raczej rzadko. Wprawdzie niektórzy noszą bursztyny (koniecznie nieoszlifowane) jako środek przeciw nadczynności tarczycy, a inni na bóle głowy, ale brak jest w tym zakresie szczególnych zaleceń medycyny konwencjonalnej.

Inny temat to zastosowanie bursztynu w kosmetyce. Jego aktywność doskonale regeneruje zmęczoną skórę, pobudza jej metabolizm, zapobiega tworzeniu się wolnych rodników. Zwolennicy bursztynu pokładają wielkie nadzieje w tej wspaniałej roślinnej żywicy. Być może stanie się ona przebojowym surowcem współczesnej kosmetologii i uchroni przed przedwczesnym starzeniem się skóry i całego organizmu. Niemal w każdym sklepie kosmetycznym możemy kupić kosmetyki zawierające wyciąg z bursztynu, który nadaje skórze lekko brązowy odcień, dzięki czemu wygląda ona ładniej i zdrowiej. Rozjaśnia i wygładza zmarszczki. Można go znaleźć w składzie wielu kosmetyków: kremów, balsamów, szamponów do włosów itp. Bursztyn jest także świetnym środkiem zwalczającym blizny, dlatego jest częstym składnikiem również tego typu preparatów. Niektóre firmy kosmetyczne mają już nawet całe „bursztynowe” linie kosmetyków.

Zalety bursztynu docenili jubilerzy, złotnicy, plastycy. Polskie wyroby jubilerskie i dekoracyjne wykonane z bursztynu są poszukiwane i zyskały światowe uznanie. O właściwościach leczniczych tego pięknego minerału jakoś niestety często zapominamy, chociaż jak widać mają długą i bogatą tradycję.

 

Izabela Niziałek

Szczęść Boże Lwowiakom

Doktora Przemysława Włodka znają chyba wszyscy, i to w całej Polsce, którzy w jakikolwiek sposób zajmują się czy interesują Lwowem. Nawet turyści wybierający się do tego pięknego miasta sięgają po przewodnik po Lwowie, który napisany został przez Włodka wspólnie z Adamem Kulewskim (Wydawnictwo Rewasz). Od wielu lat Przemysław Włodek zbierał informacje na temat mieszkańców Lwowa, tych żyjących tam przed ekspatriacją. Jeździł po Polsce, spotykając się z Lwowiakami, rekonstruował dawny Lwów ulica po ulicy, kamienica po kamienicy, mieszkanie po mieszkaniu. Badacz dojrzał już do tego, by opublikować zebrane materiały. W pierwotnym zamyśle, miał to być opasły tom liczący około 1500 stron! Jednak wciąż napływające nowe informacje i koszty związane z drukiem, spowodowały że autor postanowił udostępnić zebrane materiały w 18. tomach. Dotychczas ukazały się trzy: t. 1 – Lwów. Stare Miasto, t. 2 – Lwów. Wokół Starego Miasta, t. 18 – Lwów. Wysoki Zamek. Odrzucając względy ekonomiczne całego przedsięwzięcia, wydawanie książki w wielu odrębnych częściach spowoduje napływ nowych materiałów i pozwoli na zweryfikowanie opublikowanych wiadomości. Trzeba wziąć pod uwagę fakt, że autor w dużej mierze opiera się na pamięci ludzkiej, która bywa przecież zawodna. Wprawdzie zebrał informacje pochodzące zazwyczaj od osób, które w chwili wypędzenia ze Lwowa były już świadomymi młodymi ludźmi, to dzisiaj są to osoby w wieku ponad 70. lat! Drugim źródłem, na którym opiera się Włodek, to wspomnienia i przekazy opublikowane w różnych źródłach. W dotychczas wydanych tomach autor nie podaje jednak źródeł publikowanych, nie zaopatruje też swej publikacji w indeks nazwisk – zarówno informatorów, jak osób wzmiankowanych w opowieściach (tu wskazane byłoby zróżnicowanie i wyróżnienie w indeksie osób-informatorów). Mam nadzieję, że po opublikowaniu całości, otrzymamy tom 19., który będzie zawierał bibliografię i indeks nazwisk. Podsumowując pracę Włodka, można stwierdzić, że na stronach jego książek dokonuje się rzecz niemożliwa – jakby wirtualne (choć w papierowej oprawie) ożywienie nieistniejącego Lwowa! Oczywiście nie ma takiej możliwości, by w pełnej krasie zaprezentował się Lwów – historyczny, prawdziwy Lwów – na kartach książek Włodka. Jesteśmy jednak świadkami powstawania wielkiej księgi pamięci Lwowa! Będzie to dla badaczy dziejów tego miasta i kresowych pasjonatów bardzo ważna pozycja bibliograficzna, po znanych już książkach Agnieszki Biedrzyckiej „Kalendarium Lwowa 1918-1939” i „Kronika 2350 dni wojny i okupacji Lwowa” Grzegorza Mazura, Jerzego Skwary i Jerzego Węgierskiego. Nie chciałbym tak do końca wychwalać Przemysława Włodka, w myśl zasady: nie chwal słońca przed zachodem. Jednak już teraz polecam i zachęcam do kupna i lektury książek Przemysława Włodka (można je zamawiać internetowo pod adresem autora: pwlod@interia.pl). Czekamy na następne tomy!

Janusz M. Paluch

A very polish secret / A może tego nie wolno mówić…

The polish secret

Od września ponownie zapraszam Państwa do uczestnictwa w spotkaniach w ramach Filmowego Klubu Historycznego. Nowy sezon rozpoczniemy filmem dokumentalnym pt.: „A very polish secret / A może tego nie wolno mówić…”, w reżyserii Jacka Petryckiego.

Film dokumentalny opowiada o 600 mieszkańcach Suwalszczyzny zamordowanych przez komunistów  latem  1945 roku.  Armia Czerwona, NKWD,  specjalne oddziały „smiersz” przy współpracy funkcjonariuszy UB, Ludowego Wojska Polskiego oraz KBW przeprowadziły akcję zbrojną, która przeszła do historii jako obława augustowska. Jej celem miała być eliminacja podziemia niepodległościowego i pacyfikacja miejscowej ludności, która sprzyjała polskim partyzantom. Swoim zasięgiem operacja obejmowała  terytorium Suwalszczyzny i częściowo Litwy. Przeczesywano wsie, osady i lasy w poszukiwaniu „wrogów”, czyli tych, którzy mogli mieć kontakt z podziemiem niepodległościowym. Aresztowano zostali wywiezieni w nieznanym kierunku i najprawdopodobniej zamordowani.  Podczas obławy miały miejsce liczne kradzieże i brutalne napady. Łupem czerwonoarmistów i ubeków padało wszystko co można było ukraść, od zwierząt do garderoby. Żołnierze radzieccy dopuszczali się morderstw i gwałtów.

Przez cały okres PRL rodziny ofiar próbowały bezskutecznie uzyskać informację na temat swoich najbliższych. W 1987 roku powstał Obywatelski Komitet Poszukiwań Mieszkańców Suwalszczyzny Zaginionych w 1945 roku. W 1988 roku Jacek Petrycki nakręcił potajemnie film dokumentalny. Autorowi udało się dotrzeć do rodzin zaginionych i wysłuchać ich opowieści. Film został wywieziony do Wielkiej Brytanii, gdzie był legalnie pokazywany. W Polsce krążył w obiegu podziemnym. W latach 90 – tych XX wieku,  śledztwo w sprawie obławy augustowskiej prowadziła prokuratura w Suwałkach, ale ze względu na brak informacji od strony rosyjskiej musiała umorzyć postępowanie. W 2001 roku śledztwo przejął IPN, który jak na razie bezskutecznie, próbuje wyjaśnić losy zamordowanych Polaków. Do tej pory nikt nie poniósł kary za przeprowadzoną w 1945 roku akcję.

(od redakcji)

 

Zapraszamy do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury 17 września 2013 r., na godz. 18.00, w ramach Filmowego Klubu Historycznego,  dzięki uprzejmości Krakowskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej zobaczymy film dokumentalny pt.: „A very polish secret / A może tego nie wolno mówić…”  (Wielka Brytania 19988, 40  min.), w reżyserii: Jacka Petryckiego.

Nafplio – dawna stolica Grecji

Historia starożytnej Grecji to w dużej mierze historia Peloponezu. Już w paleolicie pierwsi ludzie zawędrowali do jaskiń tego półwyspu, ale okres jego świetności to dopiero rozwój cywilizacji mykeńskiej i później wielkich klasycznych miast. Peloponez jest także nierozerwalnie związany z historią nowożytnej i współczesnej Grecji. Miasto Nafplio było areną walk o niepodległość i stało się pierwszą stolicą Grecji, po uzyskaniu przez nią niepodległości w 1830 roku. Dopiero kilka lat później stolicę przeniesiono do sporo mniejszych wówczas Aten.

Jednak historia Nafplio zaczyna się dużo wcześniej, już w starożytności był to jeden z ważniejszych portów regionu Argolidy. Zabytki z tych czasów eksponowane są w świetnie urządzonym Muzeum Archeologicznym, budynku dawnych magazynów portowych wzniesionych przez Wenecjan. Znaczenie starożytnego Nafplio stopniowo upadało, ważne stało się ponownie dla Bizancjum, a później dla Turcji i właśnie dla Wenecji. O tym wielowiekowym panowaniu przypomina nam najbardziej architektura miasta. Z tych czasów przetrwała górująca nad całym miastem twierdza Palamidi, z której najlepszy widok na miasto i całą zatokę jest chyba wieczorem, stąd cieszy się popularnością też po zmroku. Drugim, najbardziej widocznym śladem panowania weneckiego jest twierdza na pobliskiej wyspie Bourtzi. Chodząc uliczkami miasta napotykamy też na stare kamienice i kościoły. Przy jednym z nich dokonano zamachu na pierwszego prezydenta niepodległej Grecji, Joannisa Kapodistriasa, a niedaleko znajduje się mały kościółek, gdzie msze odprawiane są po polsku i francusku, i gdzie spotykają się mieszkający tu Polacy.

Nafplio to świetny punkt wypadowy do wielu miejsc na Peloponezie, bardzo ważnych dla starożytnej Grecji. Dosłownie kilka kilometrów na północ znajduje się Tiryns, nieco dalej Argos i Mykeny z ogromną cytadelą i słynnym grobowcem Agamemnona. Zwiedzanie starożytnych i średniowiecznych murów i ruin robi naprawdę wielkie wrażenie, dużo złotych zabytków i rzeźb trafiło jednak z Myken i innych miast do Muzeum Narodowego w Atenach. Koniecznie warto wybrać się też na nieco dalsze zwiedzanie Peloponezu, przede wszystkim do Epidauros, gdzie oprócz starożytnych świątyń i stadionu możemy zwiedzić świetnie zachowany teatr, który mógł pomieścić ok. 12 tysięcy widzów, a przedstawienia odbywają się w nim do dziś. Jeszcze dalej znajduje się pięknie położona w otoczeniu wzgórz i gór Olimpia z m.in. starożytnym sanktuarium Zeusa i stadionem, a długą drogę do miejsca starożytnych igrzysk olimpijskich rekompensuje w pełni górzysty krajobraz i urokliwe miasteczka mijane po drodze.

Wokół Nafplio sporo jest także dobrze zachowanych kościołów i cerkwi bizantyjskich, najstarsze pochodzą z XI-XII wieku. Czasem położone są po prostu wśród pól, z dala od większych miast, dlatego warto podróżując autem skręcić czasem w mniej uczęszczane drogi, żeby rozkoszować się pięknem i spokojem napotykanych kapliczek, kościołów, czy po prostu ciszą przyrody, przerywaną jedynie śpiewem cykad.

Jednak po licznych atrakcjach miło wraca się do Nafplio, jego pięknych i niezatłoczonych plaż oraz przytulnych uliczek miasteczka. Choć to dawna stolica, to mieszka tam na stałe zaledwie ok. 20 tysięcy mieszkańców, nie jest też jeszcze tłumnie odwiedzane przez turystów. Na każdym kroku w mieście można jednak poczuć specyficzną atmosferę i mieszankę różnych wpływów, które kształtowały przez wieki oblicze miasta i terenów okolicznych, ale i nieco współczesnego ducha greckiego, tak typowego dla wiosek i małych miast. Gwar restauracji i knajpek miesza się z zabytkami i kolorowymi sklepikami z pamiątkami oraz przyjemną bliskością morza. Dawne stolice mają swój nieodparty urok. Kraków coś o tym wie.

 

Radosław Palonka.

Od rozbłysku (Jadwiga Malina)

Jadwiga Malina
Od rozbłysku
Wydawnictwo „Miniatura”

Świat miał swój początek w chwili wielkiego wybuchu, potężnego rozbłysku. Swój koniec też pewnie będzie miał efektowny, choć mało ciekawy dla naszej cywilizacji. Życie każdej istoty ludzkiej trwa także od rozbłysku do rozbłysku, to jedna chwila, dla jednych dłuższa innych krótsza, o różnym natężeniu piękna. Dla wieczności właściwie bez znaczenia. Taką prawdę odkryłem w nowym tomie wierszy Jadwigi Maliny „Od rozbłysku”.

Tytułowy wiersz nasączony jest olbrzymim dramatyzmem całego pokolenia ludzi żyjących na przełomie XX i XXI wieku w przekonaniu, że coś się musi stać. Oczywiście tych żyjących świadomie, potrafiących odczytać znaki czasu pojawiające się coraz częściej wokół nas. Wojna, zagłada, koniec świata… – wieszczą wokół. Ta świadomość jest dotkliwym ciężarem, wręcz jarzmem, jakiego autorka chciałaby się pozbyć, choć na chwilę: (…) daj mi jeszcze kilka lat // ale zabierz wszystkie głosy // niech się wkrzyczą w dal wichury // kołtkami zdań – mówi w tytułowym wierszu „Rozbłysk”. Jadwiga Malina ma jednak świadomość, iż jest przecież niemożliwością życie w błogiej nieświadomości, bo kolejny – a może ostateczny – rozbłysk jest tuż tuż, i jakby nie pozwalał skończyć już tego wiersza. Wszak: (…) dziś akuszerka // stu raf // stu promieni // jutro z grabarzem łubinem // otoczę sobą cień (z wiersza „Czas niezdążenia”). I ta świadomość przemijania, świadomość nieuchronnego końca dominuje w tym tomie. Ale nie tylko – wydaje się, iż w swej twórczości poetka żyje z kompleksem przemijania. Choć dla niej: (…) przemijanie to pestka // wobec nieznanego // hen tam za siódmą rzeką // za stumilowym lasem // czeka nas odpowiedź // albo sto zagadek (wiersz „Sto zagadek”).

Autorka sama przyznaje, że jej Mistrzem jest Leopold Staff, którego uczyła się przez pryzmat twórczości Tadeusza Różewicza. Tego ostatniego natomiast ceni znacznie wyżej niż Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta. W jej przypadku znamienne jest to, że między tomem „Szukam ciemna” i „Zanim” było aż jedenaście lat przerwy! Świadome porzucenie poezji, odsunięcie się od literackiego świata. I powrót. Tym razem już raczej nieodwracalny, bo świadomy. Jak sama twierdzi, jej twórczość jest jak pisanie jednego wiersza. Może dlatego, tom „Od rozbłysku” momentami wydaje się taki niepoukładany, ale kiedy spoglądamy na jego porządek ponownie, wszystkie wątpliwości nikną. Każdy wiersz jest tak intrygujący i zawiera tak mocny ładunek emocji, że rzeczywiście lektura książki stawia każdego na nogi, by oddać hołd poezji Jadwigi Maliny

Janusz M. Paluch

 

Na spotkanie z autorką zapraszamy 26 września o godz. 18.00 do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury

Dariusz Łanocha – Zappa to jest Sacrum

Nie wystarczył miesiąc, by potwierdziły się moje przepowiednie z poprzedniego felietonu o tym, że Kraków muzycznie rośnie w siłę. I choć dla innych wydaje się być miastem wciąż wiernym tradycji, to przecież każdą tradycję można zmienić. Tak też się stało i w tym roku dzięki Festiwalowi Sacrum Profanum. Jakiś czas temu pisałem o tym przedsięwzięciu, jako o naprawdę skutecznym pomyśle, który ma celu przybliżenie muzyki klasycznej muzyce rockowej. W konsekwencji tego nietuzinkowego połączenia gatunków, powstaje mieszanina orkiestrowego patosu z piękną melodią. Dzięki niej możemy postawić na scenie obok siebie Sebastiana Bacha i sir Paula Mc. Cartneya. Pierwszy, miałby w moich marzeniach, stać na straży muzycznej tradycji, drugi byłby zapowiedzią jej pięknej odmiany.

Niestety, takie oryginalne zestawienie Wielkich Twórców, może okazać się nieosiągalną wizją. Na szczęście od prawie dekady jesteśmy świadkami urzeczywistniania jej na Festiwalu „Sacrum Profanum”, współfinansowanym i organizowanym przez Gminę Kraków. Pierwotny pomysł tego przedsięwzięcia opierał się na zestawieniu muzyki poważnej z XIX i XX wieku. Jednak, ku radości wszystkich, weszliśmy w tym czasie w XXI wiek, i okazało się, że wszelkim kanonom, dotychczas obowiązującym, można muzycznie się sprzeciwić. I lepiej, i atrakcyjniej! Dla starszych, i dla młodych. Doskonałym przykładem takiej muzycznej mozaiki gatunków był choćby wspólny występ Krzysztofa Pendereckiego z liderem Radiohead, Jonny Greenwoodem. Dzięki widowisku, które miało miejsce w 2011 roku, w hali Ocynowni ArcelorMittaj Poland, obaj muzycy zaprzyjaźnili się na tyle, by wspólnie pojawić się na największej rockowej scenie Europy, czyli u Jurka Owsiaka.

Piszę o tej historii, by młodszym fanom ujawnić, że niekwestionowanym bohaterem tegorocznego „Sacrum Profanum” był Frank Zappa. Nieżyjący od 20 lat muzyk jest jednym z najwybitniejszych herosów rocka. Podejrzewam, że nie znają Go artyści zespołu „Weekend” ani Doda. Wiem natomiast, że muzycy Led Zeppelin, The Beatles, Deep Purple i U-2 składają mu hołdy absolutne. Jest tak, gdyż Frank Zappa, jako jeden z pierwszych pojął, że atrakcyjność muzyki nie musi być usztywniona wymaganiami wielkich koncernów płytowych. Zappa tworzył i sprzedawał swoją muzykę, w której był i rock, i blues, i folk, i muzyka poważna, i jazz, a nawet wczesny rap. Dzięki temu w jego twórczości każdy może usłyszeć coś dla siebie. Fantastycznie więc się stało, że młodzi organizatorzy tegorocznego „Sacrum Profanum” zdecydowali się upamiętnić właśnie jego postać. Dzięki temu wyborowi, swój kunszt udowodnili także muzycy orkiestry Ensenble Modern, którzy „na warsztat” wzięli najpopularniejsze utwory artysty. Pokazali tym samym idee, przyświecające Zappie na przestrzeni lat – oryginalność, szczerość, jak również chęć połączenia ze sobą wszelkich gatunków muzyki. Myślę, że efekt tego zabiegu zachwycił niejednego słuchacza.

O krakowski festiwal pytałem wielu znajomych zajmujących się muzyką na co dzień. Wszyscy reagowali podobnie – wiedzieli, że był u nas w Hali Ocynowni „Kraftwerk”, wiedzieli także, że grał tu skandynawski Sigur Ross, że grało tu wiele innych legend jazzu, bluesa, rocka, a nawet tak dalekiej mi muzyki poważnej. Wiedzieli, że w Krakowie muzycznie dobrze się dzieje. I tak trzymać!

 

Dariusz Łanocha

Grupa Każdy prezentuje…

Za oknem już jesień, chłód i deszcz skłaniają do częstszej lektury w domowym zaciszu lub kawiarnianym cieple. Eligiusz Dymowski dzieli się z czytelnikiem głębokimi bezcennymi myślami na temat życia i wiary, Maryla Kantor zabiera nas w miododajną przeszłość, natomiast Justyna Trembecka w klasycznym stylu ukazuje siłę papieru. Papieru, który cierpliwie i bez narzekań służy od wieków poetom i pisarzom.

Aneta Kielan-Pietrzyk

Eligiusz Dymowski

Wizja Hioba

 

zdejmij łuski z oczu

światło nie poraża

ślepca

 

ogień i woda

w ramionach wieczności

nie tracą na sile

 

a żadna próba

nie trwa dłużej

niż życie

 

bądź jeszcze tylko

silniejszym

od siebie

Maryla Kantor

Syn kowala

 

Nie ma już kuźni na skrzyżowaniu dróg małego miasteczka

Jest nowy dom, inni ludzie, inny świat.

Stuletnie lipy rzucające miododajny  cień

Pamiętają jeszcze odgłosy uderzeń młota

W rozgrzane do czerwoności żelazo.

Pamiętają czas, kiedy przy akompaniamencie pszczół

Powstawały podkowy na szczęście.

 

Syn kowala nosił koszule ze srebrnymi spinkami

I jedwabną chusteczkę

W butonierce szytego na miarę garnituru.

 

Syn kowala był wyjątkowy.

To był mój ojciec.

Justyna Trembecka

Milczeniem drzew

 

Papier jest cierpliwy.

Nie dziwi go wcale,

Gdy na białą kartkę

Troski ślesz i żale.

 

Bardzo jest cierpliwy.

Więcej! – Nie ocenia,

Ani nie przerywa…,

Niczego nie zmienia.

 

Chociaż…? –

 

W nas przemienia

Świata uwieranie

Na cierpliwsze bycie,

Łagodniejsze trwanie.

 

Balsam swojej ciszy

Aprobatę ściele

Milcząc drzew cierpieniem

Znieść umie tak wiele.

Aneta Kielan-Pietrzyk – recenzja “z gniazda twoich ramion…”

z gniazda twoich ramion… Danuta Perier-Berska

 

Danuta Perier-Berska to malarka, poetka i pisarka należąca do Związku Literatów Polskich. Zachęcam Państwa do sięgnięcia po tomik Perier-Berskiej, zatytułowany Jej skrzydła, Wiersze z lat 2000-2007. Jest to wybór poezji z czterech autorskich książek poetki oraz kilkanaście wierszy nowych, poza tomikowych. Perier-Berska jest jedną z moich ulubionych autorek. Jej teksty są krótkie i zwięzłe w formie, często utrzymane w humorystycznym stylu, zawsze z pomysłem i puentą. Emanuje z nich i w nich: miłość, erotyzm i optymizm, pomimo poruszania także tematów ostatecznych: motywu śmierci, przemijania, bólu, choroby. Perier-Berska jest malarką, dlatego też jej wyobraźnią władają kolory i kształty. Widać to na obrazach i widać to w wierszach.

 

Wieczorami przechadzam się

pośród obrazów mojej galerii.

Nikt nie wzrusza ramionami,

nic nie płoszy marzeń.

[…]

W mojej galerii

wieczorem ptaki śpiewają,

szumi las.

[…]

 

    [***wieczorami przechadzam się, frag.]

 

Jak większość artystów, Perier-Berska nie stroni od współczesności. Jednak swoją uwagę skupia głównie na samym człowieku. Nie zastanawia się nad postępem technicznym, jego wadami i zaletami, nie bada przyrody, w tej czy innej postaci. Interesuje ją człowiek, jego samotność pośród innych ludzi, to, co znajduje się w jego wnętrzu, bo przecież na zewnątrz zawsze można się upiększyć, podkolorować, odmłodzić. A co się dzieje, gdy tę maskę zdejmie? Pustka!? Starość!? Samotność!? Co zrobić by do tego nie dopuścić?

 

Zdjął maskę z twarzy,

popatrzył w lustro,

 

a w lustrze pusto.

 

    [Zdziwienie]

 

W mieszkaniu naprzeciwko

skromnie ubrana choinka

łza wspomnień

na gałązce,

stół nakryty

białym obrusem

i krzesła

znudzone czekaniem

na gości.

 

Samotna kobieta

z karpiem

  dzieli się opłatkiem.

 

    [Oczekiwanie]

 

Chirurdzy plastyczni

bez skrupułów

wyrzucają do kubła

krzywe nosy,

obwisłe biusty,

zmarszczki.

 

Tylko dłonie

naznaczył wiek.

 

    [Tylko młodość]

 

Minęła epoka

kalekich ludzi

postęp rodzi nowe:

garby rosną do wewnątrz.

 

    [Bioetyka]

 

Czy miłość jest lekarstwem na wszystko powyższe? Na pewno na wiele, nie tylko współczesnych dolegliwości, pomaga miłość. Przez pryzmat tego uczucia problemy stają się lżejsze, bo przecież dźwigamy je we dwójkę, nagość staje się piękniejsza i bardziej wartościowa, to już nie pustka, to też nie wulgaryzm. Zdecydowanie autorki piszą częściej o samej miłości i swoich emocjach, niż o mężczyznach. Z tego też powodu budzi naszą sympatię i wywołuje uśmiech przewodni wiersz z tomu „Ogolona twarz mężczyzny”:

 

a niebo

dzisiaj

jak ogolona twarz

mężczyzny

z resztkami

piany

na policzkach

i tak

błękitne

jak jego oczy

 

    [***a niebo dzisiaj]

 

    Miłość unosi, budzi ciekawość, sprawia, że czas traci znaczenie, jeden pocałunek daje rausz do wieczora. W tomiku Danuty Perier-Berskiej jest tyle miłości, że aż udziela się ona nam, czytelnikom. Nie jest zbyt refleksyjna, a już na pewno nie filozoficzna. Poezja autorki kipi radością, optymizmem i spełnieniem. Możemy pozazdrościć jej tylko tak pięknych uczuć i optymistycznego podejścia do życia. Jest to książka zarówno dla tych spełnionych w miłości, jak i dla tych jeszcze szukających. Swoim barwnym językiem i bogatą wyobraźnią Perier-Berska zapewnia niezapomnianą lekturę.

 

Zniżą się gwiazdy

usta miodem spłyną.

Wokół zalegnie cisza.

Zdejmę suknię – uwolnię pieszczoty,

Nie odróżnisz pierwszej od ostatniej.

I powędrujemy w cuda.

 

[***upodobałam sobie lwa, frag.]

układa zmysłowo głowę

uśmiecha się wybranym

uśmiechem

i milczy zachęcająco

całym ciałem

 

    [Kobiecość I]

 

świt

kropelkami rosy

spływa po aksamicie

skóry

znacząc

smukłość

sylwetki

 

nagość jest piękna

 

    [***świt]

Aneta Kielan-Pietrzyk

 

Danuta Perier-Berska Jej skrzydła Wiersze z lat 2000-2007       

Wydawnictwo Naukowe DWN, Kraków, 2008

Maja Novak – Karfanaum, czyli as killed

(fragment powieści)

przekład: Wojciech Domachowski

(…) Kamienna pustynia: długo można by o niej opowiadać. Możecie mówić o Saharze, pustyni Gobi, Atakami albo Kalahari, ale Vlasta powiedziała kiedyś: „Jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda pustynia ludzkiego serca, musisz przyjechać do Karfanaum”.

Ciągnie się kilometrami, aż po pusty horyzont. Pokryta jest kruchym kamieniem, czarnym jak pieprz. Jest tak czarna, że wydaje się granatowa. Kamienie mają różną wielkość i kształt. Jest ich takie mnóstwo, że zachodzą na siebie jak dachówki. Mają ostre krawędzie i jeśli stanie się na nie boso, można zranić stopę.

Nie zobaczysz tam pielgrzyma, konia, wojska, ani karawany. Nawet dla Camel Trophy jest za daleko. Kamienie przypominają naostrzone skorupy roztrzaskanej wazy.

Przez pustynię prowadzi droga. Na wschód. Wokół biegnie dużo mniejszych dróg, czasem bezpieczniej jest jechać właśnie nimi, bo na głównej jest pełno dziur i jadąc nią ciągle się podskakuje. Arabom nie przyjdzie do głowy, żeby wyrównać półmetrowy pagórek, który przecina droga. Zostanie, jaki był, jakim go Allach stworzył. Arabowie, kurwa…

Niebo ponad drogą stanowi bardziej interesujący element krajobrazu. Zajmuje większą część pola widzenia i wiosną gromadzą się na nim monumentalne cumulusy o złotych krawędziach. Na pustyni naprawdę widać, że niebo się zaokrągla. Jak miska. Nocą Wielki Wóz unosi się nad horyzontem, ogromny jak miasto. Gwiazdy są wielkie jak dłoń i zdaje się, że płoną. Tam, gdzie przy drodze tli się światełko cywilizacji, ludzie budują z kamieni ogrodzenia, które nie wiadomo, co właściwie ogradzają lub czyje mienie chronią. One też są czarne, kamienie nie przylegają ściśle do siebie, dlatego ogrodzenia przypominają szczerbate uzębienie albo zmurszałą czarną koronkę. Im dalej na wschód, tym bardziej przypominają koronkę. Przypadkowo rozsiane, w końcu zupełnie znikają i wszystko, co pozostaje, to tylko kamień. Kamień, którego nie zrodziła ta ziemia, bo kilka centymetrów pod czarną powierzchnią ziemia jest pomarańczowa. Pylista i miękka. Mogłyby się w niej kąpać wróble, a psy, zadowolone, przewracałyby się z boku na bok. To ten sam piasek, który biblijne trąby powietrzne gnały przez pustynię, ognisty słup, który prowadził Mojżesza.

A więc piasek jest pomarańczowy, a kamienie czarne. Bazalt. Na tej ziemi jest tak samo obcy, jak my – słoweńscy budowlańcy. Skąd się tu wziął? Ma báref, nie wiem. Niektórzy twierdzą, że jest to zastygła lawa pochodząca sprzed tysięcy lat, z erupcji podwodnego wulkanu. A więc kiedyś musiało tu być morze. Możliwe, nie mam pojęcia. Ale jedno wiem na pewno: jeśli chcecie się dowiedzieć, jak wygląda pustynia ludzkiego serca, to bazaltowa pustynia we wschodniej Jordanii jest miejscem dla was. (…)

 

Maja Novak (ur. 1960) – słoweńska pisarka, tłumaczka i publicystka, absolwentka wydziału prawa w Lublanie (1986). Autorka pięciu powieści: Izza kongresa ali Umor v teritorialnih vodah (Spoza kongresu, czyli morderstwo w wodach terytorialnych, 1993), Zarka (1994), Cimre (Współlokatorki, 1995, 2003), Karfanum ali as killed (Karfanaum, czyli as killed, 1998, 2000, 2004) i Mačja kuga (Kocia plaga, 2000); zbioru krótkich form prozatorskich Zverjad (Zwierzyna, 1998) oraz czterech książek dla dzieci i młodzieży: powieści Kufajn, Kufina in kamela Bombla ali Pravljica za Saro (Jaksuper, Jakfajna i wielbłąd Bąbel, czyli bajka dla Sary, 1995) i Vile za vsakdanjo rabo (Duszki dla codziennego użycia, 1998), zbiór krótkiej prozy Male živali iz velikih mest (Małe zwierzęta z dużych miast, 1999) oraz tomik wierszy dla dzieci Ura zoologije (Lekcja zoologii, 2003).  Nominowana do wielu prestiżowych nagród literackich (Kresnik, Večernica), w roku 1997. otrzymała nagrodę Fundacji im. F. Prešerna. Ponadto pisze teksty publicystyczne dla magazynu Global oraz felietony dla pisma Mladina. W Polsce w roku 2013 ukaże się powieść Karfanaum, czyli as killed, w tłumaczeniu Wojciecha Domachowskiego.

Alenka Jovanovska – wiersze

Alenka Jovanovski (ur. 1974) – słoweńska poetka, krytyczka, teoretyczka literatury, tłumaczka i redaktorka. Jej debiutancki tomik poetycki Hlače za Džija (Spodnie dla Dżi’ego) ukazał się w roku 2012. Autorka monografii krytyczno-literackiej Temni gen: estetsko skozi prizmo mističnega izkustva (Ciemny gen: estetyczne przez pryzmat doświadczenia mistycznego, 2001) oraz książkowych wydań tłumaczeń Cesare Pavese i Italo Calvino. Redaktorka odpowiedzialna serii Litterae Slovenicae, wydawanej przez Związek Literatów Słoweńskich, w ramach której ukazała się m.in. słoweńsko-polska antologia Šestnajst slovenskih pesnic: antologija / Szesnaście poetek słoweńskich: antologia (Lublana 2012). Autorka opublikowała w niej esej na temat współczesnej słoweńskiej poezji kobiet, mieszczący się w nurcie krytyki feministycznej.

 

Przekład wierszy: Agnieszka Będkowska-Kopczyk

Z odczytu Protestu Literatury w klubie Gromka:

polityce nie wolno zniweczyć poezji    

 

Przyszliśmy. Byliśmy tam.

Każdy ze swoim głosem i nieugiętością,

nawet ci, którzy przyszli

bez swojego głosu, tylko z nieugiętością.

Jak na rodzinnej naradzie,

gdy trzeba zadecydować o najważniejszym,

gdy milkną żale i nienawiść

i wydaje się, że jemy wspólny chleb.

 

Potem szeptaliśmy do kamieni.

Swoich, obcych, do strasznych kamieni w przełyku.

Majakowski nadepnął na gardło wiersza,

moje gardło zaciśnięto jedwabnym szalem,

jak w specjalnej technice miłosnej,

kiedy żyjesz na krawędzi, żeby przeżyć poznanie.

 

Tam topi się mój głos,

potęguje się we współbrzmieniach i akordach,

tam Tybetańczycy (wygnani w 1959)

śpiewają z wiatrem, z ogniem

od których kamienie cierpią

w zapomnieniu.

 

W toalecie klubu Gromka widać ślady dusz.

Na czerwone drzwi

wydzieliły z siebie (w akcie protestu i odwagi) wszystko,

od miłości do kamieni nerkowych.

Widok z deski klozetowej

spotyka się z widokiem z Alp.

 

Ktoś podjął nawet dialog

pisząc kredą:

Stoned Jesus.

Brak informacji, skąd

ten ktoś na haju wziął odwagę,

jak reagowało jego ciało –

nic o radykalnej radości,

nic o chwili, w której naraził kamienie,

żeby obrócić je w magmę.

Jak dokonać właściwego wyboru

 

Jak dokonać właściwego wyboru

w morzu różnic, gdzie wszystko skrzy,

wśród ludzi, których kochasz z tego czy innego powodu,

z powodu ich szpary między zębami, którą odsłania uśmiech,

z powodu zmieszania, z jakim wpatrują się w fikus, a nie w oczy,

z powodu skrajnego uporu, z jakim czekają na autobus

i wymykają się człowiekowi,

i wymykają ci się, chcąc utrzymać cię na granicy wytrzymałości,

nie pytając, czy właściwy wybór to

kwestia egoizmu, strachu czy unikania odpowiedzialności.

 

Jak dokonać właściwego wyboru pośrodku centrum handlowego,

wśród kilometrów rzeczy, z których uleciał smak,

a jednak gdzieś jest jakiś oświetlony ring,

jakieś wydarzenie dla mas,

gdzie bicie serca i abstrakcyjne wyjaśnienia

mierzą się z sobą jak najbardziej zapamiętali zapaśnicy

w fair play i bez ciosów poniżej pasa

a naoliwione mięśnie błyszczą jak mocno spracowane złudzenia,

gdy oni tańczą,

a ty kibicujesz wszystkim

choć wiesz, że jeden i tak przegra, a drugi będzie świętować,

nieśmiały naiwniak albo ten, który wymyślił teorię trzech prostych,

a jednak nierozerwalnie powiązanych ze sobą chwil życia,

których nigdy nie doświadczył.

 

I jak w końcu wybrać:

ponosząc ryzyko, o którym mówią wyłącznie farmaceuci,

bo każdy lek ma efekty uboczne,

za każdym razem cierpi jakaś mała część duszy albo ciała – ciała, o którym

w porządnych społeczeństwach się nie mówi,

więc jak wybrać, na chwilę przed północą,

to, co wybraliśmy już dawno,

w słodkiej nieświadomości,

żeby tym razem

obserwując, powtórzyć ślepy akt,

zdarzenie kruchego piękna czegoś,

co właśnie wyjrzało się spod ziemi.

Przygotowania do święta w Salò

 

Słowa oznaczają swoje antonimy:

transparentność – alarm dla organizacji przestępczych we mgle,

matka – maska faszyzmu.

 

Słownik słów odwróconych, obranych, dobranych.

Podręcznik do ogrodnictwa nakazuje:

Brzozom-ludziom odcinać pędy.

 

Język nazistów, dziwnie niekształtny, niewinny,

cyklon B, udekorowany wielkanocnym kadzidłem.

A młodzi faszyści w Salò ćwiczą walczyka.

 

Wszystko – zamienione na pomiędzy:

intermezzo, reklama, wdech:

planowane, planowe pauzy w oddechu.

 

Interfejs wbija się z lekkością w mięso.

Głowa kurczaka, krowie oko.

Ostatnia łza, zmielona na kaszę,

 

symulakr wody, którą się wstrzykuje

do wyróżnionych miejsc:

w tortellini, protezy piersi, kiełbasy:

 

język nazistów,

rozciągliwy jak stopiona guma,

nas zje.

 

A w międzyczasie młodzi faszyści

o poglądach bynajmniej nie nienawistnych.

Protestują w witrynie.

Tajemnice uczonych

 

Pasuje mi rola młodszej siostry:

tej, która się myli i jąka,

która z rozbitym kolanem

ucieka przed tym, czego potrzebuje.

 

Na moich rękach pełno piegów,

ciemnobrązowe gwiazdozbiory szukają słońca,

które stworzy pole magnetyczne

i obejmie je jak w dużej i szczęśliwej rodzinie.

 

Porankami, gdy komórki jeszcze się nie dzielą

i jeszcze nie umierają,

gdy nic nie dzieje się w połowie,

cisza jest cienką gazą: przyjemnie chłodzi.

 

Rozciągnie się, stanie się

moją skórą.

Dyscyplina jasności

wzejdzie dopiero za stulecia.

Język ojczysty

 

Jako dziecko moja mama nie mówiła językiem

swojej matki, ale językiem tych, którzy ją zabili.

Nawet śmiała się, miała nadzieję i przeżywała żałobę w języku morderców.

Wdzierali się w środku nocy, z czarnymi brodami i ostrymi nożami

przywłaszczali sobie dom.

 

Moja mama nigdy nie nazywa rzeczy ostatecznych,

boi się o nich mówić.

Nawet spodnie, tę przejściową rzecz, skroiła dla mnie

w języku mierzonym na kimś innym

(dlatego moje spodnie wydają się niedokończone:

zawsze za ciasne, za długie, źle skrojone).

 

A teraz ja, jej córka, zmuszona jestem połykać obce języki,

prać chleb na obczyźnie i obcym piec ubrania.

Żeby być czysta i syta, muszę być głodna i naga.

Żeby być naga i naga, muszę znaleźć się przy ścianie,

uderzyć w niedokończony fakt betonu.

 

Zatruty język rozszerza swoje ciche i skryte życie:

przechowuję go w okruszkach chleba, smakuję w przerwanych nitkach,

żuję dziury w materiale,

ten żylasty, szorstki wymiar, ten żywy zaczyn kurzu i wody –

 

poznam go, gdy to, co obce, całkowicie się wymiesza się ze swoim,

gdy już nie będę wiedzieć, kim jestem,

                    jeśli w ogóle kimś –

a przecież wszyscy jesteśmy spokrewnieni, tak samotni,

                nie umiemy odgrodzić się tego, co przez drzwi

wdziera się do języka –

                    i kto, jeśli ktoś w ogóle,

ma mu odebrać

                (jak ma mu odebrać)

                    noże i ślad grozy?

 

Matka, której już nie ma, otwiera wtedy język.

Liże krew i śluz, i odchody młodych;

kurczy przegrody serca i leczy wrzody,

topi mury i drzwi, i okna.

Chropawy mięsień budzi ich delikatnie:

tych, co ciągle płaczą.

i tych, od środka zamurowanych w sen.

Wiersz dla Violety Parra

 

    Y el canto de ustedes que es el mismo canto.

    Y el canto de todos que es mi proprio canto.

    (Violeta Parra)

 

Nie można już napisać intymnego wiersza.

Tylko wiersz o organach wewnętrznych przejechanego kota,

którego krew cieknie z futrzanej torby,

razem z nerkami i sercem w tłuszczowej osłonie.

 

Wiersz, którego skóra jest bardziej biała i zraniona

niż skóra z wycinkiem rakowatej tkanki na plecach.

Wiersz, który z rany wyciągnie połknięte słowa,

słowa o stępionej krawędzi, i otworzy je, żeby zaczęły oddychać.

 

Wiersz, który jest jak spotkanie tych, którzy chodzą

po krawędzi nocy i wiedzą, że strach zamieni się w uderzenie,

jeśli go odepchniesz,

i stanie się miłością, jeśli go rozerwiesz.

 

To tutaj jest prawdziwym wyborem, żadna nieświadomość

go nie usprawiedliwi, nie poprowadzi.

Mój najbardziej intymny wiersz mieszka wśród ludzi,

mój najbardziej intymny wiersz roztapia okowy rzeczy.

 

Czasem chcę go zapomnieć, czasem przejechać.

Ale nie można go przejechać, nie można zapomnieć.

Ani ptak, ani powietrze, ani krajobraz: nie jestem żadnym z nich –

podróżuję organicznie, przez żyły i łapczywie wiążę tlen,

żeby zaczerpnąć wszystkiego, co może nas rozdwoić.

 

 

Lublańska pocztówka do poezji serbskiej

 

dla any ristović

 

powiedziałaś, czekam na twoją pocztówkę poetycką.

nic nie mogę zrobić: znów stoję w miejscu.

dni długie jak litery, wymazane klawiszem.

strach przed czasownikami, potem w wierszu coś,

 

co się zamyka. supersam wczoraj, poczta dzisiaj,

automatycznie, nieodwołalnie jak mechaniczna powieka.

nie czytaj starych gazet, nie posyłaj wina, kwiatów,

życzeń do byłych mieszkań. nie działaj na oślep,

 

made in china, skończoność zaślepia.

opuść dom z przeszłości i nie zamykaj go na klucz,

nie ukradną ci go. spójrz przed siebie:

kolana, rozbite w dzieciństwie, teraz są zszyte,

 

uśmiechnięta rzeka w wieczornym słońcu

jest nieustanna, żywa, wolna od krost.

i jasność, i prawybuch, od tego wszystko się zaczyna:

strach po trzydziestych piątych urodzinach, jeśli mieszkasz

 

w ścianach, wędrówki od Štepanjca do Fužin,

to, że teraz karmię kaczki i niebo.

mam suchy chleb, w piersiach spokojny błękit,

programów literacko-kapitałowych mało.

 

wichrów rozszalałych domostwa, utajone w lublanie,

stoją na początku, a na końcu ps.:

pójść dalej, głębiej, w pustkę –

do wszystkiego, co będzie dla nich zaczepką.

W galerii narodu

 

Wszystko kręci się wokół wymazywania ciał.

Błędy szerzą błędy, choroby, niewidoczne

tragedie, wszystko kręci się wokół utajonych działań –

 

Ivana Kobilca maluje obraz Rosy Pfäffinger,

Paryż jasnych pociągnięć i błękitnych oczu,

wiosenne słońce, ulewa światła i monet.

A potem – ulewa pigmentu,

 

krwi. Rosa usycha, z opuszczoną głową.

Kolory rozlewają się w dyniach i różach,

straganiarka ilustruje szczodrą jesień. Czas

w tle maluje dalej: z ciemności wyłania się

 

oderwana ręka. Nikt nie ma śmiałości kupić tamtych

płodów i tamtych kwiatów: rosa pristina stat nuda.

Zbyt nagie kwitną imiona,

ze zbyt nagimi palcami. –

 

(Osiemdziesiąt lat później wszystko się powtórzy.

Pociągnięcie malarza zmieni 25.600 ciał

w imiona, zmienia je w suche rośliny, potem wyrwie je.

Rosa pristina stat nomine.

 

Kwietniowe ulewy łamią

tulipany przed pałacem władzy.

Nierozkwitłe, niespłacone,

imiona mają przytwierdzone do ziemi

 

– czekają.)

Ubranie awaryjne

 

Niebezpiecznie jest czytać poezję, wiatr odrywa cię jak białe kosmyki

z akacji, potem szukasz się w powietrzu. Widzialna forma pyłu.

Przypominam sobie scenę z Andrieja Rublowa, w której uczeń

malarza myje szczotki w potoku. Pędzle zostawiają mleczne smugi

w wodzie, zwinne jak ryby. Długo je musi czyścić,

musi być cierpliwy, tylko tak da się je wymyć. Nie widać, gdy

przebija go strzała. Nagle inne smugi

zmian, może wybiera inny pędzel, palcem

chce wyczuć pstrąga.

Niebezpiecznie jest czytać poezję. Jest tyle przestrzeni,

tyle przestrzeni, którą zajmują i opuszczają

myśli, słowa, ciała. I kolory, i kosmyki akacji.

Tyle waty, którą odrywa wiatr, tyle nagości

pod nią.

Zawsze chciałam żyć, mieć białe włosy

i brązową opaskę, która przypina je do ciała i pilnuje,

żeby nie rozwiały się za bardzo. Widzę siebie, siedzę na progu domu –

jak te czarne staruszki na południu, skąd przygnało ojca.

Mam tylko jedno ubranie, ubranie awaryjne i patrzę na pył,

jak powoli unosi się na drodze.

Moje oko może być nagie. Wszystko, co się przemieszcza,

mija mnie tylko.

tłum. Agnieszka Będkowska-Kopczyk

Sławomir Pawlak – Krakowska Książka Miesiąca Październik

Krakowska Książka Miesiąca Października
Piotr Wasilewski
Dwie dekady polskiej reklamy 1990-2010
Wyd. Agencja Wasilewski

Opasła księga Piotra Wasilewskiego pt. „Dwie dekady polskiej reklamy 199-2010” jest pierwszą w Polsce unikalną prezentacją i podsumowaniem dwudziestu lat działań branży, bez której udziału trudno sobie wyobrazić przemiany, jakim w procesie transformacji ustrojowej uległa polska gospodarka i polskie społeczeństwo. Na takie znaczenie reklamy w naszym kraju, w omawianym okresie, wielokrotnie zwraca uwagę autor tomu, współtwórca pierwszego w III RP krakowskiego festiwalu reklamowego – słynnego Crackfilmu (1991). Najnowszą publikację Wasilewskiego, zajmującego się również popularyzacją reklamy społecznej, wyróżnia ogrom skrupulatnie wyłuskanych z wielu źródeł informacji i atrakcyjna formuła ich prezentacji, charakterystyczna dla współczesnego dziennikarstwa: napisane z werwą krótkie teksty wsparte odpowiednią ilustracją. Te zaś są kolejną zaletą książki, w której Wasilewski umieścił wybór najlepszych projektów dwudziestolecia – ponad sześćset perełek sztuki reklamowej, w większości nagrodzonych w kraju i zagranicą, potwierdzających jednocześnie talenty kreacyjne rodaków w trudnej sztuce perswazji.
Począwszy od kampanii promowanej jeszcze w mediach tradycyjnych, niezapomnianej „Ociec prać?”, rozpoczynającej pierwszą dekadę, a skończywszy na interaktywnej akcji na Facebooku „Kumpel z przeszłości – 1944 live”, zapowiadającej nadchodzącą z końcem drugiej dekady rewolucyjną przemianę w komunikacji nie tylko reklamowej.
W omawianej książce zostało zestawionych mnóstwo mało znanych faktów i niepowtarzalnych szczegółów, w tym wykraczających poza środowisko reklamowe, stanowiących kontekst dla opisywanych wydarzeń. Kronikę dwudziestolecia uzupełniają kompetentne komentarze twórców polskiej reklamy. To jeszcze jeden walor pozycji „Dwie dekady polskiej reklamy 1990-2010”, gdyż jej autorowi udało się namówić kilkudziesięciu, zwykle mocno zapracowanych, liderów branży reklamowej do samodzielnego spisania własnych refleksji i ocen. Tego rodzaju wspomnienia są bezcenne, przybliżają nie tylko poglądy uczestników wydarzeń, ale też oddają osobiste przeżycia i emocje ludzi, którzy kształtowali oblicze fenomenu na taką skalę wcześniej w Polsce nieznanego.
Dzięki pracowitości Wasilewskiego reklama w III Rzeczypospolitej doczekała się opracowania, jakiego mogą jej pozazdrościć inne dziedziny rodzimej gospodarki i kultury, dotąd w większości tak wielostronnie nieopisane. Książka stanowi – zdaniem jej autora –
„z jednej strony nostalgiczną wycieczką w czas miniony, z drugiej pouczającą podróż adresowaną nie tylko do osób zainteresowanych reklamą”. Gorąco do takiej eskapady zachęcam, zwłaszcza ludzi młodych, godzinami wędrujących po Internecie w poszukiwaniu wartościowych treści, które Piotr Wasilewski zebrał w jednym miejscu.

Sławomir Pawlak

Na spotkanie z autorem zapraszamy 7 października o godz. 18.00 do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury

Marek Mirosławski – Ikona humoru polskiego Kościoła

Na rynku ukazała się właśnie książka „Z pastorałem i humorem”. Stanowi ona zbiór pogodnych anegdot i historyjek z życia śp. Biskupa Albina Małysiaka – długoletniego biskupa pomocniczego archidiecezji krakowskiej, Sprawiedliwego wśród Narodów Świata, Honorowego Obywatela Miasta Krakowa.

Śródmiejski Ośrodek Kultury 2 marca 2013 r. zorganizował wieczór pt. „Piękne było moje życie, czyli wspomnienie o Biskupie Albinie Małysiaku, Honorowym Obywatelu Miasta Krakowa”. Inicjatywa spotkała się z dużym odzewem osób, którym pamięć o zmarłym Hierarsze jest szczególnie bliska. W trakcie tego wieczoru prezentowano już fragmenty książki „Z pastorałem i humorem”, która ukazała się nakładem krakowskiego wydawnictwa PETRUS.

Postać biskupa Albina Małysiaka była wielokrotnie prezentowana na łamach „Lamelli”. Ostatnią okazją do jej przypomnienia stała się pierwsza prezentacja publikacji, która miała miejsce 27 czerwca br. w sanktuarium Bożego Miłosierdzia w krakowskich Łagiewnikach. Była ona połączona z wystawą pamiątek po zmarłym Biskupie, a także z pokazem filmu zrealizowanego przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w koprodukcji z TVP Kraków pt. „Z wiarą na głęboką wodę”. Zaproszeni goście, duchowni, rodzina ks. Biskupa oraz wielu krakowian z uśmiechem wspominało postać Człowieka, który prezentował radosne, optymistyczne chrześcijaństwo, a jednocześnie potrafił mieć dystans do samego siebie. Nazywany ikoną humoru polskiego Kościoła Biskup, który chyba jako jedyny swoimi anegdotami potrafił rozśmieszyć Jana Pawła II do łez, po raz kolejny ukazał nam swoje oblicze poprzez książkę, która udowadnia, że bycie biskupem nie oznacza wcale, że przestaje się być zwykłym człowiekiem, a wręcz przeciwnie – taka funkcja to kolejny dobry sposób na radosne wypełnianie życiowej misji. Dla śp. bpa Albina Małysiaka było nią głoszenie Ewangelii. A dla nas? Niech każdy tę misję życiową rozpozna i odważnie i z radością wypełnia!

 

Marek Mirosławski

Sekretarz śp. Biskupa Albina Małysiaka

Zachęcając naszych Czytelników do sięgnięcia po książkę Marka Mirosławskiego „Z pastorałem i humorem” prezentujemy poniżej dwie wybrane anegdoty:

Na rowerze

 

Ks. Albin, najpierw jako dziekan, później już po święceniach biskupich, często odwiedzał ks. Janusza Bielańskiego, który był wówczas proboszczem w Mydlnikach na peryferiach Krakowa i tam budował kościół. Jak przyjeżdżał do Mydlnik, to najczęściej… na rowerze, a ubrany był w spodnie typu pumpy. Ludzie to widzieli i mówili: Patrzcie – biskup na rowerze jedzie! Ale co najlepsze – jak jechał na tym rowerze, to żeby mu włosy (miał długie zakręcone) nie spadły na oczy, to piuska je podtrzymywała. Biskupia piuska! Jechał w sutannie i w tej piusce, a jak zajechał na plebanię mydlnicką, to spocony wpadał i mówił: „Janusz, daj mi zaraz kwaśnego mleka!”. Napił się, porozmawiał i wychodził do ludzi. Nie trzeba było kwiatków, nie trzeba było robić bram wjazdowych.

Europa wymiera!

 

Jeden z jego najbardziej znanych lapsusów kaznodziejskich miał miejsce w 2002 r. w bazylice Mariackiej podczas obchodów Dnia Świętości Życia. Biskup Albin wygłaszał kazanie, w którym kreślił dramatyczną wizję cywilizacji śmierci, jaka zaczyna zaglądać do Europy. Brak poszanowania dla życia widać doskonale na przykład w statystykach parafialnych, gdzie dominuje przewaga pogrzebów nad chrztami. W końcu z ust Biskupa pada konkluzja: „Przecież Europa wymiera! Musimy się wszyscy brać do roboty!” Na to siedzące w pierwszych rzędach zakonnice popatrzyły po sobie z konsternacją. Dostojny kaznodzieja jednak po chwili uzupełnia: „Mam na myśli modlitwę oczywiście”. Tym razem z kolei na twarzach obecnych małżonków odmalowało się lekkie zakłopotanie…

Marek Mariusz TYTKO – Amerykański ksiądz-poeta w krakowskim PSALM-ie

W niedzielny wieczór 23 czerwca 2013 r. miało miejsce w Krakowie niezwykłe wydarzenie literackie. Na zaproszenie dra Marka Mariusza Tytko (UJ) do krakowskiego Podziemnego Salonu Artystyczno-Literacko-Muzycznego (w skrócie-akronimie:  PSALM) przybył z USA ks. prof. Janusz Artur Ihnatowicz, nestor polskich poetów emigracyjnych, tłumaczy i krytyków literackich, emerytowany profesor Uniwersytetu w Houston.

Spotkanie odbyło się w sali przy parafii Matki Bożej Różańcowej na Piaskach nowych w Podgórzu Duchackim. W pierwszej części spotkania, przez około półtorej godziny autor czytał swoje wiersze wybrane z 9 tomików poetyckich. Twórca do każdego niemal przeczytanego wiersza dodawał krótki komentarz, przez co ubogacał konteksty kulturowe, charakterystyczne dla danego utworu. M. in. Czytał swoje słynne teksty Tryptyk rzymski, Tryptyk historii Bal na Antywawelu, Wigilia w Cochrane, Aviarium. Czyli o sobie samym do potomności oraz epigramaty (np. Epigramat o nadziei). Publiczność „psalmiczna”, która widziała już kilkudziesięciu twórców tu występujących, słuchała autora z USA w wielkim skupieniu,  żywo zainteresowana poezją. W drugiej części spotkania dr Marek Mariusz Tytko, zgodnie ze zwyczajem, przeprowadził wywiad z dostojnym gościem, z którego mogliśmy się dowiedzieć wielu ciekawych, nieznanych szczegółów. Janusz Artur Ihnatowicz (ur. W 1929 r. w Wilnie) opowiadał o sobie, o dramatycznych momentach w swoim życiu. Podczas okupacji mieszkał z matką w Częstochowie, gdzie uczestniczył w tajnych kompletach. Po II wojnie na wezwanie swego ojca – podpułkownika  Stanisława Ihnatowicza, żołnierza Armii Andersa, pozostawającego w Anglii, uciekł wraz z matką przez zieloną granicę (barką ze Szczecina po Odrze) do Berlina, skąd nielegalnie przez Meklemburg przedostał się do brytyjskiej strefy okupacyjnej Niemiec i przez Holandię do Anglii. Tam ukończył polską i angielską maturę (1948), następnie studiował filozofię w Uniwersytecie w Dublinie w Irlandii, który ukończył z tytułem bakałarza. Wyjechał do Kanady, skąd w 1958 r. wrócił do Polski, tu ukończył Wyższe Seminarium Duchowne w Kielcach (1962). Jeszcze jako kleryk tłumaczył konspiracyjnie dokumenty słynnego ks. Biskupa Czesława Kaczmarka odkłamujące sfingowane zarzuty kierowane wobec niego i jego współpracowników przez władze komunistyczne w latach 50. Stąd ks. Ihnatowiczowi komunistyczne służby przez dwa lata odmawiały paszportu (1964-1966) na wyjazd na studia do Rzymu. Ostatecznie MSW zgodziła się na paszport. Ks. Janusz znalazł się jednak nie w Rzymie, ale w Kanadzie, gdzie w Ottawie ukończył licencjat  typu rzymskiego (wyższy stopień niż magisterium) z teologii. W 1969 r. wyjechał do USA, gdzie został profesorem bazyliańskiego Uniwersytetu św. Tomasza z Akwinu w Houston i gdzie do dziś dnia mieszka (od 1997r. już jako profesor emerytowany). Ksiądz profesor żywo i barwnie opowiadał o poezji, perypetiach z cenzurą w PRL, która permanentnie skreślała jego nazwisko jako członka londyńskiej grupy „Kontynenty”.

Ani się obejrzeliśmy, a minęła godzina rozmowy. Wieczór zakończył się Apelem jasnogórskim i błogosławieństwem udzielonym publiczności przez ks. profesora Janusza Ihnatowicza, któremu towarzyszył ks. dr Stefan Radziszewski z Kielc, polonista i teolog, autor antologii „Poezja w sutannie”.

Zapraszamy na kolejny wieczór poetycki w niedzielę  29 IX 2013 r. o g. 19.00 do PSALMU przy Nowosądeckiej 41 na koncert poezji śpiewanej zespołu „Arete” z Poznania, który ma swoim koncie kilka udanych płyt poetycko-muzycznych. Kilku utworów poetyckich – śpiewanych przez „Arete” można posłuchać na YouTube.

 

Marek Mariusz Tytko

 

*PSALM jest projektem autorstwa dr Marka Mariusza Tytko. Miejsce pulsujące poezją działa przy parafii Matki Boskiej Różańcowej (ul. Nowosądecka 41) na Piaskach Wielkich, pod opieką proboszcza ks. Ireneusza Okarmusa (poeta, redaktor i asystent kościelny Gościa Niedzielnego). Pierwsze spotkanie odbyło się w lutym 2012 r. (dotychczas odbyło się już 22 spotkania)

Ks. prof. Janusz Artur Ihnatowicz (Houston, USA)

 

MŁODYM POETOM STARY PLEBAN

 

Kiedy, jak wy, byłem młody

też z pewnością wiedziałem

żem władcą dusz i sztuki kapłanem

o słowie jak miecz co objawia

tajemną wiedzę ludzkości skołowanej

 

lecz siedem tomów później

jak wasze niesprzedanych

zmalałem

zostawszy księdzem i dość mi

służyć nie moim słowem

i swoim milczeniem

MODLITWA WIECZORNA

 

daj mi gwiazdkę, co błyska u twego ramienia

albo nie: ciemnością mię uderz i mrokiem ocieniaj

i tak w łupinie blasku ukrytego ponieś mię

od cienia do cienia

aż się w dłoni twej w kroplę światła przemienię

Izabela Niziałek – Grzybowy zawrót głowy

Przed nami okres wakacyjny, czas na relaks i oddanie się ulubionym zajęciom. Dla wielu z nas takim zajęciem jest grzybobranie. Jedni delektują się niepowtarzalnym smakiem i aromatem potraw przygotowanych z zebranych grzybów, inni zbierają je dla samej przyjemności poszukiwania. Większość grzybiarzy uważa się za ekspertów w swojej dziedzinie, a jednak każdego roku słyszymy o tragicznych finałach grzybowych uczt.

Kiedyś zbierano grzyby jedynie dla ich walorów smakowych, gdyż panowała powszechna opinia, że nie mają żadnych wartości odżywczych. Rzeczywiście, w porównaniu z innymi produktami spożywczymi wypadają nieco blado, ale dowiedziono, że nie są zupełnie bezużyteczne dla naszego organizmu. Świeże grzyby zbudowane są głównie z wody (w około 90%), ale zawierają również białko, zbliżone budową do białka zwierzęcego, oraz niewielkie ilości węglowodanów i soli mineralnych. Najcenniejsze właściwości odżywcze i prozdrowotne grzyby zawdzięczają zawartemu w nich potasowi i witaminie B2, które pobudzają pracę jelit i wykazują działanie przeciwzapalne. Wiele gatunków grzybów zawiera również selen – cenny pierwiastek, który zwalcza wolne rodniki, odpowiedzialne za wiele chorób (w tym nowotworowych) i starzenie się organizmu oraz witaminy PP i E.

Skoro grzybowe dania są zdrowe i niewątpliwie smaczne, pozostaje nam jedynie mieć pewność, że będą również bezpieczne. Grzyby musimy zbierać z rozwagą i wyłącznie te, które znamy. Szczególną ostrożność należy zachować przy zbieraniu grzybów blaszkowatych, zwłaszcza tych młodych, gdyż wówczas trudniej o rozpoznanie gatunku – nawet doświadczeni grzybiarze mogą mieć z tym problem.

Objawy chorobowe występujące po spożyciu potrawy grzybowej to niekoniecznie od razu zatrucie. Czasami jest to zwykła niestrawność, która występuje najczęściej u osób z upośledzoną czynnością przewodu pokarmowego, dla których sam fakt spożycia grzybów (nawet tych jadalnych) jest błędem dietetycznym. Dotyczy to m.in. osób z przewlekłym nieżytem żołądka i jelit, schorzeniami dróg żółciowych czy trzustki. Spożywanie grzybów odradza się także dzieciom i osobom starszym. Objawy chorobowe mogą być także spowodowane nieprzestrzeganiem wymogów higienicznych albo zbyt długim przechowywaniem produktu, często w nieodpowiednich warunkach (np. w torebkach foliowych). Tego typu dolegliwości, poza ich uciążliwością, nie wiążą się zwykle z żadnymi konsekwencjami dla zdrowia. Sprawa jest znacznie poważniejsza, jeśli mamy do czynienia z zaburzeniami przewodu pokarmowego wywołanymi toksynami grzybów – wówczas mówimy już o zatruciu grzybami.

Zatrucie toksynami grzybów może dotyczyć nie tylko przewodu pokarmowego, ale stanowić zagrożenie również dla innych narządów, głównie wątroby, nerek, układu nerwowego i mózgu. Klasyczne objawy zatrucia grzybami to: bóle brzucha, nudności, wymioty i biegunka, chociaż nie muszą występować wszystkie jednocześnie i z jednakowym nasileniem. Powszechnie przyjęty podział mówi o zatruciach grzybami o krótkim (do 5 godzin) i długim (powyżej 6 godzin od zjedzenia) okresie utajenia. Czas ma tu kluczowe znaczenie, dlatego zatrucia grzybami z opóźnionymi objawami są znacznie bardziej niebezpieczne dla zdrowia i często stanowią zagrożenie życia chorego. Grzybem o bardzo złej sławie jest muchomor sromotnikowy, po spożyciu którego objawy zatrucia mogą się pojawić w czasie od 8 nawet do 24 godzin! Objawy są podobne jak przy zatruciu innymi grzybami, ale bardziej podstępne, gdyż często mogą ustąpić (samoistnie bądź np. po podaniu węgla leczniczego czy innych leków), co sugeruje wyleczenie, a w tym czasie ma miejsce kolejna faza zatrucia toksynami, w której dochodzi do uszkodzenia wątroby. Pojawienie się osłabienia, żółtaczki, wylewów podskórnych, krwotoków, zaburzeń świadomości, obrzęków czy nawet śpiączki to efekty spożycia muchomora sromotnikowego. Szczyt objawów klinicznych uszkodzenia wątroby przypada na 4-5 dobę od spożycia grzybów. Należy zrobić wszystko, aby zdążyć uratować chorego zanim one się pojawią.

Osobom, u których wystąpiły objawy zatrucia podajemy przegotowaną i osoloną wodę – należy wywołać wymioty, a następnie niezwłocznie skontaktować się z lekarzem. Dobrze jeśli zachowamy resztki spożytego posiłku, wówczas łatwiej będzie ustalić rodzaj zjedzonego grzyba i dostosować leczenie. Chorym nie powinno się podawać mleka ani węgla, gdyż utrudni to jedynie postawienie diagnozy, a działania toksyn i tak nie zneutralizuje.

Czy zatem zbierać grzyby? Oczywiście tak, ale z rozwagą, a jeśli chcemy czuć się całkowicie bezpieczni, to musimy zadowolić się…pieczarkami z pobliskiego warzywniaka. Mimo wszystko życzę udanego grzybobrania i przyjemnego wypoczynku wakacyjnego.

Izabela Niziałek

Aneta Kielan-Pietrzyk – Małgorzata Bielakowska Jestem fizycznością…

Małgorzata Bielakowska jest animatorką kultury, poetką, aktorką teatralną. Wrażliwa na słowa – pisze wiersze, bierze udział w tworzeniu sztuk teatralnych – co widoczne jest także w poezji poprzez nadawanie ról bohaterom tekstów [Miłość to czy oddanie]. Impresje są debiutanckim tomikiem Bielakowskiej. W wierszach jawi się nam autorka-realistka, szczera aż do bólu. Są w nich smutek i żal, rozczarowanie życiem, rozczarowanie drugim człowiekiem, choroba, strach i ból. Treść daje zaskakujące zestawienie z kolorową okładką tomiku i tytułem, który w pierwszym momencie kojarzy się z krótkimi, radosnymi wierszami-miniaturami. Tymczasem impresje Bielakowskiej wcale nie są takie lekkie i radosne. Można je opisać jako chwilowe, ulotne, czasem owszem piękne, a czasem wręcz przeciwnie, są szybkim i wnikliwym spostrzeżeniem zła lub nieszczęścia.

 

Jestem fizycznością

Czy złudzeniem

Brak światła

Odbicie w lustrze

Nakłania do sprawdzenia

Terminu przepustki

Wyjścia na jaw

 

[***jestem fizycznością]

 

Każdy człowiek ma swoją własną fizyczność. Trzeba dbać o nią, zarówno od środka jak i od zewnątrz, aby być, aby się podobać. W wierszu Loki Bielakowska opowiada historię pewnej dziewczynki. Historię prostą i tragiczną. Jak większość ludzkich historii, w których czas potrafi działać na niekorzyść ludzi. U Bielakowskiej: czas – egoista. Wiele jednak zależy od podejścia człowieka do życia i świata. Czy symboliczną szklankę z wodą zobaczy jak szklankę w połowie napełnioną, czy w połowie pustą. Sytuacja identyczna, ale dwa różne odbiory. W poezji reakcja czytelnika jest bardzo istotna, świadczy o wartości wiersza.

 

Dziewczynka z ciekawością

Patrzy w przyszłość

Z nadzieją – błękitu

 

[…]

 

Włosy zmieniły kolor

Naturę skrócono

Loki wyrzucono na śmietnik

 

Miłość stała się

Obojętnością

 

Pozostał żal

 

        [Loki, frag.]

 

    Podobnie wygląda sytuacja między ludźmi. Liczą się nie tylko intencje, ale i skutki tych intencji. Zgodnie z powiedzeniem, gdzie dwoje ludzi, tam już tłum, kompromis odgrywa w życiu bardzo dużą rolę. Bielakowska jest znakomitą obserwatorką i rejestratorką ludzkich relacji i emocji, często zapewne także ich uczestniczką.

 

dziesiątki

lat istnienia

w wiecznej

kłótni interesów

On

ma spełnienie

potrzeb

zawsze

chłopskie jadło

Ona

puste łoże

 

        [Interesowność]

 

Czy on jeszcze cokolwiek

Dostrzega oprócz

 

Pełnego talerza

 

        [Przeistoczenie, frag.]

    Bielakowska jako kobieta widzi przede wszystkim krzywdy i niesprawiedliwość życia wobec kobiet. Kobieta jest czymś pięknym i potrzebnym. To kobieta rodzi, kobieta dba o dom i rodzinę, jako żona jest obowiązkowa, jako matka – czuła, zawsze w pogotowiu. [Kobieta o północy]. Często natomiast niedoceniana, na co autorka się nie godzi. Z tego powodu stawia pytania, oczekując odpowiedzi od czytelników. Bielakowska potrafi zatrzymać czytelnika na dłuższą chwilę, na przykład w wierszu Równanie, w którym równaniem z wielką niewiadomą może być zarówno życie, jak i śmierć. To naturalne zjawiska, jedno bez drugiego nie może istnieć, ale oba przypadki są niewiadomą, tajemnicą, zaskoczeniem, niezależne od tego w co lub w kogo wierzymy. Małgorzata Bielakowska często w swoich wierszach zwraca się do Boga: dzięki ci Boże / że mogę płakać…; na każdy dzień Bóg / daje poczuć smak chleba; co jeszcze mam / utracić PANIE… .

 

On – Zatańczymy

Ona – Nie wiem

Czy dorównam

Mistrzowi

On – spróbujmy

Ja poprowadzę

[…]

 

        [Taniec, frag.]

 

W wierszu Taniec autorka zastosowała podział ról, jak w sztuce teatralnej. Pojawia się nawet akcja. Krótkie zwięzłe odpowiedzi między kobietą a mężczyzną. Piękny erotyk, który porywa do tańca. U Bielakowskiej nie brakuje tematu miłości, choć jest to zwykle miłość trudna, miłość, nad którą trzeba pracować, której trzeba się uczyć.

 

Chcę nauczyć się

Ciebie na pamięć

Jak wiersza

By odtwarzać

W marzeniach

By powtarzać

Dniem i nocą

Nabierając

Powietrza by

Starczyło do

Końca strof

 

        [***chcę nauczyć się…]

 

Im ciszej tym ciebie więcej

Z wyjątkiem ciebie i mnie

Zostaje wiersz

Poza tobą i mną

Między nami mówiąc

Zostaje wiersz

Co dzieje się między

Wierszami

Pomiędzy ludźmi

Cisza

Między nami

 

        [***im ciszej tym ciebie więcej…]

 

    Małgorzata Bielakowska jest w wierszach szczera, jest realistką, która zauważa zło, czuje śmierć, dostrzega tragedię, ale daje też nadzieję, docenia piękno i wartość życia. Przemawia do czytelnika prostym językiem, ubarwionym pięknymi oryginalnymi metaforami, dzięki którym pobudza wyobraźnię i zapada w pamięć: nagrodą za dar życia / jest droga usłana cierniami / do całkowitego zaniku stóp; śmierć / zwrot zadłużenia / wyrażam zgodę / na przetworzenie / danych; godny podziwu / kunszt / posługiwania się/takim materiałem / jak ciało ludzkie; czy ten świat / przenocuje nas / do świtu

Aneta Kielan-Pietrzyk

 

Małgorzata Bielakowska Impresje           

Wyd. Małgorzata Bielakowska, K&K, Kraków 2013

Dariusz Łanocha – Wyborni weterani

Kiedy miałem lat… naście, czyli w latach 70. ubiegłego wieku, byli dla mnie starszymi Panami, którzy z gitarami i wrzaskiem grają moją muzykę. Tę najbardziej ukochaną, czyli rockową. Do głowy by mi w tamtych czasach nie przyszło, że Ci starsi Panowie,  za ponad 40 lat, będą grali prawie dokładnie tak samo, jak to czynili na przełomie lat 60. i 70. W połowie lat 80. byłem  na ich koncercie  w Norymberdze, na słynnym Zeppelinfeld. Koncert,  który w ogólnopolskim piśmie „Student”, skomentowałem w tym stylu: Starsi muzycy, po 40- tce, wszyscy z brzuszkami, ale grają z werwą młodziaków.  I dziś  tych określeń się wstydzę. Sam przebiegłem przez życiową 50-tkę i nadal czuję młodziakiem. A jeszcze poważniejszym powodem  mojego wstydu jest fakt, że moi idole w ciągu  miesięcy wydali dwie  znakomite płyty! Oni nadal grają swoje, choć dobiegają 70-tki! O kim piszę? Oczywiście, że o dwóch zespołach-gigantach, które na przełomie lat 60. i 70. wywróciły światową rockową scenę. Piszę o Deep Purple i Black Sabbath. Pierwsi, współtworzyli hard rock,  drudzy stworzyli heavy metal. Pan Bóg sprawił, że  w maju i czerwcu obie grupy wydały swoje nowe płyty. Purple „Now what”, a Black Sabbath „13”. Starsi i młodzi radiowi recenzenci znaleźli się w nie lada kłopocie. Który z albumów lepszy? Gdyż naprawdę obie płyty wychwalają pod niebiosa. Purple w Polsce są w czołówce rankingów, a Niemczech, Czechach i Rosji te rankingi wygrywają, Sabbaci pną się w górę. I będą się piąć jeszcze wyżej. Słuchając  tych płyt, cofnąłem się w czasy, kiedy miałem lat naście. Rick Rubin, bodaj najbardziej utytułowany płytowy producent na świecie, nakazał w kółko, niepokornym zawsze Ozziemu Ozbournowi i Tony Iommiemu, słuchać ich pierwszej płyty. I starsi Panowie się zgodzili. Ozzy na czas sesji przestał pić i korzystać z innych używek, a Tony nadal walczy z  raczyskiem. Obaj tak się zmobilizowali, że nagrali płytę, która dorównuje ich największym dokonaniom. Wydali płytę mroczną, z mocarnymi riffami Iommiego. Nagrali osiem wielominutowych kompozycji, które brzmią jak najbardziej klasyczny Black Sabbath. Guru naszego muzycznego prezenterstwa, Piotr Kaczkowski z radiowej „Trójki” (miał 24 lata, kiedy zaprezentował piewrszy album Black Sabbath, w 1970 roku), ocenił, że jest to płyta „fantastyczna”.  Równie dobrze „Kaczor” ocenił najnowszą produkcję  Deep Purple. „Now what” to pierwsza ich płyta od 8 lat! Także w tym przypadku, olbrzymią rolę odegrał producent Bob Ezrin (m.in. Pink Floyd, Kiss), który wykrzesał ze Starszych Panów, to co w nich najlepsze. Czyli melodię, agresję, kompozycję, ujawnienie warsztatowych możliwości. I tak powstała  dziewiętnasta  płyta  studyjna Purpli, którą ja już dzisiaj zaliczam do pierwszej „piątki” ich największych dokonań.  Nagrywali ją czasie, kiedy zmarł klawiszowiec Jon Lord, (71 lat) ich współtwórca. I jego duch jest na tej płycie wyraźnie słyszalny, czyli jego uczeń, Don Airey, gra tak jakby sobie Mistrz życzył. Wielkie nazwy, świetne płyty. Co zrobić? Przede wszystkim przeprosić weteranów rockowej sceny za to, że kiedy mieli po lat 40 nazywałem ich staruchami. Dziś, sam jestem staruchem, a oni, zbliżając się do 70-tki nadal robią swoje. Czyli  nagrywają świetne płyty. Z autentyczną rockowa pasją. Taką, jaką z pewnością wykaże 71-letni Paul Mc Cartney, na którego koncercie będę. Bo weterani są naprawdę wyborni. Jak stare wino!

 

Dariusz Łanocha

Wojciech Machowski – Na krańcu Attyki…

Z całego lądu stałego Hellady w kierunku wysp Cyklad i Morza Egejskiego najdalej wysunięty jest Sunion, przylądek ziemi attyckiej. Gdy zaś podpłyniesz pod sam przylądek, ukaże ci się port i świątynia Ateny Sunias na jego szczycie. (1.1.1)

 

Przylądek Sunion jest najbardziej na południe wysuniętym zakątkiem Attyki. Na samym szczycie, tuż nad skalistym brzegiem morza, znajdowało się niegdyś sanktuarium Posejdona, poniżej którego rozlokowała się niewielka osada otoczona potężnymi murami obronnymi. Nieco bardziej na północ, na jednym z niższych wzniesień, położone było sanktuarium dedykowane Atenie wraz z niewielkim okręgiem kultowym poświęconym herosowi Frontisowi.

To właśnie od przylądka Sunion Pauzaniasz zaczyna opis swojej wędrówki po Grecji. Co ciekawe, określa go jako miejsce, gdzie znajduje się świątynia Ateny, a nie znana nam wszystkim świątynia Posejdona. Być może przyczyną błędu Pauzaniasza był fakt, że znajdująca się tu wcześniej świątynia Ateny została w I w. n.e. rozebrana i przeniesiona na agorę ateńską. Pozostała jedynie świątynia Posejdona, której ranga w II w. n.e. nie była już tak wielka jak wcześniej, i która wydała się Pauzaniaszowi odpowiednim przybytkiem dla patronki Attyki – Ateny.

Przylądek Sunion po raz pierwszy wymieniony został w Odysei jako miejsce, gdzie od strzały Apollina zginął Frontis – sternik statku powracającego spod Troi Menelaosa – i właśnie tu został pochowany. Homer określił przylądek Sunion jako „święty”, być może dlatego, że już w jego czasach mieściło się tu sanktuarium Ateny lub Posejdona, gdzie wypływający na Morze Egejskie kupcy czy zwykli marynarze wznosili modlitwy o bezpieczny powrót lub dziękowali, gdy podróż została zakończona pomyślnie.

Okolice przylądka Sunion zostały zasiedlone ok. 3000 p.n.e., o czym świadczą odkryte przez archeologów pobliskie prehistoryczne cmentarzyska. Badania archeologiczne prowadzone w obrębie sanktuarium potwierdziły obecność kultu w tym miejscu już od VIII w. p.n.e. W pobliżu późniejszego sanktuarium Ateny natrafiono m.in. na depozyt w formie głębokiej na 15 m prostokątnej jamy, wypełnionej zabytkami datowanymi na wczesny okres archaiczny. Były to prawdopodobnie wota ofiarne złożone w świętym okręgu Frontisa. Wśród nich znaleziono m.in. terakotowe figurki i płytki, pieczęcie, skarabeusze oraz niewielkie korynckie aryballosy. Na jednej z terakotowych płytek, datowanej na VIII w. p.n.e., znajduje się namalowane przedstawienie okrętu wojennego z wyraźnie zaznaczonym sternikiem – być może właśnie Frontisem.

W początkowych latach VI w. p.n.e. w obrębie sanktuarium Posejdona ustawiono szereg posągów – marmurowych kurosów. Archeolodzy znaleźli je w jamie znajdującej się na wschód od świątyni. Jeden z nich, wysoki na ponad 3 m, znajduje się obecnie w Narodowym Muzeum Archeologicznym w Atenach.

Tekst i zdjęcia:

Wojciech Machowski

Na pokaz slajdów oraz spotkanie z autorem książki Śladami Pauzaniasza. Podróż po starożytnej Grecji, Wojciechem Machowskim zapraszamy do ŚOK-u 6 czerwca, godz. 19.00

 

 

______________________________

1Pauzaniasz (ur. Między 100 a 110  r. n.e., zm. Po 180 r. n.e.) grecki geograf autor dzieła Periegesis tes Hellados (Wędrówki po Helladzie) w 10 księgach, czyli przewodnika po Helladzie, w którym zawarł relację ze swoich licznych podróży, opisując poszczególne krainy Grecji: zabytki, lokalne kultury.

Sprzeciw jednostki…

W miesiącu czerwcu zapraszamy do Filmowego Klubu Historycznego na projekcję  filmu dokumentalnego pt.: Święty ogień, w realizacji Jarosława Mańki, Macieja Grabysa. Film opowiada o Walentym Badylaku, który dokonał samospalenia 21 marca 1980 roku na krakowskim Rynku. Dawny  żołnierz  Armii Krajowej, emerytowany piekarz przykuł się łańcuchem do studzienki na Rynku Głównym w Krakowie i dokonał samospalenia  w proteście  przeciwko przemilczeniu przez władzę komunistyczną zbrodni katyńskiej.

Autorzy filmu starają się przybliżyć postać Walentego Badylaka, odkrywając także zawiłe losy jego rodziny, w których przegląda się cały tragizm najnowszych dziejów historii Polski. Istotną częścią filmu są poruszające fotografie Stanisława Markowskiego, który znalazł się na krakowskim Rynku owego ranka i udokumentował pierwsze chwile po samospaleniu Walentego Badylaka, a także reakcje świadków zdarzenia.
Autorzy dedykują film śp. Janowi Rojkowi, jednemu z pierwszych dziennikarzy telewizyjnych, który zainteresował się historią Walentego Badylaka już na początku lat 90. XX w. Należy  też wspomnieć o krakowskim historyku i pisarzu Stanisławie M. Jankowskim, którego zasługą było ocalenie całej dokumentacji dotyczącej śmierci Walentego Badylaka.

Czyn Walentego Badylaka został upamiętniony w 1990 roku tablicą pamiątkową, którą odsłonił jego wnuk, ksiądz Wojciech Badylak.

Zapraszamy do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury 18 czerwca 2013 r., na godz. 18.00, do Filmowego Klubu Historycznego, gdzie dzięki uprzejmości Krakowskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej oraz TVP o/Kraków zobaczymy film dokumentalny pt.: ŚWIĘTY OGIEŃ, w realizacji Jarosław Mańka, Maciej Grabysa.

Izabela Niziałek – Niepokojące pajączki

Żylaki to najbardziej widoczna postać tzw. przewlekłej niewydolności żylnej. Badania epidemiologiczne dowodzą, że cierpi na nie już ponad połowa kobiet w Polsce (mężczyźni chorują rzadziej), a mimo to problem wydaje się być bagatelizowany. Nie zdajemy sobie sprawy, że już pozornie niegroźne „pajączki” mogą stanowić zapowiedź poważnych problemów z żyłami.

Każdy z nas posiada zastawki żylne, czyli delikatne płatki w żyłach, które zapobiegają cofaniu się krwi. Mechanizm powstawania żylaków ma związek z uszkodzeniem wspomnianych zastawek. We wszystkich naczyniach krwionośnych krew przepływa jednokierunkowo. W tętnicach od serca do obwodowych części ciała, a w żyłach w przeciwnym kierunku. Uszkodzenie zastawek żylnych burzy ten porządek i doprowadza do odwrócenia kierunku przepływu krwi w żyłach. Krew „zużyta”, która zawiera produkty przemiany materii zamiast płynąć do serca, przemieszcza się „pod prąd”, z większych żył do żył o mniejszym przekroju, co wywołuje ich niewydolność. Krew pozostaje w żyłach podwyższając w nich ciśnienie i rozciągając je. Wraz z upływem czasu w tych miejscach powstają żylaki. Początkowe stadium przewlekłej niewydolności żylnej może być bardzo dyskretne i stanowić jedynie miejscowy problem natury kosmetycznej. Obudźmy jednak naszą czujność i zwróćmy uwagę na takie objawy, jak: obrzęki wokół kostek występujące pod koniec dnia albo podczas długotrwałego stania czy siedzenia, poszerzenie drobnych naczyń skórnych (pękające naczynka), kurcze nóg, uczucie ciężkości i swędzenia, zmęczenie nóg, przebarwienia wokół kostek.

Jest wiele czynników i przyczyn niewydolności żylnej, ale najczęściej wymieniane są: predyspozycje genetyczne, wiek pacjenta (żylaki pojawiają się przeważnie od trzeciej dekady życia), płeć (zdecydowanie częściej chorują kobiety), ciąża, otyłość, przyjmowanie doustnych leków hormonalnych (antykoncepcja, hormonoterapia zastępcza), praca w pozycji stojącej lub siedzącej w unieruchomieniu, zbyt mała aktywność fizyczna, niewłaściwa dieta, zaparcia, gorące kąpiele, korzystanie z solarium, opalanie, niewłaściwe obuwie, zbyt obcisłe ubranie, uprawianie niektórych sportów wyczynowych, zakrzepica żył, urazy, zakażenia.

Powód do zaniepokojenia powinny stanowić już pierwsze oznaki – widoczne siateczki drobnych żył, czyli tzw. pajączki, a tym bardziej pojedyncze pogrubienia. Choroba rozwija się latami i często dopiero poważne problemy natury estetycznej skłaniają do wizyty u lekarza. Trzeba pamiętać, że jeśli mamy podejrzenie żylaków powinniśmy bezzwłocznie skorzystać z porady lekarza flebologa i wykonać badanie dopplerowskie żył. Pozwoli to specjaliście chorób żył i tętnic skutecznie zaradzić dolegliwościom i właściwie przygotować do dalszego postępowania, profilaktyki i leczenia. Objawy niewydolności żylnej wymagają różnicowania z innymi chorobami i tak np. obrzęki nóg mogą świadczyć o niewydolności układu krążenia lub nerek, a cierpnięcia czy mrowienia mogą mieć podłoże neurologiczne. Nie stawiajmy sami diagnozy, ale zwróćmy się do specjalisty. We wczesnej fazie przewlekłej niewydolności żylnej często wystarczy zmiana trybu życia i działania profilaktyczne.

W walce z żylakami stosuje się kilka metod leczenia, jednak jak dotąd nie opracowano jedynej, skutecznej, a te, które są stosowane polegają raczej na zwalczania objawów i nie mają wielkiego wpływu na proces rozwoju choroby. Leczenie farmakologiczne częściowo poprawia napięcie ścian żylnych oraz przeciwdziała skutkom zaburzeń w mikrokrążeniu i zastojowi limfatycznemu. Na rynku są dostępne liczne preparaty w postaci żelu, kremu czy tabletek. W wielu przypadkach zachodzi konieczność stosowania leków przeciwzakrzepowych.

Kompresjoterapia, czyli leczenie uciskowe, to najstarsza metoda leczenia przewlekłej niewydolności żylnej. Zastosowanie odpowiedniego ucisku na chorą nogę ma na celu zwiększenie prędkości przepływu krwi i zmniejszenie średnicy żył, jak również poprawę wydolności zastawek. Bardzo ważne jest, aby leczenie uciskowe zacząć stosować już na wczesnych etapach przewlekłej niewydolności żylnej, gdyż często leczenie wyłącznie farmakologiczne może nie przynieść pożądanych rezultatów. W leczeniu uciskowym zastosowanie znajdują zarówno elastyczne, jak i nieelastyczne bandaże oraz różne rodzaje pończoch, rajstop i skarpet uciskowych o różnej sile ucisku, dobieranych indywidualnie dla każdego pacjenta.

Skleroterapia to likwidacja żylaków poprzez śródnaczyniowe wstrzyknięcia chemicznych środków obkurczających. Doskonałe wyniki daje w leczeniu drobnych rozszerzeń żylnych. Niestety często jej wyniki są wyłącznie kosmetyczne i czasowe.

Leczenie operacyjne w miarę możliwości powinno być podjęte przed wystąpieniem powikłań. Zabieg sprowadza się do usunięcia zmienionych żylakowato naczyń i podwiązania niewydolnych fragmentów żył. Obecnie operacje są o wiele mniej rozległe niż kiedyś i ograniczają się do 2-3 nacięć skóry. Zabiegi wykonuje się w znieczuleniu miejscowym, a pacjent na ogół nie wymaga hospitalizacji. W szczególnie uporczywych przypadkach owrzodzeń z zadowalającymi efektami stosowane są przeszczepy skóry.

Zamiast leczyć rozwinięte już żylaki, znacznie prościej jest im zapobiegać. Dlatego warto zadbać o właściwą profilaktykę. Unikamy: długiego stania/siedzenia w jednej pozycji, zakładania nogi na nogę, wysokich temperatur (gorące kąpiele, opalanie, depilacja z użyciem gorącego wosku), zbyt obcisłych ubrań i butów na wysokich obcasach. Polecamy: odpoczynek w pozycji z lekko uniesionymi nogami, regularne ćwiczenia, walkę z nadwagą. Lato tuż-tuż, a zatem nie przesadzajmy z opalaniem i przyjrzyjmy się uważnie swoim nogom.

Izabela Niziałek

Aneta Kielan-Pietrzyk – Do-tykanie Marleny Zynger

Marlena Zynger jest poetką i animatorką kultury. Pochodzi z Warszawy. Została laureatką nagrody Złote Pióro w ramach XIII Światowych Dni Poezji UNESCO 2013. Z tej okazji powstała książka dwujęzyczna polsko-angielska „Do-tykanie”. Wiersze Zynger cechuje rym i rytm. Są one śpiewane m.in. przez Hankę Wójciak, Jagę Wrońską, czy Pascala Aubry. Są także obrazowane, m.in. przez Marka Raczkowskiego, którego jeden z rysunków znalazł się w tomiku „Do-tykanie”. Już samo to świadczy o potędze wierszy Zynger. Czym jednak ta potęga się objawia? Wiersze, zgodnie z tytułem tomiku – dotykają. Tętnią wrażliwością i kobiecością. Dla mnie są tym bliższe, ponieważ traktują o codzienności, a ich akcja dzieje się tu i teraz, czyli dla Marleny Zynger – najczęściej w Warszawie. Podstawowym tematem jest miłość, chyba najpiękniejszy temat na świecie, temat-rzeka, który jednak jest sensem życia człowieka.

 

zegar tyka

ty dotykasz mnie

 

lekko czule czas się krząta

po pokoju po zakątkach

krąży oddech ducha ciała

w rytmie gestów słów zegara

 

[…]

 

zegar tyka

serce bije

 

mimowolnie pęta szyję

stopy uda biodra dłonie

obezwładnia pragnień goniec

bezimienny i bez twarzy

echo czasu myśli marzeń

 

[…]

 

[do-tykanie, frag.]

 

Dotyk – jedno z piękniejszych doświadczeń dla człowieka. Świadczy o bliskości, miłości, przyjaźni, wrażliwości. W utworze Zynger tętni miłość między dwojgiem ludzi. Przygrywa im zegar życia. To czas umyka. Czas świadczy o wszystkim. To w czasie rozgrywa się miłość między zakochanymi.

 

miłość w Warszawskich

Łazienkach

widziałam wiele razy

 

[…]

 

czasem stoi w alejce parkowej

samotnie przy drewnianej ławce

zapatrzona w liści rozmowę

z wiewiórką i orzeszkiem

bez świerszcza

miłość ta duszę ma wieszcza

co rozmawia ze swoim

natchnieniem

a słowa ulatują w przestworza

 

        [miłość w Warszawskich Łazienkach, frag.]

 

    Kontynuując wątek miłosny, Zynger z łatwością dostrzega miłość i piękno wokół siebie, w miejscach, które dobrze zna, w których często bywa, gdzie toczy się zwykłe ludzkie życie. Uczucia towarzyszą każdemu z nas, są różnorodne, bywają bezkompromisowe, czasami wzbudzają strach. Wiersz opowiada wprawdzie o miłości, ale tak naprawdę mógłby być o każdym innym uczuciu. Podobnie dzieje się w „tarantelli”. Ten wiersz opowiada o dłoniach. Dłońmi można wszystko, można kochać, można ranić, można tworzyć i można niszczyć. U Zynger dłonie plączą się i gubią w szalonym tańcu. Miłosnym tańcu.

 

pomieszały nam się dłonie

zaskoczone zalęknione

w ciszy myśli i łaknieniu

w przerażeniu i rozterce

choć pewnością swą wiedzione

zagubiły nam się ręce

 

dołączyły krople słone

przyszły zewsząd

były wszędzie

pokłoniły się westchnieniom

wzięły ciała w wiotkie lejce

 

        [tarantella, frag.]

    W tekstach Zynger widać wrażliwość na literaturę, historię i malarstwo. Wudawałoby się, że tak prosty i powszechny temat miłości musi się w końcu znudzić, albo autorowi albo czytelnikowi. Zynger nadaje wierszom wyrazistości i barwności nawiązując do obrazów Muncha, do poezji Safony, „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza.

 

zastyga trwożnie bezwzględna

pamięć

na rodinowskiej Dantego

bramie

gdzie lustrem każdy staje się

kształt

obleczonych w paryski kamień

nagich wijących się ciał

w strukturze wizji swej tonę

Wergiliusza barki mi brak

mądrości Sofii

odwagi Safony

 

        [kuszenie Ewy, frag.]

 

Zwyczajność i codzienność dominują u Marleny Zynger, co czyni jej teksty osobistymi, ale i trafiającymi do szerokiej rzeszy odbiorców. Odważnie i szczerze pisze o koralach, które są kobiecą ozdobą, które poprawiają kobietom humor, czynią je piękniejsze i szczęśliwsze. Taki drobiazg, a tak wiele znaczy. Podobnie jest w przypadku kawy. Przerwa na kawę to chwila dla siebie. Chwila dla bliskich. Kawa to zapomnienie, to lekkość i jeden z moich ulubionych wierszy Zynger.

 

na kawę iść

pójść na kawę

włożyć barwną figlarną sukienkę

rozpuścić włosy

i z wiatrem pod rękę

na kawę iść

 

[…]

 

brązy kawy uniosę

w notatniku z bławatkiem

a rachunek zapłaci mój wiatr

 

        [z wiatrem na kawę, frag.]

 

    Autorka w większości tekstów jest optymistką. Dostrzega piękno i dobro i o tym pisze. Wskazuje odbiorcom, co ważne i na co warto zwracać uwagę. Potrafi jednak być lekko ironiczna. Podpatruje czasami także negatywne strony życia, jak w wierszu „bezsilność wobec rutyny”. Źle bowiem się dzieje, gdy zwyczajne i codzienne zajęcia przeradzają się w rutynowe, a więc wyuczone i poniekąd przymusowe, nie dające wyboru. Wtedy już nie miłość, a związek, „nie księżniczka / radości twej miarka / lecz sługa praczka / sprzątaczka kucharka”. A jeśli mowa o rodzinie, to nie zabrakło u Zynger tematu – matka. Podejście autorki do relacji matka – dziecko jest pełne wrażliwości i uczciwości.

 

[…]

 

budzi się wcześnie rano

przytula do mej skroni

z twarzyczką zatroskaną

i prosi pomóż mamo

ja nie wiem co i jak

 

uśmiechnę się i powiem

bo czeka na taką odpowiedź

 

odpowiem

 

zawsze

niezmiennie

bezwarunkowo

 

tak

 

        [matka kocha a priori, frag.]

Aneta Kielan-Pietrzyk

 

Marlena Zynger Do-tykanie Tick-touching           

Wydawnictwo Książkowe IBIS, Warszawa 2013

Janusz M. Paluch – Gdzie Słońce nie mówi dobranoc…

Wstyd się przyznać, ale daleka i zimna Północ kojarzyła mi się dotychczas przede wszystkim z książką Aliny i Czesława Centkiewiczów zatytułowaną „Odarpi syn Egigwy”. Akcja książki, do której czuję sentyment choćby dlatego, że otrzymałem ją jako nagrodę – jeszcze w szkole podstawowej – za dobre wyniki nauczania, toczy się na Grenlandii, za kołem podbiegunowym, w ekstremalnych dla nas warunkach klimatycznych. Oczywiście były też inne książki opisujące wyprawy na Biegun Północny, dramaty i tragedie podróżników prowadzących swoisty wyścig o to, kto pierwszy stanie „na czubku” kuli ziemskiej. Pamiętam też książkę Jacka Londona „Zew krwi”, akcja której toczy się na Allasce… Czy dzisiaj zdobyłyby popularność wśród młodzieży, w czasach, kiedy na Antarktydę czy Spitsbergen można udać się w grupie turystów poszukujących ekstremalnych wrażeń?

Nie będę też ukrywał, że jeszcze kilka dni temu rejony Europy Północnej klasyfikowałem jako krainę o nazwie Laponia. Teraz, po lekturze jakże interesującej książki Anny Nacher i Marka Styczyńskiego „Vaggi Varri. W tundrze Samów”, będzie to już kraina Saamów. Okazało się, że tak naprawdę niewiele wiedziałem o tej krainie! Ale po przeczytaniu kilkuste stron książki i obejrzeniu kilkudziesięciu fotoggrafii, Samowie nadal pozstali dla mnie nomadycznym ludem otoczonym aurą tajemnicy i egzotyki. Samowie mieszkają na północnych obszarach Norwegii, Szwecji, Finlandii i Rosji. Czują wspólnotę narodową, choć nie wytworzyły się u nich – jak dotąd – przesłanki świadomości państwowotwórczej.   Wprawdzie posiadają swój Parlament, ale celem jego istnienia i działalności jest zachowanie tożsamości narodowej i transgranicznej możliwości wypasania stad reniferów. Z tym problemem Saamowie borykają się od XIX w., jest szczególnie dotkliwy dla ich życia, a w przeszłości, kiedy nie można było przeprowadzać reniferów na pastwiska leżące poza granicami kraju, był bardzo bolesny. Ten problem do dzisiaj nie do końca został rozwiązany. Autorzy książki twierdzą wręcz, że  „kolejna odsłona trwającego od stuleci konfliktu między biurokratycznym państwem narodowym i osiadłym, ustabilizowanym  stylem życia w jego ramach , a na poły nomadyczną i silnie uzależnioną od naturalnych warunków tradycyjną formą gospodarki rozegrała się już współcześnie , dosłownie kilka lat temu. (…) W pierwszych latach XXI w.  przeważyły ostatecznie interesy i poglądy administracji szwedzkiego państwa, a głosy samskich pasterzy reniferów  (…) zostały ponownie zlekceważone. Było to kolejne ogniwo całego łańcucha celowej dyskryminacji (…), lekceważenia, zaniedbań i niechlubnych polityk, którym podlegali Samowie ze strony administracji rządowych, strategii edukacyjnych zorientowanych na zatrzymanie w swoistym getcie lub na przymusową asymilację.”

Tematem książki nie jest jednak problematyka historyczna. To tylko ledwie zarysowane wątki historyczne, antropologiczne czy polityczne, czekające na swych autorów. W książce nader eksponowany jest narodowy sposób śpiewania Saamów. To joikowanie, które jest czymś ponad muzycznym, ponad literackim, transcendentnym sposobem, wyrazem wokalnym, Saamów. Nie każdy może osiągnąć stan ducha, rozwikłać jedną z najbardziej skrywanych przez Saamów tajemnic, i posiąść umiejętność joikowania. Eksponowanie tego tematu w książce wiąże się z zainteresowaniami autorów, którzy sami prowadzą zespół muzyczny kultywujący muzykę etniczną w ramach zespołu Karpaty Magiczne. Właściwie, to muzyka Karpat zawiodła autorów do Sztokholmu, a stamtąd na zimowy kultowy jarmark w Jokmok, gdzie nie tylko handluje się, ale śpiewa! To zaczarowane miejsce zauroczyło autorów, zadziałało jak magnes i kilkakrotnie przyciągnęło ich za koło podbiegunowe letnią porą, kiedy dzień nie ma końca, a słońce albo nie zachodzi wcale. Albo na krótką chwilę skrywa się za horyzont… Nie oznacza to, że tam jest tak kolorowo, ponieważ nie brakuje chmur, deszcze, mgły i zimne wiatry są na porządku dziennym, a woda w rzekach, strumieniach i licznych jeziorach nie tylko czysta, ale przede wszystkim zimna. Jestem pełen podziwu dla autorów książki, bo – jako istota ciepłolubna rozumiem – ileż to wyrzeczeń musi kosztować taki wyjazd z kraju chłodnego, do jakiego zaliczam Polskę, do miejsc jeszcze zimniejszych! Na samą myśl przebiega przez plecy dreszcz!  Ale nagrodą za te wyrzeczenia są bezkresne pustkowia tundry. Niekończące się przestrzenie, po których można iść i iść, nie napotykając turystów! Ale nie do końca jest to obszar pozbawiony cywilizacji! Są schroniska – czyste i schludne. Nad szczególnie niebezpiecznymi rzekami pobudowano solidne mosty! Ale jeśli chcecie się tam wybrać, idziecie na własną odpowiedzialność. Nie ma tam zasięgu telefonicznego. Do tych miejsc można dotrzeć na nogach, coraz częściej pojawiającymi się quadami, zimą skuterami na płozach, albo helikopterami – choć to jest najdroższy środek transportu, aczkolwiek używany przez pasterzy reniferów oraz do odbioru świeżych ryb z górskich, niedostępnych rejonów. To teren, jak z ballady śpiewanej przez Krzysztofa Myszkowskiego i zespół Stare Dobre Małżeństwo do słów Adama Ziemianina „tu kończy się asfalt, a zaczyna blues…”. Jak zatem wygląda ta pełna tajemnic kraina Saamów? „Skaliste przejścia, grzbiety i śnieg we pola przypominają nam Dolinę Pięciu Stawów w Tatrach na początku maja, ale okalające góry są mniej dramatycznie poszarpane, a jednocześnie sprawiają wrażenie bezkresnych. – piszą autorzy w swej książce – Kopczyki, płot dla reniferów, zbieranie zgubionego przez renifery poroża, przepada w kurtce, aby zyskać ochronę, osłonę, zaporę i oddzielenie od sił natury choćby na jedną chwilę więcej. Na jeden moment kojącego uczucia ciepła i ciszy. Bo poza wiatrem, łomotem naszego serca i pracy płuc, wokół jest pełno odgłosów wody – kapania, turkotu niewidocznych kanałów, przelewania się przez skały , huku wodospadów, bulgotu wybijających źródeł, szumu progów skalnych, głuchych i basowych sekwencji zakoli na potokach, spadających kawałków śniegu , chlupotu drobnych kałuż. Głos kruka, pochrapywanie reniferów i specyficzne klikanie kostek w ich tylnych kończynach, kiedy biegną kłusem, a do tego świergot i kląskanie drobnych ptaków odganiających nas najwidoczniej od swych gniazd dopełnia, przepełnia i napełnia to, co wielu ludzi nazywa ciszą natury. Morenowe wzgórza, kolejna rzeka i bezkres przełęczy, szczytów, grzęd i gór zapowiadają granicę z Norwegią.” A do tego opisy ziół i roślin, ich wyglądu, smaków i zapachów, jakie na tej skalistej, lodowatej ziemi budzą się do życia i z pośpiechem wzrastają wraz z nastaniem pory letniej. Zioła, to także medycyna naturalna, obok której autorzy także nie przechodzą obojętnie. Skoro już opis przyrody, to pojawiają się ptaki i inne zwierzęta napotkane na trasie wędrówek autorów. Swoistym bonusem dla nabywców i czytelników książki jest załączona płyta CD, z której możemy odtworzyć odgłosy tundry, posłuchać saamskich joików i czytać książkę wsłuchując się w kroki wędrowców po letnim śniegu… I jeśli mogę radzić, lekturę książki polecam głównie w czasie, gdy świeci słońce, a temperatura powietrza znacznie przekracza dwadzieścia stopni – niekoniecznie w cieniu…

Janusz M. Paluch

 

Anna Nacher, Marek Styczyński,  „Vaggi Varri. W tundrze Samów”, Wydawnictwo Alter, Kraków 2013

Dariusz Łanocha – Moja Juwenaliowa zazdrość

Smutno mi, bo maj się skończył.  A   tegoroczny maj zaliczam do nadzwyczaj udanych. Aż  tętniło  muzycznym życiem! A wiecie dzięki komu?  Dzięki krakowskim studentom. Przygotowali tyle atrakcji, że nie byłem w stanie  na wszystkie „dopedałować”.

Niemniej bicykl był w użyciu. Najpierw dotarłem na Czyżyny, gdzie w studenckim klubie „Kwadrat” zagrali Nazareth. Nie jest to zespół studencki, gdyż  światową karierę rozpoczynał na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku. W wypełnionej  sali studenckiego klubu przeważała publiczność w wieku zbliżającym się nawet do 70-tki (jak muzycy) w towarzystwie  dzieci i wnuków. Wszyscy jednak wrzeszczeli, podskakiwali, zachęcali muzyków do grania kolejnych bisów. Wspólnie  podziwialiśmy siwego wokalistę (Don Mc Gafferty), który odśpiewał (czytaj wykrzyczał!) legendarny przebój „Love hurts” z werwą i głosem 20- latka. Naprawdę  udany koncert.

Na „Nazarethach”,  w towarzystwie  podobnych sobie widzów, odmłodziłem się znacznie. Chciałem jeszcze bardziej.  Okazji nie brakowało. Wystarczyło spojrzeć na plakaty, którymi obwieszono studenckie Czyżyny. Plakaty zapowiadały kolejne  Juwenaliowe atrakcje. Czytając  nazwy kapel, nie wierzyłem. To dla krakowskich studentów w ramach „Czyżynaliów”  zagrają topowe grupy ze świata, takie jak Within Temptations , Guano Apes, Sabaton? A jednak  zagrały.. Pierwsza z grup to rock progresywny na światowym poziomie, nawiązujący do klasyki Genesis i Yes,  druga – to kawał solidnego rockowego grania, a trzecia to Sabaton. Czyli  młodzi naśladowcy weteranów z Black Sabbath. Wszystkie  kapele  zagrały i zachwyciły Juwenaliową publikę, w tym mnie.

Wiedziałem, że świetnie,  zagra Kazikowy Kult, który od wielu, wielu lat gra na krakowskich Juwenaliach, a teraz  wydał  znowu dobrą płytę. Niemniej, na koncert nie dotarłem. Wybrałem koncert Hey, w „Żaczku”. Niespecjalnie  podobała mi się w słuchawkach j ich  ostatnia płyta, ale – zapewniam – na koncercie nowy Hey mnie do siebie przekonał. Tym bardziej, że nie brakowało starych hitów.

Napiszę  szczerze. Zazdroszczę  obecnym studentom aż  tylu  muzycznych atrakcji. Nie  wiem, jak oni to robią, że w Krakowie zagrały gwiazdy współczesnego rocka, a w Warszawie Juwenalia zaszczyciły  jeszcze większe gwiazdy starego rocka. Np. ZZ Top, czy Motorhead.

Mój rocznik dotknął tak nieszczęśliwy pech, że przeżyłem  tylko  jedne Juwenalia.W  maju 1980 roku. Śmiesznie  się  przebierałem, imprezy odwiedzałem, w koleżankach się podkochiwałem, wódeczkę (bo piweczko w tamtych czasach było praktycznie niedostępne) popijałem. Ale w niewielkich  ilościach! Niestety, rockowych koncertów nie oglądałem. Gdyż  Perfectu,  Maanamu, Lady Pank, Republiki, a już na pewno Kultu – zwyczajnie nie było. A  ściągnięcie gwiazd  ze świata było  tylko marzeniem. W roku 1981 był zamach na Jana Pawła II, w roku następnym wprowadzono stan wojenny, a w roku kolejnym nie  miał kto Juwenaliów zorganizować. Ech, mój Juwenaliowy pech!!!

Choć jestem już podstarzałym młodzieniaszkiem, złośliwie nie życzę  takiego pecha teraźniejszym  krakowskim studentom. Wręcz przeciwnie. Róbta, jak chceta, byleby na kolejnych Juwenaliach grały  równie dobre, albo jeszcze lepsze kapele.

Obiecuję obecność. Będę młodniał. A wy będziecie się starzeć z godnością wartą najwyższej muzycznej półki.

Dariusz Łanocha

Katarzyna & Rafał Siudowscy – Wiedeń od kuchni

Ostatnio trochę narzekaliśmy. Wszak w tym roku nie udało nam się jeszcze nigdzie wyjechać. Nie było też  żadnych ciekawych promocji na bilety lotnicze. Na szczęście niedługo to trwało 🙂 Kalendarz powoli się wypełnia. Skoro nie samolotem, można skorzystać z autobusu. Na początek dzięki sympatycznemu nieznajomemu wybraliśmy się na chwilę do Wiednia. Weekend zapowiadał się męcząco, ale cóż, sami chcieliśmy. Niegdysiejsza stolica Austro-Węgier kojarzona jest najczęściej z pięknymi pałacami, ze słynną Operą, rezydencją monarchów w Schonbrunn czy też z kolekcjami wspaniałego malarstwa. Miasto to ma jednak różne oblicza i tym razem potraktowaliśmy wycieczkę jako remedium na kulinarną tęsknotę za… Azją 😉 Jako usprawiedliwienie mieliśmy planowaną podczas wieczornego deszczu wizytę w operze. Nie wiemy czy Jan III Sobieski przewraca się w grobie, ale turecko – azjatyckie akcenty widoczne są w Wiedniu na każdym kroku: czy to w postaci sklepików i stoisk z artykułami spożywczymi i przyprawami charakterystycznymi dla danej kuchni, czy też restauracji i budek oferujących już gotowe specjały. Najbardziej widoczne są chyba w okolicy naszego ulubionego Naschmarktu, który dla nas osobiście jest prawdopodobnie jednym z najciekawszych stałych targów “żywieniowych”. Czego tam nie ma… Poza oczywiście tradycyjnym sznyclem wiedeńskim z sałatką ziemniaczaną, mijamy knajpki z różnego rodzaju sushi czy owocami morza, przeróżne sery, antypasty, przekąski. Dania indyjskie, wietnamskie i chińskie. Warzywa, wina, przyprawy. Hummus na wszelkie możliwe sposoby oraz dostępne w każdej budce falafle… Długo by tak wymieniać. Naschmarkt pełni również funkcję pchlego targu i w każdą sobotę zmienia się w bazar podobny nieco do naszego pod Halą Targową, z tym, że jest on znacznie większy i chyba lepiej zorganizowany. Wśród licznych kramów możemy znaleźć takie sprzedające odzież i buty z drugiej ręki, starocie (monety, zdjęcia, przedmioty użytku codziennego), a nawet rurki, zawory i krany. Najwięcej osób jednak „poluje” na okazje na stoiskach ze starociami, gdzie często w symbolicznej cenie 1 euro można znaleźć „prawdziwe skarby”. My zadowalamy się ładną karafką na oliwę oraz porcelanowym pojemnikiem na przyprawy. Spacerując po mieście praktycznie na każdej ulicy mijamy tradycyjne budki z kiełbaskami i piwem, które po zmroku gromadzą sporą klientelę, spragnioną zimnego Gossera. Będąc w Wiedniu nie zapominamy także o słynnych deserach i zasiadamy w jednej z kawiarni, zamawiając sernik oraz strudel jabłkowy. Fakt, iż obydwa mają w swojej nazwie „wiedeński”, dodatkowo zobowiązuje. Nie mylimy się, ciasta są pyszne. Dzień kończymy wizytą w tureckiej piekarni u pana Gulla, do niedawna jedynej w Wiedniu czynnej 24 godziny na dobę. Kupujemy prowiant na drogę powrotną do Krakowa: wspaniały, lekko słony turecki ser, pieczywo ziołowe, tradycyjnie ayran oraz wyborną baklawę. W Wiedniu mieliśmy także możliwość uzupełnić przyprawy indyjskie i jako „pamiątkę z wycieczki” przywozimy sproszkowany imbir, garam masalę, pasty curry do dań tajskich oraz indyjski palak paneer. A co z operą? No tak, ostatecznie nie poszliśmy. Zapowiadany na wieczór deszcz się opóźnił… 😉

Tekst i zdjęcia:

Katarzyna & Rafał Siudowscy

Janusz M. Paluch – Efekt Maliny

Świat miał swój początek w chwili wielkiego wybuchu, potężnego rozbłysku. Swój koniec też pewnie będzie miał efektowny, choć mało ciekawy dla naszej cywilizacji. Życie każdej istoty ludzkiej to także niewielki rozbłysk, to jedna chwila, dla jednych dłuższa, innych krótsza, o różnym natężeniu piękna. Dla wieczności właściwie bez znaczenia. Czy taką prawdę można odkryć w nowym tomie wierszy Jadwigi Maliny „Od rozbłysku”?

Tytułowy wiersz naszpikowany jest olbrzymim dramatyzmem pokolenia ludzi żyjących na przełomie XX i XXI wieku w przekonaniu, że coś się musi stać. Oczywiście tych żyjących świadomie, potrafiących odczytać znaki czasu pojawiające się coraz częściej wokół nas. Wojna, zagłada, koniec świata… – wieszczą wokół. Ta świadomość jest dotkliwym ciężarem, wręcz jarzmem, jakiego autorka chciałaby się pozbyć, choć na chwilę: (…) daj mi jeszcze kilka lat // ale zabierz wszystkie głosy // niech się wkrzyczą w dal wichury // kołtkami zdań – mówi w tytułowym wierszu „Rozbłysk”. Autorka żyje w przekonaniu, że kolejny – a może ostateczny – rozbłysk jest tuż tuż, i odnoszę wrażenie, że to jego imaginacja nie pozwoliła skończyć wiersza „Czas niezdążenia”. Wszak: (…) dziś akuszerka // stu raf // stu promieni // jutro z grabarzem łubinem // otoczę sobą cień (z wiersza „Czas niezdążenia”). I ta świadomość przemijania, świadomość nieuchronnego końca dominuje w tym tomie. Nie pozwala nam tkwić w błogiej nieświadomości, że jakoś to będzie… Ale nie tylko – wydaje się, iż w swej twórczości poetka żyje z kompleksem przemijania. Choć dla niej: (…) przemijanie to pestka // wobec nieznanego // hen tam za siódmą rzeką // za stumilowym lasem // czeka nas odpowiedź // albo sto zagadek (wiersz „Sto zagadek”). Można odnieść wrażenie, że poezja Jadwigi Maliny jest właśnie efektem kompleksu przemijania.

Już po pierwszym tomie wierszy Jadwigi Maliny zatytułowanym „Szukam ciemna” (1996) miałem ochotę uchylić kapelusza przed jej poetyckim geniuszem, bo rzeczywiście były dość charakterystyczne i momentami wciskały czytelnika w fotel, osaczając go łapczywie pisanymi wierszami, przesączonymi erotyzmem i to w nadmiarze. Kolejne tomy poetki były już wyważone. Książka „Zanim” (2007), to zmierzenie się autorki z przeszłością, z dzieciństwem, a „Sfera obecności” (2010), to zwrot ku naturze, swoiste dziecięce, ale nie naiwne dziwienie się – stwierdza w rozmowie z poetką Małgorzata Lebda. W tomie „Od rozbłysku” znajdziemy wszystkie te elementy, znane z poprzednich książek, oprócz erotyzmu. Cechą tego tomu jest dojrzałość i wielonurtowość. Czyżby życie trwające przed ostatecznym rozbłyskiem pozbawione jest – miałoby być – erotyzmu? Chyba tylko we współczesnych wierszach Jadwigi Maliny. Choć zawsze nas jeszcze może poetka zaskoczyć!

To Józef Baran określił Jadwigę Malinę mianem „wnuczki Tadeusza Nowaka”. Z jednej strony to niebezpieczne „zaszufladkowanie”, bo ze zdaniem poety Józefa Barana wszyscy się liczą. Z drugiej strony nie lada komplement, ale jakże zobowiązujący! Ale kto dzisiaj – oprócz znawców przedmiotu – zna twórczość Tadeusza Nowaka? Swoją drogą, jaka ta poezja Jadwigi Maliny może być, skoro mieszka i tworzy z dala od wielkich miast. Tak pięknie potrafi opisać stolarnię swojego ojca w dedykowanym mu wierszu „Warsztat ojca”: (…) między oknami święty Józef // z Jezusem może dwuletnim na kolanach // (…) // garb piły wznosi się w swojej czystości // daleko ponad zapalczywość pyłu // (…) // pod powałą sznury pajęczyn // resztkami zagajników // i olszyn straszą // w kącie mały piecyk // z blaszaną rurą u skroni // wiecznie dogasający ducha (…). I jest jeszcze przesiąknięta tradycją ludowych zwyczajów, opowieści babć, rytmu życia wybijanego przez liturgiczny kalendarz tak przenikający przez życie małych społeczności. Boże Narodzenie, Nowy Rok, Trzech Króli, Matki Boskiej Gromnicznej, aż po Adwent… Nie opuszczaj nas piękna Pani // co stoisz w zaspie // gołymi stopami // (…) – pisze w wierszu „Gromniczna”. A wszystko brzemienne pięknymi pieśniami kościelnymi, modlitwami, litaniami – witaniem dnia imieniem Boga i żegnaniem go z tym samym imieniem na ustach. Jak w wierszu, pięknym wierszu „Wyprawa”, pisanym pełnym tchnieniem: (…) kiedy z kuleczek ostu wyjmowałam // wszystkie nasze rany // gdy o świcie pastwiskiem // szłam na rozstrzelanie // przez chmary wróbli i pliszek // od ramion liście // od głowy wierzbina // pacierz przy drodze do Matki i Syna // bo On królewicz //Ona łaski pełna // pełna korników z lipowego drewna // mądrość moja zmieniła się w życie (…). I jest jej poezja uwrażliwiona na piękno natury, która otacza nas zewsząd, a my w ciągłym pośpiechu nie potrafimy dostrzegać jej piękna. Potrafimy ją jednak bezpowrotnie, w swej samobójczej głupocie, niszczyć. Nie myślimy, co się stanie, (…) Gdy ostatni ptak odleci (…)? W wierszu „Modlitwa drozda” poetka odpowiada, że wtedy (…) gałęzie same zaczną śpiewać (…), a natura sama pójdzie przebłagać nasze winy i grzechy (…) do nieba w niebo od krzyków gorące // płaczem i prośbą przysłaniając słońce // by nas oddzielić od światła i śmiechu(…).

Czy ta płaszczyzna twórczości Jadwigi Maliny zejdzie na drugi plan, odpłynie wraz z technokratyczną rzeczywistością jaka w ostatnich latach wchłonęła niemal każdy zakątek naszego globu? Nikt i nic nie jest w stanie przed nią się uchronić. Tylko ostateczny rozbłysk ją może zatrzymać – dać jej ostateczny odpór. Twórczość Jadwigi Maliny tkwi w tym zwolna odpływającym w przeszłość wymiarze poezji kultywowanym jeszcze przez poetów tej miary co Józef Baran czy Adam Ziemianin. Czy Jadwiga Malina stanie się podręcznikowym epigonem polskiej poezji nurtu wiejskiego? Czy stworzy, niektórzy powiedzą, że już stworzyła, swój własny styl opierający się na klechdach, bajach ludowych, ubranych w szaty horroru? Po lekturze wiersza „Ogryzki”, który wzrusza, ale w swym obrazowym horrorze stwarza też poczucie strachu, bo czy po uświadomieniu sobie, że: (…) tu jeszcze zmarli twardo i głęboko w ziemi // choć bywa że powstają // ktoś widzi // ja widzę // po ogryzkach poznaję kiedy siedzą w sadzie // i do której się strony świata uśmiechają, spokojnie zaśniemy?

Autorka, we wspominanej już rozmowie z Małgorzatą Lebdą, sama przyznaje, że jej Mistrzem jest Leopold Staff, którego uczyła się przez pryzmat twórczości Tadeusza Różewicza. Tego ostatniego natomiast ceni znacznie wyżej niż Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta. W jej przypadku znamienne jest to, że między tomem „Szukam ciemna” i „Zanim” było aż jedenaście lat przerwy! Świadome porzucenie poezji, odsunięcie się od literackiego świata. I jednak powrót. Tym razem już raczej nieodwracalny, bo świadomy. Jak sama twierdzi, jej twórczość jest jak pisanie jednego wiersza. Może dlatego, tom „Od rozbłysku” momentami wydaje się taki niepoukładany, ale kiedy spoglądamy na jego porządek ponownie, kiedy czytamy jej wiersze kolejny, i następny raz jeszcze, wszystkie wątpliwości nikną. Każdy wiersz jest tak intrygujący i zawiera tak mocny ładunek emocji, ukazujący nowe przestrzenie w jej poezji, że rzeczywiście lektura książki stawia na nogi każdego czytelnika wierszy Jadwigi Maliny. Nie da się nudzić przy jej wierszach. Ale też z uwagą trzeba czytać, by nie zgubić wątku, rytmu i – broń Boże – nie przeoczyć tego, co między wierszami. Wiersze Jadwigi Maliny kolejny raz postawiły mnie na nogi, by w pozycji standing ovation – jak w teatrze – oddać hołd jej twórczości.

 

Janusz M. Paluch

 

Jadwiga Malina, Od rozbłysku, Wydawnictwo „Miniatura”, Kraków 2013

Izabela Niziałek – Wiosenne porządki

Nadeszła wiosna. Pora pomyśleć o wiosennych porządkach, nie tylko w domu, ale również w naszym organizmie. Ostatnio wiele się mówi na temat oczyszczania z toksyn, diet oczyszczających itp. Czy to tylko moda, czy autentyczna potrzeba? Jak to zrobić zdrowo i skutecznie?

Zatruwanie organizmu zwykle odbywa się w sposób przewlekły. Jednym z przykładów jest palenie tytoniu. Wiadomo, że palenie szkodzi i grozi wieloma powikłaniami, jak: przewlekła obturacyjna choroba płuc, choroba niedokrwienna serca, zawał serca, rak płuc czy rak pęcherza moczowego. Skutki palenia widać także w innych narządach i w skórze, która staje się ziemista, szara, bez połysku. Inne skutki palenia tytoniu, to ciągłe zmęczenie, bóle głowy i poirytowanie wynikające z przewlekłego niedotlenienia. Oczyszczanie organizmu z dymu tytoniowego nie jest procesem łatwym i krótkotrwałym. Zanim płuca palacza pozbędą się smoły mijają około 2 lata, ale na pewno warto podjąć walkę. Już od pierwszego dnia bez papierosa poprawia się wydolność płuc!

Zatruwanie organizmu związane jest również z codzienną dietą. Nie chodzi tylko o odwieczny problem z cholesterolem, ale również o system spożywania posiłków, ich jakość oraz atmosferę w jakiej jemy. Niestety, nasz organizm jest skonstruowany w taki sposób, aby gromadzić jak najwięcej zapasów. Wynika to z faktu, iż w dawnych czasach o jedzenie nie było tak łatwo. Kiedyś mięso trzeba było upolować i stracić sporo kalorii uganiając się za nim po lesie, dzisiaj wystarczy pójść „upolować” ładny kawałek na promocji w supermarkecie. Na tym nasza rola „myśliwego” się kończy. Dostępność pożywienia sprawia, że jemy zdecydowanie za dużo. Czasami z nudów, z nerwów, czasami żeby „zajeść” stresy dnia codziennego. Aby zacząć oczyszczać organizm należy zdecydowanie ograniczyć ilość spożywanych posiłków.

Kolejna sprawa to jakość jedzenia. W środkach spożywczych jest wiele konserwantów, barwników, wzmacniaczy smaku i aromatu. Zmorą naszych czasów jest także jedzenie z tzw. szybkich restauracji. Każdy posiłek, który tam zjemy odbije się na naszym zdrowiu i będzie dobrze, jak skończy się na zwykłej niestrawności. Połączenie wielu produktów, zamkniętych w jednej bułce z białego pieczywa stanowi bombę kaloryczną. Wszystkie nasycone kwasy tłuszczowe zawarte w tłuszczach zwierzęcych spalają się bardzo trudno, odkładają się natomiast bardzo łatwo. Bardzo niezdrowe są słodzone napoje gazowane, które wywołują wzdęcia, bóle brzucha i zawierają puste kalorie. Uważajmy również na nadmierne ilości kawy, które nie poprawiają naszego zdrowia. Podobnie ma się sprawa z alkoholem – pijemy za dużo i za często, a stąd już o krok od zgubnego uzależnienia.

Istnieje mnóstwo diet, ale nie ma tej jednej, cudownej. Każdy musi sam dobrać sobie posiłki tak, aby poczuć się najlepiej. Dietami nie możemy się katować. Potrzebny jest kompromis – zjem kawałek czekolady, ale pójdę na długi spacer, pozwolę sobie na ciastko od czasu do czasu, ale zapiszę się na siłownię, zacznę jeździć na rowerze. Nie możemy zapominać o rybach, a zwłaszcza o warzywach, które powinny być obecne w każdym posiłku dnia. Można je dobrać i przygotować tak, że naprawdę będą smaczne. Ważna jest również atmosfera, w jakiej jemy. Szybkie jedzenie, byle czego, w samotności nie służy dobrze naszemu zdrowiu. Jesteśmy istotami, które lubią towarzystwo. Dlatego powinniśmy jeść w dobrej atmosferze, wśród znajomych, przyjaciół, rodziny. Oczywiście nie zawsze jest to możliwe, ale starajmy się, aby miało to miejsce jak najczęściej.

Nie dajmy się także skusić reklamowanym preparatom, rzekomo niezbędnym do oczyszczania organizmu. Nie ma tabletek, ziół, które byłyby idealne do stosowania w diecie oczyszczającej. Oczyszczanie organizmu to zmiana stylu życia. To nie jest coś jednorazowego, na chwilę. To długi proces, począwszy od zmiany nastawienia do życia, zmiany stylu życia, zmiany diety, czasami nawet i pracy, jeśli stres związany z pracą powoduje, że czujemy się źle, czujemy się niespełnieni. Czasami wiąże się to również ze zmianą miejsca zamieszkania, częstszego przebywania poza dużym miastem i większą ilością ruchu. Oczyszczanie organizmu, to przede wszystkim dieta z naturalnych produktów, pozbawionych konserwantów, duże ilości błonnika, odpowiednie dopasowanie produktów, zmiana nawyków żywieniowych, zmiana stylu życia (np. rzucenia palenia, ograniczenie alkoholu), wysiłek fizyczny pod każdą postacią, unikanie stresów, jeśli to tylko możliwe. Powodzenia!

Izabela Niziałek

Marek Górka – Sosny są ich mogiłami

W miesiącu kwietniu zapraszamy do Filmowego Klubu Historycznego na projekcję  filmu dokumentalnego pt.: Prywatne śledztwo majora Zakirova, w reżyserii Jarosława Mańki. Jest to opowieść o majorze KGB Olegu Zakirovie, który w latach 90-tych XX wieku, przekazał polskiej stronie akta sprawy katyńskiej. O mordzie katyńskim major, jak wielu Rosjan, wiedział tylko tyle, że aktu tego dokonali Niemcy,  postanowił jednak dociec  prawdy. Przez długi czas  zbierał wszelkie informacje, wykorzystując to, że jest oficerem KGB. Docierał dzięki temu do dawnych funkcjonariuszy  NKWD, świadków  sprawy katyńskiej. W taki sposób doszedł do prawdy o Katyniu, postanowił się nią podzielić z lokalną prasą obwodu smoleńskiego. W wyniku tego, za sprawą konsula RP w Rosji, Michała Żurawskiego, doszło do kontaktu polskich mediów  z majorem. Reakcja KGB była natychmiastowa, Zakirov został wyrzucony ze struktur KGB. Starano się  wmówić mu chorobę psychiczną, nastawiano na jego życie.

 

W 1998 roku  Zakirov wraz z rodziną przyjechał do Polski i osiadł w Łodzi, gdzie żył  w biedzie. Pomagali mu polscy przyjaciele, konsul Michał Żurawski, dziennikarka  Krystyna Kurczab-Redlich i wielu innych. Po wielu latach Naród Polski docenił wysiłek Zakirova, jego dążenie do wyjaśnienia prawdy o Katyniu – w 2005 roku z rąk prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego otrzymał polskie obywatelstwo wraz z comiesięczną zapomogą. W tym samym roku Wydawnictwo Rebis wydało książkę majora pt.: Obcy element.

M G

 

Zapraszamy do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury 23 kwietnia 2013 r., na godz. 18.00, do Filmowego Klubu Historycznego, gdzie, dzięki uprzejmości Krakowskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, zobaczymy film dokumentalny pt.: PRYWATNE ŚLEDZTWO MAJORA ZAKIROVA.

Wydawanictwo Otwarte – Dymitriady czas zacząć …

Dymitriady czas zaczać…

 

Dno Czarciego Oka skrywa straszną tajemnicę. Pełno w nim okaleczonych ludzkich zwłok, a każde z ciał pozbawiono głowy. Okolice Sambora nawiedzili czarni jeźdźcy. Sieją grozę wśród okolicznych mieszkańców. Gwałcą, mordują, a co najgorsze, piją ludzką krew.
Na Rusi wstaje krwawy świt, nastał czas wielkiego zamętu. Czy to kara za osadzenie na carskim tronie Borysa Godunowa? Czy nie przyszła pora, aby na tronie zasiadł prawowity władca Dymitr?
Pewien młody, obdarzony rzadkimi talentami człowiek trafi niespodziewanie i wbrew swojej woli w sam środek tych wydarzeń. Znajdzie miłość i ją utraci. Utraci miłość, by zachować życie. Zachowa życie, bo jego przeznaczeniem jest ocalać innych od niechybnej śmierci.
Takie jest przeznaczenie każdego, na kogo wołają Ryx. Kacper Turopoński, po ojcu zwany Ryksem, przerywa studia medyczne i wraca z Padwy do kraju. Na prośbę Zygmunta III jedzie z listem do Jerzego Mniszcha. Po drodze włącza się w poszukiwania zaginionej szlachcianki i jej świty. Znajduje ich… na dnie Czarciego Oka.
To dopiero początek niezwykłych przygód Ryksa juniora. Szuka morderców, zakochuje się bez pamięci w córce Mniszcha, wyrusza z misją do Moskwy…
Powieść historyczna Mariusza Wollnego, jakiej dawno nie było!

Mariusz Wollny kocha historię i potrafi o niej porywająco opowiadać. Autor książek popularnonaukowych i powieści. Czterotomowy cykl krakowski o przygodach XVI-wiecznego inwestygatora królewskiego Kacpra Ryksa uczynił zeń jednego z wyróżniających się przedstawicieli polskiego kryminału historycznego.

 

za wydawcą

Mariusz Wollny, Krwawa Jutrznia, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2013

Dariusz Łanocha – Popieram młode pomysły!

Technika czyni cuda. Moja muzyczna półka dzięki takim cudom zaczyna się rozwijać. Techniczne możliwości powodują także oszczędności. Dotychczas, chcąc posłuchać czegoś fajnego, musiałem kupić  bilet na koncert  najczęściej znanego mi zespołu. Teraz nie muszę kupować biletu, wystarczy tylko kliknąć. I mogę zapoznać się darmowo z propozycją koncertową nawet nieznanej mi dotychczas kapeli.  A przecież wiadomo, że koncertowe wykonania są o wiele lepsze od tych studyjnych, gdyż są bardziej naturalne. Spontaniczne. Intrygujące, bo nie wiadomo z jakiego  muzycznego pomysłu skorzysta artysta, by zafascynować publiczność. Wówczas na scenie dzieją się rzeczy wielkie. Takie np. jak Red Hot Chili Peppers grający Hendrixa, albo Deep Purple grający Chopina. Tak też powstał znakomity dokument, w którym Ian Gillan opowiada o Chopinie. I oprowadza nas po dawnych posiadłościach, które stały się kolebką  muzyki najwybitniejszego polskiego kompozytora. Jeżeli więc pragniecie zapoznać się z nieznanymi Wam jeszcze zespołami, „wyguglujcie”  sobie stronę „Otwartej sceny”. Znajdziecie tam całą serię nagrywanych na żywo studyjnych występów młodych polskich muzyków. Czyli takich, którzy wiedzą, co chcą w muzyce zrobić. Wiedzą także, jak w nowoczesnej formie dotrzeć do potencjalnego słuchacza. W czym tkwi istota „Otwartej Sceny”? Jest bardzo prosta. Młodzi muzycy, korzystając z najnowocześniejszych technik wykorzystywanych w studiach nagraniowych, grają jak najbardziej naturalnie. Czyli nie wstydzą się tego, że w jednej z prób złapią nutę, akurat nie tę, której potrzebowali. Zagrają akord, który później uznają za błędny. Zaśpiewają nie tak, jak chcieli. Możemy zobaczyć, jak muzycy rozmawiają ze sobą, jak się nawzajem krytykują, obwiniają o muzyczną nieudolność. To jest strona, na której oglądamy próbę generalną teatru przed kolejną wielką premierą. Z jedną tylko istotną różnicą. To nie będzie spektakl teatralny, tylko koncert muzyczny. Na miarę, tego, co na scenach świata czynią The Rolling  Stones, Coldplay, Rush, Madonna. Podobne pomysły na upublicznienie muzyki jak najbardziej naturalnej, sięgającej do historii powstawania wielkich płyt, już były. Przypomnijcie sobie choćby serię „unplugged” wymyśloną przez MTV. Tam, najwięksi gwiazdorzy rocka siedząc na krześle, śpiewali swoje największe „hiciory” tylko z pomocą gitary akustycznej. Obecność gitary elektrycznej i łomoczącej perkusji okazywała się zbędna. Najważniejsza była melodia, czyli to uchwytne  „coś”, co zawsze sobie zanucimy. Dzięki takiemu potraktowaniu muzyki, nową formę zyskały utwory Erica Claptona, Nirvany, Heya czy Red Hot Chili Peppers. My, wierni słuchacze, zyskaliśmy dzięki temu pomysłowi MTV nowe muzyczne wrażenia. A sami artyści ujawnili nie tylko inne twarze, ale zyskali też, jak najbardziej zasłużone tantiemy. Dlatego warto posłuchać tego, co nam oferuje www.otwartascena.pl.  Muzyczna oferta z niej pobrana ma też tę zaletę, że nic nie kosztuje, a materiały z prób są świetnej jakości. Wizualnie  i dźwiękowo. To jest format, który w niedalekiej przyszłości będzie robił furorę. Choćby dlatego, że dzięki niemu wielkie kariery będą mogły zrobić dotychczas mało komu znane kapele. Wielcy, mają za sobą wielkie korporacje, markę. I kasę. Ci mniejsi, mają za sobą tylko własny laptop, pomysł na ładną melodię i szczerą chęć podzielenia się swoją artystyczną duszą z innymi. Popieram pomysły mniejszych, gdyż wśród nich jest wielu wielkich.

Dariusz Łanocha

Aneta Kielan-Pietrzyk – Kołderka z białego marmuru

Renata Blicharz pochodzi z Opola, jest autorką kilku tomików poetyckich, w tym: „Kołderka z białego marmuru”, wydanego w 2011 roku, jako reakcja na samobójczą śmierć bliskiej sercu poetki – młodej dziewczyny. Już po zapoznaniu się z wierszami sięgnęłam do notatki autorki na temat jej inspiracji do książki. Aby przeczytać tomik nie jest jednak czytelnikowi potrzebna znajomość osobistych przeżyć Blicharz. Dzięki temu, choć jest to zapis tragiczny i osobisty, staje się on uniwersalny, nie dotyczy wyłącznie jednego konkretnego wydarzenia. Tragedie zdarzają się wszędzie, o każdej porze, a w ich wyniku najczęściej stawiane pytanie, to „dlaczego?”. U Blicharz także się pojawia, ale w wierszach nie czuje się pretensji, to raczej pogodzenie się z sytuacją i troska o duszę „młodej bohaterki” po śmierci.

Młodość przywodzi na myśl piękno, miłość, lekkość, energię. Śmierć zdaje się stać do niej w opozycji. A jednak bardzo często młodość i śmierć splatają się ze sobą. Dla otoczenia zwykle jest zaskoczeniem, tak było u Blicharz. Nie była jednak zaskoczeniem dla „bohaterki”. To ona sama na nią się zdecydowała:

 

[…]

Może to miała być łaska

od ciężaru pamięci o bliskich których już nie ma

od myśli że nic się nie zmieni

może wybawienie od kolejnych ucieczek z domu

gdzie było coraz mniej miejsca dla niej

bo była ojca żywą pamięcią

krzywd które wyrządził tylu ludziom

[…]

    [Zamiast, frag.]

 

Mimo wszystko autorka szuka powodu, dlaczego? Dlaczego śmierć przyszła właśnie po taką młodą dziewczynę, właściwie jeszcze dziecko, które miało całe życie przed sobą. Coś jednak musiało śmierć przyciągnąć. Może właśnie ta młodość, strach o przyszłość, trudne dzieciństwo:

 

[…]

Więc ją śledziła podpatrywała

sączyła jad o niemożności

szeptała że zamiast życia bez nadziei

lepszy jest sen bez wątpliwości

 

    [Zamiast, frag.]

 

    Słabość przyciąga tragedie i nieszczęścia. Samobójstwo wbrew pozorom temu przeczy. Potrzeba bowiem wiele odwagi, żeby samemu podjąć ostateczny krok i pozbawić się życia. Tymczasem świat żyje dalej, toczą się codzienne ludzkie sprawy, od śmierci nie ma odwołania, nawet wiara i modlitwa nie cofną zaistniałych wydarzeń:

 

[…]

A ja stoję wciąż i wciąż

pod idealnym błękitnym sklepieniem

z podaniem

w osłupiałych dłoniach

 

Już rozpatrzone

ostatecznie

bez odwołania

i na wieczność

choć przedłożyłam je

modląc się

na klęczkach

 

[Znaki, frag.]

Naturalnymi uczuciami po stracie kogoś bliskiego jest strach, rozpacz, łzy. Autorka rozpamiętuje, roztrząsa, płacze, śni. Gdy wyobraża sobie zmarłą, to zawsze towarzyszą jej anioły – piękne, dobre, pomocne, które dają nadzieję, że gdzieś tam, po drugiej stronie, zmarli są szczęśliwi, a może sami mają skrzydła i już nie marzą o wolności, lecz sami są wolni:

 

[…]

i jeszcze ta biała ramka

z naklejką-czerwonym serduszkiem

w której moje zdjęcie –

ona oddychać już nie może

od bezwiednych uścisków twoich palców

[…]

 

    [Sen II, frag.]

 

    […]

I jeszcze jedna ostatnia prośba

naucz ją wreszcie latać Panie

daj jej białe skrzydła

i niewinność na wieki

 

    [Prośba, frag.]

 

„Prośba” jest najciekawszym wierszem w całym tomiku. Adresowana bezpośrednio do Boga w formie popularnego dziś e-maila. Autorka-matka prosi Boga o łaskę, opiekę i wybaczenie dla młodego niedoświadczonego dziecka. Proponuje, aby Bóg zajrzał na bloga i gadu-gadu i sam upewnił się, co do dobroci i niewinności „bohaterki”: Tobie Wszechmogący niepotrzebne hasła. „Prośba” to znakomity pomysł na współczesny wiersz, a jakże przy tym poruszający. Wszystkich, których kochamy chcemy chronić przed złem, przed nieszczęściem, przed zranieniem. Zwłaszcza rodzic swoje dziecko. Nie da się jednak trzymać nikogo pod kloszem lub w tzw. złotej klatce. Każdy człowiek sam musi przeżyć własne życie, niezależnie od tego jakie ono będzie i jak długo będzie trwać. Można pomagać, radzić, wspierać w ciężkich chwilach, w razie potrzeby pocieszać i cieszyć się ze wspólnych chwil, także tych drobnych. Ważne, aby to wszystko zrozumieć w porę, a nie wtedy, gdy odchodzi ktoś bliski, jak to często się w życiu zdarza:

 

[…]

Na próżno dziś przyzywam

wszystkie grzechy tego świata

wszystkie występki i uczynki niegodziwe

byś ich mogła doświadczyć

na własnej

skórze

i wybrać potem

swoją własną drogę

[…]

 

    [Wszystkie grzechy świata, frag.]

 

    Renata Blicharz w swoim tomiku „Kołderka z białego marmuru” nie tylko opowiada własną historię, opowiada przede wszystkim o miłości, o bólu, stracie, nadziei. Swoimi tekstami przestrzega czytelników, by nie zatracili siebie lub swoich bliskich w szybkim życiu, by nauczyli się kochać i doceniać, by odpowiedzialnie uczyli życia swoich bliskich. Książkę czyta się jednym tchem, ale już tak szybko się jej nie zapomina.

 

    […]

    Kiedy odchodzę

    głaszczę róg kamiennej chłodnej płyty

    jakbym ci poprawiała kołderkę

w wyściełanym atłasem

    twoim wiecznym łóżeczku

 

        [Kołderka, frag.]

Aneta Kielan-Pietrzyk

 

Renata Blicharz Kołderka z białego marmuru           

Wydawnictwo RB, Opole, 2011

Marek Górka – Wolność jednostki

W miesiącu maju zapraszamy do Filmowego Klubu Historycznego na projekcję  filmu dokumentalnego pt.: Podsłuchane życie, w reżyserii Krystyny Mokrosińskiej. Film opowiada o Janie Józefie Lipskim, publicyście, krytyku i historyku literatury, a przede wszystkim działaczu opozycji demokratycznej w czasach PRL-u. Był on współzałożycielem Komitetu Obrony Robotników jak i Komitetu Samoobrony Społecznej KOR oraz członkiem zarządu Regionu NSZZ „Solidarność” Mazowsze. Jednak film nie jest biografią Lipskiego, jest to opowieść o wolności jednostki w państwie zniewolonym. Z jednej strony  mamy aparat bezpieczeństwa, komunistyczną medialną propagandę w postaci Dziennika Telewizyjnego czy Polskiej Kroniki Filmowej, która kreśli wizję Polski dostatniej pełnej sukcesów gospodarczych i narodowej jedności. Z drugiej strony grupa „niepokornych” domagających się prawdy, wolności słowa, sprzeciwiająca się nowelizacji konstytucji o zapis „ … przewodniej roli partii…”. Film zasługuje na szczególną uwagę ponieważ stara się widzom odpowiedzieć  na pytanie, jak człowiek prawy powinien zachować się w czasach zniewolenia.

M G

 

Zapraszamy do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury 14 maja 2013 r., na godz. 18.00, do Filmowego Klubu Historycznego, gdzie dzięki uprzejmości Krakowskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, zobaczymy film dokumentalny pt.: PODSŁUCHANE ŻYCIE, w reżyserii Krystyny Mokrosińskiej.

Magdalena Jankosz – Po drugiej stronie mostu

Pomimo że Góry Czerchowskie znajdują się poza granicami naszego kraju, tak naprawdę mamy je na wyciągnięcie ręki. Wystarczy przejechać przez most graniczny w Leluchowie, gdzie – jak śpiewa Stare Dobre Małżeństwo (…) czereśnie dziko krwawią, tam granicy pilnuje całkiem wesoły anioł (…) i już zobaczymy je w całej okazałości. Od północnego zachodu Góry Czerchowskie na krótkim odcinku graniczą z polskim Beskidem Sądeckim, od północnego wschodu i wschodu – z Pogórzem Ondawskim, od południa – z Kotliną Koszycką, od południowego zachodu – z Bachureniem, od zachodu – z Górami Lewockimi. Pasmo Gór Czerchowskich ma kształt elipsy o dłuższej osi przebiegającej z północnego zachodu na południowy wschód. Długość pasma wynosi 29 km, maksymalna szerokość to 17 km. Do Gór Czerchowskich zaliczane są też góry Wysokie Bereście, Kraczonik, Zimne i Dubne, położone na granicy z Polską i na terytorium Polski na zachód od Przełęczy Tylickiej, a na wschód od Leluchowa.

    Nie są to góry wysokie, każdy może się pokusić na wędrówkę po nich. Najwyższy szczyt  Minčol (1157 m n.p.m.), jest więc niższy od naszej Radziejowej. Prowadzi na niego kilka szlaków. Na samym wierzchołku znajduje się polana, co daje możliwość podziwiania niezwykłych widoków. Niebieski szlak (długość: 37 km,  czas przejścia: 10 godz.), który prowadzi nas głównym grzbietem Gór Czerchowskich, wiedzie głównie polanami, przypominającymi nieco bieszczadzkie połoniny, więc przed naszymi oczami cały czas rozpościerają się rozległe widoki: na zachodzie widać Tatry, na wschodzie – Bieszczady, Beskid Niski i Wyhorlat, na północy – nieodległy Busov i graniczną Lackową, a za nią Chełm nad Grybowem, na południu – Góry Slanskie.

    Góry Czerchowskie są w ponad 80% pokryte lasami. Lasy te są w większości liściaste, przeważnie bukowe. Stanowią one ostoję dla wielu gatunków zwierząt, w tym dużych ssaków. Góry nie są objęte oficjalną jednostką ochrony przyrody, jest tu jednak wiele małych rezerwatów, z których najbardziej znane to Čergovský Minčol, Livovská Jelšina, Fintické svahy, Hradová hora i Kapušianský hradný vrch.

    Wnętrze Gór Czerchowskich jest w zasadzie niezamieszkane – istnieje tam tylko kilka małych wsi. Gęsto zamieszkane są natomiast obrzeża pasma – doliny otaczających je rzek są terenami osadniczymi i osiami komunikacyjnymi (drogi nr 68, 77, 73 i 545 oraz linia kolejowa z Preszowa do Nowego Sącza). Ludność tych okolic jest przeważnie rusińska. Na szczególną uwagę zasługuje miejscowość Kamenica.  Leży na styku północno-wschodniej części Gór Lewockich i Czergowa. Osadę założono w połowie XIII wieku jako podgrodzie królewskiego zamku łowieckiego. Ruiny tego zamku znajdują się na Górze Zamkowej. Pierwsza pisemna wzmianka o osadzie jest datowana na 1248 rok. Obecnie Kamenica jest jedną z najliczniej zamieszkanych gmin w regionie. Ciekawostką jest znajdujący się na terenie gminy europejski dział wodny. Rzymskokatolicki kościół Wszystkich Świętych, początkowo gotycki, później wielokrotnie przebudowywany, posiada cechy barokowe. W środku obejrzeć można m.in. zabytkowy ołtarz, ambonę i 12 małych kamiennych krzyży. Na terenie gminy powstał ośrodek rekreacyjny z domkami letniskowymi i przytulną restauracją w otoczeniu pięknej przyrody. Malowniczości dodają tej osadzie ostre skały wapienne. Na Górze Zamkowej są dobre warunki dla uprawiania paralotniarstwa, o czym można przekonać się w letnie popołudnia.

    Warto zobaczyć także drewnianą cerkiew prawosławną we wsi Frička i ruiny zamku w Hanigovcach.

    W całym masywie Gór Czerchowskich działa tylko jedno schronisko pod szczytem Čergov na wysokości 1050 m n.p.m. W pobliżu zbudowano spory ośrodek narciarski, będący w sezonie zimowym jedną z głównych atrakcji regionu.

Tekst & zdjecia:

Magdalena Jankosz

Aleksandra Ziółkowska-Boehm – Mityczna kraina miodem i mlekiem

Wywiad daje szczególny komfort wysłuchiwania opinii, subiektywnego opisu przebiegu zdarzeń, relacji między ludźmi. Przysłuchiwanie się rozmowie wywołuje poczucie bliskości; spisana i wydrukowana rozmowa daje podobne odczucia. Janusz Paluch, autor Rozmów o Kresach i nie tylko, nową książkę także poświęcił tematyce Kresów i kolejny raz nadał piękny ton swoim wywiadom. Jego interlokutorzy to ludzie pełni pasji i zaangażowania. Czasami wywołują wrażenie, jakby byli odkrywcami nieznanego lądu i jego mieszkańców – bo też dla wielu z nas Kresy są wciąż mało znane. Polska ma swoją szczególną, mityczną krainę miodem i mlekiem płynącą, kwitnące winnicami Podole, krajobrazy wryte w pamięć dzięki pisarzom i historii, która boleśnie i okrutnie doświadczyła te ziemie przemocą, gwałtem i krwią; zmiotła i ludzi, i ich domy. Rozmowy, przeprowadzone przez Janusza Palucha na przestrzeni ostatnich piętnastu lat, publikowane były na łamach kwartalnika „Cracovia Leopolis”. Są zapisem tamtej rzeczywistości. Uaktualnienia zostały zaznaczone w przypisach. Wydaje się, że te rozmowy zaczęto przeprowadzać bardzo późno, ale też wcześniej generalnie nie można było pisać o Kresach. Pierwsza „odwilż kresowa” to rok 1980, kiedy zaczęto mówić, pisać i wydawać. Potem nastał stan wojenny, ale lawina już ruszyła i poszła o wiele

łatwiej i szybciej po 1989 roku. Główny nurt, który przewija się w prezentowanych w książce rozmowach, to rozbudzenie fascynacji Kresami – ich przyrodą, ludźmi, kulturą i niezwykłą aurą. I jakże bolesnymi ludzkim historiami, które są wciąż otwartą, niezagojoną raną. Rozmówcy Janusza Palucha mają w sobie ogromną empatię do losów Polaków pozostawionych na wschodnich rubieżach dawnej Rzeczpospolitej. To grupa wrażliwych ludzi o wielkim sercu. Nauczyciele, architekci, pisarze, kolekcjonerzy przenoszą swoje

pasje na innych, także na młodzież.

Czytając rozmowy Janusza Palucha, dostrzegam, że teraz Lwów jest miastem odwiedzających je zafascynowanych kulturą i historią ludzi. To oni spłacają dług niepamięci o Polakach i o Polsce, która tam była. Niepamięci wpajanej przez wiele dziesiątek lat przez  komunistycznych inżynierów edukacyjnego zapominania o narodowej tożsamości. Wszyscy rozmówcy mogą urzec nas swoim oddaniem, pasją, zapalić podziwem dla swojej bezintresowności i miłości do szeroko pojętej tematyki Kresów.

Nie zapominajmy o nich. Nie zapominajmy o Polakach na Kresach. To są krewni nas  wszystkich, to są nasi, to są Polacy. Mija rok za rokiem i niebawem będziemy mogli zadbać już tylko o mogiły. Zatroszczmy się o młode pokolenia, aby chciały się czuć Polakami,

aby wiedziały, że mogą na Polskę liczyć.

 

Aleksandra Ziółkowska-Boehm

 

Janusz Paluch

Rozmów o Kresach i nie tylko

Wydawnictwo Małe, Kraków 2013

Jolanta Drużyńska – Aby żyć na wolności

Krok do wolności. Polskie ofiary żelaznej kurtyny  autorstwa  Jolanty Drużyńskiej to opowieść o tych, którzy zginęli, usiłując przekroczyć żelazna kurtynę. Czeski szlak na Zachód wydawał się najłatwiejszy dla polskich uciekinierów, tymczasem okazał się dla nich śmiertelną  pułapką. Na zasiekach z drutu  pod napięciem od 1952 roku życie straciło kilkudziesięciu Polaków. Inni zginęli od kul, czy to na ziemi, czy – jak pilot Dionizy Bielański strącony w 1975 roku  na rozkaz najwyższych peerelowskich władz wojskowych – w powietrzu, nieopodal granicy czechosłowacko-austriackiej. Do wydania rozkazu zestrzelenia Bielańskiego gen. Wojciech Jaruzelski, ówczesny minister obrony narodowej, nigdy się nie przyznał…

Rodziny tych, którzy wybierali się przez „zieloną granicę” do wolnego świata, lecz nigdy do niego nie dotarli, nie miały częstokroć żadnych oficjalnych informacji o ich losie lub były świadomie dezinformowane. Niektóre do dzisiaj nie poznały całej prawdy…

Dramatyczna historia tej grupy uciekinierów nadal jest w Polsce „tajemnicą”. Krok do wolności to przełomowa próba opisania losów tych ludzi.

 

Za wydawcą

Jolanta Drużyńska

KROK DO WOLNOŚCI.

Polskie ofiary żelaznej kurtyny,

Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2013

Na spotkanie z autorem zapraszamy 7 maja  o godz. 18.00 do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury.

Marek Górka – Historia może być porywająca

Książki Jerzego Rostkowskiego należą do tego  rodzaju pozycji, po które sięga się bez oporów i całkowicie zapomina o otaczającym nas  świecie. Należy On do grona najlepszych polskich eksploratorów historii, którzy przez swą pasję i dociekliwość przyczyniają się do odkrywania sekretów II wojny światowej. Nie boi się stawiać kłopotliwych pytań, które z pozoru mogą być rewizjonistyczne do ogólnie przyjętej historii. Przykładem tego jest pozycja „Rozkaz zapomnieć”, poświęcona bitwie 19 pułku piechoty pod Ćwiklińcami, podczas  wojny obronnej w 1939 r. 1-2 września pułk dokonał samobójczego ataku na czołgi niemieckie. Całe odium masakry polskich piechurów spadło na dowódcę  II batalionu kpt. Alfreda Mikee ,

„mordercy spod Pszczyny”. Polscy oficerowie ocaleni z masakry  po wyjściu z niemieckich oflagów wydali rozkaz „zapomnienia” o 16 pułku piechoty. I pamięć o tym skrywanym  epizodzie Kampanii Wrześniowej 1939 r., która położyła się cieniem na dowódcach m.in.: Armii „Kraków”,  długo po zakończeniu II wojny światowej była tematem tabu.

Druga książka  Jerzego Rostkowskiego godna polecenia  dotyka tajemnic kompleksu zbrojeniowego „Riese” i całego tajnego programu naukowego III Rzeszy. Książka, o której wspominam,  to bestseller zatytułowany „Podziemia III Rzeszy. Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna Zdroju”. Książka jak dobry kryminał, w którym  autor za pomocą  dedukcji, logiki oraz niewielu dostępnych materiałów stara się dotrzeć do chociażby ułamka prawdy o jakże frapującej, aż po dziś dzień nierozwiązanej tajemnicy tajnych niemieckich kompleksów badawczych na Dolnym Śląsku.

MG

 

Jerzy Rostkowski

Rozkaz zapomnieć,   

Agencja 16, Tarnów 2008

 

Jerzy Rostkowski

Podziemia III Rzeszy.

Tajemnice Książa, Wałbrzycha i Szczawna Zdroju

Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2010

Na spotkanie z autorem zapraszamy 21 maja o godz. 18.00 do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury.

Aneta Kielan-Pietrzyk – Rozkojarzony zegar wydzwania …

Jerzy Tawłowicz był znanym, cenionym i lubianym poetą z Zakopanego. Należał do Związku Literatów Polskich i dzięki prezes krakowskiego oddziału ZLP Magdalenie Plichcie ukazał się w tym roku pośmiertnie tomik wierszy Tawłowicza, zatytułowany Klucze w niepamięci. Jerzy Tawłowicz zmarł w 2012 roku. Najmocniej kojarzy się z Tatrami, to „człowiek gór”, tego też dotyka Jego poezja. Ale nie tylko! Poza pisaniem Tawłowicz rysował, malował, uprawiał fotografię. Klucze w niepamięci zawierają 30 tekstów poetyckich oraz 8 rysunków autora, we wszystkich motywem przewodnim jest klucz, któremu towarzyszą ptaki lub kobiety, a w jednym przypadku mężczyzna. Czym jest klucz? Do czego służy? Co może oznaczać? Klucz wróży tajemnicę. Ważną informację. Ciekawe odkrycie. Za jego pomocą możemy otwierać lub odkrywać. Kluczem może być wiedza, uczucie, działanie.

 

[…]

wstajesz z własnych pomysłów

i tylko od progu niesiesz zanim zapomnisz

snów proroczych pamięć

[…]

biegniesz na oślep ulicą

bramy szukasz w murze

od zaczarowanych ogrodów

klucze

w niepamięci

w pajęczynach

w mysiej dziurze………

    [Klucze w niepamięci, frag.]

 

Tytułowy utwór dotyczy każdego z nas. Pamięć jest istotną cechą naszego życia. Jest nieoceniona, lecz czasami potrafi też być zmorą. Całe życie czegoś lub kogoś szukamy. To w zasadzie jest sensem naszego życia. Cel, jego realizacja, jego rozbudowa lub modyfikacja. Nie ma jednego klucza, który otwiera wszystkie drzwi. Każdy musi znaleźć swoje własne klucze: do szczęścia, do miłości, do pamięci, do siebie samego, do drugiego człowieka. Znamiennym wierszem jest „Rozkojarzony zegar wydzwania”. Teraz, kiedy Jerzego Tawłowicza nie ma już wśród nas, wiemy, kiedy jego pora życia i śmierci wybiła. Taki zegar życia nosi w sobie każdy z nas. Ważne, aby umieć wychwycić te ważne momenty, docenić szczęśliwe chwile, rozpoznać wartościowych ludzi, jacy staną na naszej drodze.

 

[…]

rozkojarzony zegar

wydzwania co szczęśliwsze chwile

gubiąc kolejność zdarzeń bo mu się wydaje

że najważniejsze by kurantem zapiać

o złudzeniach

a reszta

dziej się wola twoja między sekundami….

 

pusta szklanka na stole bo wypite wczoraj

a jutra jeszcze nikt nie nalał nawet jednej łzy

i czy mi dobrze – nie wiem

zawieszony w próżni

listopadowy

między dużą wskazówką a małą….

 

    [Rozkojarzony zegar wydzwania, frag.]

 

    Wspomniałam, że Jerzy Tawłowicz był „człowiekiem gór”, był przewodnikiem tatrzańskim, w górach żył, góry kochał. O górach pisał, mówił i śpiewał. W wierszach z tomiku „Klucze w niepamięci” poeta nie opisuje gór. Są one jednak w całym tomiku między wierszami, w opisach przyrody, w kroplach deszczu, wietrze na polu… W tych wierszach Tawłowicz jest nam bliższy. Dzięki nim zaglądamy w głąb duszy poety i poznajemy jego niepokoje, sprawy związane z przemijaniem.

 

czas twój warkoczem się rozplata

na złe i dobre wiatry

[…]

latem na dzikich różach w polu

na tarninach i głogach cierpkich

pasemka gubi

za górą za lasem

na dębach rosochatych kudły czochra

ze lśniącą pełnią w pysku po brzegi

[…]

 

[Czas warkocz rozplata, frag.]

[…]

w wymyślonej kałuży

jak w zwierciadełku rozpoznasz

twarz bez maski w lesie

bez okularów ciemnych za które

oczy spłoszone gnają zajęczym skokiem

bez czerwieni na wargach

jaskrawowrzaskliwej

jak liść w późnojesiennej agonii

[…]

 

    [Kropla w wymyślonej kałuży, frag.]

Pomimo zamiłowania do przyrody, częstych wypraw górskich, samotnych, cichych wędrówek, poeta nie stroni od obserwacji człowieka, miasta, relacji międzyludzkich. Prawdopodobnie właśnie dzięki wrażliwości na przyrodę i piękno z niej płynące, potrafi jak nikt docenić naturalny wygląd i naturalne zachowanie człowieka. Dostrzega i wyśmiewa wady, zazdrość, zawiść, niewiedzę, m.in. w utworze „Schizofreniczny błogostan niewiedzy”.

[…]

jeślibyś kiedyś pięścią walnął nieopatrznie

znajdą się wrony do zakrakania

i kamyczki pod nogę

zawsze lewą do marszu

wprawną do ucieczek panicznych

przećwiczonych od dziesięcioleci mozolnie

krok w krok

 

więc lepiej z wróblem w garści

pod poduszkę uszy i wargi

a dłonie na kołderkę

jak cię uczono od zawsze…..

 

    [Schizofreniczny błogostan niewiedzy, frag.]

 

nielekkie mamy – krok i duszę

kiedy nas pędzi krętą drogą na manowce

za głosem trąbki za kolędą jak ze snu

los

ten fałszywy stary wiarus

niby szaławiła

 

    [Myśli szarych mgła, frag.]

 

    Ogromną wartością wierszy Jerzego Tawłowicza są liczne piękne i rozbudowane metafory. Cieszą ucho, rozwijają wyobraźnię, wzbudzają zachwyt, zapadają w pamięć, stają się kluczami w niepamięci: zaświeć motylem przychylności; w źrenicę okna kamień ciśnij z listkiem; karambol ze snów; w trawie flecikiem cieniutko popiskuje; w studnię źrenicy wpadnie przypadkiem; wieczór odświętny czkawką zmęczenia z marszu wyrwie cię w ciemność samotną; Bóg…codziennie rozdrabniany w pyle dróg ślepych.

    Będzie nam brakowało Tawłowicza, jego pachnących górami wierszy i piosenek. Dobrze, że zostały nam tomiki, do których zawsze możemy zajrzeć, gdy zatęsknimy za Poetą.

Aneta Kielan-Pietrzyk

 

Jerzy Tawłowicz Klucze w niepamięci       

Wydawnictwo SIGNO, Kraków, 2013

Dariusz Łanocha – Potęga bluesa

Do takich tekstów się dojrzewa  z wiekiem. Napiszę więc. „Kiedy byłem małym chłopcem, hej” – to nie słuchałem ani Breakautów, ani Erica Claptona, ani  Buddy Guya. Nadzwyczaj wiernie słuchałem takich kapel, jak Slade, Sweet,  Bay City Rollers. Słuchałem Gary Glittera i zakochałem się w Suzi Quatro. Czyli ulegałem komercyjnym wpływom początku lat 70. poprzedniego wieku.

Blues był dla mnie w tamtych czasach czymś  absolutnie nieistniejącym. Nudnym. – Jak ktoś może słuchać  bluesa, jakiegoś Muddy Watersa, BB. Kinga, czy innego Erica Claptona – tłumaczyłem dookoła. Gdy radiowa „Trójka” grała „Bielszy odcień bluesa”, audycję  autorstwa Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, wyłączałem radio i puszczałem sobie Slade. Oraz, oczywiście, Deep Purple. Tak było!

A tu proszę, minęło trochę lat i  wiek  uczynił swoje. Powodując także spore zmiany na mojej muzycznej półce.  W moim odtwarzaczu płyty akurat tych artystów, których kiedyś nie lubiłem, zajmują nadzwyczaj godne pozycje. „Slejdy”, „Słity” i inne pierduły  są nadal  życzliwie   pamiętane, ale nie są już tak szanowane. Jak przed 40 laty!   Teraz, kiedy idę do sklepu płytowego najpierw zaglądam na półki z napisem „Blues”. Tam zawsze coś nowego odkryję. A wiecie dlaczego pokochałem bluesa! Bo w przeciwieństwie do tych innych, jakże krótkich, muzycznych wynalazków, w rodzaju brit – popa, hip – hopa, disco polo  czy innego muzycznie rychło zapomnianego  muzycznego gatunku, blues pozwala mi  się cieszyć tym, że naprawdę poważna muzyka trwa. Blues jest jak Mozzart, Beethoven i Chopin. Jak The Beatles i The Rolling Stones. I On nie przestaje  do mnie atrakcyjnie docierać! Mogę podejrzewać, że puszczacie sobie teraz, jakieś FM-y, tudzież MTV. Puścicie sobie najnowszego Dawida Bowie, albo najnowszych Depeche Mode. Tam muzyczna sieczka, której za parę miesięcy nikt nie będzie pamiętał. Z wyjątkiem  chłopców „depeszowców”.  A ja sobie w tym czasie słucham najnowszego Erica Claptona („Old Soks”) i bardzo młodych chłopców z Rival Sons, grających na poziomie wczesnych The Rolling Stones i młodych Led Zeppelin. Potęga bluesa polega na tym, że ta muzyka stworzona przez Afrykanerów na amerykańskim kontynencie, powstała w atmosferze szczerości. Nie mamy za co żyć, to może coś zarobimy, kiedy nasze pretensje wobec świata wyśpiewamy i zagramy na gitarach akustycznych. Tak powstały wielkie kompozycje, które „coverują” do dziś najważniejsze postaci współczesnego rocka – Eric Clapton, Joe Bonamassa,  Eric Sardinas, czy Robin Trover.

Jeżeli możecie, to znajdźcie sobie kilkuodcinkowy film o historii bluesa, w reżyserii samego Martina  Scorsese.  Wyświetliła go ostatnio TVP Kultura. Tam jest wszystko, co najważniejsze. Tam są udokumentowane wspomnienia ludzi, wielkich kompozytorów, którzy z biedy, frustracji, nieustatkowania,  potrafili, by przeżyć, stworzyć bluesowe klasyki do dziś odtwarzane przez młodzież. Klasyki, w których jest noga z przytupem, jest muzyczna wirtuozeria (przeważnie  gitarzysty) i podtrzymywanie muzycznej klasyki, o której kolesie z MTV i innych FM – ów mogą tylko marzyć.

Wiecie dlaczego to wszystko napisałem? Bo blues to potęga jest. I basta!

Izabela Niziałek – Niech nas nie trafi … szlag

Od razu spieszę z wytłumaczeniem się z tytułu. Szlag (niem. Schlag) to potoczne, głównie na Śląsku, określenie udaru mózgu, a o tym właśnie będzie mowa. A o udarze, powszechnie zwanym wylewem, mówić warto, bo stanowi on trzecią co do częstości przyczynę zgonów oraz najczęstszą przyczynę niesprawności u ludzi powyżej 40 roku życia.

Udar mózgu to nagłe wystąpienie ogniskowych lub globalnych zaburzeń czynności mózgu, trwające dłużej niż 24 godziny i spowodowane wyłącznie przez przyczyny naczyniowe, czyli związane z przepływem mózgowym krwi. Udary mózgu możemy podzielić na: udary krwotoczne (zwane potocznie wylewem krwi do mózgu) i udary niedokrwienne (zawały mózgu).

Udar krwotoczny (śródmózgowy lub podpajęczynówkowy) polega na nagłym wylewie krwi z pękniętego naczynia, który niszczy utkanie mózgu. W takim przypadku przyczyną może być tętniak, skaza krwotoczna, przedawkowanie leków przeciwzakrzepowych, ale najczęściej nadciśnienie. Może pojawić się po dużym wysiłku lub stresie. Ten typ udaru stanowi około 15-20% wszystkich przypadków choroby. Pacjent odczuwa nagły, bardzo silny ból głowy, ma nudności, wymiotuje, traci przytomność (czasami przechodzi w stan śpiączki), może mieć zaburzenia mowy i widzenia, niedowład lub paraliż.

Udar niedokrwienny spowodowany jest gwałtownym zatrzymaniem dopływu krwi do mózgu w wyniku zwężenia lub całkowitego zamknięcia światła naczyń tętniczych. Do zamknięcia tętnicy może doprowadzić zakrzep powstały w miejscu niedrożności lub materiał zatorowy, który przemieścił się do naczynia mózgowego. Ten rodzaj udaru stanowi aż 85-90% wszystkich przypadków. Jego przyczynami są: zmiany miażdżycowe, niedrożność tętnic (zakrzepy), wady zastawek, ostry zawał serca, zaburzenia rytmu serca, zaburzenia krzepnięcia czy zmiany zapalne naczyń. Zwykle chory budzi się z niedowładem lub paraliżem albo dzieje się to zaraz po wstaniu z łóżka. Odczuwalne jest osłabienie lub zniesienie czucia po jednej stronie ciała. W przypadku zatoru występują nagłe drgawki. W odróżnieniu od udarów krwotocznych, przy udarze niedokrwiennym pacjent zwykle zachowuje przytomność i nie odczuwa bólu.

Mimo, że objawy udarów są nieco odmienne, to w każdym przypadku należy niezwłocznie wezwać lekarza. Pacjent czy jego rodzina nie muszą rozróżniać rodzaju choroby, ale powinni zwrócić uwagę na następujące objawy: niedowład lub porażenie mięśni twarzy, ręki i/lub nogi, najczęściej po jednej stronie ciała, „znieczulenie” twarzy, ręki i/lub nogi, zaburzenia mowy z trudnościami w zrozumieniu słów oraz w wypowiadaniu się, zaburzenia widzenia w jednym lub obu oczach, zaburzenia chodzenia z utratą równowagi i zawrotami głowy, silny ból głowy bez znanej przyczyny.

Czynników ryzyka wystąpienia udaru jest wiele, m.in.: nadciśnienie tętnicze, cukrzyca, zaburzenia gospodarki tłuszczowej (np. hipercholesterolemia), choroba niedokrwienna serca, migotanie przedsionków, palenie tytoniu; złe nawyki żywieniowe (często związana z tym otyłość), nadużywanie alkoholu, stresy, nerwice.

Wymienione czynniki ryzyka możemy całkowicie wyeliminować (np. tytoń czy alkohol) albo, dzięki właściwemu leczeniu, próbować minimalizować ich występowanie. Niestety nie mamy takiej możliwości w przypadku tzw. czynników niemodyfikowalnych, do których należą: wiek (udary zwykle występują u starszych pacjentów), płeć męska (częściej chorują mężczyźni), występowanie choroby w najbliższej rodzinie; czynniki genetyczne (np. mające wpływ na metabolizm lipidów).

Przede wszystkim zachęcamy do działań, które mogłyby zapobiegać występowaniu udarów mózgu. Jeśli jednak udar już wystąpi ważną rolę odgrywa profilaktyka poudarowa. Pamiętać należy, że nie tylko pierwszy udar jest celem profilaktyki. Zwykle przyczyną zgonów bywają tzw. udary wtórne. Po przebytym udarze niedokrwiennym nawroty choroby następują w ciągu roku u 6-12% chorych, a w ciągu 5 lat u 40-50%. Ponadto w ciągu 2 lat od udaru aż 15% chorych doznaje zawału serca i tyle samo umiera z przyczyn naczyniowych. Zadaniem efektywnej profilaktyki pierwotnej jest zapobieganie kolejnemu udarowi mózgu u chorych po przebytym udarze. Podstawowymi elementami profilaktyki wtórnej są: zmiana trybu życia i leczenie czynników ryzyka udaru, leczenie antyagregacyjne (przeciwpłytkowe), leczenie lekami przeciwzakrzepowymi, leczenie chirurgiczne zwężenia tętnic szyjnych (tzw. endarterektomia), bezwzględne zaprzestanie palenia tytoniu.

Szczególnie ważne jest otoczenie opieką chorych o dużym stopniu upośledzenia ruchowego i psychicznego, będącego następstwem udaru. Należy im zapewnić odpowiednią opiekę pielęgnacyjną, rehabilitację ruchową, psychologiczną, a także ułatwić dostęp do specjalistycznej udarowej opieki lekarskiej.

Tradycyjnie życzę Państwu dużo zdrowia i niech nikogo z nas szlag nie trafi.

Dariusz Łanocha – Z muzycznej półki

Są inne kobiety

A to było tak. Marzec – miesiąc kobiet. Więc szukam w sieci czegoś zjawiskowego, fajnego, muzycznie odkrywczego. Tymczasem na pierwszym miejscu, na jednym z portali, swoją muzykę (ha.ha.ha!) proponuje mi jakaś Rihanna. Bardzo chciałem posłuchać tej Rihanny, by przemyśleć, co też ona, oprócz niekwestionowalnych zalet cielesności, ma mnie staremu muzycznemu fajtłapie, do zaproponowania? Otóż Rihanna nie ma nic do zaproponowania! Ktoś tę Rihannę, dzięki jej cielesnym atrybutom, wpuścił do studia, poświęcił jej czas, wypłacił kasę. Wypromował jej twórczość, lansując ją jako przebojową i znaczącą. Niestety ten ktoś, nie zdawał sobie sprawy z tego, że te piosneczki przetrwają na listach przebojów kilka tygodni. I po tym czasie świat o nich zapomni. Na zawsze! I na szczęście!

Smuci mnie fakt, że 90 proc. obecnego muzycznego światka w takich realiach działa. Nie liczy się jakość, treść, muzyczna wartość. Liczy się byle co. Szczęśliwie, świat muzyki ostatnich lat, ujawnił nam kilka mądrzejszych muzycznie kobiet. Nie będę pisał o Janis Joplin, napiszę o Kate Bush i Bjórk. Obie Panie zasługują na najwyższy szacunek za to, co dla muzyki zrobiły. Kariera Kate Bush zaczęła się w 1978 roku od przeboju “Withering highs”. Ładne to było, niemniej jednak mogło utonąć w powodzi podobnych przeboików. Okazało się jednak, że piękna Kate znacznie poważniej myśli o muzyce. Zachęciła do współpracy samego Davida Gilmoura z Pink Floyd i zaczęła nagrywać absolutnie unikatową muzykę. Oryginalną, mniej przebojową, za to urzekającą paletą dźwięków, muzycznych pomysłów. Bush stała się ikoną naprawdę poważnej muzyki rockowej, stała się kobiecym odzwierciedleniem tego, co w tym samym czasie robił Peter Gabriel, ongiś w Genesis. Para ta nabrała dla siebie wzajemnego szacunku, czego efektem wspaniały utwór ” “Dont give up”, który wysoko wylądował na światowych listach przebojów. Kate Bush ma tę piękną cechę, że mimo upływu lat się nie zmienia. Nadal nie koncertuje, nadal nagrywa nadzwyczaj rzadko, nie jest bohaterką plotkarskich portali. A jeżeli już coś muzycznemu światu zaprezentuje, to jest to naprawdę nowe, odkrywcze, szanowane.

Dokonania Kate Bush znała i szanowała na islandzkiej wyspie Bjórk. Mogła z Kate czerpać garściami, tymczasem zdecydowała się podążyć własnymi ścieżkami. Połączyła zimną kulturę własnego kraju z unikatowym głosem. Sięgnęła do tradycji, do innych – niż tradycyjnie w rocku znane – instrumentów. Wykorzystała najnowocześniejsze technologie. I tworzy wspaniałą muzykę, nie przebojową. A mimo tego na jej koncerty przychodzą tłumy. Szanują ją muzycy, nawet Bono z U2 oświadczył, że to jego ulubiona artystka. Bjórk istnieje w świecie muzyki jako postać kultowa, choć nie dysponuje takimi atrybutami cielesnymi, jak nieszczęsna Rihanna. Polskie wokalistki biją ją na głowę pod względem artystycznych umiejętności. Wystarczy, że włączycie sobie jakąkolwiek płytę Katarzyny Nosowskiej i jej “Heya”. Na każdej kolejnej płycie oferuje ona zestaw świetnych tekstów, oryginalnych muzycznych pomysłów, dysponuje dobrym głosem. Wystarczy, że posłuchacie Edyty Bartosiewicz, wystarczy, że puścicie sobie w domowych pieleszach Marię Peszek.

Słuchajcie więc mądrych kobiet w muzyce. Bo naprawdę warto.

Dariusz Łanocha

Aneta Kielan – Recenzja

 

Eligiusz Dymowski rozczesuje marzenia

 

Tomik “Zwyczajność rzeczy” Eligiusza Dymowskiego mam w swojej bibliotece od sierpnia ubiegłego roku. Minął jednak dłuższy okres zanim zdecydowałam się po niego sięgnąć. Wiersze Dymowskiego wymagają bowiem odpowiedniego miejsca i czasu. Wymagają intymności i kontemplacji, aby się z nimi dobrze zapoznać. Książka powstała pod redakcją Gabrieli Matuszek i Wojciecha Ligęzy, który w trafny sposób dwoma zdaniami określił poetykę Dymowskiego: “Chwile ofiarowane Bogu, podobnie jak czas porządkowania przeżyć duchowych osadzone zostają w zwykłych realiach. Ta sama reguła obejmuje spotkania z drugim człowiekiem.” Życie składa się bowiem z licznych drobnych rzeczy i codziennych czynności. To one decydują o szczęściu lub nieszczęściu, o pozytywnych lub negatywnych odczuciach. Stąd tytuł tomiku – Zwyczajność rzeczy. Z drugiej strony tytułem autor nawiązuje do poezji Wisławy Szymborskiej:

rodzimy się bezradni
aby na własnej skórze
doświadczać zwyczajności rzeczy
bez zdziwienia przy tym
że są dotykalne

piękno - to ironia
ukryta w cieniu prostych czynów
dla których chwila
tak samo ważna jest co i wieczność

tylko naiwni
wierzą w coś pośredniego

	[Zwyczajność rzeczy, frag.]

Jednocześnie obok wagi codzienności i zwyczajności, istotną rolę odgrywają ludzie. Człowiek nie istnieje tylko sam dla siebie. Człowiek żyje także dla innych ludzi. Współczesność charakteryzuje się szybkim tempem życia i brakiem czasu dla bliskich. Autor słusznie zauważa, że bardzo ważne jest, aby dzielić się wspólnie najdrobniejszą chwilą / i być zawsze dla siebie…a nie tylko trochę… Przemyślenia zawarte w wierszach Dymowskiego są głębokie, filozoficzne, intymne. W słowach natomiast – trafne, konkretne, czasem pozostawiające niepokój.

[...]
dogadaj się z Losem

bo żyć - nie znaczy
godzić się na przetrwanie

	[***Kiedy myśli płyną pod prąd, frag.]

niosę krzyż
obijany drobiazgami
w biegu
upocony
utrudzony

a Ty
przy wieczornym rachunku sumienia
podpowiadasz
że wcale nie tędy
prowadzi droga na
Golgotę

	[Mierzenie przestrzeni]

Dymowski patrzy na świat z różnych perspektyw. Jako człowiek, jako mężczyzna i jako duchowny. Zwraca uwagę naszą – czytelników – na to, że praca, pieniądze, pozycja zawodowa – nie są najważniejsze. Pomimo tego, że wszystko to wymaga z naszej strony dużo starań – nie zawsze prowadzi do szczęścia. Szczęście daje życie w zgodzie z samym sobą i z innymi ludźmi, szczęście daje wiara, dobroć, niesienie pomocy. To wprawdzie coś zwyczajnego, ale i trudnego do osiągnięcia. Nie każdy ma dość sił, hartu ducha i odwagi.

Daj mi Panie jak najprostszą wiarę
bo wyuczona
staje się kulawą
a tu potrzeba zwykłego świadectwa

o daj mi Panie taką właśnie wiarę
która nadzieję uskrzydli tęsknotą
by mimo słabości
dotknąć skrawka nieba

[Modlitwa zmęczonych oczu]

mój kot podobnie jak i ja
nieudolnie wyciąga łapki do nieba
aby prosić swojego pana
o miskę strawy
co daje siłę na zwykłą codzienność

[Przyjaciel kot, frag.]

Wiersze Eligiusza Dymowskiego skłaniają do zastanowienia się nad własną filozofią życia. Autor pyta co dla nas jest ważne, czy potrafimy docenić uroki codzienności, kim dla nas jest lub może być drugi człowiek i czym jest miłość. Dymowski utworem “Ogrody” przypomina nam Eden i pierwszych ludzi. Każdy człowiek nosi w sobie jakiś ogród. W zależności od tego jak go pielęgnuje i co w nim zasadzi, takie zbierze plony lub przyjdzie mu walczyć z chwastami. Wiąże się to ściśle z największym i najpiękniejszym uczuciem,jakim jest miłość. Miłość potrafi zranić, sprawić, że anioł stanie się bestią, że szczęścia zakochanym zazdrościć będzie nawet księżyc.

tak bardzo
zaszumiało nam w głowie
od wczorajszej kłótni
że straciliśmy równowagę

teraz już wiem
jak ranią skrzydła anioła
gdy nagle zamienia się w bestię

	[Zawstydzenie]

Jak każdy człowiek odczuwa upływ czasu, tak i u Dymowskiego można znaleźć motyw czasu. Nie jest on jednak tak nachalny i negatywny, jak u większości poetów. To naturalne zjawisko, bo czas niekoniecznie / musi straszyć przemijaniem. Tomik “Zwyczajność rzeczy” jest znakomitą lekturą na refleksyjny czas postu, a następnie Święta Wielkanocne. To także lektura do wspólnego czytania dla kochających się ludzi. Autor potrafi zachwycić się codziennością i docenić zwykłe rzeczy, czego poprzez swoje utwory uczy także nas – czytelników. Na zakończenie wiersz Dymowskiego, którym życzę Wszystkim spokojnych, dających radość, głęboko przeżytych Świąt Wielkiej Nocy.

	Na Dzień Zmartwychwstania

A kiedy przyjdzie nam zrobić
	rachunek sumienia
wszyscy pokorniejemy
	gdyż Światłość zbyt wielka
i nie da się ukryć grzechów
	pod cieniem kamienia
bądź więc naszym ratunkiem
	nadziejo wszelka!

Aneta Kielan-Pietrzyk
Eligiusz Dymowski Zwyczajność rzeczy			
Wyd. Krakowska Biblioteka SPP,
 Kraków,2012

Izabela Niziałek – Z pamiętnika hipochondyrka

PROBLEM Z ODDYCHANIEM? TO MOŻE BYĆ POCHP

Oddychanie jest tak naturalną czynnością, że nie zwracamy na nie uwagi. Tymczasem, co dziesiąty Polak po 30 roku życia nie może odetchnąć pełną piersią, ponieważ cierpi na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, czyli tzw. POChP. Pod tą nazwą kryją się właściwie dwie połączone jednostki chorobowe – przewlekłe zapalenie oskrzeli i rozedma płuc.

POChP jest chorobą, która rozwija się u osób palących papierosy lub tytoń pod innymi postaciami. To jedna z niewielu chorób tak ściśle związanych z nałogiem palenia tytoniu. W początkowym okresie przebiega niezauważona. Pierwszym objawem, który przeważnie nie wzbudza zaniepokojenia jest kaszel, zwykle połączony z wykrztuszaniem wydzieliny oskrzelowej. Innym sygnałem choroby jest uczucie braku powietrza, czyli duszność. Może występować już w początkowej fazie POChP, ale zwykle pojawia się nieco później. W początkowym stadium choroby ma charakter wysiłkowy, czyli występuje po czynnościach wymagających wysiłku fizycznego. Chorzy często mylnie przypisują to pogorszenie tolerancji wysiłku swojemu wiekowi. Tymczasem wraz z rozwojem choroby duszność występuje coraz częściej, nawet bez wielkiego wysiłku, a z czasem uniemożliwia jakąkolwiek aktywność fizyczną. Duszności może towarzyszyć głośny, świszczący oddech, który nasila się przy wysiłku. O ile kaszel bywa ignorowany, to męczący brak powietrza niepokoi pacjenta i skłania w końcu do wizyty u lekarza.

Ludzkie płuca powiększają się wraz ze wzrostem całego organizmu, czyli do około 25-go roku życia. Potem zaczyna się proces starzenia, który w przypadku płuc przebiega na szczęście o wiele wolniej niż w przypadku innych organów. Jeśli dbamy o płuca, to nawet po 70 roku życia mamy 3 rezerw oddechowych (korzystamy z nich nie podczas oddychania, a jedynie w czasie wzmożonego wysiłku). Niestety, w przypadku POChP bardzo często zdarza się, że objawy choroby rozwijają się latami i dopiero poważna niewydolność płuc skłania chorego do podjęcia leczenia. Płucom często brakuje już wówczas ponad połowy rezerw oddechowych. W późnym okresie do objawów choroby może dołączyć sinica centralna (niebieskawe zabarwienie skóry i błon śluzowych ciała) i obrzęki.

Do szczególnie zagrożonych POChP należą osoby około 40-go roku życia, zwłaszcza palacze. Oni powinni zwrócić szczególną uwagę na wszelkie niepokojące zmiany stanu zdrowia. Palenie papierosów aż czterokrotnie przyspiesza zmniejszanie rezerw oddechowych i rozwój POChP. Wdychany dym papierosowy drażni oskrzela, prowadząc do zapalenia i zwiększenia produkcji wydzieliny oskrzelowej. Równocześnie uszkadza wyścielające je rzęski, które mają za zadanie oczyszczać drogi oddechowe z pyłków i bakterii. Zalegająca wydzielina zwęża drogi oddechowe i utrudnia przepływ powietrza w płucach. Po latach palenia dym papierosowy niszczy pęcherzyki płucne i prowadzi do zmniejszenia ich pojemności i rozedmy. Skojarzenie tych dwóch chorób spowodowanych paleniem tytoniu daje początek POChP.

Rzucenie palenia jest najprostszym i skutecznym sposobem powstrzymania rozwoju choroby. Jest ona nieuleczalna, ale już po roku od rzucenia nałogu widać znaczną poprawę. Warto dodać, że czynnikiem ryzyka jest również palenie bierne. Choroba może dotyczyć także osób niepalących, narażonych na inne czynniki zagrożenia, np.: pracę w zapylonym lub zadymionym środowisku, obecność pyłów i dwutlenku siarki w powietrzu, zanieczyszczenie spowodowane używaniem kuchenek i grzejników węglowych lub opalanych drewnem, a także częste infekcje dróg oddechowych. Nie bez znaczenie są również uwarunkowania genetyczne. Jednak jeszcze raz trzeba podkreślić, że POChP to w 80-90% choroba palaczy – co piąty z nich na nią zachoruje. POChP jest chorobą bardzo częstą. Badania epidemiologiczne wskazują, że ogółem w Polsce jest około 2 miliony chorych, z których rocznie umiera około 15 tysięcy, a kolejne 20 tysięcy staje się inwalidami. Większość chorych umiera między 60 a 70 rokiem życia, po latach znoszenia ogromnych dolegliwości.

POChP można rozpoznać wcześnie, zanim chory zacznie odczuwać jakiekolwiek objawy, za pomocą prostego badania – spirometrii. Wczesne rozpoznanie jest niezwykle ważne. Jeśli choroba jest rozpoznana w początkowym stadium, a chory przestaje palić, to można ją powstrzymać na etapie, który nie zagraża zdrowiu i życiu pacjenta. Badanie jest szybkie, bezbolesne i niedrogie. Trzeba przyznać, że polscy pneumonolodzy robią bardzo dużo, aby dotrzeć do społeczeństwa z informacją o zagrożeniach POChP. Szerzenie tej świadomości to prawdopodobnie najważniejszy krok w walce z chorobą, oczywiście poza zerwaniem z nałogiem palenia, do czego zachęcam wszystkich Czytelników zmagających się z tym nałogiem.

Izabela Niziałek

Grupa Każdy prezentuje…

W tym roku wyjątkowo krótko trwał karnawał. Słodkie ostatki dawno za nami. O mniej słodkich aspektach tego okresu mówi w swoim wierszu Marek Porąbka. Małgorzata Jaźwa i Monika Maśnik tym razem w miłosnych klimatach – trochę walentynkowo a trochę kobieco, w sam raz na 8 marca. Przeźroczystość może być czymś pięknym, lśniącym i pozytywnym, może też kojarzyć się negatywnie, np. z podglądaniem, nieobecnością. Przeźroczyste może też być kobiece podejście. A jeśli mowa o kobiecie, to i o miłości, intymności, szczęściu, które należy odczuwać całym sobą, aż się palce stóp uśmiechną.

Aneta Kielan-Pietrzyk

Małgorzata Jaźwa

***
Więcej radości
Pod powieki
W promienie rzęs
Razem z powietrzem
W nozdrza
W meszek ramion
Wzgórki piersi
Wrażliwą krainę pomiędzy
Niech się nawet
Palce stóp uśmiechną

Monika Maśnik
Przeźroczysta

byłam tak lekka,
tak przeźroczysta, że
ktoś mógł zobaczyć Ciebie
w moim sercu

Marek Porąbka
Ostatki

Orkiestra gra zawsze
miejscowe melodie

Mniejsze klocki
bukowego drewna
przesuwają te większe

Parkietowe szachy
mają twarze
reliktów epoki

Brylują niezawodni
jak zawsze
Fakir hipnotyzujący Kobrę
i Śnieżna Pantera
ze swoim Treserem

Ostatnia zabawa
tego karnawału

Marek Górka – Dlaczego się z nią ożenił…

W 2012 r., nakładem Wydawnictwa Świat Książki, w serii nowa proza polska, ukazała się książka Szopka autorstwa Zośki Papużanki. Jest to debiut literacki autorki, z wykształcenia teatrolog, nauczycielki języka polskiego, autorki licznych tekstów piosenek. Szopka to powieść, która w sposób bardzo sugestywny kreśli obraz współczesnej polskiej dysfunkcyjnej rodziny. Oczywiście można zarzucić autorce, że nic nowego nie wnosi do tematu opisywanego od Zapolskiej po Kuczoka. Jest to jednak mylne wstępne spostrzeżenie. W miarę zagłębiania się w lekturę, poznajemy historię przeciętnej polskiej rodziny, opisanej w bardzo sugestywny sposób, poetyckim językiem, który jest wstanie odtworzyć “walec” uczuć i emocji, jakie tratuje psychikę bohaterów powieści. Z jej kart wyłania się obraz “skomplikowanej” rodziny, może nie patologicznej, ale na pewno zakłamanej i zimnej w której małżeństwo jawi się jako swoiste więzienie. Jakże wyrazista jest tu owa “szara” codzienność życia bohaterów powieści postrzegana przez nich z różnych perspektyw.

Reasumując, trafia do nas powieść, która wyzwala w czytelnikach huśtawkę emocjonalną od śmiechu, aż po zaciśnięcie do bólu pięści. Chwała autorce za nieszablonowe przedstawienie “naszej codzienności”. Pozostaje tylko szczerze zachęcić do lektury.

MG Zośka Papużanka Szopka Świat Książki, Warszawa 2012

Sebastian Drabik – Elita polityczna krakowskiej PZPR w latach 1956 – 1975

Studia nad różnymi aspektami funkcjonowania PZPR stanowią dla historyków dziejów najnowszych bez wątpienia jeden z najważniejszych obszarów badawczych (…) Jako przedmiot swej analizy Sebastian Drabik wybrał krakowską wojewódzką organizację PZPR w latach 1956-1975. (…) Praca oparta na oryginalnym pomyśle, powstała jako owoc dużej pasji badawczej Autora. z recenzji dr. hab. Zdzisława Zblewskiego

Praca została nagrodzona w konkursie im. Władysława Pobóg-Malinowskiego na najlepszy debiut historyczny roku 2009. ISBN 978-83-7730-074-9, rok 2013; s. 188, oprawa miękka ze skrzydełkami, format A 5, cena 39,00 zł

Sebastian Drabik

Marek Górka – Filmowy Klub Historyczny

Żołnierze Wyklęci

Od roku 2011 w dniu 1 marca obchodzimy Narodowy Dzień Pamięci “Żołnierzy Wyklętych” honorujący pamięć żołnierzy zbrojnego podziemia antykomunistycznego. Data nie jest przypadkowa. 1 marca 1951 roku, w więzieniu mokotowskim w Warszawie, strzałem w tył głowy komuniści dokonali egzekucji na przywódcach IV Zarządu Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość

Żołnierze wyklęci – określenie żołnierzy podziemia niepodległościowego i antykomunistycznego, stawiających opór próbie sowietyzacji Polski i podporządkowania jej ZSRR w latach 40. XX wieku, ostatni “żołnierz wyklęty” – Józef Franczak ps. “Lalek” z oddziału kpt. Zdzisława Brońskiego “Uskoka” – zginął w obławie w Majdanie Kozic Górnych pod Piaskami (woj. lubelskie) prawie dwadzieścia lat po wojnie – 21 października 1963 roku.

Data 1 marca nie jest przypadkowa. Tego dnia w 1951 w mokotowskim więzieniu komuniści strzałem w tył głowy zamordowali przywódców IV Zarządu Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość – Łukasza Cieplińskiego i jego towarzyszy walki. Tworzyli oni ostatnie kierownictwo ostatniej ogólnopolskiej konspiracji kontynuującej od 1945 roku dzieło Armii Krajowej. Zajęcie Polski przez Armię Czerwoną i włączenie połowy jej terytorium do ZSRS sprawiło, że dziesiątki tysięcy żołnierzy nie złożyło broni. Gotowi byli walczyć o odzyskanie niepodległości, wypełnić złożoną przysięgę. Powojenna konspiracja niepodległościowa była – aż do powstania Solidarności – najliczniejszą formą zorganizowanego oporu społeczeństwa polskiego wobec narzuconej władzy. W roku największej aktywności zbrojnego podziemia, 1945, działało w nim bezpośrednio 150-200 tysięcy konspiratorów, zgrupowanych w oddziałach o bardzo różnej orientacji. Dwadzieścia tysięcy z nich walczyło w oddziałach partyzanckich. Kolejnych kilkaset tysięcy stanowili ludzie zapewniający partyzantom aprowizację, wywiad, schronienie i łączność. Doliczyć trzeba jeszcze około dwudziestu tysięcy uczniów z podziemnych organizacji młodzieżowych, sprzeciwiających się komunistom. Łącznie daje to grupę ponad pół miliona ludzi tworzących społeczność Żołnierzy Wyklętych. Ostatni “leśny” żołnierz ZWZ-AK, a później WiN – Józef Franczak “Laluś” zginął w walce w październiku 1963 roku.

Instytut był współproducentem 8-odcinkowego cyklu krótkich form dokumentalnych pt. “Żołnierze Wyklęci”, które były emitowane w TVP1. W ośmiu odcinkach pokazano sylwetki żołnierzy, którzy poświęcili życie walcząc o niepodległość ojczyzny. W ciągu 2-3 minut dokumentu przedstawiono 2 dramatyczne historie związane z postacią głównego bohatera. Znalazły się tam sylwetki m.in.: Zygmunta Szendzielarza “Łupaszki”, kpt. Kazimierza Kamieńskiego “Huzara”, kpt. Henryka Flamego “Bartka” i ppłk. Łukasza Cieplińskiego. Bohaterowie cyklu:

Kpt. Jan Dubaniowski “Salwa” i Oddział Partyzancki “Żandarmeria” – już 11 listopada 1945 roku kpt. Dubaniowski wydał zarządzenie o utworzeniu stałego oddziału partyzanckiego o nieprzypadkowej nazwie “Żandarmeria”. Trafili tam ludzie zagrożeni aresztowaniem – przede wszystkim akowcy z powiatów: bocheńskiego, brzeskiego, myślenickiego i limanowskiego: żołnierze byłych oddziałów “Dzika”, “Żółwia”, “Pogroma” i jednostek byłego 12. pp AK. To byli ludzie miejscowi, działający na własnym terenie. Dzięki temu “chłopcy z lasu” mieli naturalne zaplecze wśród ludności. Mjr Antoni Żubryd “Zuch” i Samodzielny Batalion Operacyjny NSZ – Antoni Żubryd – bieszczadzki “Ogień”. Kiedy mowa o niedawnej historii Bieszczad, w pierwszym skojarzeniu myślimy o Ukraińskiej Powstańczej Armii, istniejącej w tym regionie do 1947 r. W ten sposób umyka nam, że działała tam także polska partyzantka: najpierw w czasie wojny oddział AK OP-23, zaś w latach 1945-1946 zgrupowanie jednego z żołnierzy wyklętych – Antoniego Żubryda, ps. “Zuch”. Postać Żubryda do dziś jest odbierana przez pryzmat powieści Jana Gerharda “Łuny w Bieszczadach” i nakręconego na jej podstawie filmu “Ogniomistrz Kaleń”. Antoni Żubryd został w nich przedstawiony jako niemal półanalfabeta, tępy antysemita, przywykły do koszarowego stylu kapral, z którego zawiłości historii zrobiły nieoczekiwanie dowódcę oddziału. Czy też raczej, jak dodał Stanisław Myśliński w “Strzałach pod Cisną”, “bojówek spod znaku trupich czaszek”.

Kpt. Kazimierz Kamieński “Huzar” 1953 – w przeciwieństwie do swoich podkomendnych nie ujawnił się po ogłoszeniu amnestii w 1947 r. Do jesieni tego roku nie przejawiał większej aktywności, kiedy ponownie utworzył oddział partyzancki. Był on świetnie uzbrojony i oraz w pełni umundurowany. Ogółem przez oddział przewinęło się ok. 120 ludzi, ale nigdy nie liczył on w danym momencie więcej niż 50 partyzantów. Patrole K. Kamieńskiego prowadziły akcje ekspriopriacyjne i likwidacyjne na posterunki MO, likwidowały konfidentów UB, MO i NKWD oraz bardziej szkodliwych działaczy PPR, zwalczały w terenie pospolity bandytyzm. Stoczyły też kilka bitew i potyczek z oddziałami KBW i LWP. Na krótki czas opanowały nawet Wysokie Mazowieckie, gdzie K. Kamieński przeprowadził konną paradę swojego oddziału. W patrolach panowała surowa dyscyplina, schwytanych milicjantów z reguły puszczano wolno po rozbrojeniu, piętnowane było niewłaściwe zachowanie wobec miejscowej ludności. Zdobyte środki finansowe były przeznaczane nie tylko na potrzeby oddziału, ale też na pomoc dla aresztowanych przez bezpiekę i ich rodzin oraz poszkodowanej ludności. Po nawiązaniu kontaktu w 1952 r. z fałszywą V Komendą WiN w pełni kontrolowaną przez bezpiekę (prowokacja krypt. “Cezary”), w celu zorganizowania wyjazdu na Zachód, K. Kamieński 23 października tego roku został aresztowany w Warszawie przez UB. Po brutalnym śledztwie 26 marca 1953 r. Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na sesji wyjazdowej w Łapach skazał go w trybie doraźnym na 6-krotną karę śmierci. Stracono go 11 października 1953 roku o godz. 13.30 w więzieniu w Białymstoku. Jego symboliczny grób znajduje się na cmentarzu w Poświętnem. W dniu 13 marca 1997 roku SW w Białymstoku unieważnił wyrok. Kpt. Henryk Flame “Bartek” – 1947 – przed wojną instruktor-pilot w 2 pułku lotniczym. Podczas działań wojennych w 1939 r. zestrzelony przez Niemców. W czasie okupacji w NSZ, m.in. Komendant Powiatu Cieszyn. W latach 1944-1945 w NSZ-AK. Od wiosny 1945 r. dowódca zgrupowania partyzanckiego NSZ i Komendant Okręgu VII tej organizacji. Utrzymywał kontakty z ośrodkiem politycznym NSZ w amerykańskiej strefie okupacyjnej Niemiec. Kilkanaście oddziałów zgrupowania – łącznie około 400 żołnierzy – pod jego dowództwem stoczyło w latach 1945-1947 ponad 240 walk i potyczek z grupami operacyjnymi UB i KBW na terenie Podbeskidzia. Szczególne wrażenie zrobiła akcja, przeprowadzona 3 maja 1946 r. w popularnym ośrodku wypoczynkowym w Wiśle. Po zdobyciu miasta oddziały NSZ odbyły kilkugodzinną defiladę co wywołało ogromną sensację. Stacjonujące w pobliżu jednostki wojska , KBW, WOP i UB nie zdecydowały się na atak i walkę ze zgrupowaniem NSZ

Mjr Jan Tabortowski “Bruzda” – 1954 – Po siedmioletniej walce konspiracyjnej przybył do Warszawy. Jego pobyt w stolicy trwał od kwietnia 1947 r. do kwietnia 1950 r., nie był to jednak pobyt ciągły. W tym czasie kilkakrotnie zmieniał miejsce pracy, a kilkakrotnie na pewien czas podejmował próby ukrycia się przed permanentną inwigilacją UBP (był wielokrotnie nękany przesłuchaniami). Podjął także próbę zorganizowania ucieczki za granicę, zakończoną jednak niepowodzeniem. Ostatecznie w kwietniu 1950 roku zaczął po raz kolejny ukrywać się w wioskach nadbiebrzańskich. Z czasem wokół niego skupiła się większa ilość żołnierzy, tak jak “Bruzda” uciekających przed prześladowaniami. W sierpniu 1952 r., na skutek “wsypy” UBP rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę operację poszukiwania “Bruzdy”. Teren został spacyfikowany, a najbliżsi współpracownicy aresztowani. Po raz kolejny Tabortowski odbudował oddział wiosną 1953 r., kiedy dołączył do niego między innymi Stanisław Marchewka “Ryba”, były szef samoobrony inspektoratu AKO – WiN Łomża. Co prawda został on zwerbowany do współpracy przez oficerów WUBP Białystok a jego zadaniem było nawiązanie kontaktu z Tabortowskim i wskazanie organom bezpieczeństwa jego miejsca pobytu. Jednak “Ryba” po skontaktowaniu się z majorem zerwał “nici” łączące go z bezpieką i dołączył do swego dawnego dowódcy. Tabortowski zginął 23 VIII 1954 r. podczas akcji w Przytułach, pow. Łomża, podczas akcji zdobywania miejscowego posterunku MO. Miejsce pochówku pozostaje nieznane.

Mjr Zygmunt Szendzielarz “Łupaszka” – 1951 – został aresztowany przez UB 30 czerwca 1948 r., podczas akcji X, zorganizowanej przez MBP przeciwko Polakom z Wileńszczyzny. Po licznych przesłuchaniach w więzieniu mokotowskim został skazany na 18-krotną karę śmierci. Proces “Łupaczki” i kilku innych wybitnych oficerów wileńskiej AK miał charakter pokazowy, transmitowany był przez radio. Major zachował się godnie w czasie śledztwa i procesu. Komunistyczny sąd skazał wszystkich “sądzonych” na śmierć. Miejsce pochówku pozostało do dziś nieznane. Ppłk Łukasz Ciepliński – 1951 – oto 1 marca 1951 r. wyprowadzany na egzekucję w warszawskim więzieniu mokotowskim ppłk Ciepliński zdołał szepnąć jednemu ze współwięźniów szczególne przesłanie dla swego syna. “Jeśli przeżyjesz, odnajdź moją rodzinę i przekaż Andrzejkowi, że ojciec przed śmiercią ukrył w ustach srebrny medalik z Matką Boską Ostrobramską. Postanowił, że gdy padnie strzał, ściśnie zębami medalik tak mocno, by nie wypadł. I gdy kiedyś, już w wolnej i sprawiedliwej Polsce syn szukać będzie szczątków swego ojca, to te z medalikiem wskażą mu właściwy grób”. Ppłk Ciepliński wierzył bowiem do ostatniej chwili, że kiedyś ta wymarzona, wolna i sprawiedliwa Polska, dla której właśnie ginął, nadejdzie. W celi śmierci spędził 137 dni. Być może wówczas jeszcze wierzył, że go ułaskawią i zamienią karę śmierci na więzienie. Przecież wiedział, że komendantów (zwanych prezesami) wcześniejszych zarządów głównych WiN potraktowano łagodniej. Płk. Jana Rzepeckiego, skazanego na osiem lat więzienia, zwolniono po procesie na mocy amnestii. Płk. Franciszkowi Niepokólczyckiemu, choć otrzymał wyrok śmierci i trzymano go podobnie, z Niemcem w jednej celi, okazano łaskę i wyrok zamieniono na dożywocie. Podobnie ppłk. Wincentego Kwiecińskiego, chociaż otrzymał wyrok dożywotniego więzienia, jednak w drodze amnestii zamieniono karę na 12 lat więzienia. Dlaczego jego, prezesa IV Zarządu Głównego WiN, mieliby potraktować surowiej? Stanisław Ludzia “Harnaś” – 1950 – partyzant “Ognia”, a potem dowódca Oddziału “Wiarusy” – Stanisław Ludzia “Harnaś”, “Dzielny”. Wzorując się na doświadczeniach “Ognia” podzielił ludzi na trzy grupy, licząc, że będzie im łatwiej działać. Jedna operowała w rejonie Szczawnica – Krościenko – Obidza, druga w rejonie Rabka – Rdzawka – Obidowa, zaś trzecia w rejonie Niedzica – Czorsztyn. W końcu 1948 roku “Harnaś” miał w dyspozycji 70 ludzi i dość szeroko rozbudowaną sieć współpracowników. W roku 1948 oddział “Harnasia” zastrzelił 13 milicjantów, 1 żołnierza KBW, 1 zdrajcę i 3 osoby cywilne (?). Dokonali kilku akcji na spółdzielnie i sklepy. W 1949 r. zastrzelili jednego milicjanta i jednego współpracownika UB. Już na początku 1949 r. organizacja “Wiarusów” została rozpracowana agenturalnie i przez następne miesiące prowadzono działania zmierzające do likwidacji grupy. 16 lipca 1949 r. w okolice Rabki przybył “mjr Maciej” i doszło do spotkania z trzema chętnymi do wyjazdu do Anglii. Wśród nich był “Harnaś”. Mistyfikację w czasie nocnego spotkania w głębokim terenie uwiarygodnił samochód ze znakiem angielskiej ambasady. Przewieziono ich do Krakowa, prosto do budynku WUBP i tylko przypadek sprawił, że zorientowali się, że są w rękach swoich prześladowców. Doszło do strzelaniny – “Harnaś” został ranny, dwaj pozostali zostali zabici w walce.

Jan Sałapatek “Orzeł” 1955, ostatni partyzant Małopolski – Sałapatek był członkiem oddziału partyzanckiego AK “Wolność”, który powstał w październiku 1945 r. (pełna nazwa brzmiała Grupa Operacyjna AK “Wolność”). Jego d-cą był Stanisław Papierz “Sęp”. Po jego śmierci (19 X 1946 r.) dowództwo przejął właśnie Sałapatek. Oddział zmienił wówczas nazwę na Grupa Operacyjna AK “Zemsta”. Prawdopodobnie w tym samym miesiącu oddział wszedł (w zasadzie został wchłonięty) w skład oddziału “Błyskawica” (nie mylić ze zgrupowaniem “Ognia” o tej samej nazwie), dowódzonego podówczas przez Franciszka Łuczaka “Wróbla”.

Grupa “Błyskawica” podporządkowała się “Ogniowi” prawdopodobnie jeszcze w pierwszej połowie 1946 r., jednak działała jako samodzielny oddział. Tak też traktował go Kuraś. OP “Błyskawica” współdziałał z 5. kompanią zgrupowania “Ognia”, zachowując przez cały czas odrębność organizacyjną. Po amnestii 1947 r. Jan Sałapatek “Orzeł”, w oparciu o kilkunastu członków “Błyskawicy”, utworzył oddział o nazwie Grupa Operacyjna AK “Zorza”, na czele którego kontynuował walkę do 1955 r.

Ks. Władysław Gurgacz 1949, kapelan oddziału Polska Podziemna Armia Niepodległościowców – wieczorem 14 września 1949 r. w krakowskim więzieniu na Montelupich rozległy się cztery strzały. Pociski wystrzelone z broni komunistycznych oprawców zadały śmierć trzem żołnierzom Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej. Jednym z nich był ks. kpt. Władysław Gurgacz “Sem”, sprawujący funkcję kapelana w konspiracyjno-patriotycznej organizacji. Jaka była droga tego mężnego jezuity do zbrojnego oddziału, którego członkowie jeszcze w 4 lata po zakończeniu II wojny walczyli o odzyskanie przez Polskę pełnej wolności i suwerenności? Czy ów kapłan-męczennik, nazwany przez potomnych “Popiełuszką okresu stalinowskiego”, swą ofiarą z życia zasłużył sobie jedynie na pomnik, na należną mu niewątpliwie cześć i pamięć? Czy też może ze względu na swą postawę pełną heroizmu i cnót zapracował na coś więcej: aby traktować go jako kandydata na ołtarze? Niemało jest osób uważających, że na jedno i na drugie. Wciąż jednak zbyt mało takich, które poznały bliżej jego sylwetkę.

Janina Smoleńska – Jachna. Janina Smoleńska była żołnierzem Armii Krajowej (przybrała pseudonim “Jachna”). Od 1943 roku do 1944 roku służyła w oddziale partyzanckim IV Wileńskiej Brygady “Narocz”, a następnie w V Wileńskiej Brygadzie (zwanej “Brygadą Śmierci”), którą dowodził major Zygmunt Szendzielarz “Łupaszka”. W 1947 roku za działalność niepodległościową Janina Smoleńska została skazana na 15 lat więzienia. Lidia Lwow-Eberle – jako sanitariuszka “Lala” brała udział w potyczkach z Niemcami i partyzantką sowiecką. Kiedy “Łupaszka” rozpuścił oddział i z garstką partyzantów przekroczył linię Curzona, kierując się na Białostocczyznę, “Lala” była z nim. Lata powojenne zapamiętała jako walkę o przetrwanie, napady na spółdzielnie i urzędy gminne, by zdobyć pieniądze na legalizację ludzi z AK. I narastające poczucie beznadziejności. Ujęto ją razem z “Łupaczką” w czerwcu 1948 roku. Po procesie major Szendzielarz został zabity strzałem w tył głowy w więzieniu na Rakowieckiej. Lidia Lwow – której pozwolono na ostatnie z nim widzenie – spędziła osiem i pół roku w więzieniu. Wyszła z niego, jak wielu innych, w 1956 roku.

Marek Górka

Zapraszamy do Śródmiejskiego Ośrodka Kultury 20 listopada 2012 r., na godz. 18.00, do Filmowego Klubu Historycznego gdzie dzięki uprzejmości Krakowskiego Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, zobaczymy filmy dokumentalne pt.: POSŁAŃCY ŚMIERCI (2007, 29 min), oraz ZBRODNIA NA LEŚNYM UROCZYSKU (2007, 24.30 min.), w reżyserii: Adama Sikorskiego.

Adriana Hołub, Magdalena Tracz – Podróże dalekie i bliskie…

Dolce vita – Rzym od nieco innej, ale nie mniej słodkiej strony

Każdemu, kto udaje się do Rzymu kojarzy się on przede wszystkim z wymienianymi w każdym przewodniku miejscami i zabytkami, które obowiązkowo trzeba zobaczyć. Nieważne, czy jest to wizyta weekendowa, czy dłuższa, trzeba odznaczyć na naszej liście Koloseum, Forum Romanum, Piazza Navona, Watykan, etc.

Rzym to jednak znacznie więcej niż utarte szlaki dla turystów. Być może dlatego, że za każdym razem kiedy tam jesteśmy widzimy to miasto inaczej i odkrywamy miejsca mniej popularne, ale nie mniej atrakcyjne. Dzielnicą, którą na pewno warto zobaczyć jest nieco ukryta, ale znajdujące się blisko centrum Zatybrze. Wędrując małymi uliczkami możemy zagubić się wśród porozkładanych stoisk z książkami, reprodukcjami czarno-białych zdjęć z Alberto Sordim czy Toto, których postacie filmowe nieodłącznie związane są z tym miastem, czy też straganów z obrazami i biżuterią robioną przez miejscowych artystów tej rzymskej dzielnicy, którą porównać można do paryskiej Montmartre. To tutaj, w małych restauracyjkach na wystawionych na skrawku ulicy stolikach możemy zjeść najlepsze i w rozsądnej cenie, bo często przeznaczone dla “miejscowych” pizze czy pasty, których smak daleko odbiega od tych doprawianych pod gusta turystów, a wieczorami można usłyszeć ulicznych muzykantów, którzy w dialekcie rzymskim śpiewają i przygrywają nam do kolacji.

Wieczne Miasto żyje swoim rytmem na placach targowych, jak chociażby Piazza Campo de’Fiori. Okoliczni mieszkańcy z charakterystycznymi wózkami na kółkach udają się tam na zakupy, gdzie wąskimi uliczkami mkną samochody Apa wypełnione po brzegi towarem dla pobliskich sklepików i barów, z których codziennie rano unosi się zapach świeżo parzonej kawy i słodki zapach włoskich rogalików, czyli cornetti. W pogodną noc nie ma nic piękniejszego niż widok z Janikulum, jednego z siedmiu największych wzgórz Rzymu. Od wczesnych godzin wieczornych aż do świtu tętni życiem i jest wypełnione przede wszystkim przez młodych, którzy miejsce to upodobali sobie szczególnie. Stąd właśnie roztacza się piękny widok na miasto, które oświetlone w nocy daje nam wspaniałą panoramę. W barze, gdzie bywali najsławniejsi Rzymianie, warto wypić kawę, której smak jednak znacznie różni się od tych, które zwykliśmy kupować w naszym nie mniej kochanym Krakowie, i możemy przez godziny rozkoszować się widokiem oświetlonych zabytków.

Dla spragnionych wrażeń i niecodziennych widoków polecamy, ale to już zależy od sił wyższych, niezapomniane chwile w Rzymie okrytym śniegiem. Przysypane białym puchem ruiny i zabytki momentami wyglądają wówczas jak przerobione w phothoshopie pocztówki. Ubiegłoroczny pobyt w Rzymie był niezapomnianym przeżyciem, kiedy można było w śnieżnej perspektywie podziwiać muzeum pod otwartm niebem, jak niektórzy określają stolicę Włoch.

Nie zniechęcamy oczywiście nikogo do odwiedzania miejsc, które wskazywane są w przewodnikach, bo te jak najbardziej warte są obejrzenia. My także z wielką ochotą siadamy wieczorem na gwarnym placu, na którym znajduje się Panteon, czy o wschodzie słońca wybieramy się na spacer pod Fontannę di Trevi, by jak Sylvia z Dolce Vita F. Felliniego, choć może nie aż tak bezpośrednio, rozkoszować się niesamowitym widokiem błękitnej wody kontrastujacej z bielą rzeźb, otoczonych śpiącymi jeszcze kamieniczkami. Rzym, a nawet jego mały fragment, warto zwiedzić wytyczonymi przez siebie szlakami, nawet jeśli przyjeżdżamy do miasta na chwilę. Nie tylko zresztą to miasto, ale też każde inne poznajemy chyba lepiej na przykład tam, gdzie w ukryciu przed tłumem starsze panie dokarmiają bezdomne koty i wieszając pranie żywo rozprawiają z sąsiadką z naprzeciwka.

Adriana Hołub (Krakuska zakochana w Rzymie)
Magdalena Tracz (Rzymianka zakochana w Krakowie)

Marek Mirosławski – Uśmiech Archidiecezji Krakowskiej

Czy przeczytawszy tytuł artykułu, przychodzi nam na myśl jakaś osoba? Bynajmniej, wielu jest uśmiechniętych duchownych, ale żaden chyba nie przebije drogiego nam śp. Księdza Biskupa Albina Małysiaka – człowieka wielkiego ducha, tudzież odwagi, zaangażowania, ale też i zdrowego dystansu do siebie, humoru i życiowego optymizmu.

Śródmiejski Ośrodek Kultury organizował trzy lata temu uroczyste obchody jubileuszu 40-lecia święceń biskupich naszego Drogiego Pasterza. Sam dostojny bohater co prawda nie lubił szumu wokół siebie, lecz wykorzystał tę okazję, aby raz jeszcze zaświadczyć o pięknie głoszenia Ewangelii i zachęcić ludzi do zdrowej troski o Ojczyznę i Miasto Kraków, którego był Honorowym Obywatelem. Niestrudzony Hierarcha odszedł od nas 16 lipca 2011 r. Przed kamerą filmową powiedział krótko przed śmiercią: “Piękne było moje życie; pracowite, ale bardzo piękne. I cieszę się, że Pan Bóg mi wyznaczył taką drogę życia. Wysiłku, harówki, pracy dla głoszenia Ewangelii nie żałowałem! I to niekiedy mówię – Panie Boże, widzisz jak ja pracowałem? Ile tylko sił miałem! I tak się tam wykłócam z Panem Bogiem!”. Dlatego właśnie warto przypomnieć i ukazać raz jeszcze to wszystko, co sprawiło, że życie naszego kochanego biskupa Albina było piękne.

Bagaż życiowy księdza Małysiaka jest potężny. Składają się nań: 94 lata życia, w tym dwudziestolecie międzywojenne, okupacja hitlerowska, mroczne czasy komunizmu i wreszcie ponad dwadzieścia lat w Polsce po przemianach ustrojowych. Ale to nie tylko codzienna, żmudna posługa kapłańska i biskupia. To także święcenia kapłańskie które przyjął podczas okupacji, gdy na ulicach szalało gestapo, ratowanie Żydów, gdy za ich ukrywanie groziła kara śmierci; to czasy walki o duszę polskiej młodzieży, gdy propaganda ateistyczna była jedyną wykładnią państwową. To prześladowanie przez bezpiekę i długoletnie figurowanie w odpowiednich rejestrach jako “wróg Polski Ludowej”. To dwa wezwania do więzienia za działalność duszpasterską, 32 przesłuchania w Urzędzie Bezpieczeństwa i jedna próba zamachu na życie (w 1985 r.). Mimo tego, że cierpienie dość znacząco wplotło się w życie tego kapłana, to jednak zawsze cechował go wrodzony optymizm. Kiedy zobaczył, że wszystko drożeje, nakazał swej gospodyni drastyczne oszczędności, bo inaczej… nie będziemy mieli nic na emeryturę! A wypowiedział to, będąc na niej już prawie osiemnaście lat! Ilekroć spotykał ludzi, pierwszy wyciągał rękę, słał swój niezapomniany uśmiech i zagrzewał do walki: z problemami, ze smutkiem i wreszcie… z samym sobą.

Postać biskupa Albina Małysiaka jest już trwale upamiętniona na Salwatorze. Na dziedzińcu klasztoru w miejscu, gdzie wchodził On do swojego mieszkania, umieszczono pamiątkową tablicę, Jemu poświęconą. Dzieło to, wykonane przez wybitnego krakowskiego rzeźbiarza prof. Czesława Dźwigaja, zawiera m.in. jedno ciekawe określenie Hierarchy: Ignis ardens, tzn. płonący ogień. Tak wyraził się o biskupie Małysiaku sam kard. Karol Wojtyła, widząc Jego zaangażowanie, zapał i waleczną duszę. Wspominając życie biskupa Albina nie sposób wspomnieć także o dwóch innych dziełach, które także trwale upamiętnią Jego postać. Jednym z nich jest film pt. “Z wiarą na głęboką wodę”, który został zrealizowany w 2010 roku, właśnie na ów wspomniany jubileusz. Tamte niezapomniane dni tak wspomina Łukasz Lech, pomysłodawca i współautor scenariusza filmowego: Kiedy zbliżał się jubileusz 40-lecia sakry biskupiej, nadarzyła się okazja nie tylko do świętowania, ale by przybliżyć niezwykłe życie naszego wielkiego Przyjaciela. Stąd zrodził się pomysł na film. Dzięki ogromnemu zaangażowaniu księdza infułata Jerzego Bryły udało się go zrealizować. Zaprosiłem do współpracy red. Annę Kaszewską z TVP Kraków i wspólnie napisaliśmy scenariusz. Było to niezwykle trudne, bo chcieliśmy pokazać naszego bohatera takiego, jakim naprawdę jest, bez “zadęcia” przed kamerą. Po prostu ukazać wielkość w zwyczajności. Biskup Albin kochał sport i to było pretekstem, żeby opowieść rozpocząć dość nietypowo, bo… na basenie. Biskup ochoczo podjął się zagrania w tak nietypowej scenie (od 1990 r. był posiadaczem karty pływackiej). A nie była to jedyna przygoda przy tworzeniu filmu.

Bardzo trudną do realizacji była scena “z cukierkami”. W siermiężnych latach 50-tych, kiedy ks. Małysiak był dyrektorem zakładu im. Księdza Siemaszki, postanowił sprawić swoim wychowankom niespodziankę i zakupił im… trzysta kilogramów cukierków! Aby wiernie odtworzyć tę sytuację, także użyliśmy jako rekwizytu taką samą ilość słodkości. Zdjęcia realizowaliśmy na dziedzińcu Domu Pomocy Społecznej przy ul. Helclów. Pamiętam to zdziwienie i uśmiech u sióstr szarytek, które wywołał ten ogrom słodyczy!

Kolejna zabawna sytuacja wydarzyła się w Ślemieniu. Pokazywaliśmy w niej młodego kleryka Albina w czasie wakacji, na łące, przy pasieniu krów. I tu pojawił się problem, gdyż zamówiona aktorka – krowa niestety się rozchorowała i na gwałt musieliśmy szukać wspólnie z panią wójt chętnej, zdrowej i dojnej gwiazdy!

Naszą dodatkową motywacją do podejmowania wysiłku był zapał i zaangażowanie Księdza Biskupa. Bardzo uważnie czuwał nad postępami przy produkcji filmu. Swoją radość wyraził w słowach: – No tak, było, nie było, jestem najstarszym biskupem; pokażcie ludziom, że można niezmordowanie głosić Ewangelię. No to wzięliśmy sobie to do serca. I cieszę się, że udało się stworzyć dzieło, które będzie nam Go przypominać.

Drugi projekt upamiętniający osobę biskupa Albina to książka pt. “Z pastorałem i humorem” stanowiąca zbiór anegdot, pogodnych historii i śmiesznych sytuacji z Jego życia. Biskup Grzegorz Ryś powiedział, że do dziś stanowią one kanon dowcipów księży krakowskich i warto je spisać i wydać. Tak też robimy. Książka ukaże się wkrótce, ale już teraz pragniemy zaprezentować kilka jej fragmentów, różnych opowiadań pokazujących, że da się swoje życie przeżyć radośnie i z optymizmem. Zaiste, sam nie wiem, skąd u biskupa Albina było tyle pokładów radości. Z pewnością źródłem takiej postawy była Jego żywa wiara, umiłowanie modlitwy i pracy oraz poczucie misji na rzecz Kościoła i Ojczyzny.

Radość, humor, optymizm, odwaga, nieustępliwość, wytrwałość, prostota, autentyzm, miłość do Boga i ludzi – te właśnie wszystkie cechy sprawiły, że piękne było życie biskupa Albina Małysiaka. Śródmiejski Ośrodek Kultury pragnie nadal krzewić pamięć o tym nietuzinkowym Człowieku i zasłużonym Duchownym. Dlatego w sobotę, 2 marca 2013 r. o godz. 17.00 zapraszamy na ul. Mikołajską 2 na wieczór pt. “Piękne było moje życie, czyli wspomnienie o Biskupie Albinie Małysiaku”. Będziemy mogli obejrzeć film “Z wiarą na głęboką wodę”, usłyszeć fragmenty książki “Z pastorałem i humorem” oraz zaczerpnąć ze wspomnień, jakie na tę okazję przygotowali ci, którzy tak bardzo Go kochali. Zapraszamy więc wszystkich, którzy pamiętają Jego charakterystyczny żołnierski chód czy niezapomniany głos, który identyfikował Go od razu w radiu czy słuchawce telefonu. Ale nie tylko ich. Zaproszenie kierujemy także do tych, którym nie dane było poznać Księdza Biskupa Małysiaka. Może jest to dobra sposobność zobaczyć, jak wygląda “uśmiech Archidiecezji Krakowskiej”. To także dobra okazja, aby zaczerpnąć ideały ze wzorców, których dziś coraz częściej tak bardzo nam brakuje.

Marek Mirosławski