PRZEMYSŁAW WŁODEK

Przemysław Włodek – lekarz, pasjonat Kresów Wschodnich, autor licznych prezentacji i wykładów, ale też autor przewodników “Wilno” oraz “Lwów”wydanych nakładem wydawnictwa Rewasz.

BARBARA BRANDYS

Barbara Brandys – urodzona 11 styczna 1931 w Kłobucku. Ukończyła studia rolnicze. Pracowała w Okręgowej Stacji Hodowli Zwierząt. Od roku 1980 mieszka w Krakowie. Do tej pory wydała pięć tomów poezji: „Zapra­gnęłam pozostać” – 1993, „Gałązki snu” – 1994, „Na krawędzi czasu” – 1996, „Malowany dwór” – 2000, „Odchodzimy od siebie” – 2007. Jej wiersze znalazły się w antologii amery­kańskiej i antologii japońskiej. Tłumaczone też były na inne obce języki. Ukazały się w antologiach Konfraterni Poetów pod redakcją Jacka Lubarta Krzysicy.

KALINA BŁAŻEJOWSKA

Kalina Błażejowska

Kalina Błażejowska – ur. w 1987 w Krakowie, redaktorka działu kultury „Tygodnika Powszechnego”, absolwentka filmoznawstwa oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Stypendystka Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, laureatka Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej dla młodych dziennikarzy. Specjalizuje się w portretach twórców, głównie pisarzy polskich XX wieku.

KLEMENTYNA ŻUROWSKA

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/2/2a/Klima_%C5%BBurowska.jpg/178px-Klima_%C5%BBurowska.jpg

Klementyna Maria Żurowska z Leszczkowa, herbu Leliwa (ur. 23 maja 1924 w Perespie, zm. 8 maja 2015) – historyk sztuki, mediewista, profesor nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki w katedrze sztuki średniowiecznej Instytutu Historii Sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

KACPER ŚLEDZIŃSKI

http://wiekdwudziesty.pl/wp-content/uploads/2014/10/Tankisci-PRESS.jpg

Kacper Śledziński  – (ur. 1975 w Krakowie) polski historyk i pisarz. Absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, publikował na łamach „Dziennika Polskiego” i miesięcznika „Spotkania z Zabytkami”. Autor popularnonaukowych książek poświęconych między innymi dokonaniom polskich oddziałów i żołnierzy podczas II wojny światowej. W 2004 ukazała się jego pierwsza książka, Baraż, w 2011 roku opublikował nakładem wydawnictwa ZNAK książkę Czarna Kawaleria. Bojowy szlak pancernych Maczka nominowaną między innymi do tytułu Książki Historycznej Roku, natomiast w roku 2012 – Cichociemnych. Elitę polskiej dywersji. W przeszłości pisał także książki poświęcone wojskowości polskiej i słowiańskiej wcześniejszych epok.

TOMASZ PINDEL

Tomasz Pindel – polski tłumacz literatury hiszpańskojęzycznej, pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego (Katedra Ameryki Łacińskiej w Instytucie Amerykanistyki i Studiów Polonijnych). Razem z Szymonem Kloską prowadzi program Piątka z literatury w RMF Classic i bloga poczytane.blog.onet.pl. Został nagrodzony przez polski oddział Instytutu Cervantesa za Tłumaczenie Literackie za przekład “Noc jest dziewicą” Jaime Bayly’ego. Nagroda ta jest przyznawana każdego roku za najlepsze tłumaczenie literatury hiszpańskojęzycznej. Za książkę Mario Vargas Llosa. Biografia uhonorowany został Nagrodą Krakowska Książka Miesiąca Grudnia 2014 przyznawaną przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie.

EWA SZAWUL

http://ocdn.eu/images/pulscms/N2U7MDMsMzE0LDAsMCwxOzAzLDAsMmY4LDAsMTswYywxZDc0Y2I0MTcwNTk1MDQzNjYyOWNhYmQ2MDZmNTBmNiwxLDAsNiww/e133ba88b436829ca5015f806f7f1daa.jpg

Ewa Szawul – urodziła się w Krakowie w 1972 roku. Jest autorką przedstawień teatralnych, m.in. sztuki „Light my fire!” oraz współautorką kilku odcinków serialu komediowego „Klinika pod Wyrwigroszem” . W 2001 napisała powieść „Koncert na dwa basy i altówkę”, która zdobyła III miejsce w konkursie „Polska Bridget Jones”, organizowanym przez Wydawnictwo ZYSK i S-ka. Współpracowała z „Gazetą Krakowską”, pisząc artykuły dotyczące tematów społeczno-kulturalnych. W październiku 2006 roku powieść “Koncert na dwa basy i altówkę” ukazała się drukiem (Wydawnictwo “Bis”).

TERESA OLEŚ-OWCZARKOWA

http://3.bp.blogspot.com/-t9OIy0QWIDY/Ujx20man-2I/AAAAAAAAArk/fHL-AR4BK7I/s400/mrowki_ftp_1do1_300dpi2.jpg

Teresa Oleś-Owczarkowa – z wykształcenia jest psychologiem, mieszka w Krakowie. Drukowała w prasie wiersze i fragmenty prozy (“Źródło”, “Gość Niedzielny” i “Lamelli”). Debiutowała powieścią Rauska.

STEFANIA KRZYSZTOFOWICZ-KOZAKOWSKA

 

http://ecsmedia.pl/c/sztuka-ii-rp-b-iext23371991.jpg

Stefania Krzysztofowicz- Kozakowska – historyk sztuki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przez wiele lat pełniła funkcję kustosza w Muzeum Narodowym w Krakowie. Jest autorką wielu wystaw, w tym monograficznej Teodora Axentowicza i Ferdynanda Ruszczyca, wystaw sztuki Młodej Polski w Brukseli, Kanadzie, Moskwie, ekspozycji sztuki art deco w Krakowie i Brukseli oraz opracowań katalogów zbiorów muzealnych. Głównym obszarem jej badań jest sztuka XX wieku.

HANNA WIETRZNY

Hanna Wietrzny – poetka, prozaik, aktorka. Grała w Teatrze Ziemi Krakowskiej w Tarnowie, Teatrze im. Wyspiańskiego w Katowicach, Teatrze Starym im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie, Teatrze Ludowym w Nowej Hucie, Teatrze Akne.
Członkini Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno – Literackiego i  Związku Literatów Polskich od 1995 roku, oraz członek ZAiKS-u i Związku Artystów Scen Polskich. Debiutowała we „Współczesności” w 1969 roku, publikowała w” Dekadzie Literackiej ”, „Ziemi Kozienickiej”, „Magdalence Literackiej”, „Metaforze”,”Zielonych Brygadach”, „Kulturze”, „Życiu Literackim”, „Suplemencie”, „Polish Daily News” z Nowego Jorku, w „Poezji dzisiaj”, w „Arkadzie,„w „Prozie, prozie, prozie” , w „Literacie Krakowskim” i wielu almanachach.

 

Wirtuoz

            

             Iwo Pogoreličovi

 

jak sęp spadasz na klawiaturę

palce palce palce

dźwięk akord

i cisza cisza cisza

powoli podnosi się mazurkiem piano

Twoje gorejące wspomnienie lata

wiosenne szeptanie śpiewanie

jesienne jękiem  i płaczem wołanie

szumisz szeleścisz ćwierkasz pohukujesz

i w tej wspaniałej dźwięków zawierusze

wskrzeszasz umarły czas

 

graj graj niech dusza gra

palcami wyczaruje wydźwięczy

i poniesie przestrzenią w świat

koncert na tańczące ręce                  1997

ZIEMOWIT SZCZEREK

Ziemowit Szczerek urodzony w 1978 roku w Radomiu, dziennikarz, pisarz i tłumacz. Zajmuje się wschodem Europy i pisze doktorat z politologii, jest autorem opowiadań publikowanych m.in. w „Lampie”, „Studium”, „Opowiadaniach” i E-splocie oraz współautorem wydanej w 2010 r. książki pt. „Paczka radomskich”. Na swoim koncie posiada również książki Przyjdzie Mordor i nas zje, która jest fabularyzowanym reportażem na temat Ukrainy (Korporacja Ha!Art, 2013 r.) oraz Rzeczpospolita zwycięska będąca alternatywną historią Polski utrzymaną w formie eseju (Wydawnictwo Znak, 2013 r.).

 

(…) Idziemy tym Rustawelakiem, idziemy, mijamy ulicznych galerię obrazów, mijamy smutnych i uduchowionych artystów brodatych, szlugi jarających, aż naraz patrzymy – Lech Kaczyński. Na płótnie. Jak żywy to może i nie, jakiś taki – na twarzy dziwny, ale widać: on to. A i artysta przy nim jakiś ze dwa razy bardziej uduchowiony niż inni, jakiś trzy razy bardziej posępny, a wzrok jego kędy błądzi – pytać się nie godzi.

No, ale sam obraz – palce lizać. Kod da Vinci: symbol na symbolu i symbolem pogania. Bo twarz prezydenta jak balonik unosiła się nad wrakiem rozbitego tupolewa, z którego to wraku wypływały duchy. Ludzi, ale ci ludzie mieli klucze zamiast głów. Nad głową Lecha Kaczyńskiego unosiła się w powietrzu czarna kostka. Na jednym z boków tej kostki widniała dziurka od klucza, a na innych – czerwone znaki zapytania.

– Gospodin – zapytałem artysty, który zmierzwił sobie szybko brodę i luknął na mnie z taką głębią czarnych oczu, że zobaczyłem w nich prehistorię, dinozaury i wielkie paprocie. – Gospodin, eto prekrasne. Skolko?
– A wy Paljak? – Upewnił się artysta.
– No Polak.
– To dwiesti pietdiesiat lari.
– Drogo!
– Kak daroga! – Warknął z głębi brody artysta. – Nacjonalnyj gieroj Liech Kaczynskij, bieri, dwiesti dawaj i wsio.
– Drogo.
– Kak daroga, zdies – smatri – pokazał na duchy i kostkę – metafizyka. Zagadka. Szarada. Enigma. Wsjo jest.
– A szto tam w tej kostce jest? – Zainteresowałem się.
– Drug – artysta klepnął mnie po plecach – brat moj, Paljak. Kupi kartinu. Na stienu powiesi. Na krzesło siedi. W kartinu smatri. Tak wraz pajmiosz, szto w kostoczkie.
– A kak eta było w dwa tysiacz wasmom – spytałem – jak Kaczyński przyjechał?
– Płocha było, a on, gieroj, Gruzju spasił. No, bieri, niedaroga.
– Kak spasił? – Spytałem.
– Nu, blja, spasił, i wsjo. Bieri.
– A Kaczynskawo ubili, da? – Zapytałem.
– A ty szto – zaperzył się – iz FSB, ili szto. Bieriosz kartinu ili idi, guljaj, dawaj, da swidania. Bieriosz?
– Daroga.
– Tak da swidania. Guljaj! – Machnął ręką.

Pagulałem.

 

*

Parę dni później siedzieliśmy w ogródku knajpki w Signahi. To był koniec znanego świata. Siedzieliśmy na szczycie wyżyny, która mocno spływała w dół. W dole widać było wszystko, jak na mapie – kilkadziesiąt kilometrów. A dalej wznosił się Kaukaz. Wyrywał nagle z tej równiny w dole, wystrzeliwał w zasadzie. Nie zaczynał się jakimś kaukaskim Podhalem – po prostu: wykurwiał w niebo jak rakieta, od razu na kilka kilometrów w górę. Przypominał mur z Gry o Tron. Tym bardziej, że za nim była już Rosja. Dagestan konkretnie.

– Mordor – usłyszeliśmy przytłumiony głos od stolika obok, i to słowo „Mordor” wypowiedziane było z polskim akcentem.
– Mordor tam jest – tłumaczył partnerce tęgawy facet o krótko przystrzyżonych włosach, na twarzy zmarsowacony. Pokazywał na Kaukaz, a raczej – na to, co tam za Kaukazem. – A tu jest – mówił – Śródziemie. Ja tu się dobrze czuję, dobrze. (…)

[Fragment felietonu Lechu Kaczyński, wstaw się za nami grzesznemi]

MARIUSZ WOLLNY

 

Mariusz Wollny

 

 

 

 

 

 

 

Były brunet, były Ślązak, niepraktykujący (za karę przez wiele lat cudze dzieci uczył historii) etnograf po UJ. Zdeklarowany krakus z ponad 30-letnim stażem. Kocha kobiety swego życia: żonę, która go utrzymuje i córki (dwie plastyczki i poliglotkę), bez których pomocy nic by nie zdziałał (prowadzą mu rachunkowość, ilustrują teksty, tłumaczą obce słówka, czasem dopisują całe rozdziały) oraz góry i książki (czytać, nie pisać). Amerykanista z bożej łaski (kultura i historia Indian), w swoim czasie pisywał mało poważne artykuliki do bardzo poważnego kwartalnika przyjaciół Indian „Tawacin” (już nieistniejącego). Autor książek popularno-naukowych dla dzieci i dorosłych, powieści i zwariowanych historii. Opublikował m.in. Kazimierza Wielkiego, dwie części (trzecia wciąż czeka na wydawcę), Był sobie król…, Bardzo bzdurne bajdurki, Krew Inków, Tropem smoka, Jak Lolek został papieżem oraz 4-tomowy cykl krakowski o przygodach XVI-wiecznego inwestygatora królewskiego (detektywa) Kacpra Ryksa.

http://kacper-ryx.home.pl/

EWA ELŻBIETA NOWAKOWSKA

http://lamelli.com.pl/wp-content/uploads/2014/03/nowakowska_trzy_olowki_promo-724x1024.jpg

Ewa Elżbieta Nowakowska poetka, eseistka, tłumaczka. Laureatka I Nagrody Konkursu im. K.K. Baczyńskiego (Łódź 1998), wyróżniona przez Wisławę Szymborską II Nagrodą w Konkursie Rynna Poetycka (2004), nominowana przez Adama Zagajewskiego do Nagrody Fundacji Kościelskich (2006). Wydała tomy wierszy: Dopiero pod pewnym kątem (1999), Nieboskłony (2003), Oko (2010), Merton Linneusz Artaud (FORMA 2012), Trzy ołówki (2013),  Nareszcie (FORMA 2014) oraz zbiór opowiadań Apero na moście (FORMA 2010).

 

ORFEUSZ GRA

orfeusz gra a lwy zagryzają centaury
orfeusz gra a smoki zagryzają lwy
orfeusz gra lecz widać jest stary
stoi w łuku triumfalnym łąki
i wie że od gry tego co wrócił z podziemi
nie napęcznieje żaden owoc cukrami
na boski rozkaz jednak wzdychając
żongluje pozorami jak zeszytami nutowymi

ażurowy pałac traw pnie się ku chmurom

TOROWISKO

wcześnie rano
chcę go uratować

chłopak w autobusie czyta o „wyborze
intuicyjnego poglądu na świat” i stara się
by jego umysł posłusznie się dzielił
na trzy warstwy zgodnie z zaleceniami książki
pilnie podąża za pajęczynowym magiem

tymczasem jego umysł
przypomina mijane właśnie przez autobus
ośnieżone torowisko
na którego środku jakiś nieznajomy
czyści zawzięcie jeden tor
ale i tak zasypuje go biały puch

czytam wiersze o ciemności
poprawiam szminkę na ustach
chcę go uratować

ANDRZEJ WITKO

ks. Andrzej Witko, duchowny, teologi i historyk sztuki, profesor Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, członek Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych San Telmo w Hiszpanii, Komisji Historii Sztuki Polskiej Akademii Umiejętności, członek czynny Towarzystwa Naukowego Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Rady Naukowej Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk. Jest autorem ponad czterdziestu książek, poświęconych głównie nowożytnej sztuce hiszpańskiej, ikonografii chrześcijańskiej oraz kultowi Miłosierdzia Bożego.

TADEUSZ BIEDZKI

Tadeusz Biedzki – śląski reporter, pisarz, wydawca i podróżnik, od przeszło dwudziestu lat podróżuje po świecie i opisuje swoje doświadczenia. Zbiór jego opowieści Sen pod baobabem został uznany Podróżniczą książką roku 2012. Jego najnowsza powieść, Zabawka Boga, zawiera wartościowy przekaz historyczny, kulturowy i religijny, dzięki wielowymiarowości czasu i miejsca akcji (trzy okresy czasowe i trzy kontynenty).

KRZYSZTOF MAĆKOWSKi

Krzysztof Maćkowski urodzony w 1971 w Bochni, absolwent Akademii Pedagogicznej, pisarz, scenarzysta, dziennikarz, zapalony podróżnik. Debiutował powieścią Raport Badeni. Jest autorem licznych reportaży i wywiadów, m.in. z Czesławem Miłoszem czy Ryszardem Kapuścińskim. Scenarzysta filmu fabularnego Kontrakt (reż. Ksawery Szczepanik) oraz pomysłodawca i współautor serialu Wataha (HBO).

BARBARA ZBROJA

Barbara Zbroja urodzona w 1978 w Krakowie, absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego jest historykiem sztuki. Jej zainteresowania koncentrują się wokół urbanistyki i architektury Krakowa drugiej połowy XIX i pierwszej połowy XX wieku oraz dziedzictwa krakowskich Żydów, co owocuje licznymi artykułami i książkami takim jak Nieznany portret Krakowa czy Architektura międzywojennego Krakowa 1918-1939. Budynki, ludzie, historia. Autorka pracuje w Archiwum Narodowym w Krakowie.

RAFAŁ ŁATKA

Rafał Łatka – historyk i politolog, doktor nauk społecznych z zakresu nauk o polityce Absolwent Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor publikacji naukowych i popularnych, redaktor tomów studiów: Stosunki państwo-Kościół w Polsce w latach 1944–2010. Studia i materiały (Kraków 2013) oraz Realizm polityczny (Kraków 2013). Współpracownik Instytutu Pamięci Narodowej.

ŻANNA SŁONIOWSKA

Żanna Słoniowska – pisarka, tłumaczka i dziennikarka ukraińskiego pochodzenia mieszkająca w Krakowie. Jest autorką albumu Przedwojenny Lwów (2013) oraz powieści Dom z witrażem(2015), w których w niezwykle plastyczny sposób odmalowuje ukochane rodzinne miasto.

TOMASZ MORAWSKI

Tomasz Morawski urodził się 24 października 1950 roku w wiosce Niebieszczany koło Sanoka. W wieku lat siedmiu wyjechał do Krakowa, gdzie skończył szkołę podstawową, liceum i AGH na Wydziale Wiertniczo-Naftowym. W 1976 roku wybrał się do Ekwadoru, na zaproszenie kolegi ze studiów, Fina, pracownika fińskiej ambasady w Quito – i tam już pozostał. Jako Konsul Honorowy RP objął opieką polskich więźniów, odbywających kary w ekwadorskich więzieniach. Swoje obserwacje zawarł w książce „Więźniowie” (wyd. ZYSK i S-KA), w której opowiada o przemytnikach narkotyków. Został wyróżniony wieloma odznaczeniami, takimi jak Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, Krzyż Zasługi za Promocję Kultury Polskiej oraz Orderem Excelencia Consular – najwyższym odznaczeniem przyznawanym przez korpus dyplomatyczny i konsularny. W 2013 ukazała się jego najnowsza powieść – “Uciekinier”.

ZBIGNIEW BELA

skan okładki

Zbigniew Bela ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracował jako redaktor w Wydawnictwie Literackim, a od 1990 r. w Muzeum Farmacji UJ. W 1999 r. Rada Wydziału Farmaceutycznego Collegium Medicum UJ nadała mu stopień doktora w zakresie historii farmacji. Opublikował kilkadziesiąt artykułów i sześć książek, między innymi Poglądy na temat leczniczych właściwości złota od czasów najdawniejszych po czasy współczesne.

AGNIESZKA ŻUCHOWSKA-ARENT

Agnieszka Żuchowska-Arent
przekłady z młodej literatury serbskiej

[Rozmiar: 4966 bajtów]

BIOGRAM

Agnieszka Żuchowska-Arent ur. 1983r., studentka filologii serbskiej UJ, laureatka I Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Stanisława Pyjasa (2004)oraz Turnieju Jednego Wiersza w klubie Pod Jaszczurami(2005). Swoje wiersze i opowiadania publikowała w prasie oraz w antologii prozatorskiej Okno na świat (2001) oraz poetyckiej Listy do nieba (2003) a także w autorskim tomiku Biała Masa Tabletek (2005).

 

Ana Seferović

Wielkie lustro

Jemy
Nie opieramy się
Zmysłowości pieczywa
Jego białej ciepłej
Cielesności
Nie możemy więcej
Żołądek jest ogromnie nadęty
Uciekamy przed wielkie lustro
Rozbieramy się do naga
Wymierzamy
Jak na nas leży bikini
Ktoś mówi:
Uwielbiam moją-twoją
Chorobę
Lubię się śmiać
Dopóki wymieniamy objawy
Smarujemy się kremem
Do opalania ochronny
Faktor 36
Rzucamy się na łóżko
W pokoju hotelowym
Po drodze na plażę
I oglądamy morze
W telewizji
Ktoś mówi:
Nawet jest pięknie
Wymieniamy rzeczy
Zakładamy je i zdejmujemy
Rzucamy po pokoju
I wtedy ktoś mówi:
Chcę się
Całkowicie ubrać
W twoje ubranie
Bo chcę być
Tobą

Ana Seferović ur. 1976r. jest jedną z autorek Macierzy Serbskiej . Pod wieloma względami odróżnia się od swojej generacji. W dwóch wydanych zbiorach wierszy: Głęboki kontynent(1999) i Niekończąca się zabawa(2000) dała się poznać jako jedna z najbardziej utalentowanych młodych poetek.

 

 

Tamara Šuškić

krystalizacja rzeczy

malina jest czerwona
i nie jest maliną

przerysowana diwa

Znowu przebrana
pulsuje rozciągniętymi neonowymi rzęsami
zatopiona w fotelu i białym
perskim kocie

Tamara Šuškić ur. 1981 w Belgradzie studiuje filologię włoską, pierwszy tomik Zdjęcie pewnej oszustki(2001) wydała w bibliotece Macierzy Serbskiej. Poezję publikowała w czasopismach: Profemina, Severni bunker, Književna reč, Književni magazin, Polja, Treći Trg. Mieszka w Belgradzie.

 

 

Milan Dobričić

Cięcie

Obejrzałem targowisko: za jednym straganem
stał przepiękny koń, czarny,
szlachetny jak człowiek, który tworzy muzykę
skończony fachowiec

I właśnie wtedy rozległ się jej krzyk
Nie zastanawiając się, jakbym wiedział, co robić,
dosiadłem Araba
i pospieszyłem jej na pomoc.
Był mrok i mgła, londyńska,
bruk jęczał pod kopytami,
iskier nawet nie zauważałem –
spojrzeniem szukałem jej.

Batler-zabójca zawlókł ją do katedry
Rzuciłem się. Przednimi nogami konia
rozwaliłem święte drzwi
Wpędziłem go na schody
Na szczycie wieży, między dzwonami
przetrzymywał ją.
Skoczyłem. Dobyłem miecza.
Bitwa była straszna, na śmierć i życie.
Miecze rozcinały mrok.
Cięcie tam, cięcie tu,

nakręciliśmy.
Zmęczeni poszliśmy na piwo.

Milan Dobričić ur. 1977r. absolwent literatury, publikował wiersze i krótkie opowiadania w periodykach. Wydał książki: Dziennik 2000 (współautor 2001) i Przymus (2002). Jest redaktorem czasopisma internetowego Treći Trg (www.trecitrg.org.yu).

 

 

Dejan Matić

Ucząc się gramatyki

Ucząc się gramatyki języka starogreckiego
Zdrętwiały, w nieprawidłowej pozycji;
Odległy zaspanym mieszkańcom miasta,
Zupełnie obcy i starożytnym Grekom i sobie,
W te wątłe godziny marzę o czytaniu Homera,
w oryginale.

Słowa, których nie całkiem rozumiem, kształty
Których nie rozpoznaję, zapierają dech:
Splatają język jak pocałunek w usta.
Zdobywa:
Niczym namiętności, przez które wyszliśmy na spotkanie;
Przychodzi jako początek i koniec:
Alfa i Omega.

A kiedy Odyseusz, tym razem na zawsze porzuci
Itakę i odpłynie ku brzegom świata,
Wstanę od stołu i położę się na łóżku:
Jak na spokojnej powierzchni morza.

Dejan Matić ur. 1979r. absolwent literatury, redaktor poetyckiego pisma internetowego Treći Trg – www.trecitrg.org.yu wydał swoje wiersze w piśmie Poezija.

 

 

Jasmina Topić

Przejście, premedytacja!

Rzeczy, rozrzucone, całkiem zwyczajnie,
drobiazgi, co osiadają jak kurz, pośród
dywanu, półek i talerzy, pozostałych sprzętów…
W chwili wewnętrznego ruchu ku niczemu,
patosowi, pieśni do bólu –
Z tego utkane jest wszystko, w chwili, a wtedy
poniektóra przejażdżka, przez północne pustkowie,
przez gęstwinę kropli deszczu, poniektóre słowo
przyjacielskie, dokądś się odwozi, do intermezzo…
Przechodzi odległości nie większe od mrugnięcia.
Moje drobiazgi, rozrzucone, słowa po które
sięgam gdy wystukuję wiadomość, dopóki mnie
blask monitora nie zwabi w surową szczerość,
nieumiarkowane wynurzenia – jak nawałnica, emanacja
i drżenie, rojenie… Ponieważ, myśli wznoszą się na powierzchnię
pod sufit, w ustojałym zapachu pościeli, w
masie pragnień co łapczywie łykają
przyszłe przestrzenie.
– Te rzeczy, tamte drobiazgi…

Jasmina Topić ur. 1978r. jest autorką trzech wydanych dotychczas tomików poezji: „Szkic dla dnia”(1996)”Pensjonat metamorfozy”(2003), za który otrzymała nagrodę „Szal Maticia” i „Romantyzm”(2005). Redaguje „Rukopise” – antologię poezji i krótkiej prozy młodych.

 

 

Olgica Rajić

Interior

W każdym domu płonie po jednym punkcie
po jednym oku, które się być może otwiera.
Odkąd Niels Bor wszedł do mego domu
wszystko stało się niebezpieczne i małe.

Właściwym jest sądzić ludzi po ich wnętrzu
a nie po tobołkach, które z sobą noszą
ani po kapeluszach, które gną
miętosząc je w rekach.
Kapciuszki są przy drzwiach.
Broszura o teatrze indyjskim.
Portret Izaaka Newtona.
I Czereśnie. Z ojczyzny,
Z twardym miąższem w środku
.
Olgica Rajić ur. 1971r. wydała tomiki poezji: „Smoła”(1999) i „Nic”(2003)

 

 

Natalija Marković

Zielony wieniec

Dopóki stałam na stacji
całkiem niezauważalnie
rozlałam się po asfalcie
Jestem tylko zwyczajnym roztworem.

Natalija Marković ur.1977r. wydawała poezję w czasopismach: „Profemina”, „Knjiżevne novine”’ „Knjiżevni magazin”, „Treći Trg” i innych. Jej pierwszy tomik poezji”Membrana lustra” wydała w Macierzy Serbskiej w 1999r.

 

 

Borivoj Vezmar

Noc w sekcji astronomicznej

Odłożyliśmy zeszyty i teleskop
na betonie boiska do piłki ręcznej
rozpostarliśmy kolorowe pasiaki

zwyczajny letni wieczór na
Wyspie Młodości, liczymy
płomiennie kamienie

nakryci koroną czarnego drzewa owocowego
z którego się odrywają świetliste szypułki,
pod ojczystymi latoroślami liczymy
zapalone winne grona

Borivoj Vezmar ur. 1971 publikował wiersze w czasopismach: „Knjiżevna reć”, „Letopis Matice srpske”, „Koraci”, „Knjiżevni magazin”, „Treći Trg” i innych czasopismach. Wydał tomy poetyckie: „Opis miejsca”(2000) i „Płyta się otwiera”(2005)

 

 

Igor Petrović

od najcichszych gwiazd

naprawdę jest noc
na planecie
kawałek ziemi
unosi się w próżni
opisane siły
na nowo udowadniam
przecinam pępowinę
nowymi nożyczkami
krawędzią sufitu
leci komar
albo wirus
pokątnie się unosi
w noc właściwą swemu mrokowi

Igor Petrović ur. 1978r. w Belgradzie, szary ekonomista. Mieszka i ,pracuje w Belgradzie. Wiersze publikował w czasopismach: „Krajegranesije”, „Povelja”, „Knjiżevni magazin” i „Treći Trg”.

 

 

Milosav Gudović

Odmęt

1.
Szukałem adresów rzek
w dół rzeki i w górę rzeki, na próżno

opisując łuk przewożnikowi na wiatrzysku.
Sin-meta ptak drapieżny,
wepchnięty za tanimi żródłami.

Szukałem adresów rzek
w dół rzeki i w górę rzeki, na próżno.

2.
Wpleciony w las sosnowy, śpiewałem
oczekując promienia.

Słuchając szeptów koniokradów,
wiersza kolebki i przęślicy,
najazdu nowych barwnych zdobywców.

Wpleciony w las sosnowy śpiewałem,
oczekując promienia.

Milosav Gudović ur. 1980r. publikował wiersze w periodykach. W rękopisie pozostaje jego tomik poezji „Pocieszenie w ptaku”

PRZEMYSŁAW ZIEMICHÓD

„Pokolenie” 

Czym jest moje pokolenie?
Nie ma MOJEGO
Pokolenia
Kilka twarzy znanych z nazwiska
Kilka piosenek i myśli
Nic to nie  zmienia
NIE MA 
Mojego pokolenia
Gdy przyjdzie oddzielić światłość od ciemności 
zostaniecie po stronie neolitu
Dlatego nic się tu nie zmienia
NIE MA 
I nie będzie mojego pokolenia

„Jawa”

Na butach w brud przez brudny bród 
U wrót Morfeusz do snów trzyma klucz 
I chodź w objęcia jego wpadali już wszyscy 
nie jeden Powracał
żądny adrenaliny 
jaką daje obcowanie ze snem na jawie 
tylko zawsze brakuje czystych strzykawek



„Kraków”

W Krakowie nigdy nie było za dobrze
Szczególnie od kiedy na Brackiej
Wielki wóz runął nam na głowę
Bo tam ciągle padał deszcz
Dlatego gołębie miały grypę
A hejnalista zapalenie krtani
Po tym jak go islamski terrorysta postrzelił.
Na szczęście dziś nie żyje 
Jan Matejko się za to w grobie przewraca 
Że Kraków upada że degrengolada 
Że Wawel dzisiaj to już czekolada
Że Adam w remoncie 
Że Faust w młodzieżówce
Że biała dama to facet
Że skarżą się trutnie
I mimo wad ogromu i zalet niewielu
To Kocham to miasto 
Po prostu, Bez celu

 

Kabaret KSA
“BANDYTA”

[scenka w sklepie: lada, biurko pani urzędnik wchodzi bandyta na oczach maska a la Zorro (patrz: Monty Python odc 10) i worek]
BANDYTA:
(wyciąga zapalniczkę w kształcie pistoletu) Dzień dobry, to napad!
URZĘDNICZKA:
A to jest zapalniczka
BANDYTA:
Faktycznie (wyciąga z worka pistolet na wodę) proszę mi oddać moje żebro, bo panią popsikam!
URZĘDNICZKA:
Nowe transformatory dopiero we czwartek (gość spryskuje ją wodą) Co pan oszalał?
BANDYTA::
Moje żebro, chcę z powrotem, mam jeszcze sikawę i wąż strażacki, i nie zawaham się ich użyć!
URZĘDNICZKA:
Jakie pana żebro?
BANDYTA:
Proszę mi nie robić wody z mózgu, wy wszystkie jesteście takie same! Zaraz by mi tu pani zamydliła oczy jakimiś bzdurami, a ja wiem jak to było.
Pamiętam to jak dziś, tak jak teraz tu stałem (gestykuluje) tam była kolejka na powstaniu świata i przyszedł Bóg i powiedział daj mi żebro, to stworzę kobietę.
A ja akurat po włosy stałem w kolejce trzeci dzień i zastanawiałem o co chodzi to dałem. Ale to zwykła kradzież jest.
URZĘDNICZKA:
Niestety, ale ja nie mogę dać panu żebra.
BANDYTA:
Jak to ?
URZĘDNICZKA:
No bo go używam
BANDYTA:
Niby do czego?
URZĘDNICZKA:
„ Niby do czego”? A do czego się pana zdaniem żebra używa?
(czyta z jakieś kartki)
„Podstawową funkcją żeber jest ochrona ważnych dla życia narządów
znajdujących się w klatce piersiowej – serca i płuc. Żebra odgrywają także
ważną rolę w procesie oddychania stanowią miejsce przyczepu mięśni oddechowych
a dzięki występowaniu chrząstek między żebrami a mostkiem
możliwe jest zwiększanie i zmniejszanie objętości klatki piersiowej, co tworzy
zmianę ciśnień w jej wnętrzu i umożliwia wdech i wydech.
BANDYTA:
A więc to tak… rozumiem, rozumiem… bezczelne mataczenie i mydlenie oczu! Ot co to jest!
(gdzieś z tyłu banku jakiś koleś na te słowa się budzi)
KOLEĄ:
Proszę się nie dać, proszę wezwać ochronę! Panie kochany, mogę nereczkę?
BANDYTA:
Co?
KOLEĄ:
No nie potrzebujesz pan dwóch, bądź pan sobą dajże nerkę.
BANDYTA:
Nie! Zabieraj pan łapy!
KOLEŚ:
No nie bądĄ pan żyła.
BANDYTA:
To już jest poniżej wszelkiej krytyki! Pani wie kogo ja znam!?
URZĘDNICZKA:
Strażaka sama?
BANDYTA:
Ja… ja proszę pani znam Świętego Piotra! Osobiście!
KOLEŚ:

Daj pan tą nerkę, no pół chociaż…
BANDYTA:
(wyciąga komórkę) Piotrek? Nie ? A kto? Judasz? A przepraszam, pomyłka.
(kręci jeszcze raz)
Piotrek? No cześć, słuchaj bo ona nie chce dać tego żebra. No no wiem cieżka sprawa, nie no co ty ja to tak nie mogę, wpadnij to sam zobaczysz no no dobra no…
KOLEŚ:
Można ? (bierze mu komórkę) Pan Piotr? Pan mnie słyszy? Pan poznaje ? Antoni mówi.. bo tam u was w czyśćcu jest moja babka, no tak, siwa ta chuda, nie dałoby się coś ją tam, no wiem pan… ja zapłacę … halo? Halo? Rozłączył się.
BANDYTA:
Zaraz tu będzie Święty Piotr i jemu pani opowie te swoje masońsko-ateistyczne bzdury.
URZĘDNICZKA:
Bardzo dobrze, niech pan jeszcze zadzwoni do Świętego Mikołaja! Co za idiotyzm!
(wchodzi Święty Piotr)
BANDYTA:
No nareszcie! Powiedz jej bo mnie nie chciała słuchać!
PIOTR:
Kolega dobrze mówi, pan odda żebro, zaszła pomyłka przy wyliczeniu… no i pani ma jego żebro.
URZĘDNICZKA:
Skąd pan wie że to jest jego?
PIOTR:
Tego to nawet ja nie wiem, ale powinno spasować.
KOLEŚ:
a czy ja mógłbym dostać nereczkę?
PIOTR:
Pan to już naprawdę by cicho siedział, zresztą trzy dni życia jak się ma tylko… ups! cholera wygadałem się znowu
KOLEŚ:
Co proszę? Jak to trzy dni życia? Bez nereczki?
PIOTR:
Aaa …..zamknij się pan…
(KOLEŚ wychodzi smutny)
PIOTR:
My tu gadu gadu a czas leci, pani ma piłę może?
URZĘDNICZKA:
Zaraz, czemu od razy piłę? Na piłę się nie zgadzam!
PIOTR:
Dobra zrobimy to bezinwazyjnie.
URZĘDNICZKA:
Laserem?
PIOTR:
Rękami (wystawia ręce jak Zbyszek Nowak)
URZĘDNICZKA:
(wyjmuje plastkiowe żebro z pod ubrania) O, coś się rusza!
PIOTR:
To jest to ?
BANDYTA:
Ja wiem, dawno go nie widziałem.
PIOTR:
To czy nie to?
URZĘDNICZKA:
Tam na lewo jest pokój, może pan iść przymierzyć (BANDYTA bierze żebro i wychodzi).
URZĘDNICZKA:
Wie pan co, strasznie nie lubię tych napadów… ten to jeszcze jako taki bandyta… nawet nie za dużo krzyczał… ale jaki nerwowy!
PIOTR:
Wiem, wiem ja też go nie lubię. Nowobogacki bufon… ale daje dużo na tace, cóż zrobić… takie czasy
KOLEŚ:
Nigdzie nie było nereczki… panie piotrze no, znamy się tyle lat…
PIOTR:
Ja myślałem że pan tu już więcej nie przyjdzie…
BANDYTA:
(wraca z żebrem w uchu) I jak, pasuje?
PIOTR:
Nie no, super… elegancja jak się patrzy… jesteś pewien że dobrze zamontowałeś?
BANDYTA:
Czy jestem pewien? Oczywiście! W podstawówce miałem czwórkę z biologii!
KOLEŚ:
He he, nawet ja wiem, że żebro to jest w brzuchu…
BANDYTA:
Tak pan myśli? Eee, to po co mi to jak nie będzie go widać w ogóle… oddaj tej pani żebro Piotrek… aha i przynieś mi raka, tylko takiego nie dużego, bo mam terarium takie.. chodź to ci pokażę (wychodzą rozmawiając).
KOLEŚ:
Pani nie bądź żyła, daj nereczkę!
URZĘDNICZKA:
Proszę tu podpisać (podaje dokumenty) i tu i jeszcze tu i chodźmy na magazyn zobaczymy co zostało jeszcze

ADAM ZIEMIANIN

Adam Ziemianin urodził się 12 V 1948 r. w Muszynie. Po ukończeniu Studium Nauczycielskiego w Krakowie pracował jako nauczyciel i bibliotekarz w Brzuśniku koło Żywca.
Wkrótce wrócił do Krakowa jako student filologii polskiej na UJ. W 1977 r. podjął pracę dziennikarskąw piśmie „Kolejarz”, później przeniósł się do „Echa Krakowa”, a ostatnio pracował w „Gazecie Krakowskiej”.

Wcześniej był m. in.: flisakiem na rzece Poprad, inwentaryzatorem a nawet pilotem szybowcowym. W swych wędrówkach poetyckich z WolnąGrupąBukowina, której liderem był legendarny, nieżyjący już Wojtek Bellon, poeta odwiedził w 1975 r. Gorzeń Górny – miejscowość rodzinnąautora „Powsinóg beskidzkich” – Emila Zegadłowicza. Tam poznał wnuczkę poety, Marię. Ich ślub odbył się w 1976 r.
Ziemianin debiutował wierszem „Święty Jan z Kasiny Wielkiej” w 1968 r. na łamach „Życia Literackiego”.
Pierwszy tomik „Wypogadza się nad naszym domem” ukazał się w Wydawnictwie Literackim w 1975 r. Ryszard Matuszewski omawiając na łamach „Literatury” książki poetyckie tamtego roku, za jeden z najciekawszych debiutów uznał właśnie tom Ziemianina. W dwa lata póĽniej, również w WL, ukazał się drugi tom jego wierszy „Pod jednym dachem”. W 1981 r. za „Nasz słony rachunek” Adam Ziemianin otrzymał nagrodę im. S. Piętaka. Tom „W kącie przedziału” wyszedł w 1982 r., natomiast w 1985 r. ukazały się dwa kolejne tomiki „Makatka z płonącego domu” i „Wiersze dla Marii”.
Ten ostatni miał również drugie, poszerzone wydanie i rozszedł się w kilkunastu tysiącach egzemplarzy. W dwa lata póĽniej wydano „Zdrowaś Mario – łaski pełna”, czyli wiersze poświęcone zmarłej matce poety, a w 1989 r. pojawił się wybór wierszy Ziemianina „Dwoje na balkonie”. Kolejna książka „Boski wieczorny młyn” trafiła do rąk czytelników rok póĽniej.

Na 25-lecie swojej pracy artystycznej w 1993 r. poeta wydał „List do zielonej ścieżki”. Rok 1995 przyniósł „Dom okoliczności łagodzących”, a w 1996 r. ukazała się „Ulica ogrodowa”. W 1997 r. wyszedł tom „Nosi mnie”, rok później „Wiersze wybrane”. W 2002 r. poeta wydał tom wierszy „Na głowie staję”, zaś w 2004 r. „Notesik amerykański” i „Modlitwy mojego wieku” .

Adam Ziemianin jest zdobywcągłównych nagród w wielu ogólnopolskich konkursach poetyckich. Dużą popularność przyniosły Ziemianinowi wiersze śpiewane przez „Piwnicę pod Baranami”, „WolnąGrupę Bukowina”, a przede wszystkim przez „Stare Dobre Małżeństwo”.
Z SDM poeta wielokrotnie odwiedził Stany Zjednoczone, Kanadę i Meksyk. Ziemianin jest członkiem SPP i PEN Clubu. W 1998 r. otrzymał Nagrodę Wojewody Małopolskiego w dziedzinie literatury, a w 1999 r. uhonorowano go Złotym Laurem za Mistrzostwo w Sztuce, przyznawanym przez Fundację Kultury.

 

Czemu wracam

Czemu wracam na tę ulicę?
Co mnie tutaj ciągnie?
Babci Anny wino porzeczkowe
dawno już zwietrzało
i mało dziś klarowne

Zegarmistrz Tymoteusz
przeniósł się o dwie ulice dalej
bo bzy - gdy szalały -
przeszkadały mu
w naprawie zegarków

Nawet ciocia Wiesia
która mogłaby być
patronką ulicy Ogrodowej
w świat ruszyła
gdyż przyśnił się jej
mężczyzna
w czapce kolejowej

Czemu wracam na tę ulicę?
Co mnie tutaj ciągnie?
Może ten pokój z balkonem
i zielonym oknem?

Może skusiły mnie dziś
wszystkie kwiaty ulicy Ogrodowej
które na balkon przychodziły
na wiosenną spowiedź






Język nasz trudny


Powiedziałem ci kiedyś- moja Miła
Że dzika jesteś jak kosodrzewina
A właściwie nic ci nie powiedziałem

Rzekłem kiedyś do ciebie- moja Droga
Zbyt późno cię spotkałem- szkoda
A właściwie nic tobie nie rzekłem

Pytałem się raz ciebie- moja Piękna
Czy szum naszej krwi da się zapamiętać
A właściwie o nic nie pytałem

Mówiłem w środku lata- moja Gorąca
Że schodzimy po schodach ze słońca
A właściwie to nic nie mówiłem

Opowiadałem ci w zapale- moja Majowa
Gdzie piwonia płatki wieczorem chowa
A właściwie niczego ci nie opowiedziałem

Tłumaczyłem ci dość długo- moja Cicha
I wybrałaś mnie za przewodnika 
A właściwie nic ci nie wytłumaczyłem

Rysowałem każdym słowem- moja Mała
Trochę słońca w środku listopada
A właściwie niczego ci nie narysowałem 

Teraz wiesz- moja Piękna Miła i Droga
Jak trudny nasz język- jak brakuje słowa




Kołysanka

Córka i syn
Śmieją się przez sen
Ona starsza
Więc pewnie ugotowała
Wesołą zupę
Dla swych lalek
W której znajdziesz
I rumianek
On odkrył
Swe pierwsze prawo
Że stół 
Ma cztery nogi
Wyrastające z podłogi

Ich świat
zamyka się jeszcze
na słoneczną zatrzaskę
i na księżyca agrafkę

dlatego niech śpią
niech śpią




List do zielonej ścieżki

Przyjmij mnie, ścieżko zielona 
W swoje otwarte ramiona 
Zmieścimy się tu ze szczypawką 
Żukiem i gąsienicą włochatą 
Żukiem i gąsienicą włochatą 
Prowadź mnie, ścieżko zielona 
Do krainy dzikiego zioła 
Gdzie młode, śmieszne sarenki 
Jedzą ci trawę prosto z ręki 
Jedzą ci trawę prosto z ręki 
Tak wódź mnie, ścieżko mała 
Bym zawsze cię pamiętała 
I żeby twe zielone oczy 
Śniły mi się po nocy 
Śniły mi się po nocy 
Wyprowadź mnie w pole daleko 
I bądź mi zawsze pociechą 
Czasem zaś pozwól, polna ścieżko 
Wrócić tu, gdy będzie ciężko 
Wrócić tu, gdy będzie ciężko... 
Wrócić tu... 



Makatka - kto rano wstaje

leje jak z cebra
taki sobie deszcz
na porost pietruszki
która leczy pęcherz

krżata się babcia
wśród sprzętów
domowego pożytku
już bez dziadka

mleka pilnuje
żeby nie uciekło
i kolejne ziarenko różańca
przesuwa ku wieczności

lecz oto patrzy w okno
a tu listonosz
rentowny jakiś
śmieje się od progu




Makatka z Tymbarku

Rynek w Tymbarku przykryć można dłonią
Wraz z kościołem i dzwonnicą
Kiedyś byłem tutaj razem z Tobą
Dziś sam dla siebie
Dziś sam dla siebie
Dziś sam dla siebie to odkrywam.
A może tylko mi się zdaje
Bo wiosna idzie sobie parkiem
A z wiosną idą wszystkie drzewa
Między Limanową a Tymbarkiem
I żuk majowy jak ksiądz płynie
Przez swą zieloną parafię
I płynie wiecznie majowa procesja
Między Limanową a Tymbarkiem

A w górze anioł gra zielony
Na swej niebieskiej harfie
Aż drżą wszystkie kościelne dzwony
Między Limanowa a Tymbarkiem

Rynek w Tymbarku można przykryć dłonią
Wraz z kościołem i dzwonnicą
Kiedyś byłem tutaj razem z Tobą.

MARCIN ZEGADŁO

Marcin Zegadło, ur. 1977, poeta. Wiersze publikował w Studium, Pro Arte, Czasie Kultury, Odrze, Tyglu kultury, Piśmie Literackim “Red”, Pograniczach. Wydał dwa tomy wierszy: Monotonne Rewolucje (Stowarzyszenie Literackie im. K.K.Baczyńskiego, Łódź 2003) oraz Nawyki ciał śpiących (Wydawnictwo Zielona Sowa, Biblioteka Studium, Kraków 2006).

 



SPRZĘŻENIE ZWROTNE

pamięci Piotra Poprawskiego

Chłopcy z mojej dzielnicy i chłopcy z innych dzielnic świętują i porzucają
niemodne pancerze. Chodzi wciąż o to samo: życie nie powinno wysypać się
jak przeciążony system (i tym podobne karkołomne światy, branie w nawias,
układ albo rozkład, wybór jak zwykle przez ciebie należy do kapitanów drużyn

zerwanych z łańcuszków, z różańców). Rosną w cenę, wrosną i nie będzie
śladu. Zostanie migoczące światło, zostaną opaleni, którym przyglądają się
zacierając uda, wyjątkowo udane prawie gotowe na wszystko - dziewczęta.
Dlatego mówię: spójrz tak powoli staję się widzialnym horyzont jak strącony

minaret. Mieszkamy w pobliżu kilku atrakcyjnych cmentarzy, pozostawiono
nam czas i wybór. Widzą nas wyraźnie, kiedy budzimy się żeby natychmiast
potwierdzać, oddawać się, przeklinać - gdzie jesteśmy sami: nie teraz, nie tutaj
i nie wtedy. Gdzie nas nie ma. Chłopcy kończą zabawę w przypadkowych

miejscach, z datą tatuowaną na stygnącej dłoni, w zaciśniętej pięści. Zamyka się
w szufladach, rzeczy i odbicia wykrzywionych twarzy, opróżnia szafy jak zimne
kieliszki, żeby nic nie zostało na dnie rozbitej drogi. Pamiętaj: nas nie było.
Pomiędzy smugami twojej i mojej prędkości jest ostrze, które zetnie drzewo.


22.06.2006 r.
Częstochowa




bez kodu

nakładki odpowiedzi zamiast kołatania
echa. szkodliwy rezonans okazuje się
w końcu niezbędny dlatego wystarczy
wymownych czułości w rozstępach

przejaśnień. mozolne odkładanie tłuszczu
na (przesadny) zapas przetrąca zmurszały
porządek więc drąży się inny kamuflaż
kiedy nie można już zliczyć połączeń

liczy się każdy głos malutka. twój
chłopczyk powoli zaczyna rozumieć
wypadanie rzęs wrastanie paznokci
trochę na oślep planowane ostatki

pomyśl życzenie ponieważ są miejsca

w których ten sposób nigdy nie zawodzi.




kołysania. trzecie budzenie

jest częścią wytrawnej całości. już nie
pory roku. nie stężenia materii lecz cykle
bardziej odległe zataczają kręgi na powierzchniach

zdań które teraz zrzuca z siebie jak sieci
pajęczyn w trakcie odświeżających polowań
zastawiania sideł. powolności należy uczyć się od zwierząt.

ciało musi być cierpliwym grobem. w końcu
jednak tak wiele zależy od rytmu zmartwychwstań.
można wybierać spośród mgieł sunących jak szpaler zmyślonych

papieży. tutaj sen otwiera się jak złamane koło. jeżeli

ktoś ocalał ostatni zeppelin zabierze go o zmierzchu


ELŻBIETA ZECHENTER SPŁAWIŃSKA

Elżbieta Zechenter Spławińskia – krakowska poetka, prozaiczka i tłumaczka. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Ukazało się 12 tomików jej wierszy, m.in. Epitafium dla biedronki (1962), Zazdrościmy szarotkom (1968), Powtórka z miłości (1974), Ósma góra (1979). Zbiór jej wierszy Czapka niewidka (1996) uzyskał tytuł Krakowskiej Książki Miesiąca. Jest autorką opowiadań, powieści i sztuki lalkowej dla dzieci. Wydała powieść psychologiczną pt. Szansa (2000). Pisze ballady i teksty piosenek.


Przyczyny

Są ze sobą:
z miłości
z nienawiści
dlatego że są niepewni
dlatego że są zbyt pewni
przez grzeczność
przez dziesięć lat

przez trzy tygodnie
ze strachu
z wygody
z poczucia obowiązku
z braku poczucia obowiązku

Zapominają tylko o sobie
bez przyczyny
 
 
 
Powtórka z miłości

Nie boję się twych zdrad Juanie
ani miłości balkonowej
z sztucznym cyprysem w drugim planie
I zapalczywość co Otella
pchnęła do porywczego czynu
skłania mnie do uśmiechu tylko
Jeżeli spotkam gdzieś Hamleta
zanim zaleci mi chłód celi
zdążę oddalić się przezornie
Więc się nie musisz bać Tristanie
możesz zaufać swej Izoldzie
sama wymyślę i ułożę
miecz
między nami
na tapczanie
 
 
 

Opis jednej litery

K - jak kochać
dwie kreski
przychodzące z daleka
w tej pierwszej
która była przed ich początkiem
złączone
A może
dwie kreski odchodzące
każda
w swoją
stronę

SZCZĘSNY WROŃSKI

Szczęsny Wroński

 

SZCZĘSNY WROŃSKI ur. 1951r. Poeta, prozaik, aktor, reżyser i animator kultury. Szef Teatru Promocji Poezji. Prezes Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Kierownik literacki i organizacyjny oraz wiceprezes Stowarzyszenia Dialog. Członek Stowarzyszenia Teatr Atelier – Kraków. Członek Zrzeszenia Artystycznego “ZA”. Redaktor almanachów i książek.

Debiutował w roku 1977 w “Życiu Literackim”. Publikował w prasie literackiej: m.in. w “Życiu Literackim”, “Studencie”, “Przemianach”, “Ikarze”, “Trwaniu”,“Suplemencie”, miesięczniku “Kraków”, “Nieznanym Świecie”, radiu oraz w antologiach i almanachach.

Publikacje książkowe:
“Nadzieja matka głupich” (wiersze), ZLP 1980; “Praktyki” (powieść), Wyd. Łódzkie 1984; “Przenikanie” (wiersze), Prowincjonalna Oficyna Wydawnicza 1997; “Potwór nie opisany” (proza), STON 2, 1999; “Wolna miłość” (powieść) STON 2, 2000 (I nagroda w ogólnopolskim konkursie im. M. Reja z Nagłowic 1998 r.); “Smak ciemności, smak światła” (wiersze), Wyd. Miniatura 2006; “Poręcze” (wiersze, proza), Wyd. Miniatura 2006.

Prezentacje internetowe:
“Poemat”,2002 – www.pro.art.pl/poezja/poemat;
“Dziennik”, 2003 –www.pro.art.pl/poezja/dziennik;
“Przestrzeń im. Marianny Bocian”, 2004 –www.pro.art.pl/poezja/bocian

PORĘCZE

sam już nie wiem czego się trzymać
na wszelki wypadek nie trzymam się niczego
najłatwiej zawierzyć niczemu bo nic z tego nie wynika
z rozpędu obrazić się może Nietzsche który odszedł w nicość
spotkać ich można na spotkaniach literackich sympozjach
w partyjnych klubach radiokomitetach na internetowych schadzkach
usta im się nie zamykają bo wiedzą czego się trzymać
na wszelki wypadek trzymają się wszystkiego
meduza jest dziś absolutem czczą ją zamkniętą w butelce
już nie ma tam nawet diabła tylko małpi ogon
Nietzsche wygląda z dziury jednak chce coś powiedzieć
trzymam się tego wiersza bo to lepsze niż nic
Gdy wiersz mi się rozpada łapię się jednej zwrotki potem wersu
jakiejś zbitki słownej samego słowa “dziura” pojedynczych jego liter
“i” mnie podnieca bo chciałoby się dalej i ten cudzysłów

klamra spinająca pustkę przestanki których nie ma bo lecę bez przerwy
we śnie i na jawie połykam coś wydalam krzyczę – poemat za przerwę
słychać drwiące drżenie rr które mnie niesie jak trzeba d mnie dobija bym mógł odbić się od dna przeżyć zdumienie u i w A dziobać przestrzeń
to wszystko z jednej dziury gdy wyrzucić cudzysłów
a ileż we mnie słów nawet partykuła ż nie rzęzi bez kolaboracji z r
ciągle potykam się o to r lecz bez niego nie byłoby wiersza
a wyszedłby wiesz przewa óża pawo spawiedliwość bylantowa spinka do kawata dżenie a na mozach pływałaby koweta
pawdziwy damat w teatze
wyzutym z eżysea
kopka

ŚNIŁO MI SIĘ ŻE JESTEM

Mariannie Bocian

śniło mi się ze jestem
mniejszy od najmniejszej
mrówki
z uporem przemierzam ziarna ziemi
moje maleńkie czułki dotykają świata
blisko i z czułością

i nie potrzebuję niczego
cienia ni innego snu
światła rozświetlającego drogę
to wszystko co istnieje jest mną
tak świat po mnie wędruję
jak ja po nim
do źródła snu

POEMAT

chciałbym napisać
niekończący się poemat
dla mojej córki Agnieszki
dla mojej żony Barbary
dla syna mojego Piotra
pierworodnego
dla suki Pusi z przepukliną
dla telefonu Panasonic
dla biurka ze sklejki
dla podłóg z desek sosnowych
dla ojca Bogusława który odszedł
dla matki Nadziei która jest
dla ścian oblepionych książkami
dla książek trapionych przez mole
dla myszy gryzionych przez czas
dla okna przez które wyglądam
dla drzwi co nie stały się bramą
dla ziemi wilgotnej i żyznej
dla słońca choć czasem pali
dla trawy bawiącej na skwerku
dla dzieci rosnących na trawie
dla ludzi walących się z nudów
dla mnichów gryzących się w ciszy
dla świrów sunących w podskokach
dla glisty ryjącej w ziemi
dla zsypu w którym jest wszystko
dla butów które mnie gniotą
dla skrzydeł których zazdroszczę
powietrza którego brakuje
dla wszystkich trucizn świata
nierządnic złodziei morderców
cholery dżumy kiły
dla niepokornej gwiazdy AIDS
dla Śmierci
Nicości
Pełni
Miłości
Nadziei
dla Nienawiści
Noża i Chleba
Krwi i Wódki
POEMAT który upada
poemat który się gryzie
Powstaje Zanika Się Pręży
Niech trafi go szlag
Niech błogosławi go cisza

Amen

(zachęcamy do lektury niniejszego poematu na stronie – większość haseł ma swoje poetyckie rozwinięcia. Taki hipertekst)

ELŻBIETA WOJNAROWSKA

Elżbieta Wojnarowska, Anemony, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2004

Kiedy zakwitną anemony?

Anemony, to zawilce. Kwitną najczęściej wiosną, ale i jesienią. W mej rodzinnej miejscowości, w dawnym przypałacowym parku należącym przed II wojną światową do Lubomirskich, na wiosnę bieliło się od zawilców. Był to ewidentny znak prawdziwej wiosny! Zawsze wyobrażałem sobie wiosnę w sukni utkanej właśnie z białych zawilców… Anemony z charzewskiego parku po dziś dzień przypominają mi o wielu miłych chwilach, które odeszły wraz z dzieciństwem i wczesną młodością…

Czy dlatego tak chętnie sięgnąłem po książkę Elżbiety Wojnarowskiej „Anemony”? Pewnie też, choć z drugiej strony wraz z jej książką przyszło wspomnienie lat studenckich, kiedy miałem okazję słuchać śpiewanych przez nią pieśni m.in. podczas jednego z festiwali piosenki studenckiej. Urok i tajemniczość, jakie wokół siebie wówczas roztaczała, pozostał do dzisiaj. Ale nie jest to postać anonimowa. Elżbieta Wojnarowska jest bowiem poetką, powieściopisarką, autorką sztuk teatralnych i scenariuszy filmowych.
Atmosfera zagadki i niezwykłej tajemniczości towarzyszy też „niedoopowiedzianym” postaciom, wykreowanym na kartach jej powieści.
Zresztą sam tytuł brzmi zagadkowo i jakże tajemniczo, choć przecież kwiat ten jest dość popularny… Podobnie zresztą jest z bohaterami książki, którzy de facto są niby zwykłymi ludźmi, niewiele wybijającymi się ponad przeciętność, jednak wyróżniają się ich artystyczne talenty oraz ekstrawaganckie niekiedy podejście do życia.

Książka Wojnarowskiej jest mroczna. Dramatyczne dzieciństwo i młodość Nataszy, która również i w dojrzałym wieku boryka się z dramatami rodzinnymi i ciężką chorobą, kładą się pełnym ciężarem na powieść. Chęć odbicia się od koszmarnej wręcz rzeczywistości – przepełnionej zdradą, śmiercią i chorobą – i próba powrotu do wyidealizowanej i niespełnionej miłości z odległych już lat, też się nie udaje… Nawet próba pomocy młodocianemu bandziorowi (postać nierealnie wręcz ukształtowana, jawiąca się właściwie jako stwór wyobraźni, bo tak jak mu każe autorka, bandzior nigdy by się nie zachował), który bardzo przypominał Nataszy jej ukochanego syna, spełza na niczym.
Zastanawiamy się, co jeszcze złego może ją spotkać? Co jeszcze może się nie powieść? Czytając „Anemony” czujemy jakby były pisane w pośpiechu. Zakładam, iż jest to celowy zabieg autorki, nie zaś zwykły pośpiech czy niedopatrzenia redakcyjne… Zresztą zauważył to również Józef Baran, który interesująco to spuentował sugerując, iż „powieść napisana z nerwem sprawia wrażenie powstałej jednym tchem i w gorączce niczym książki Dostojewskiego”.
Choć z drugiej strony bohaterka jest bez wątpienia kobietą sukcesu, która potrafiła spełniać się na każdym kroku i na każdej płaszczyźnie. I podporządkowywać się autokratycznemu i właściwie niespełnionemu, i co tu dużo ukrywać, chorobliwie zazdrosnemu, dotykającemu granic schizofrenii, mężowi. Przecież to przez niego nie mogła „skonsumować” sukcesu aktorskiego i piosenkarskiego. Także na skutek jego niszczycielskiej, wręcz barbarzyńskiej ingerencji, przerwała rozwijającą się karierę malarską. Natomiast sukcesy zawodowe komplikuje poważna choroba.

Na głównej bohaterce Nataszy dokonywana jest wielokrotna zbrodnia. W dzieciństwie została brutalnie zgwałcona. W młodości zabito jej miłość, póĽniej unicestwia się pączkujące talenty, zabija jej nadzieję… Natasza jest jednak silna, i jak anemon budzi się na wiosnę pełna wigoru, jeszcze silniejsza, piękniejsza, dojrzalsza i mądrzejsza. I taką znękaną trudami życia bohaterkę, jako jedyną w miarę wyrazistą postać, otrzymujemy na kartach książki. Inne postaci są naszkicowane niby wyraziście, ale bardzo jednostronnie. Wszystkie działają przeciw Nataszy! Niemal spisek! Choć przecież tyle serca, dobroci i miłości zaznała od otaczających ją ludzi. Krzywda, którą ona wyrządzała, pokazywana jest jako – nawet nie zemsta – a zadośćuczynienie sprawiedliwości. Skoro autorka zdecydowała się wprowadzać równoległe opowieści narracyjne wielu postaci, wydaje się, iż również w bardziej obiektywny sposób winna przedstawić główną bohaterkę. Tymczasem odnosi się wrażenie, iż wszystkie postaci opowiadają swe prawdy przez serce Nataszy.

Bardzo dobrze osadziła Elżbieta Wojnarowska powieść we współczesności. W tle historycznym pojawia się rok 1968 oraz 1970, zarówno w Gdańsku jak i w Warszawie. A w tym kontekście ukazana jest sylwetka Adama, nieugiętego studenta w Gdańsku A.D. 1968, ale już idącego na kompromisy podczas wydarzeń w 1970 roku w Warszawie. Wprawdzie jego moralne wybory pokazane są w sposób dość płytki, jednak jego postać dobrze obrazuje tamte czasy.

Ktoś napisał, iż książka nosi znamiona obrazu filmowego. Rzeczywiście jest w tym wiele prawdy, gdyż czytelnik czuje się jak w kinie. Przymykając oczy widzi wyraziście obraz, jaki autorka chce mu przekazać.
Niektórzy rokują, iż książka może stać się prawdziwym bestsellerem. Przy tak doskonale prowadzonej przez wydawnictwo kampanii reklamowej jest to możliwe. Ale pamiętajmy, że w literaturze liczy się nie liczba sprzedanych egzemplarzy, o czym dość często zapominają specjaliści od marketingu traktujący kulturę jako „produkt” podobny choćby zmywarce do naczyń. Zostawmy to na boku! Znany krakowski pisarz i tłumacz, Ireneusz Kania, powiedział , iż w mieście poetów – Krakowie, oczywiście – pojawiła się utalentowana pisarka. I jej książce warto poświęcić czas, choćby po to, by raz jeszcze przekonać się, iż nie warto wracać do przeszłości a wspomnienia o miłości pielęgnować głęboko w sercu uśmiechając się do nich ciepło i pobłażliwie. I teraz, myśląc o wiośnie i tonącym w anemonach parku, wracam myślami do smutnej powieści uroczej Elżbiety Wojnarowskiej.

Janusz M. Paluch

MAGDALENA WĘGRZYNOWICZ-PLICHTA

Magdalena Węgrzynowicz-Plichta urodziła się w Warszawie. Na Mazowszu, niedaleko Żelazowej Woli ukończyła Podstawową Szkołę Muzyczną w klasie fortepianu i Liceum Ogólnokształcące im. Fryderyka Chopina. Tytuł magistra socjologii uzyskała na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W latach osiemdziesiątych pracowała w szkole podstawowej na etacie nauczyciela języka polskiego i nauczania początkowego. Nie była typowym nauczycielem, gdyż języka polskiego w klasie pierwszej uczyła na przykładzie tekstów swobodnych, a nie tzw. elementarza lub pierwszej czytanki. Od pierwszych lekcji uczyła uczniów samodzielnego wyrażania myśli, więc w trzeciej klasie potrafili pisać wiersze i krótkie opowiadania. Dla nich i uczniów klas starszych, w czasie gdy kserokopiarka była nowością, prowadziła warsztaty literackie i pomagała im w redagowaniu szkolnej gazetki ,,OBSERWATOR”.

W latach dziewięćdziesiątych w Wojewódzkim Urzędzie Pracy prowadziła międzynarodowe seminaria, konferencje prasowe oraz redagowała foldery i biuletyny informacyjne dotyczące przeciwdziałania bezrobociu.

W 1999 r. objęła stanowisko Redaktora Naczelnego Wydawnictw Medycznych w kra-kowskim Wydawnictwie IDEA. Od 2004 r. prowadzi razem z córką, która jest grafikiem komputerowym, własne wydawnictwo. Członek Związku Literatów Polskich. Wydała dwa tomiki wierszy: „Doznania” w 1998 r. i „Anemony” w 2003 r. W przygotowaniu do druku tom trzeci pt.: ,,Łaptaki”.

Współautorka licznych publikacji zbiorowych, tj. cyklicznych anto-logii: ,,Pożegnanie Lata Poetów”, ,,Każdy rodzi się poetą” oraz ukazujących się pod różnymi tytułami z ,,Formacji Szesnaście” z siedzibą w Dworku Białoprądnickim.

 

Kwartał z poetyckim motywem

Styczeń

Pusty skrawek papieru.
Dopóki nie napiszę parking,
nie zapełni się samochodami.
Dopóki nie napiszę deszcz,
nie zobaczysz kałuży.
Dopóki nie postawię kropki,
nie będziesz wiedział,
że to już koniec.
Nie postawię jej.
Błysk reflektorów i pisk opon!
Zakończenie wymyśl sobie sam.

Luty

Pusty skrawek papieru.
Dopóki nie otulę go miłością słów,
pozostanie bezużyteczną makulaturą.
W zastępstwie rozkoszy,
w przypływie dobroci,
mogę zawsze zawinąć w niego rybi łeb
dla kotów mieszkających w piwnicy.
Marzec

Pusty skrawek papieru bezczelnie
wpatruje się w moje oblicze.

Czeka, aż wyjmę pióro,
bezwstydny kusiciel.

z tomu “KALKOMANIE”


ZAGARNIACZ

Byłam twoim
niewinnym
młodzieńczym
marzeniem.

Kiedyś pożądliwie
całe bogactwo świata
zagarniał dla siebie
jak kosiarz,

uciekłam uczuciu
wąską szparą między
jednym a drugim
zębem grabi.

Czy odnajdziesz
mnie kiedyś
w zapachu
skoszonej trawy?





TRESERKA

O świcie oswajam śmierć uśmiechem
w ciągu dnia tresuję ją dzikością istnienia
wieczorem oszukuję kolejny dzień
wilgotnym oddechem jaźni
przed zaśnięciem przeglądam się
w rysach luster wczorajszego dnia

w świetle drgających świec łowię
najcichszy szelest przeznaczenia
wciągam powietrze i jak zwierz
z wiatrem przeczuwam nadchodzące jutro
noc nie przynosi ukojenia
po północy kończy się słodki sen o miłości

powraca koszmar spopielanych ciał
rano oswajam śmierć od nowa


UŚMIECH JAK PROMIEх
Moim dzieciom


I co mnie tak
popycha i popycha
niecierpliwie
do życia bez nagród,
gdy nie brak kar
i rozczarowań?

Promień słońca
rzucony z dziury
w chmurach niedbale,
niczym posłaniec?

Nagłe przeczucie Innego
i olśnienie, że życie
to niespłacony kredyt
Jego niewyobrażalnej łaski.

Coraz rzadziej
widuję tych, których
tak naprawdę kocham.
Długie niewidzenie
wynagradza potem
sam uśmiech serdeczny.

Uśmiech jak promień…






KALKOMANIA

Wybornie pamiętam
to niecodzienne spotkanie.
W towarzystwie mamy
przyjechały z Warszawy.
Dwie - do pary.

Wyjątkowo filigranowe.
Zgrabne, choć zaokrąglone.
Śnieżnobiałe bliźniaczki.
Przywitałam je uśmiechem.
Nic, tylko muskać je wargami.

Były takie orientalne,
miłe w dotyku i takie lekkie -
z cieniutkim uszkiem…
Zdobił je na zewnętrznej krawędzi
pasek ze złota - jak obrączka…

Od tej pory roznosił się po domu
aromat parzonej kawy po turecku,
a ciepło porcelanowych filiżanek
sprawiało, że na spodeczkach
rozkwitały róże…

Identyczne - dzięki
wyrafinowanej
kalkomanii.






EROTYCZNOŚĆ

Dzień pogodny.
Słońce w zenicie,
w dali miasteczko.
Brzegiem idzie dziewczyna.
Słucha i mówi, mówi i słucha,
choć nikogo żywego dokoła,
tylko woda szemrze w strumyku.

Klaszcze w dłonie
i głośno się śmieje,
jak echo słowa powtarza.
Zamyśli się, zmarszczy czoło,
pochyli, by zerwać trawkę,
którą ustami przygryzie,
słucha cierpliwie.

Kogo tak uważnie słucha?
Coś jej szepce i coś woła?
Wszak wyraźnie odpowiada.
Nieobecna, rozmarzona…
Cóż to błyszczy za jej uchem?
Co tak mieni się na szyi?
Dla kogo strój urodziwy?

Zapatrzona w duszę stokrotki -
w roztargnieniu w kółko drepcze.
Z niewidzialnym połączona -
świat w emocjach kolorowy.
Nagle jak przebudzona przystaje,
pod boki pięści zaciska, prawą nogą
w złości tupie i na cały głos narzeka:

Jeśli nie chcesz, nie wracaj, Janie,
zostań sobie za oceanem,
więcej nie będę płakać po tobie,
za młodam, by lec w cnoty grobie.
Chcę mieć u swego boku mężusia!
Ludzie już mówią - głupia Karusia!
Zwodzisz mnie dla zabawy?

Na nic esemesy, e-maile i zestawy
do komórek głośnomówiące:
sama wciąż jestem na łące.

I tak się do nocy
z kochankiem droczy,
przez komórkowy telefon
nad strugą przy zamku ruinach,
ale nikogo to nie dziwi,
że jakby gada sama do siebie
- wszak nowoczesna to dziewczyna.







ANONIMOWOŚĆ

Z utęsknieniem wyrwała się od:
szczęść Boże, a witam sąsiedzie,
dzień dobry pani Zofio,
co tam u Marysi?

Cześć, witaj, hello, jak się masz
pozostawiła za drzwiami mikrobusu.
W drodze do Galerii Krakowskiej
zdążyła poprawić makijaż.

Gdy wchodziła głównym wejściem,
poczuła się pewnie jak stały salonowy
bywalec, dyskretne spojrzenie -
bezkolizyjnie wtopiła się w tłum.

Jak rozkosznie - nieprzebrana rzeka
Towarów, aż do znudzenia można:
wybrzydzać, oglądać, dopasowywać!
I to niekrępujące poczucie wolności…

Zachłannie celebrując anonimowość
nie dostrzegała ukrytych kamer,
nie pamiętała o aktywnej komórce
ani o danych na karcie kredytowej.

Raz w tygodniu demony z wielkich
koncernów i agencji reklamowych
penetrują najgłębsze zakamarki duszy -
o niebo lepiej niż sam spowiednik.

AŚOK WADŹPEJI

AŚOK WADŹPEJI – ur. 1941; indyjski poeta, eseista, krytyk; tworzy w języku hindi. Ukończył anglistykę w Uniwersytecie Delhijskim. Mieszka w Delhi. Autor 36 książek, wśród nich 12 zbiorów wierszy. Debiutował w 1966 roku tomem poezji Miasto nadal szansą. W 1994 roku otrzymał prestiżową nagrodę Indyjskiej Akademii Literatury za zbiór poezji Nigdzie, właśnie tam. W 1996 roku wydał dwutomowe wiersze zebrane Źdźbło do źdźbła. Ostatni tomik, opublikowany w 2004r., nosi tytuł Inne imię nadziei. Indyjscy krytycy zakwalifikowali Aśoka Wadźpeji do elitarnego kręgu najwybitniejszych twórców literatury współczesnej. Głównymi wątkami tematycznymi jego liryki są: miłość, samotność, przyroda, kosmos, śmierć, słowo. Jego wiersze tłumaczono na wiele języków, m.in.: angielski, francuski, niemiecki, rosyjski, hiszpański, węgierski, norweski, arabski. W 2000 roku, nakładem Oficyny Literackiej, ukazał się wybór poezji A. Wadźpeji w polskim przekładzie, pt. Metafory, w 2008 roku Księgarnia Akademicka opublikowała tomik wierszy Gramatyka wyobraźni. Aśok Wadźpeji jest również tłumaczem polskiej poezji współczesnej na język hindi. Za pracę na rzecz popularyzowania kultury polskiej w Indiach otrzymał w 2004 roku Krzyż Oficerski Orderu


Z cyklu: Naga

Ona jest słowem
Skończonym we własnej składni -
Ani modlitwy
Ani wiersza
Ani niecierpliwego wołania

Ona jest słowem
Białym
Które się rumieni
Ciemnieje
Waha

Ona jest słowem
Nagim
Bez cienia
W składni milczenia
Drżącym

tłumaczenie: Renata Czekalska


ANDRZEJ KRZYSZTOF TORBUS

ANDRZEJ KRZYSZTOF TORBUS- poeta, prozaik, krytyk literacki.
Studiował filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Współzałożyciel legendarnej Grupy Poetyckiej „Tylicz”.
Oprócz wierszy pisze książki dla dzieci, prozę, teksty piosenek (m.in. wielokrotny laureat Ogólnopolskiej Studenckiej Giełdy Piosenki Turystycznej oraz Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu).
Autor kilkunastu książek, w tym sześciu tomików wierszy.

Andrzej Grabowski, również poeta, napisał o nim:
„O mało nie został trubadurem.
Mistrz ballady, duma poezji i brat łata wszystkich poetów.
Sztukmistrz metafory i żongler przenośni .
Malowane słowem pejzaże zjednują mu od lat coraz większe grono oddanych sympatyków.
Odnalazł najszybciej z przyjaciół Jerzego Harasymowicza ścieżki połonin i pierwiosnki słów.
Ta poezja nie wymaga najmniejszego komentarza.
Powinna być przepisywana na receptę”

Publikacje książkowe
Lato pogańskie. {Wiersze}. W – wa, 1978 MAW
Podróż Pana Smoka. {Dla dzieci}.Kraków, 1982 (I wyd.),1985 (II wyd.),KAW
Przedszkolaka elementarz dziejów.{Dla dzieci} cz.I -1985, cz.II – 1986, cz.III – 1987. Kraków, KAW
Olimpiada w ZOO.{Dla dzieci}. Rzeszów, 1988 KAW
Powrót Pana Smoka. {Dla dzieci}. Kraków, 1988 KAW
Ballady marnotrawnego.{Wiersze}.Warszawa, 1990 Stow. KKP ”Okolice”
Błędomierz. Poemat o prowincji.{Wiersze}. Kraków, 1995 WAM
Krakowskie gołębie.{Dla dzieci}.Kraków, 1995 Kanwa
Nocne rozmowy.{Wiersze}. Kraków, 1996 KKA-L
Nostalgie.{Wiersze}.Kraków, 1998 KKA-L
Miłośniki. Miłosne liryki. {Wiersze}. Częstochowa 2001, Wydawnictwo „Dom Książki”
Tomek Wskazówka. {Dla dzieci}. Częstochowa 2001, Wydawnictwo „Dom Książki”
O toruńskich piernikach i teorii Kopernika. {Dla dzieci} Częstochowa 2001, Wydawnictwo „Dom Książki”

 

 

O sobie samym

jestem takim sobie poetą
czasem
uszczknę owoc słowa
z nadłamanej gałęzi
czasem
zanurzę ręce w chłopski rodowód
aby wybrać z niego
co zacniejsze ziarna

innym razem
moszczę w sianie
legowisko
dla mojego jeszcze nie narodzonego
jeszcze nie kochanego
wiersza

tyle mam z tego
co kot napłakał
odrobinę
na własny użytek
niespodziewanej radości

 

* * *

Listopad listy znosi listonosz spóźniony
końcówkę renty zgarnia wprawnym ruchem
dłoni
nie ma już miejsca na lato
rozeszły się nasze drogi

teraz tylko nudą wiejące wieczory
ograny spektakl czułości przed telewizorem
pani jest Ewo widmem zbyt dżdżystej pogody
potrafisz zręcznie zranić choć to nic nie boli

nie znaczy to wcale wierz mi nic nie znaczy
i ciepło jest wymysłem niemądrym i chorym
najlepiej mu nie ulec w zamkniętej sypialni
egzekucje najpewniej udają się w kuchni

więc nie obiecuj nigdy do piątku do środy
skok z trzeciego piętra może być nietrwały
listopad listy znosi które trzeba palić
zanim same spopielą co się jeszcze zdarzy
 

Pierwszy śnieg

pierwszy śnieg opadł na chodniki ulic
zmienił się w krople deszczowego błota
na drzewach tylko pozostawił dłużej
odgłos, co drzemał w niespokojnych krokach

tak lekko opadł, tak się dziwnie zmieszał
z gwarem śródmieścia i z zaułków ciszą
jakby na leśnych umiał spotkać tropach
jakąś na korze sierść zgubioną lisią

mrok kryje dachy i lampy kołysze
ludzie zmęczeni do swych spieszą domów
a w lesie pewnie da się znowu słyszeć
jak wiatr przecieka w ciężkie listki szronu
 

Najkrótsza litania

madonno od zlewozmywaka
madonno od kolejek w sklepach
madonno od wywiadówek

Tobie wiersz

 

Uwertura do koncertu na dwa komary i bożą krówkę, który nie został napisany z powodu wyczerpania się inwencji autora
(pastisz)

I.

Zmęczone lato głowę w cieniu chowa
i coraz więcej żalu wygrywa na skrzypcach księżyc
Nad leśniczówką noc sierpniowa
jak kot łasi się i pręży

W taką noc to przychodzą na myśl
różne rzeczy – i głupie i zbyteczne
Jak dobrze, że czuwa niebo z gwiazdami
(ktoś przecież to musi robić ostatecznie).

Już miał być wielki koncert – trzy części i coda
dyrygent znał na pamięć całą partyturę
a tu nagle telegram przyszedł od autora
„Proszę nie grać wszystkiego – tylko uwerturę”

Dlaczego – próżno pytał – telefon był głuchy
choć odpowiedź brzmiałaby może tak mniej więcej
„Nie będzie dalszych części, gdyż jak chodzą słuchy
autorowi zabrakło po prostu inwencji.”

II.

Zmęczone słońce lata w szuwarze się chowa
i coraz bardziej chłodem przesiąka igliwie
Nachodziły się buty ścieżkami wśród sitowia
jesień z ostępów głowę wychyla lękliwie

Szkoda tylko że chwile jak ćmy nieroztropne
znalazły przystań w naftowej aureoli lampy
Bzyk – i już. Pies zaskowyczał za oknem
jakby bał się obłudy, przyszłości i sztampy.

Tak, to zegar popełnił swój kolejny nietakt
i pokój znów samotny niczym pusta scena
Jedynie pośród roślin srebrny wiatr na fletach
wygrywa wciąż sonatę mistrza Beethovena.

 

* * *

Umarli mają ten zły nawyk
że napraszają nam się w sny
jak dzieci świata są ciekawi
nie dają zbyć się byle czym

więc gdy przychodzą to przy stole
kieliszek krąży z rąk do rąk
i chociaż grają nieme role
dobrze jest znany dalszy ciąg

 

* * *

i tyle po nas
ile kot napłacze
ile piołunu
w porannych rozmowach
na czystym niebie
smuga odrzutowca
na brudnej ścianie
ślad po fotografii

i tyle po nas
ile wisi w szafie
znoszonych ubrań
butów zdartych do cna
ile w wigilię
uronionych kropel
przez mróz na szybie
odśpiewanych kolęd

i tyle po nas
ile wiatr spamięta
nic więcej
nic dłużej
nic ponadto co jest

 

Litania

królowo kurzu rdzy i śniedzi
matko powietrza iłu gnoju
milcząca wieżo niepokoju
w kryjówce robotnika kreta
wciąż na twe łaski ufny liczę
przyjmij kulawe me litanie
i moje dary suchotnicze

królowo pastwisk łąk i gajów
chłodząca czoła w czas upału
świecąca nocą w Ostrej Bramie
podaj nam grzesznym swoje ramię
wesprzyj dobrocią winy przebacz
nie żałuj głodnym nigdy chleba
wyprostuj ścieżki
ludziom prostym
zbuduj do celu trwałe mosty

dobra królowo matko nasza
zniecierpliwionym pocieszenie
ułomnym wierszem się napraszam
ja wilczy pomiot suczę szczenię
pył okruch kropla mrówka żuk
niegodny twych całować nóg
pozwól bym myślał to co zechcę
i był do śmierci jakim jestem

 

tren na odchodnym

jeżeli tylko czas pozwoli
to wam opowiem co mnie boli

wszystkie sekrety me wyjawię
zanim nie usnę w zżółkłej trawie

nakarmię was, o tak, napoję
bo wasze będzie to, co moje

z wami się dzielić muszę szczerze
niech każdy ile chce zabierze

tylko na Boga, w złej godzinie
zostawcie w ciszy moje imię

 

Romantyczność albo wiersz bez tytułu
Siedzisz w pokoju
coś się tłucze
po wszystkich kątach
czegoś szuka
i niespokojnie drży firanka
lecz po kolacji nim posprzątasz
wyjrzyj przez okno
okien tyle
a każde gwiazdą zanim zgaśnie
ktoś z gramofonu zabrał płytę
i przerwał romans – – –

a delikatne to pukanie
to skrada się po schodach właśnie
kto – nie odgadniesz
lecz w mieszkanie
zaproś nie zwlekaj
podkręć lampę
może to będzie sam Poeta
przyjaciel z półki biblioteki
samotny blady romantyczny

ten spieszny oddech…
pewnie chory
zaparz herbatę z lipy mięty
i przykryj nogi pledem szczelnie
niech mówi wiersze
dziś zapewne
nikomu na nic niepotrzebne

szeleszczą liście stronic
rosną
strof sterty pną się
winoroślą
knot w lampie skwierczy

to już północ
więc prosisz
zostań
choć godzinę
a On już poszedł

już go nie ma
tylko firanka drży jak drżała
ale to przecież wiatr ją targa
i czujesz lato
co umiera
jak przeczytana już gazeta
i nawet nie wiesz
że to jesień
łzę zakręciła w oku z nagła
Nie przychodź
nie przychodź kiedy deszcz
i rzeki wezbrane
ani kiedy powietrze
kłębi obłoki nad ranem

nie przychodź południem skwarnym
i nocą nie przychodź
nie zapalaj srebrnych latarni
kiedy jest cicho

nie przychodź późną jesienią
ani zimą
i żołędzi owiniętych w liście
nie przynoś

 

Romans Wertyńskiego

Tak niewiele po tobie zostało
kosmyk włosów, ot nic wielkiego
i co wieczór grany za ścianą
stary romans Wertyńskiego

Jeszcze schody co wiodą na parter
suknia która z wieszaka chce sfrunąć
i to okno na oścież otwarte
z przywiędniętą już nieco petunią

Dziś znajomi wpadli na chwilę
małą kawę wypili i poszli
zapachniało po nich jesienią
jak po naszej dawnej miłości

Nie pytali mnie wcale gdzie jesteś
twego krzesła nikt jeszcze nie zajął
choć w pokoju innym powietrzem
perfumami innymi powiało

Tylko romans ten romans za ścianą
ciągle po czymś czy po kimś tak płacze?
Pan Wertyński między książkami
chciałby życie rozpocząć inaczej

TOMASZ TESZNAR

BIOGRAM

Urodziłem się w Krakowie, 20 I 1975.

Bardzo ważne dla mnie były cztery lata spędzone w autorskiej klasie humanistyczno językowej w XIV L.O.

Potem dylemat – polonistyka? anglistyka?
Wybrałem to drugie, obroniłem się w 2001, praca z przekładu poetyckiego. Rozpocząłem doktoranckie, ale nie otwarłem przewodu. Może kiedyś do tego wrócę.

Rymki i krótkie prozy piszę od jakichś 13 lat. Satyrę, felieton – niemalże odkąd pamiętam, tzn. jakaś IV klasa podstawówki.

Zainteresowania, literackie inspiracje, fascynacje: przekład literacki, angielscy metafizycy, trochę Szekspir, poezja polska, ta która mi smakuje; teatr – z obu stron sceny, choć chyba nawet bardziej granie.

Od czterech lat zajmuję się przekładem literackim. Pracowałem dla wydawnictw Zysk i S-ka, i Zielona Sowa.Tłumaczyłem Churchilla, Londona (‘Martin Eden’), Twaina (‘Pamiętniki Adama i Ewy’), L. M. Montgomery (‘Błękitny Zamek’;)), Conrada (‘Szaleństwo Almayera’), J. Austen (‘Emma’). Obecnie pracuję nad kolejną książką (Sue Townsend, ‘Adrian Mole i broń masowego rażenia’) dla wydawnictwa W.A.B. z Warszawy.

 

TRAKTAT O BARWACH POCHODNYCH

Obudziłem się i Wawel był żółty. Z jedną tylko pomarańczową plamą, która wyglądała jakby zrobiono ją pędzlem tak olbrzymim, że dwaj najwięksi malarze podwawelskiego gródka nie byliby w stanie go dżwignąć. Pomiędzy bladozielonymi bulwarami płynęła leniwie Wisła, w kolorze kasztanów, lub Twoich włosów, Hanko.
Przetarłem okulary. Zdjąłem je. Otwarłem okno – szkło wszak kłamie – i nic.
Rzut oka w głąb pokoju upewnił mnie, że ta metamorfoza go ominęła. Wszytsko było tak, jak zostawiłem wieczorem, to jest bałagan też. Nie skarcisz mnie zań, pomyślałem, bo na szczęście Cię nie ma, niestety – pomyślałem.
Chwyciłem za telefon, czarny, no, może ciut granatowy, ale to nic pewnego.
W Związku Plastyków nic nie wiedzieli o wydarzeniach minionej nocy. Wskutek kolejnego wernisażu nie dało się zresztą porozmawiać z nikim kompetentnym.
– W powietrzu znajduje się obecnie tylko jedna awionetka, tak mała, że nawet tubka farby nie zmieści się obok pilota -poinformowano mnie na lotnisku.
Myśl dzwonienia pod numery zaczynające się na 9 porzuciłem – duma niedocenionego artysty nie pozwoliła mi za darmo wykonywać rozmów telefonicznych. Zresztą takie np. pogotowie gazowe trudno byłoby mi zainteresować mym porannym odkryciem.
Jeszcze raz przeciągnąłem okiem po bulwarach, zatłoczonych ludżmi, którzy zdawali się nie dostrzegać niczego niezwykłego, jak zwykli nie dostrzegać niczego zwykłego przez tak wiele już wszak minionych dni, po czym ruszyłem ku drzwiom pracowni.
Sara była tam, gdzie zwykle. Może tylko jej pozbawiona ciężaru dłoń zsunęła się ku kolanu, jakby chcąc ukryć niestarannie rozegraną kwestię światłocienia. Czerni włosów, której tak jej zazdrościłaś, nie poruszał, jak niegdyś, krążący w pracowni wiatr, ni nie przetapiało na brąz wstające słońce, które może wszak odpowiadać za ową plamę na baszcie – pomyślałem.

Pamiętam, podobały Ci się tylko ramy. Kupiliśmy je razem tego popołudnia, kiedy Witold poprosił Sarę, by mu pozowała. A kiedy nic z tego nie wyszło, zainicjowałaś przy herbacie dyskusję o Kancie, żeby ją upokorzyć, wydobyć jej płaskość, podczas gdy ja chciałem na płótnie stworzyć iluzję przestrzeni, bryły, godną jej krańcowo estetycznego ciała.
Lubiłaś patrzeć, jak mieszam kolory na palecie. Mówiłaś, że przywodzą Ci na myśl kraje na mapie w atlasie i żartowałaś z ich zanikających granic.
Ona czekała, aż wyschnie farba, wpatrując się w moje wielkie lustro, specjalnie ustawione naprzeciw. Potem, naga, podchodziła do sztalugi, a w jej bezdennych oczach czaił się nieodłączny wyrzut. Spuszczałem wzrok i odkładałem pędzel.
I pamiętam ciągle ten letni wieczór, kiedy, urażona czymś, zostawiłaś nas przy szampanie i świecach, a nazajutrz rozmawiałaś z Witoldem. Opowiedział Ci wtedy o Sarze (czemuż nie przyszedł z tym do mnie?), i kiedy ostatni raz brałaś do ręki mój kuchenny nóż z nadłamaną rączką, musiałem zasłonić sobą nie dokończony jeszcze obraz; a gdy już leżał na ziemi obok jej ciała, ja wciąż wpatrywałem się w plamy na mojej letniej koszuli.
Pamiętam też, że żółty z niebieskim daje zielony, a z czerwonym – pomarańczowy; czerwień zaś i niebieski łączą się w fiolet. Ale wciąż jeszcze bywa tak, że nie wiem, jak przy pomocy tych kolorów oddać to, co dzieje się z Wawelem.

PIOTR ŚLIWIŃSKI

Piotr Śliwiński (ur. w 1973 r. w Krakowie). Absolwent Filologii Polskiej UJ. Od urodzenia związany z krakowskim Zwierzyńcem. Od 2002 r. współredaguje “Tygodnik Salwatorski”, gdzie publikuje artykuły z historii parafii, Kościoła oraz Krakowa. Debiutował poetycko w 1997 r. na łamach “Eurostudenta” oraz podczas spotkań autorskich z cyklu Wywołajmy Nową Falę. Wydany w 2007 r. przez Wydawnictwo Czarne Dziki Kąt jest jego debiutem prozatorskim.

***

W stronę grodu zdąża luźna grupka wędrownych rzemieślników. Jadą konno, może nakrytym płócienną budą, dwukołowym wozem. Nie widać zbyt dobrze w pyle drogi i unoszących się znad łąk mgłach. W kaletach i okutych blachą skrzynkach wiozą swe narzędzia. Któryś dźwiga żeliwny kocioł do zaprawy, inny – tygiel z trójnogiem. Skąd przybywają i dokąd podążą? Nikt nie wie. Dobrali się tylko po to, by tworzyć. Nie pozo-staną długo na łaskawym chlebie tutejszego władcy. Pójdą dalej. Taki cel ich bractwa. Mieszkańcy ciekawie lustrują egzotycznych przybyszów. Wita ich książę i prowadzi osobiście, w asyście świty, na miejsce pracy. Dzień ów będzie odtąd świętem. Rozpoczyna się nabożeństwo. Przodem zdąża kapelan dworu (biskup Gedko? a może sam mistrz Wincenty?) w otoczeniu młodszego księcia Konrada – przyszłego pana na Mazowszu i starego, ociemniałego piastuna. Czy rzeczywiście? A jeśli nie? Jeśli to duchy przedwcześnie zmarłego Ka-zimierza Kazimierzowica i poległego w krucjacie przeciw niewiernym Prusom książęcego brata? Czyżby sam Henryk? Za nimi książę Kazimierz z małżonką Heleną znojemską i synem Bolesła-wem, który rychło zakończy żywot przygnieciony pniem drzewa gdzieś wśród przepastnych borów. Może tym synem jest Leszek Biały, w przyszłości pan na stolicy krakowskiej? Rękodzielnicy popa-trują spod brwi na każdy ruch orantów. Czyżby i dusze odeszłych widzieli? A może książę Kazi-mierz nakazał przywołać w litaniach duchy rodu, by móc uwiecznić ich później ad perpetuam rei memoriam w kruchym plastrze zaprawy? Za chwilę ku płaskiej tafli mensy popłynie:

Bogurodzica, dziewica, Bogiem sławiena Maryja!
Twego syna, Gospodzina, matko zwolena Maryja!
Zyszczy nam, spuści nam.
Kiryjelejzon.

Albo:
Otcze nasz, jenżeś na niebiesiech, oświęć się twe imię, przydzi twe krolestwo, bądź twa wola ja-ko na niebie tako na ziemi, daj nam dzisia chleb nasz wszedni…

Jutro całe bractwo zabierze się do roboty. Każdy detal trzeba zachować w pamięci, nie uronić żadnego gestu, by potem oddać władczy ton postaci. Po mszy z pewnością zostaną ugoszczeni i udadzą się na spoczynek. Wszak o świcie czeka ich wielkie zadanie. Jeszcze raz przed snem przeglądają narzędzia, gdzieś przy wąskim oknie główni wykonawcy ostrzą żelazne albo brązowe rylce, by pewną linią znaczyły historię. Nie mogą zawieść chlebodawcy. Musi być tak, jak zawsze. Toć to nie pierwszyzna. Znają ich już w Europie, gdzie niejedno dzieło wieńczyli sukcesem. Teraz pora na ziemie północne. Pewnie ruszą w dalszą drogę w dół Wisły. Któryś z książąt też nie omieszka skorzystać z ich umiejętności. Ambitny jest piastow-ski ród, wiele potrafi zdziałać na swą korzyść, by jak najlepiej być wspominanym przez potomnych. I oto nastał ranek. Rzemieślnicy zgodnie z umową udają się na miejsce. Podwładni księcia zdą-żyli już zdjąć część starej posadzki w krypcie. Inni palą, mielą i sieją glinę według wskazówek mi-strza odpowiedzialnego za zaprawę. W tyglu wrze ogień, rozpalono pod kotłem. Któryś z artystów miesza w odpowiednich proporcjach składniki: wodę, gips i przesiany gliniany miał. Inni stawiają zawczasu drewniane rusztowanie dla głównego wykonawcy-rytownika. Może jest ich dwóch, może trzech? Tego nie sposób odgadnąć w kopcącym świetle łojówek i smolnych łuczyw. Jeszcze inny przygotowuje węglowy barwnik do nasycenia rytu. On to zakończy, wykona ostatni, kosmetyczny zabieg. Dostępu do świątyni na czas pracy strzeże osobista straż księcia. Woje w szłomach, zbrojni w włócznie i szczyty, separują pracujących od zebranej tłumnie gawiedzi, która porzuciwszy na mo-ment swe powszednie zajęcia, z ciekawością deliberuje o niecodziennym zdarzeniu. “Co też tam będzie? – niejeden zapytuje. – Co takowego majstrzy szykują w podcerkiewnym sklepie?” Na te i inne pytania sami znajdą odpowiedź, gdy akt finalny zwieńczy dzieło. Na razie wszystko istnieje jedynie w sferze domysłów. Tymczasem gotowa masa plastyczna została wolno wlana, równo rozprowadzona, wygładzona i tym samym przygotowana na uroczysty moment rytowania. Główni wykonawcy wchodzą na rusz-towania, wyjmują z kalet ostrzone onegdaj rylce i zaczynają swą pracę. Muszą się spieszyć. Gdy gips zwiąże, cały wysiłek na nic. W sztywnej a kruchej materii trudno będzie cokolwiek zwiewnego stworzyć. I tu dylemat. Było jakoweś rusztowanie, czy nie? Jeśli nie, to w jaki sposób można dokonać twórczego aktu? W miękkiej masie pozostałyby z pewnością ślady dłoni i stóp, a z kolei sięgać znad krawędzi byłoby niedorzecznością. Rusztowanie musiało więc stanąć. Jakie? Ano takie, na którym każdy ruch nie byłby karkołomną, godną igrców, sztuką. Może artyści wisieli w wiklino-wych koszach, może przemieszczano ich umiejętnie na szkielecie prymitywnej suwnicy z desek? Nigdy się nie dowiemy. W każdym razie… Gipsowa tabula rasa poczęła falować zmyślnym rysunkiem, odzwierciedleniem wczorajszego sacrum i książęcych życzeń. Towarzysze rzeźbiarzy spoglądają teraz w ciszy i skupieniu na perfek-cyjne ruchy rylców w giętkich dłoniach. Wyrasta więc bordiura w fantazyjne motywy palmet i półpalmet roślinnych. Gdzieś z boku zo-omorficzny kształt – lew, kobieta-centaur z dziwacznym zwieńczeniem głowy, nieznany bliżej stwór i gryf. Tuż u stóp ołtarza artysta kreśli z uwagą Arborem vitae – Chrystusowy znak zbawie-nia, choć równie dobrze mógłby w tym miejscu wykwitnąć krzyż. Drzewu asystują dwa lwy-demony, oślepione i pokonane przez znak zbawczej męki. W górnej kwaterze, poniżej lwów, pojawiają się kanonik i duchy: młodego księżyca i księcia-krzyżowca. W dolnej – książę, księżna i następca głowy rodu. Wszystko tak, jak podczas wczoraj-szego nabożeństwa i wedle poruczeń monarchy. Tylko śpiewu i adoracji nie słychać. Oracja w zu-pełnej ciszy. Cisza – głosów zbieraniem. Cóż cisza odpowie? Deum de Deo? Lumen de lumine? Deum verum de Deo vero? A może:

A na świecie zbożny pobyt,
Po żywocie rajski przebyt.
Kiryjelejzon?

Między zwieńczeniem a górną kwaterą delikatne muśnięcia rylca pozostawiają zwiewny kształt kapitały: HI CONCVLCARI QVAERUNT VT IN ASTRA LEVARI POSSINT ET PARITER VE… Tu rękopis się urywa. Błogosławione podeptanie. Ostatni z wykonawców wspiął się na rusztowanie z kociołkiem w ręku. W każdy pojedynczy rys zapuszcza starannie czarny barwnik. Gdy skończy, doszlifuje nierówności, usuwając jednocześnie nadmiar farby i gipsowego pyłu. Będzie można posłać po księcia by ocenił dzieło i nagrodził mi-strzów. Rozbierają rusztowanie, pakują narzędzia i wkrótce stoją szacując swą pracę i komentując deta-le. W blasku kaganków i łuczyw gorzeją ich spocone południowe twarze. Skąd przyszli? Z jakiej krainy przywiało ich aż tutaj? Może z dalekiej Italii, z Lombardii? Wszak nie od dziś wiadomo o mistrzowskim talencie tamtejszych rękodzielników. Zjawia się i sam panujący w otoczeniu rodziny i świty. Dzieło musiało się spodobać, skoro prze-trwało tak długo. Mistrzowie odkarmieni i sowicie uposażeni wyruszą w dalszą drogę. Pożegna ich gościnny gród. Na nie istniejące już dziś obwałowania wylegną z pewnością wszyscy jego miesz-kańcy. Ich też już dopuszczono do kolegiackiej krypty. Z powagą i w skupieniu spoglądają na nowy nabytek. Nie byle jacy mistrzowie musieli przyłożyć do tego rękę. Wszystko żyje bez zbędnych szczegółów. Książę, księżna, kanonik, duchy krewnych, szanowanych powszechnie w pamięci, jak żywi. Bractwo wyruszyło. Dokąd teraz? Pewnie gdzieś dalej, ku innym, równie przychylnym grodom. Niejeden temu podobny rozsiadł się wśród żyznych pól i nieprzebytych kniei.

PAWEŁ SZYDEŁ

www.Pobocza.pl

prezentacja multimedialna i dyskusja:
czasopismo literackie w internecie,
wiersze środkowo- i wschodnioeuropejskie,
spotkania z autorami i tłumaczami.

KAMILA SZUTOWSKA

Kamila Szutowska –ur. 1984r., mieszka w Krakowie. Studiuje prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od 2000 r. związana z grupą literacką „Sylaba” przy Ośrodku Kultury im. C.K. Norwida, a od 2006 r. również z Kołem Młodych przy krakowskim oddziale Stowarzyszenia Pisarzy Polskich
( z noty wydawniczej)





***

herbata gorąca i gorzka
na parapecie

mokre kwiaty
oblepione kroplami deszczu
miodem
i zapachem

herbata gorąca i gorzka
na parapecie

nici babiego lata
rozwieszam na kroplach deszczu
wysnuwam z palców

chcę schwytać wiatr

niebo zastygło w kroplach ciszy
na drzewach


z cyklu: Obrazki
Puzzle

Bóg każdemu daje pudełko puzzli
nie wiadomo tylko czy komplet


Pocałunek

kiedy na mnie patrzyłeś
ogłuchłam
widziałam tylko szept
twojego spojrzenia

kiedy do mnie mówiłeś
oślepłam
czytałam tylko barwy
twojego głosu

dotknąłeś mnie
zanim spostrzegłam 
że w dwóch lewych rękach
niosłam ci pocałunek

KRYSTYNA SZLAGA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Krystyna Szlaga – ur. w 1938 r. w Krakowie; poetka, dramaturg, publicystka, tłumacz. W latach 1968-1991 pracowała w redakcji społecznej i literackiej krakowskiej rozgłośni Polskiego Radia. Była kierownikiem literackim Teatru Rozmaitości w Krakowie. W roku 1967 debiutowała zbiorem wierszy „Korzeniami w ziemię”, za który otrzymała stypendium twórcze MKiS im. Tadeusza Borowskiego.

Za dramat „Mielizna” przyznano jej nagrodę na IX Łódzkiej Wiośnie Artystycznej (1977 r.). W 1985 r. za swoją twórczość otrzymała Nagrodę Miasta Krakowa. Poetka znana jest ze swoich publikacji m.in. na łamach „Życia Literackiego”, „Współczesności”, „Miesięcznika Literackiego”, „Regionów”.

Swoją twórczość ujęła w następujących publikacjach: „Dialog” (1970), „Arena” (1978), „Słowo wilka” (1982), „Ziemia” (1986), „Utwory sceniczne” (1988), „W pobliżu” (1990), „Spotkanie z manichejczykiem” (1994), „Wybór wierszy” (1995), „Północ” (1997), „Czas zyskany. Wybór liryki miłosnej” (2006), „Niebo po Ikarze” (2006).

 

***

Drogę rozpoznają
Ci z nisko pochyloną głową

Ci z głową podniesioną
W blasku błądzą




Wilk o miłości 

Wszystko jest żerowiskiem
Krwawy triumf
Krwawy odwet
Reszta –
wysychająca łupina

Nie spotkałem niczego
co by nie było naczyniem śmierci
zanim
nie doznałem czegoś – 
gorętszego niż łów zwierzyny
wścieklejszego od roju szerszeni
oślepiającego bardziej niż pożar
groźniejszego od przydeptanej żmii

Jestem
w niewoli bez pęt
w ucieczce bez pogoni
ani w głodzie
ani w sytości
ani w sile
ani w słabości
ani trwam
ani umieram




Ten błysk
 
Ziemia rodzi
w kropli potu w kropli deszczu
Zieleń kołysze przestrzeń
Wszystko w porządku świata

Sny o potędze śnią samotni
Dni zadeptywane wokół karmników
znikają
Wszystko w porządku świata

Aż nagle
Nagle ten błysk
idei błysk
olśniewa świat
Ten blask
idei blask
oślepia świat
Ten błysk
Ten blask
Ta blaga
werbuje świat
ogłusza świat
tratuje świat
Ta blaga

Krwawe plamy ciemnią słońce
Ziemia jak Cezar
w szkarłacie sztyletów

STEFAN SZCZYGŁOWSKI

l
Było to w te albo w tamte dni przedostatnie, kiedy ważyły się losy moje i świata. Kiedy z trudem kleiłem dni, chodząc bez celu po ulicach miasta, które raniło moje nadzieje na lepsze jutro.
Miasto to, o którym więcej nie powiem, w każdym z nas zostawia ślad nieusuwalny, osadzając się w zakamarkach chwil spędzonych razem z nim, ale tylko wtedy, kiedy w całkowitej samotności i zagubieniu w sobie samym giniesz w nim co chwilę. Ono liczyło i może liczy jeszcze.
Liczy na mnie, ale ja zaparłem się go i na żadne jego chwyty architektoniczne ani historyczne nabrać się nie daję. Nie licząc na nikogo, nie liczyłem już tym bardziej na siebie ani na żadne okolice, które próbowały mnie usidlić swoimi sztucznymi krajobrazami, wąwozami ulic, polanami placów, strachem strychów. Znając każdy zakątek, błądziłem jednak – jakbym po raz pierwszy widział te ulice i zaułki, i ich rosnące ciągle we mnie zakamarki.
Będąc odrzuconym przez wszystkich, czułem, że i miasto próbuje mnie wypchnąć poza swoje ulice, aby pozbyć się mnie jak niepotrzebnego elementu, który tylko zawadza starym kamienicom i ich śmierdzącym bramom i klatkom schodowym. Snułem się po nim, po jego asfaltowo-chodnikowym ciele, jakbym spał lub jakbym nie był obecny, albo popadł w letarg, z którego nikt i nic już nie jest w stanie mnie wyciągnąć. Żyłem jakbym już nie żył, ale nie umarł jeszcze.
Miasto żyło albo udawało przede mną, że żyje, co mi się w pewien sposób udzielało i było przyczyną sprawczą ruchu moich nóg i rąk. W jakiś niezrozumiały dla mnie sposób czerpałem siły z tego starego, miejskiego pryka, z tej wielowiekowej, podziwianej przez wszystkich facjaty. Kręciło się po nim wielu podziwem.) Do tego było i jest zblazowane wieloma stylami architektonicznymi i narastającą tępotą prowadzonych pospiesznie i byle jak odnów samych tylko fasad tych wiekowych staruszków, trzęsących się ze strachu przed swoimi skromnymi możliwościami zachwycania się sobą.
A zarazem miasto to królewskie niezbyt wdzięczne było losowi za to, że przetrwało piękny i w pełni barbarzyński dwudziesty wiek bez wybitych zębów i połamanych nóg oraz rozoranych kopuł barokowych kościołów. Zachowywało się tak, jakby spało, jego senność była widoczna i trudno było mu ukryć ją pod pudrem żółciejącej bieli tynków. Kamienice nie robiły nic, aby się komukolwiek podobać, znudzone do cna wielowiekowym wystawaniem w jednym miejscu.
Jak zatwardziałe-dziwki – bez możliwości zobaczenia czegoś więcej niż coraz to inaczej ubierający się ludzie. No nuda patentowana, co też nie było bez wpływu na moją, a jeszcze bardziej pewnie Pliploka, coraz bardziej beznadziejną sytuację, bez widoków na jakikolwiek możliwy do pomyślenia koniec naszej podróży do życia, które nas nie chciało nawet przez chwilę zrozumieć i ugościć w cieple empatii kogokolwiek.

Stefan Szczygłowski, „pl.iplok”, 2005.

MARZENA DĄBROWA SZATKO

Marzena Dąbrowa Szatko

Marzena Dąbrowa Szatko absolwentka Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, nauczycielka w krakowskim liceum. Zadebiutowała w „Świecie młodych” w 1977 roku. Publikowała reportaże i wiersze w prasie młodzieżowej oraz m.in. w „Studencie”, „Nowym Nurcie”, w „Gegenwind” oraz „Podium” (tłumaczenia na język niemiecki). W 1995 roku opublikowała pierwszą książkę poetycką „pory przelotne”. „Odejście mitu” to jej następny tom poetycki. Zawiera wiersze pełne ekspresji, o zagadnieniach psychologiczno – egzystencjalnych współczesnej kobiety. Anna Kajtochowa tak pisała o autorce i jej poezji; Znamienne dla poetki jest zmysłowe postrzeganie świata(…) Zaskakujące spostrzeżenia zręcznie ujęte metaforycznie, lekkie, nader częste przerzutnie, dowcipne puenty, zabawnie stosowana lingwistyka wskazują na sprawność warsztatową, przynoszą efekty (…) Ostatnio wiersze autorki coraz częściej pojawiają się w wysokonakładowych niemieckojęzycznych czasopismach literackich, m.in. „Forum”(Wiedeń), „Sinn und Form” (Berlin) w tłumaczeniu Joachima Neandera. Najnowszy tomik „Próba zbliżenia” to cykl niezwykle zwiewnych, zmysłowo – refleksyjnych erotyków ukazujących kosmogonię rodzenia się, perturberencji i irracjonalnego rozpadu supernowej miłości. (z noty wydawniczej)

Marzena Dąbrowa Szatko
 

 

Rozbieranie po zimie

najpierw śnieg
pofałdowana równina
z rzędem przyprószonych wierzb
dalej
łagodne otwieranie krajobrazu
guziczek po guziczku
rozgarnianie zasp żabotu
pod ruchliwymi palcami
przejrzysta koronka mrozu
topnieje z wolna
odsłaniając
morenową dolinę
miedzy wzniesieniami

potem kołysanie
ciepłem oddechu
aż poruszą się strumyki
w lodzie
i spłyną na skraj
zaspanego lasu
w nawilgłe runo

potem rozchylanie krajobrazu
od brzegu do brzegu
falowanie wzbierającej rzeki
nurt spieniony ulewą

na koniec wygładzona
w słońcu morelowa
dolina oddycha
i kwitnie
przykryta łąką
z jedwabiu

 

Noc przedślubna

przy łóżku leżą obrączki
w aksamitnym pudełku
i dwa motyle
na szpilkach
perłowoskrzydłe
twoje kolczyki
omotane srebrnym łańcuszkiem
od tykającego zegarka

róża przekwita
w kieliszku
po winie

 

Erotyk podróżny

po kwadracie okna
prześlizguje się pospieszny
krajobraz pokreślony
smugami
świateł

erotyk zgrzyta na zwrotnicach
gdy nalewasz szampan
w plastykowe kubki
kołysze się sufit
przedziału

uchylona butelka
traci oddech

POECI SWETROLODZY

SWETROLOGIA STOSOWANA

                             Przyznać się i pogodzić z tym
I ze sobą samym że się jest takim
Że wystarczyło mieć serce a nie zawsze rację
Żeby naprawdę zobaczyć co jest czym na zawsze
(Wiesław Jarosz, Outsider, fragm.)

W piątek, 3 września w Śródmiejskim Ośrodku Kultury odbył się wieczór autorski trojga poetów – Katarzyny Miarczyńskiej, Janusza Kutyły i Wiesława Jarosza.
Cała trójka została określona przez prowadzącego wieczór – Łukasza Mańczyka mianem poetów – swetrologów.

Dlaczego “swetrolodzy”? Z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że przy całej swojej niezwykłości i niepowtarzalności, traktują pisanie jako sposób na życie. I stąd w codziennym życiu odnajdują inspirację. Bacznie obserwują rzeczywistość. A potem wyrażają to, co jest prawdziwe, ale trudne do wyrażenia, a jednocześnie bliskie doświadczeniu każdego człowieka.

Takim doświadczeniem jest w poezji Katarzyny Miarczyńskiej miłość, spotkanie dwojga ludzi, ale też samotność, oczekiwanie i wątpliwości. Pojawiają się także wiersze, w których Autorka przygląda się zjawiskom kultury (Pokemony, czy też utwór poświęcony malarce Fridzie Cahlo).

Janusz Kutyła zadedykował jeden z wierszy Jerzemu Harasymowiczowi. Zresztą w wielu Jego utworach można odnaleĄć nastrój bliski twórczości Mistrza Jerzego. Piekło przeplata się w nich z niebem, pełnym aniołów, a poeta często zastanawia się nad tym, co może czekać na nas “po drugiej stronie”.

Wiesław Jarosz, autor tomiku “A kysz blichtr, a kysz bibeloty”, w różnych formach poetyckich (od wierszy – jak sam je określa – “dłuższych i najdłuższych” po aforyzmy) zadaje pytania o egzystencję, o to, co w życiu najważniejsze, co powinno być jego istotą. Dlatego zdecydowanie odrzuca “blichtr i bibeloty”, wybierając prawdę o człowieku – czasami gorzką i smutną, innym razem pełną nadziei i optymizmu. Ważne miejsce w twórczości Wiesława Jarosza zajmują również utwory religijne. Sam Autor przyznaje, że ceni poezję Wschodu i często po nią sięga.

Czym jest poezja dla “poetów swetrologów”? Poszukiwaniem prawdy? Wyrażeniem myśli? Ludzie w swetrach wydają się być bardziej autentyczni od tych w garniturach. Z całą pewnością poezja “(…) to nie jest tajemnica, ani zagadka jakaś dla nikogo, tylko to jest to, co można tylko oczami serca zobaczyć, uszami serca – usłyszeć, a całym sercem – być tylko mądrym.”(Wiesław Jarosz, A kysz blichtr, a kysz bibeloty, Zamiast wstępu).
Wszyscy “poeci swetrolodzy” udowadniają, że poezja kryje się w zwyczajnym życiu. Żeby je zrozumieć, wystarczy mniej skupiać się na myśleniu o świecie, a bardziej na odczuwaniu świata.

Joanna Dolna

 

Łukasz Mańczyk

 

trzy cytaty

dedykacja: Wiesław Jarosz, Janusz Kutyła

poeci
swetrolodzy
hodują skrzyp na działce
i długie brody
kochają dziewczęta
póki są młode
stare wiersze
kochają zawsze.

kupują nawzajem książki
bogacą się drukarnie

wojownicy światła
na wciąż nie napisanym podręczniku
tylko się martwią
że powiedzą coś co było
nie używają
tytułów znanych książek
nie używają
telefonów komórkowych
nieprzekupni
bo nikt nie próbował

coraz więcej słów
jest słowami przeszłości
nie używają ich

a tu
luty, w marcu
i mnóstwo cytatów
nie wiadomo które są oczywiste
a których ucho nie pamięta

tylko żółte dzwonki forsycji
wskazują że już wiosna
twoja moja nasza

MAREK STRZAŁA

Mayday – „Dzień w którym zgasło słońce nad Manhattanem”

Są zdarzenia, które mają wartość formacyjną dla całych pokoleń. Które dookreślają narody. Zmieniają tory dziejów lub tylko przyspieszają ich bieg. Do takich dat w historii świata zaliczymy oczywiście 11 września 2001 – atak na World Trade Center. Podobnie jak to ma miejsce w przypadku Holocaustu, większości nie przekonują argumenty, że temat został omówiony, i powinien ustąpić świeżym newsom, gdyż te newsy stanowiły koniec życia poszczególnych jednostek, całych dzielnic, grup społecznych, pokoleń. Temat ten podejmuje pozycja zatytułowana „Dzień w którym zgasło słońce nad Manhattanem”. Marek Strzała pisał tę książkę przez trzy lata w, jak sam mówi, czasie wolnym. Pomyślmy jakież dzieło powstałoby gdyby stało w centrum zainteresowania i czasu pracy autora? To książka reporterska z krótkim komentarzem autorskim. Nie brak jej jednak ambicji literackich: na początkowych stronach literackość powstaje mimowolnie gdyż jest streszczeniem stenogramów z czarnych skrzynek, zapisu ostatnich rozmów. Atut literackości pozostaje jednak dalej przy opisie katastrofy, akcji ratunkowych. Przecież kilka razy należało oddać ruch praktycznie ten sam – nieustanne pięcie się do góry po schodach, pomoc udzielaną rannym, prześledzić psychikę ludzką w sytuacji zagrożenia.

Jak przy opisywaniu każdej wojny, nie zaszkodziło dodanie kilku human stories, zmieniających liczby w opis poszczególnych losów, uparte powtarzanie że „dwa tysiące” to nie to samo co „dwa tysiące plus jeden”. Taką historią jest opis nielegalnej emigrantki Genelle Guzman, jej cudownego i uporczywego ocalania. Autor podejmuje między innymi wątek, kto był rzeczywistym bohaterem a kto za takiego uchodzi. I ocenę pozostawia czytelnikowi, nawet nie selekcjonując faktów według jakiegoś klucza.
Książka ta, zapis katastrofy, którą uznano za cezurę wieku – coś jednak jest w tym, że raz na sto lat zdarza się coś tak ważnego, jednakże dzieje nie są w tym względzie punktualne. Znamy filmy katastroficzne jak „Płonący wieżowiec”, „Titanic”, gdzie moment zagłady umożliwia też przyjrzeniu się pełnemu przekrojowi społecznemu. WTC to prezesi, kierownicy działów ale i stażyści, personel pomocniczy, sprzedawcy kanapek… Społeczność która integruje się w obliczu zagrożenia, ale i test charakterów w warunkach ekstremalnych. Kto zdał ten egzamin. Strażak na emeryturze który przywdziewa mundur by odnaleĽć dwójkę synów – strażaków którzy poszli na nierówną walkę z ogniem. Emigrant z Polski przebijający gipsową ścianę okuciem samochodowej wycieraczki. Człowiek który przeżył zderzenie skryty pod żelaznym biurkiem, gdy ogon samolotu zarył się dwadzieścia metrów dalej.

…    Pewną słabością tej, BARDZO, dobrej książki są spolszczenia przemówień i oświadczeń, zwłaszcza tych wygłaszanych „na żywca” i w dużym stresie. Ale stanowią one promil książki i są zrównoważone przez teksty oryginalne. A może Amerykanie a w szczególności politycy, naprawdę tak strasznie mówią? Najbardziej interesujące moim zdaniem fragmenty książki to te które nawiązują do tego co działo się bezpośrednio przed i po, w oderwaniu od akcji ratunkowej. Budowanie napięcia zaczyna się dosłownie od pierwszej strony: kolejne akapity przenoszą nas z lotnisk do aktualnych miejsc przebywania kolejnych notabli. Pokazuje jak terroryści za pomocą wysuwanych nożyków do cięcia kartonów spowodowali wieloletni spadek kursu dolara i zmniejszenie wzrostu gospodarczego. Narastanie ludzkiej wiedzy o wielkości tragedii w miarę jak ogłaszane są coraz to wyższe stany alarmowe i napływają przerażające meldunki. Jak wydarzenia wytrącały ludzi coraz bardziej z codziennego rytmu. I wspomnienie tej codzienności staje się wspomnieniem nie przymierzając sielankowym. Jednak wiele z tej codzienności zostało zachowane: telefony do straży z gatunku „gdzie jest mój pies” – jakby nie miało się do czynienia z katastrofą. I ten dyżurny amerykański optymizm, że będzie wszystko „okay” wyzierający niemal z każdej rozmowy za wyjątkiem tych o dokonanej już śmierci… Spadające z góry ludzkie pociski. Odsiecz która przychodziła zewsząd ale nie mogła zastąpić prewencji przed tragedią. Szczegółowość pozwala wyłowić zupełnie nowe konkluzje z toku zdarzeń. Pokazuje m.in., że tylko cztery myśliwce były tego dnia gotowe do obrony 1/3 terytorium USA . Pokazana jest też gra tragedią przez polityków, gra w mediach, lecz i odrywanie się od interesów doczesnych do myślenia ponad partykularnym interesem, (kilkuletni) spór burmistrza Gulianiego z gubernatorem stanu Patakim, odwieczna kontrowersja straży z policją. Oddzielanie działań efektownych od efektywnych, dokonywanych pro publico bono i dla publicznego poklasku. Pięciuset niepełnosprawnych których ewakuowano w zasadzie przez przypadek… Ludzie którzy wracali po pracy do domu i zastawali ponagrywane na automatyczne sekretarki głosy swoich najbliższych…

Wróżę tej książce duże powodzenie. Powstała w czasie który pozwolił zebrać pełniejszy i bardziej przekonujący materiał faktograficzny, połączyć zdarzenia w skutki i przyczyny. Z drugiej jest też czasem odpowiednim na wysnucie w miarę obiektywnych ocen… Jest to bezsprzecznie literatura faktu nawiązująca do tradycji Kapuścińskiego i Hanny Krall. Mogłaby stać się zalążkiem epopei narodowej gdyby nie fakt, że autorem jest Polak amerykanista – podmiot zewnętrzny względem tamtego narodu. Pokazuje jaki cudem jest życie, jak wielkim wyjątkiem jest porządek w tle chaosu. Jak szybko postępuje zniszczenie a jak wolno przywrócenie względnego choćby porządku. Nie mówiąc o przywróceniu życia do stanu sprzed naruszenia równowagi. Nie mówiąc o wybudowaniu czegoś na miejsce, czegoś zamiast i ku czci…

Łukasz Mańczyk

JOLANTA STEFKO

CAŁY UMRĘ

 
Iwonie

Myślałem kiedyś, że moje życie

Już zawsze tak będzie wyglądać:

Smaczne jedzenie, ciepłe spanie.

Co jakiś czas uganianie się za kotkami.

Myślałem kiedyś, że moje życie

Będzie trwać i trwać i trwać.

A teraz leżę, pogryziony

Przez psa, bezwładny,

Nie mogę chodzić, słaby tak bardzo

Że nie mam siły by po raz ostatni:

Napić się wody, coś zjeść, ucieszyć się

Że świeci słońce jest tak miło

Jest tak ciepło

Jest tak jasno.

Po raz ostatni.

To już naprawdę koniec.

Za chwilę takiego słabego

Cuchnącego ropą

Zaniosą mnie do weterynarza

Weterynarz da mi zastrzyk. A co dalej?

Nie ma żadnego dalej,

Nie ma żadnego potem,

Tylko ten pusty dół

W którym zgniję.

28 IX 2008

BOGUMIŁ STASZEK

KONKURS „DAĆ ŚWIADECTWO”

 

 

 

 

Bogumił Staszek (ur. 1968), zaczął pisać w kwietniu 2008 roku. Zdobył I nagrodę w XX Konkursie Poetyckim im. Wł. Broniewskiego w Płocku (listopad 2008), I nagrodę podczas “Wiosny Poetów” w Nowogrodzie (2008), wyróżnienie m.in. w Gdyni, Radomiu, Poznaniu. W 2009 r. został laureatem Nagrody Głównej w XVII Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim “Dać Świadectwo 2009”. Poeta związany z Wrocławiem, Tarnowem, obecnie mieszka i tworzy w Wiźnie na obrzeżach Parku Nadbiebrzańskiego.

 

trzy kuszenia

powiedział

dam ci najpiękniejszą kobietę świata.

nawet się nie odwróciłem

bo ją  mam.

protestował  że warto zmienić

punkt widzenia.

powiedział

dam ci wszystkie skarby na ziemi.

nawet się nie odwróciłem

chociaż  ich nie mam.

protestował że warto

to nie wymaga wyrzeczenia.

powiedział

będę  cię kusił samą swoją istotą.

odwróciłem się.



Wojtkiewicz

nie wiem po co była ta dziecięca krucjata.

ale na nią poszedłem.

może dlatego że miałem zmarszczki na czole

i ręce takie krótkie. dziecięce.

raz nawet porwałem królewnę

to było ekscytujące.

ale nigdy jej nie dotknąłem

ponieważ  ręce miałem takie krótkie. dziecięce.



statystyka

tu kościół nie ma wieży

- na jej odbiciu wzrok nie może

chodzić  po wodzie.

nie ma ratusza

ze średniowiecznymi lochami

- tortury znane są z telewizyjnych opowieści.

nie ma już synagogi

- na tym miejscu stoi sala gimnastyczna

w której dzieci skaczą przez kozła

jak przez bimę.

nie ma też żebraków

- pojawiają się od święta.


 

 

STANISŁAW STABRO

Prof. dr hab. Stanisław Stabro – poeta, krytyk, historyk literatury, urodzony w roku 1948, absolwent filologii polskiej UJ, jest jednym z programotwórców i współtwórców pokolenia “Nowej Fali”, współzałożycielem krakowskiej grupy “Teraz” (obok Aadma Zagajewskiego i Juliana Kornhausera), działającej na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku.

Jako poeta debiutował w 1967 roku na łamach “Życia Literackiego”. Wydał następujące tomy poezji: “Requiem” (1973) – ogólnopolska Nagroda “Czerwonej Peleryny” za debiut roku (Gdańsk),”Dzień twojego narodzenia” (1974), “Na inne głosy rozpiszą nasz głos” (1978) – Nagroda im. Andrzeja Bursy, “Ten wiersz, który ma na imię Polska” (1978), “Pożegnanie księcia” (1981), “Dzieci Leonarda Cohena” (1984), “Korozja” (1989), “Życie do wynajęcia” (1996). W latach 1989 i 1995 opublikował dwukrotnie “Wiersze wybrane”.

Jego utwory były tłumaczone na język węgierski, rosyjski, francuski i niemiecki oraz ukazały się w dwudziestu siedmiu antologiach poezji krajowej, m.in. w takich jak: “Laureaci konkursów poetyckich” (1970),”0d Staffa do Wojaczka. Poezja polska 1939-1985″ (1988),”Określona epoka. Nowa Fala 1968-1993″ (l994), “Poezja polska od roku 1956” (l997). Na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych Stanisław Stabro był laureatem wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich, m.in. “Łódzkiej Wiosny Poetów”, gdańskiego “Turnieju o nagrodę Czerwonej Róży”, krakowskiego “Turnieju jednego wiersza o Jaszczurowy Laur”.

Jako krytyk i badacz polskiej literatury współczesnej, publikujący m.in. na łamach “Twórczości”, “Odry”, “Poezji”, “Życia Literackiego”, “Współczesności” jest autorem następujących książek: “Legenda i twórczość Marka Hłaski” (1985), “Poeta odrzucony” (l989), “Chwila bez imienia. O poezji K.K. Baczyńskiego” (l992), “Zamknięty rozdział” (1994), “Poezja i historia. Od “Żagarów” do “Nowej Fali” (1995),”0d Emila Zegadłowicza do Andrzeja Bobkowskiego. O prozie polskiej XX wieku” (2002), “Literatura polska 1944-2000 w zarysie” (2002) oraz licznych prac w książkach zbiorowych o charakterze naukowym. Jest również autorem antologii “Z rodu Anhellich. Liryka pokolenia wojennego” (1991) i dwukrotnej edycji wyboru wierszy R. Wojaczka pt. “List do nieznanego poety” (1985, 1987).

Związany z UJ od 1972 roku obecnie pracuje jako prof. nadzw. na Wydziale Polonistyki tejże uczelni.

JOANNA RZODKIEWICZ

O twórczości autorki: wydała kolejno tomiki: ‘Kropla malachitu’, ‘Taniec spełnienia’, ‘Winogrona przemian’

wiersze wybrane z tomu: Winogrona przemian


wydawnictwo Słowaków w Polsce, Kraków 2006

 

MATKA ZIEMIA

Z miłością pochyla się

nad kołyską

w której dojrzewa

przemoc i pycha

 

Otula kalie smutków

wyrastające

z poranionego naskórka

 

Wierzy w siłę

źdźbła trawy

ziarna pszenicy

człowieczego przebudzenia

 

BEZSILNOŚĆ

Sztorm na Słońcu

rozrywa magnetyczne pole Ziemi

bombarduje atmosferę

powoduje anomalie pogodowe

przesunięcia biegunów

kataklizmy globalne

wpływa na kondycję psychiki

i przełomowe wydarzenia historyczne

 

bezradni wobec zjawisk przyrody

nie umiemy zaradzić

niszczycielskim siłom

 

zbliża się dwudziesty czwarty szczyt

aktywności słonecznej

oby nie sprawdził się

czarny scenariusz

naukowych pesymistów



* * *

Ślepy i głuchy

w obliczu własnej ignorancji

wbija nóż w serce planety

i we własne plecy

 

czas poddać się

samoleczeniu 




TRANSPORT KONI

Litość...

człowieka nie obchodzi

w ostatecznym transporcie

twój zakrwawiony bok

połamane nogi

 

W panicznym lęku i cierpieniu

nie znasz nienawiści

chociaż nienawiść daje

siłę przetrwania

 dla ciebie już niepotrzebną

twój los przesądzony



SPISEK

Przyszła kolej na ptactwo

pierzchają synogarlice i wróble

stłoczonym nioskom

pazury wrastają w pręty klatek

kaczka nie chce zostać ozdobą półmiska

kurczak modelem reklamowym

skrzydełek w Mc Donaldzie

 

Ptasie podziemie uknuło

spisek przeciw człowiekowi

         - ptasią grypę

 

Zaaresztowano niebo

sądy pracują nieustannie

wyrok skazujący

         - śmierć bez apelacji

 

BUNT

Następne będą konie

rżenie przeniknie świat

przegalopują ulicami

stratują parki, banki, galerie

i oswobodzą braci

w transportach śmierci

 

Byk zbuntuje się

po raz kolejny

łosoś połknie kutry

zasypie miasta mączką rybną

ptak zareklamuje udka panien

w sezamowej panierce

prosię zaucztuje pośród

dwunożnych istot

 

Koszmarna wizja?

 

Przecież

cmentarze nosisz w sobie...

RYSZARD RODZIK

Ryszard Rodzik – poeta i dziennikarz, twórca autorskiej audycji radiowej “Każdy rodzi się poetą”. Wydał dwa tomiki poetyckie: “Łąka nieba”, “Fotoplastikon”. Drukuje w antologiach poetyckich i prasie. Debiut prasowy w roku 1987 w “Gazecie Krakowskiej” wierszem pt. “Bukiet życzeń”. Nagradzany w wielu konkursach poetyckich. Twórca grupy poetyckiej “Każdy” przy Radiu Alfa. Od wielu lat współpracuje z Fundacją Sztuki Osób Niepełnosprawnych. Juror konkursów literackich. Odznaczony wielokrotnie, w tym Srebrnym Krzyżem Zasługi, Wielkim Laurem Podgórza.

FOTOPLASTIKON


moja pamięć

zachowała kolorowe obrazy

z całego mojego życia

i pozwoliła mi

kiedy tylko zechcę

oglądać je do woli

jak w fotoplastykonie

i dzięki celuloidowej taśmie pamięci

mogę znowu być młodym

mogę znowu mieć ambicję

i dużo wiary w człowieka

aż do momentu

gdy rozbłyśnie jasnym światłem

spłonie z sykiem

pozostawiając garść popiołu





DWA BÓLE


moja samotność

boli

jak rozbite w dzieciństwie kolano

tylko tam

była troskliwa matka

z kompresem z kwaszonej kapusty

i zaraz przyszła ulga

a teraz

kolano już zagojone

matka niezdolna

do okazania troski

a ból pozostał ten sam

chociaż boli coś innego

i każe cierpieć bez ustanku





POWRÓT WIOSNY


wystrugała wiosna

z drzewa lipowego

ptaszki najróżniejsze

i na drzewach pozawieszała

pomalowała na łąkach

farbami z tęczowej palety

kwiaty różnobarwne

zachmurzone niebo

niczym taflę lustra

podmuchem wiatru przetarła

na koniec

swym ciepłym oddechem

nadzieję w ludziach obudziła

i tak powróciła wiosna


MARTA REGNOWSKA

MARTA REGNOWSKA ur. w 1982 r. w Proszowicach. Studentka IV roku filologii polskiej oraz II roku Studium Dziennikarskiego Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Publikowała w „Gazecie Krakowskiej” i pismach studenckich: „Nowy Legion”, „Project: Furioso”, „@Pismo”. Redaktor naczelna interdyscyplinarnego kwartalnika „Argument”. Mieszka w Krakowie.

 

raz dwa trzy

pamiętaj że niczego nie można już zmienić
trudno opisać to co ogólne
bo tkwią w nas sprzeczności i kostnieją pojęcia
poza tym rozpoczęło się końcowe odliczanie
świat nadal poznajemy tworząc precyzyjne definicje
ale zaczęliśmy doceniać improwizacje
z wnętrza ziemi wydobywa się stłumione bulgotanie
znak że to co nas otacza
pozostanie niejasne

 

arachnofobia

Życie – „pająki czekają”

kościół piotra i pawła należy teraz do pająków
tłusty księżyc wymknął się ku niebu
patroluje ulicę grodzką
prowadzę fugę d-moll bacha
w wybranym przez siebie kierunku
słyszę drżącą przestrogę aniołów
skrzypią porzucone sieci

 

ostatnie kuszenie

Czesławowi Niemenowi (1939 – 2004)

kuszące są te poranki
gdy nagle świat traci kontury
budzimy się wtedy z przekonaniem
że nikt nas nie odczyta
brniemy
przez śnieg
nie zostawiamy śladów

BISERKA RAJCIČ

Biserka Rajcič na Mikołajskiej
Zapowiedź wydania antologii młodej poezji serbskiej „Wojna i mp3”.

W maju 2005 roku odwiedziła Polskę wybitna tłumaczka literatury polskiej na język serbski, Biserka Rajcič– przełożyła między innymi poezje Wisławy Szymborskiej i Ewy Lipskiej a także jest autorem pierwszych tłumaczeń pism Adama Michnika.
W ubiegłym roku otrzymała nagrodę imienia Dominiaka ufundowaną przez łódzki „Tygiel Kultury” za całokształt twórczości. Okazją do tegorocznego przyjazdu był międzynarodowy kongres pisarzy, organizowany w Krakowie. Znana zarówno w Jugosławii jak i poza granicami intelektualistka miała swój wieczór w „śródmiejskim”. Opowiadała o pracy tłumacza, o znajdowaniu autonomicznego języka na przetłumaczenie każdego dzieła.

Na spotkanie licznie przybyli zwłaszcza studenci filologii serbskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Poczyniono wstępne przymiarki, aby przetłumaczyć wiersze serbskich „roczników siedemdziesiątych” na język polski. Sygnalne przekłady ukażą się w „Lamelli” oraz w pismach o ogólnopolskiej dystrybucji.
Tytuł potencjalnej antologii, którą mam nadzieję zredagować brzmi: „Wojna i mp3”. U nas wojna jest doświadczeniem pokolenia Różewicza. Natomiast na Bałkanach ci sami ludzie, którzy uczestniczą w globalizacji, postępie techniki, idei i posługują się coraz nowszymi nośnikami do ich przynoszenia, uczestniczą w sposobie rozwizywania konfliktów, który niby już powinien przejść do lamusa, zwłaszcza w doświadczonej i pełnej humanistycznych dzieł Europie. Taka literacka recepcja konfliktu zbrojnego na grunt polski mogłaby okazać się wstrząsająca.

Warto wspomnieć, że pani Biserka podobnie jak nasza Noblistka, robi wyklejanki, tym ciekawsze, że za materiał służy prasa dostępna zarówno nad Sawą i Dunajem jak i nad Odrą i Wisłą.

Za zgodą Autorki, prezentujemy dwa wybrane.:”Dwie kobiety” oraz “Butelka”

Łukasz Mańczyk

AARNE PUU

Aarne Puu

 

Aarne Puu – ur. 30 grudnia 1948 w Tallinie. Studiował psychologię i filologię rosyjską na Uniwersytecie w Tartu, a w 1979 ukończył teatrologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od 1973 r. mieszka w Krakowie, obecnie pracuje w Katedrze Filologii Węgierskiej UJ. Poeta, tłumacz literatury polskiej i estońskiej; na język estoński przełożył m.in. książki S. Lema, A.Bahdaja, W. Chotomskiej, M. Konopnickiej i in., a na język polski poezje J. Kaplinskiego, P.-E. Rummo, A. Alliksaara oraz prozę Fr. Tuglasa, A. Valtona, M. Unta, V. Vahinga i in. Pisze w języku polskim i estońskim. Należy do Związku Pisarzy Estońskich w Tallinie i Konfraterni Poetów w Krakowie.

Wydał m. in. tomiki poezji: Jezioro mojej pamięci (Kraków 1989 – Nagroda im. A. Bursy), Ring on nii pikk (Krąg jest tak długi, Tallin 1990), Godziny otwarcia (1995), Inny wybór (1998) oraz Sajandi väsimus (Zmęczenie stuleciem, Tallin 2002)

 

WIECZNA  BETONIARKA


Kręci się w koło

kręci się

w paszczy znika

piasek i żwir

piasek i żwir

i szary pył o

cudownych właściwościach

po odpowiednim czasie

mamy gotową zaprawę

możemy budować dalej

kręcimy się w koło

przez całe życie kręcimy się

w naszych zachłannych ustach

znika

chleb i sól

chleb i sól

i płyny o cudownie pokrzepiających

serce właściwościach

po odpowiednim czasie

stajemy się pyłem

który znów można wykorzystać do

budowy czegoś

nowego



DANUTA PERIER

Danuta Perier jest krakowianką. Tu się urodziła i tu pracuje. Od lat należy do Grupy Poetyckiej “Każdy’ przy Radiu “Alfa”, uczestniczy także w pracach Formacji Szesnaście przy Dworku Białoprądnickim oraz Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno – Literackiego.

Pierwsza jej książka poetycka “Słonecznikowa miłość” ukazała się w 2000 roku, następne to: ” Ogolona twarz mężczyzny”(2004), “Dla Ciebie zostałam czarownicą”(2005), “Niebo we włosach” (2006), “Śniadanie na Wenus” (2007).Członkini Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich. Ulubioną problematyką poetki są przeżycia współczesnej kobiety uwikłanej w konflikty egzystencjalne.

Nasz dom

W maleńkim mieszkaniu
na szóstym piętrze
zamieszkała
miłość w niemodnej sukience.
Co noc
przyciąga
barwami,
maluje błękitem
wszystkie ściany.
Zapatrzeni
w siebie codziennie,
jesteśmy
o niebo
bogatsi.


O miłości

I

Włosy - tańczą
oczy - tańczą
usta - tańczą.
Tylko nogi
stoją twardo
na ziemi - czuwają


II

Obudź mnie
ze snu miłości
mogę nie zdążyć
ubrać sukienki.


III

Usta przy ustach- nienasycone,
oczy przymknęły
obraz zachwytu.
Mowa dotyku
zniżona do szeptu.
Trwa miłość.


IV

Wśród zieleni
mojej sukni
twoja dłoń.
Pięciolistna koniczyna
zwiastuje szczęście.


V

Twoje oczy
dwa słońca
moje oczy
dwa księżyce
wieczna pogoń
w orbicie
miłości



*  *  *

A niebo
dzisiaj
jak ogolona
twarz
mężczyzny
z resztkami
piany
na policzkach
i tak
błękitne
jak jego oczy



*  *  *

Podali sobie ręce
i poszli wydmami
prosto w paszczę rekina,
po dwa złote zęby
na ślubne obrączki.
Słona woda zmyła z nich grzech


*  *  *

Boję się koni
więc prze Rynek karetą
mnie nie powieziesz
kwiaty dostaję od Ciebie codziennie
jedna wiązanka więcej
nic nie zmieni

Dojdzie tylko twoje nazwisko
i złota obrączka
 

ERYK OSTROWSKI

Wiersz z tomu Muzyka na wzgórzu (Wyd. Partner, Kraków 2005):

 

T R E N

Wodo, moja wodo.
Boże zamordowany we mnie.
Krew stanie się wodą.
Ran nikt nie zdoła otworzyć.
Jezus mnie kocha.
Umarł za mnie.
Nie przeze mnie, wodo.

Rybo. To słońce
nie ja zabrałem Ci oddech.
Nie ja pokryłem wodą miłość
lecz ziemia –
Twarz z odciskiem mojej stopy.
Słońce dał, słońce wziął.
Umarł za.
Wodo.

 

MUZYKA, DROGA, WZGÓRZE- Nowy tom wierszy Eryka Ostrowskiego

Krytyk i znawca poezji młodego pokolenia, Karol Maliszewski, na łamach miesięcznika “Odra” napisał o poezji Eryka Ostrowskiego, iż “epifanijność splata się ze współczuciem, dziecięca delikatność i jasnowidzenie współgrają w intrygujący sposób z żarliwym świadczeniem o pięknie życia i powabie świata.
Gdy się czyta tego typu dokumenty “nawiedzenia i szlachetnej naiwności”, patrzy się na życie jak na odzyskany skarb”. Takie “dokumenty” wypełniają najnowszy tom poety, zatytułowany znamiennie: “Muzyka na wzgórzu”.
Tytuł nakazuje jakby odnosić muzykę do każdego z wierszy zawartych w książce. I rzeczywiście, czytane głośno (ale kto głośno czyta jeszcze dziś poezję?) poddają się intonacji czytającego i już własnej melodyce, rytmowi. I w tym bliski jest charakter tego tomu innej, cudzej poezji, której blask chyba przyświecał krakowskiemu poecie, jeżeli to z niej pochodzi motto tomu, a i pośród wierszy jest obecna. To poezja Ludmiły Marjańskiej. “Gdy dzieci idą spać jak muzyka promieniste” czytamy na okładce, a w tomiku znajduje się poemat “Kwiaty dla Pani Ludmiły Marjańskiej”.
Teraz, gdy właśnie odeszła, będziemy jednak już inaczej przyglądać się tym kwiatom. Wydaje się, że “Muzyka na wzgórzu” stanowi dla poezji Eryka Ostrowskiego szczególny moment, jeśli obok nowych wierszy są te pomyślane już wiele lat temu, zapisane tu jednak inaczej, poeta nadał im nowy kształt, zmienił znaczenie. I całość tak skomponował, by była dobrym przewodnikiem po życiu.
A poezja z założenia swego powinna być przewodnikiem, bo jak mówi poeta w wierszu-zapisie z Pustyni Błędowskiej: “jest coś podobnego do gór w niebosiężnej równinie”. Jest to zatem wzgórze, z którego można popatrzeć nie tylko na to, co już się dokonało, ale też na to, dokąd się zmierza.
“Czas nie wybaczy ci
pierwszego kroku, niewinnego natchnienia.
Tej myśli wiosną,
że nie umiera życie (…) Jedno wyjście z domu
bez pożegnania
lub nieostrożne słowo
– czas nie wybaczy niemyślenia.
Na zawsze pozostanie
rysa na oczole.
Gdzie wiosną woda wzbiera.
Przekracza brzegi.
Zalewa oczy”.

47 świadomych tego wierszy. W tym te regularne, klasyczne, oraz poematy prozą. I przedmowa autora, którą także można potraktować jako jeszcze jeden wiersz. Jak zawsze u tego poety niewolnego od tematyki śmierci, i w tym tomie jest ona obecna, lecz utwory te znajdujemy głównie na początku tomu; dalej już się przejaśnia. Dzieje się tak z różnych przyczyn.
Na pewno ważnym imperatywem tych wierszy jest wiara, jakaś pewność, że właśnie ona “jest czymś bardzo prostym” (“Kamienie Malaren”), bo “przebaczenie objawia się w sile woli następnego spotkania”, a my “idziemy”, “i to jest muzyka tej drogi i sumienie” (“Flecista z Hameln”). I jeszcze to, że “spotykamy się, bo idziemy w przeciwne strony”. Tak naprawdę w tej poezji nie ma (lub prawie nie ma) zapisu jakiejś deklaracji światopoglądowej. To zapis wciąż odkrywanej drogi, która teraz zawiodła poetę na wzgórze, dlatego wydaje się, iż stąd prawdziwszy jest punkt widzenia, któremu może warto zaufać.

Kuba Kisielewski

 

Felietony:

Poeta przez duże “P”
Poezja na wyspie
Nekrolog LUDMIŁY MARJAŃSKIEJ
Moje lite krajobrazy

 

FELIETON
Eryk Ostrowski
Moje lite krajobrazy

Urszula Kozioł wydała nowy tom wierszy. Przemówił głos z dawna nie słyszany, głos potrzebny, „nawet jeśli jest to wołaniem na puszczy”.
Ta „jedna z najwybitniejszych i najbardziej cenionych w świecie polskich poetek”, jak słusznie donosi wydawnictwo na okładce najnowszego tomu Supliki, ostatni zbiór wierszy zawierający nowe utwory wydała w 1997 roku. Był to tom W płynnym stanie. Wieńczył płodny okres w twórczości Kozioł, jakim okazały się dla niej lata 90. Gdyż, o czym warto tu wspomnieć, Urszula Kozioł publikuje swoje wiersze niezwykle rzadko, i choć stale obecna w życiu literackim (redaktor działu literackiego najlepszego obecnie chyba w Polsce miesięcznika literackiego, jakim jest „Odra”) nową książkę ogłasza jeszcze rzadziej.
Czy praca w redakcji tak absorbuje? Być może. Jej felietony, publikowane wcześniej także na łamach „Rzeczpospolitej”, nigdy nie są zdawkowe, ostatnio zaś są – może to jest to słowo – potrzebne. I osobne; (nie przypadkiem ich „wyborek” nazwała poetka Osobnego sny i przypowieści). A jednak, co ciekawe, trudno w nich rozpoznać autorkę takich wierszy jak *** Jesteś za blisko…

Debiutowała zbiorkiem Gumowe klocki w 1957. W sześć lat później ukazał się legendarny tom W rytmie korzeni, który uczynił poetkę żyjącym klasykiem. W rytmie korzeni zalicza się do najważniejszych osiągnięć polskiej współczesnej poezji. Kolejne zbiory wychodziły już regularnie. A więc Smuga i promień – 1965, Lista obecności z przyrodniczym cyklem Biocenoza – 1967. Potem były dwa świetne wybory poezji i, wreszcie, po latach, tom W rytmie słońca (1974), z poematem tytułowym, dokumentującym wydarzenia marca ‘68 i poświęconym pamięci brata Zbyszka cyklem dziewięciu wybitnych elegii.
Po ukazaniu się tego zbioru Urszula Kozioł-poetka zamilkła. Na jej nową książkę trzeba było czekać piętnaście długich lat. Wreszcie wiosną 1989 roku ukazuje się obszerny i jakże inny w swej wymowie i brzmieniu Żalnik. Ten nowy ton już nie zaniknie i przewijać się będzie poprzez Wielką pauzę, W płynnym stanie aż po Supliki, (które wszakże korespondują z Żalnikiem także swym tytułem).

Urszula Kozioł jest również prozaikiem. Swój „pierwszy ląd”, jakim są okolice Biłgoraja (kto nie pamięta ze szkoły Inwokacji:
   Biłgoraju
pajdo kraju
leśna ziemio stokorodna
wąska Tanwio
w śniętym Sanie
sanno
płozo
kośna łąko
iły muły
piachy
lessy
miedzo
łubin
bosa groblo
sito sosny rozstrzelanej…?)

opisała we wznowionej niedawno powieści Postoje pamięci, jeszcze jednej rodzimej epopei, którą Czesław Miłosz porównywał z Panem Tadeuszem. Bo wszakże to to samo opiewanie. Jest również nasza poetka autorką niezwykle nowatorskiej powieści Ptaki dla myśli, o której sama mówi, iż to praktycznie pierwsza polska powieść postmodernistyczna. Rzeczywiście, nie trudno zobaczyć w Ptakach rodzimego Ulissesa.
I wreszcie niezapomniane opowiadania Urszuli Kozioł, te zebrane w tomie Noli me tangere. A dawniej pisywała jeszcze dramaty, w tym również dla dzieci, które również ukazały się w kilku książkach.

I teraz: powrót Urszuli Kozioł… Może dobrze się stało, iż ostatnią książką poetycką pisarki był obszerny wybór Stany nieoczywistości wydany w „Złotej Serii” PIW-u. Po lekturze całości ten powrót tym więcej zdumiewa. Bowiem Urszula Kozioł zmieniła nie tylko formę (wiele tu poezji prozą i poezji fragmentu), ale także ton i przesłanie. Co uderzy czytelnika wpierw, to tak duża ilość wierszy o samym procesie pisania. Dopiero pod koniec lektury zrozumie, a powie mu o tym sama poetka wprost w dwu fragmentach, że to co ona nazywa „wierszem” i nad czego budową, tworzywem skupia całą niemal swą uwagę, jest dla niej tożsame ze światem. Tak często zatem przywoływany proces zapisu, jest procesem istnienia w świecie, gdzie

„ktoś z wyżyn zsyła litery
w których nam nie do twarzy”.

Supliki, czyli skargi, wielki temat Urszuli Kozioł. Nim też otwiera poetka tom. To głośny już wiersz, kilkakrotnie wcześniej przedrukowywany, W barwach amaro. Jeszcze długo po lekturze tego poematu unosić się będzie jak nie ustępująca chmurka grożąca deszczem w słoneczny dzień fraza: „- Iwolski śmiał się”. Dobry wiersz nie zaistnieje bez obsesji. Trzeba jednak przyznać, że takich utworów jak W barwach amaro Urszuli Kozioł poezja polska już dawno nie notowała. Unoszący się nad nim duch romantyzmu nie przeminął, walka o narodowość trwa.
Inni spuszczają z tonu, wielkie tematy nie dotyczą już poezji. Jest więc Urszula Kozioł buntowniczką, jeśli tym poematem rozpoczyna swój najnowszy tom poezji. Jest nie modna, bo wielkie tematy nie przystoją modzie. Podobnie finalny utwór, Wygaszanie, dzieło napisane z wielkim rozmachem. To spiżowy pomnik dla tragedii istnienia. Bo „celem życia jest śmierć” – i echo tego zdania włożonego w usta kilkunastoletniej Mirki, bohaterki autobiograficznych Postojów pamięci, powraca. Poemat Wygaszanie nie podda się omówieniom, bo konieczne byłyby uzasadnienia, a o taką wiedzę o życiu próżno zabiegać. Pozostaje lektura, głośna lektura tego krzyku przechodzącego w gardłowy szept, błaganie.
Ta wielka poezja rządzi się wielkimi emocjami. Ich gwałtowność, miotanie się stanowią o randze. Wygaszanie jest również nawiązaniem do wielkiej narodowej tradycji takiej poezji. Rozważając jego frazy będziemy pamiętać nie tylko wieszczów, niegdysiejszy dialog poetki z Beniowskim Słowackiego w poemacie Lato w mieście, ale i wielkość dawniejszą, a nie przeminioną.

Wraz z nowym tomem Urszuli Kozioł powraca coś dawnego ze świetności poezji polskiej i, przyznam, że lektura Suplik była dla mnie jednym z tych przeżyć, z których trudno się otrząsnąć.
To poezja rzetelna, prawdziwa, która nie boi się (nigdy się nie bała) natchnienia, świadoma iż tylko ono potrafi przydać blasku słowom.
Chce się mówić o tych tekstach i chce się nimi dzielić z innymi, ale nie jest to łatwe, bo nowe wiersze Urszuli Kozioł zapierają dech w piersiach.

Eryk Ostrowski

ANDRZEJ JAKUB MULARCZYK

http://old.lamelli.com.pl/img/lws/andrzej-mularczyk.jpg

Andrzej Jakub Mularczyk, urodzony w Lubinie w 1953 r. Ukończył Wydział Górniczy na Politechnice Wrocławskiej. Pracował w kopalni odkrywkowej węgla brunatnego i podziemnej kopalni miedzi. Debiutował w 1978 r. w piśmie Politechniki Wrocławskiej “Sigma”. W 1989 r. wydał arkusz “Drzazga”, w 1993 r. ukazał się tomik “Krzywa zwierciadła spojrzeń”, w 2007 r. ukazał się tomik “Liczenie mrówek” (śródmiejski Ośrodek Kultury, Kraków 2007). Laureat XV Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego “Dać świadectwo”. Od 1994 r. mieszka w Ostrzeszowie.


KROPLA MOCZU


Bizon

Niecały jest człowiekiem.
Teren który znaczy
ma żółty zapach moczu.

Gromadzi spermę
by uwiecznić swoją personę.
Czeka aż wiatr znad bieguna
przyniesie zapach.

Podniecony z usztywnionym rozumem
wywoła wojnę,
by siebie wykrzyczeć
wśród urokliwych widoków kanionu.

I poniesie się w kosmos wołanie.
Orgazm, który przecząc Bogu
do Boga kieruje swoje kroki.




Wilk


Dawniej zbrodnie popełnione
podczas pełni księżyca
traktowano z wyrozumiałością.
Wierzono, że w każdym człowieku
pozostało jeszcze coś z wilka,
który szeptem kropidła
kusi duszę.


Zna kodeksy
i wie co jest złe,
a kawałki mięsa
kłami wyrywa
z uda blizniego.




Podnieś kamień



Poeta jest w tym co napisał
nie tym co o nim piszą
i o co go oskarżają.

Czy potrafi
odróżnić dobro od zła?

Nadaje im różne imiona
Żyje w strachu, że drapieżnik
wejdzie między owce
zwoła kompanów
i nakaże baranom by i one
skosztowały krwi.





Epoka

Po śmierci Pana Cogito,
odsunięciu towarzysza i obywatela
na boczny tor lokomotywy dziejów
kim jest teraz potomek światowita?

Komu jest jeszcze potrzebny
kto o nim myśli?
A kiedy podwinie się noga
czy ktoś poda mu rękę?

Kto wyprowadzi go z materialnej nadwrażliwości
i pomoże uporządkować życie?
By potem godnie wszedł na salony
pasterza uśmiechniętej łąki.

I dębów podwyższonego widnokręgu.







Brat


Z braci,
którzy nie stali się świętymi
bliski jest mu Judasz.

Jego grzech, nad którym współcześni
z taką pasją się wynoszą
i stają się prokuratorami
patrząc na uwięzione w witrażach anioły.

A Judasz się bał,
bo trzeba bać się świata,
w którym człowiek
musi stać się bogiem
by go naprawić.

A bóg musi zejść
i stać się człowiekiem
by wiedzieć jak bardzo można się bać.



 

 

OŁSEJA MUDRAK

 

Ołesja Mudrak – znana ukraińska poetka związana z Kijowem, autorka książek poetyckich “Szalony spokój chwili wieczności” (2004), “Naga samotność” (2006). Ma 23 lata, urodziła się w Legnicy /w Polsce/ W wieku 18 lat została członkiem Narodowego Związku Pisarzy Ukrainy. Dzieciństwo i młodość spędziła w Dniepropietrowsku -na wschodzie Ukrainy. Ukończyła studia filologiczne na Narodowym Uniwersytecie im. Tarasa Szewczenki w Kijowie. Kontynuuje swoje zainteresowania i pasje o naukowym charakterze, jest w trakcie przygotowania pracy doktorskiej w Katedrze Teorii Literatury na uniwersytecie. Współpracuje z ukraińskimi pismami literackimi, prowadzi audycje radiowe poświęcone literaturze. Jest laureatką nagrody Kanału “1 + 1” i niemieckiej premii “Za niewymuszony wdzięk ukraińskiego słowa”.

 

    *    *    *

Wianki /świętojańskie/....
		la, la....
hej -i - z rozsądku
Deszcz się biesi
I biesi się
moja miłość -
skacze
jak kulka, -
		w
		łzę
A wiatr
bierze ją do niewoli
w swoje ramiona.
Bóg Ra.
Żal szalony

Mam jeszcze
w sumie -pięć -
wianków mitycznych
Na wodach -
kilkaset ukrzyżowań
i wspomnień -
w porzeczkach...
...U mnie... Ty
i nie Jan
ale....świętojański
Przecież wieczór
Wyświęcony diakon
ochrzci palcami
Tamto,
co z zewnątrz i w głąb
zdawało się grzeszne
A obojętne duszy ryb
ogonami -o
rozkosz
We mnie
przeprowadzasz instruktaż
o narastającym...
...Ja szale-j-j-ję!
   Ja -aż-a-a-aż....
   I Ty - w locie!

Ścisnę
każdy twój fluid
w pięść historii...
Jak ryba
dzień uderza o lód
Ja -war -iu- ję!!!




*  *  *

Zaj -mu -
	ję -się
samo -obroną
dwie ręce składam
			jak mniszka
Do ciebie modlę się ....litania
żeby poczuły przeszłość
nie chybiły
Re -ka -a -a
Moje palce -błądzące
Po ciele
jak pięciu diakonów wędrownych
Wstyd
	Ba -wić -się
różą -podniecenia …
Myślami Ciebie gwałcę
Wielbłądzie dwa garby
świe -cą -się
piersi -ście
na których ślizgasz się
  Ty,
I ten, co teraz -oświeceniem-
dla mojej
	istoty -tajemnica..
Przez drzwi z powietrza
się wyrwiemy-
Upadniemy na
	pościel
		woskową...
Przed światem
pozbawiając się
		wier -ności -
Ja ją
	przyniosę
		Apostoła.

..Po stole -
dni  - pustelnika suchary.
Na stole -
	My -
Posagiem Erosa.
Ty nie do przebycia, -jak Sahara
Ciebie łykam z niebiańskiego
			termosu



  *     *     *
  
Przyjdę do ciebie w sukni  ze słonecznych zajączków
O. Lasnjuk
Wdzieję
	suknie z zajączków słonecznych -
podkreślę
tym
nagość pradawną
Pokój -
z dwóch łóżek -nie -poła -manych
Moją świadomość -mrówki
Przy -tła -cza.

Chce mi się
stepu
takiego
fa -licznego!!!
Fiesta lata -u piersi gliny
Rąbię promień -
wszystko jedno - niewidzialna
ja
twoim wzrokiem
	na palcach
		powtórnym
...Chcę przyszyć
swoje usta do pę-pu-szka -
w tobie Kosmosu
przepaść zakreślona
...Otwórz swój fu -terał -
Pragnę muzyki! Mu -zy -ki!
dopóki we mnie-
		Intertekst
Leśnej ru -sał -ki
Klawisz
	ste -pu -
my -w po -wo-dzi!
Po żyłach
	-nocy
	-wene-cjańscy
Moje szaleństwo, jak wino, odkorkowujesz
Świecę-
Kandelabr -
na kozackich Mogiłach

ROMUALD MIECZKOWSKI

http://old.lamelli.com.pl/img/lws/romuald-mieczkowski.jpg

Romuald Mieczkowski urodził się w 1950 roku. Debiutował opowiadaniem w 1966. Dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, animator kultury. Od 1989 wydaje i redaguje w Wilnie pismo o rodowodzie niepodległościowym – “Znad Wilii”. Współtwórca radia o tym samym tytule. Pisze również pod pseudonimem Tomasz Bończa. Współpraca m. in. z “Rzeczpospolitą”, nowojorskim “Nowym Dziennikiem”, Telewizją Polską, Polskim Radiem, BBC. W 1995 – współzałożyciel pierwszej na Wschodzie Polskiej Galerii Artystycznej “Znad Wilii”, która zorganizowała ponad 300 wystaw, również zagranicą – m.in. w Polsce, Niemczech, Szwajcarii, Hiszpanii i USA. W 2004/5 – twórca Galerii Wileńskiej “Znad Wilii” w Warszawie, obecnie kieruje Galerią Mazowiecką w Warszawie, promując m.in. sztukę artystów z Litwy. Od 1994 organizuje Międzynarodowe Spotkania Poetyckie “Maj nad Wilią”, które weszły do kalendarza najważniejszych imprez literackich na Litwie. W latach 1992-2000 wchodził w skład kolegium odrodzonych Śród Literackich – aż do ich rozwiązania. Autor zbiorów wierszy: W Ostrej Bramie; Co bym stracił; Wirtuozeria grubo po północy; Powrócę; Podłoga w Celi Konrada; Sennik wileński (zbiór prozy poetyckiej); Sen w ogrodach Moneta; Dźwięki ulicy Szklanej; Zbudować łódź. Członek Związku Pisarzy Litwy. Jego utwory znalazły się w licznych antologiach, były tłumaczone na litewski, rosyjski, ukraiński, białoruski, angielski, włoski, francuski, węgierski, czeski, fiński i arabski. Sam tłumaczy z litewskiego i języków słowiańskich. Laureat nagród w USA, Kanadzie, Australii i Finlandii, szeregu wyróżnień, przyznawanych w Polsce (m. in. ostatnio – Nagrody KUL i im. Z. Glogera). W 1997 przyznano mu odznakę “Zasłużony dla Kultury Polskiej”, w 1998 odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej Polskiej.



Zakochani w kościele

Nie boją się surowego oblicza
apostołów z ołtarza
ściskają sobie ręce i wtedy
wśród uśmiechniętych świętych
są najbardziej wniebowzięci -
dla nich organy grzmią forte
Pan Bóg pozwala odłożyć
na później modlitwę o dobrą śmierć

Z szeroko otwartymi oczami
świat witają
znakiem pokoju




Pogrzeb Miłosza

Jesień dojrzewała przenikliwością słońca
co z ciemnych obłoków rozświetla liście
płaskie cienie zebranych na Rynku ostrzy
gołębie na jego obrzeżach nie są dziś głodne
cicho i godnie podrywają się do lotu
nie słychać nawoływań handlarzy -
ludzie z głośników słuchają mszy żałobnej
na telebimach rozpoznają rodzinę poety
polityków co potem na tę okoliczność
będą przy zmarłym usiłowali wydobyć
swą obecność oraz inne słowa
i przez ułamek chwili będą nieśmiertelni -

Teraz wszyscy słuchają homilii o drodze
długiej i znaczonej bolesnymi wyborami
wraz z rowerzystą z plecakiem i w czapce
ze ślepym żebrakiem i jego psem
z grajkiem ulicznym trzymającym skrzypce
z namaszczeniem jakby to była hostia
wraz z towarzystwem przy kawie i ciastkach
w ogródku kawiarnianym przy kościele
któremu przewodzi dama w kapeluszu
z epoki słomek i kolorowych wstążek

Przy Mickiewiczu zobaczyłem swego ojca
który - wiem dobrze - znał Adama
ale nie znał Czesława ani jego wierszy
więc przed powitaniem go w niebie
zszedł z zaświatów zbadać sytuację  -
tak na wszelki wypadek
jego to przecież pokolenie i człowiek z Litwy

Czy zrobi nam pan właśnie tutaj zdjęcie -
dosięga mnie raptem ciche pytanie
trzymającej się za ręce pary zakochanych -
chcą upamiętnić swą miłość w Krakowie
bez względu na odejście poety

Kiedy wolno ulicami miasta ruszył kondukt
byłem kryształem powietrza w nozdrzach idących
kostką jezdni pod ich stopami na Grodzkiej
przy Paulinów klasztorze listkiem na drzewie

27 sierpnia 2004





Mój Anioł Stróż

Mój Anioł Stróż ze mną bywa
zawsze i wszędzie -
gdy w deszczu moknę
zostawia mi jedną suchą nitkę
na gwarnej plaży pozwala być
wesołym cieniem
puch kładzie w miejscu upadków
do ran przykłada bandaże
z zapomnienia
pozwala żyć gdy bardzo boli
gdy słońce się ściemnia
nie śpi kiedy - zdawałoby się -
jest beztrosko i bezpiecznie

Mój Anioł Stróż strzeże mnie
niczym niezmordowana niania
niesforne dziecko
przed samym sobą -
bym się nie zagubił za dnia

Mój Anioł Stróż zmęczony jest
ilością potknięć moich
dlatego czyni co w jego mocy
bym przeżył o jedną chwilę więcej -

Pragnie bym był lepszy


MACIEJ MELECKI

 

 

 

 

 

 

 

Maciej Melecki ur. w 1969 r. Autor trzech arkuszy wierszy: Zachodzenie za siebie (1993), Dalsze zajścia (1998), Panoramix (2001) i tomów wierszy: Te sprawy (1995), Niebezpiecznie blisko (1996), Zimni ogrodnicy (1999), Przypadki i odmiany (2001), Bermudzkie historie ( 2005 ). Wiersze publikował we wszystkich ważnych pismach literackich kraju ( m. in.: Twórczość, Kresy, Odra, Nowy Nurt, Akcent, Studium, Czas Kultury, Tygodnik Powszechny ) oraz w antologiach poetyckich: Inny świt (1994), Macie swoich poetów (1996 i 1997), Długie pożegnanie (1997), Antologia współczesnej poezji polskiej (2000), 14. 44 (2000), Martwe punkty ( 2004), Altered State. New Polish Poetry ( ARC PUBLICATIONS, Wielka Brytania, 2003 ), Vingt – quatre poe`tes polonais ( Traduits par Georges Lisowski, Editions du Murmure, Francja, 2003 ).
Współautor scenariuszy filmowych: WOJACZEK (1997) AUTSAJDER (2000), DZIEŃ OSZUSTA (2000) Erwin ze Śląska ( 2003 ). Redaktor tomu niepublikowanych wcześniej wierszy Rafała Wojaczka, Reszta krwi ( 1999 ) i współredaktor tomu krytyczno – wspomnieniowego Który jest. Rafał Wojaczek w oczach przyjaciół, krytyków i badaczy ( 2001 ). Wiersze jego tłumaczone były na języki: angielski, niemiecki, słowacki, francuski, słoweński. Uczestnik Międzynarodowego Festiwalu Literackiego VILENICA` 2002 ( Słowenia ). Sekretarz Arkadii – pisma katastroficznego. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Śląskim w Katowicach. Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Pracuje w Instytucie Mikołowskim. Mieszka w Mikołowie.
cytat za: http://www.literackie.pl/

 

WSPÓLNA FIKCJA

Nie jesteś przez to bynajmniej czystszy, zakończony jak haczyk 
W czyjejś pamięci, bo nie jesteś jeszcze gotów, by scalić 
Ten fragment i uczynić zeń wzór. Przytrafiła nam się schadzka, 
Coś ciepłego i łaskoczącego niby włócznia, byliśmy 
Przy tym radzi, pozbawieni recepty na jeszcze lepsze życia, 

Ale za to pełni niestrawności i jeszcze większej od 
Poniechanej reszty wiary w naprawę skrzypiącej ośki 
Losu, bo takim chciano mnie zobaczyć, jak przed owym 
Kursem, z zapałką w dłoni, na chwilę przed syczącym 
Zgaszeniem. No i ten cichoszary mrok położony na 

Brwiach szpachelką oddechu, odbity w ustach przez 
Włożone tam lusterko. Stożek tego smutku przechodzi z rąk do 
Rąk, mają go już wszyscy, amatorsko gotowi na jeszcze jeden 
Skok w delikatnie rozchylający się strąk małomiasteczkowej 
Wiosny, i nie wiadomo kiedy wciągnie go lejek horyzontu. 

Będę się przy tobie upierał, i ani mi się rusz, to nie słońce położy 
Ci pierwszą dzienną szadź, to nie waga, na której stajesz, odbierze 
Ci gram humorzastej aury, gdyż będę się pilnował przed 
Wejściem na czubek twojej ostatniej gamy, opuszczając jeszcze 
Bardziej barwę głosu, odpowiadając przydrożnej stokrotce 

Większym pochyleniem, w tym antrakcie kulistego zawieszenia, 
Kiedy piorun nie może w nic trafić, a ziemia mogąc uciec 
Spod nóg, ucieka w głąb ciebie. Znajdą cię przykucniętego w 
Nasłuchu, przyszpilonego odruchem wyjazdu, w dziurce od klucza. 




 

MAGDALENA MOLL

 

Magdalena Moll (ur. 1981) Jej twórczość to werbalna rejestracja chwil, czasem refleksja nad rzeczywistością okraszona zabawą słowami. Debiutancki tomik „Słowa niedomknięte” ukazał się w 2000 roku. Publikowała w prasie regionalnej: „Korso”, „Wizjer regionalny”, „Ikona” oraz m.in. w „Cogito”, „Akancie”. Brała udział w „Wolnej Trybunie Poetyckiej”, jej wiersz wybrano do zbioru pt. „Anna Dymna i Wolna Trybuna Poetycka” (2003). Jest laureatką konkursów poetyckich, m.in. Konkursu Poetów Ziemi Mieleckiej, III i IV Tarnogórskiego Konkursu Poetyckiego, Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Z literą na ty”, Konkursu im. Małgorzaty Szułczyńskiej. Uczestniczyła w literackiej audycji Radia Alfa. Jej pasją są podróże i herbata, poznawanie ludzi, śpiew, taniec i góry.

 

Kuflu…

kuflu piwa
w podziemnej knajpie
pachnącej skórą
Wawelskiego Smoka
otwórz me Bramy
Floriańskie
na oścież
gołębie zaproś
zacznie się spektakl
wstęp
za jeden ukłon w kierunku Jagiellonów

kuflu piwa
baryłczasty księżycu
szeptaj korzennym smakiem
te legendy
te baśnie
śpiewaj na Grodzkiej
rockowe ballady
głośno do dreszczy
wyśmiej białą twarzą
obłudne gesty
powiedz które kupić sukno
kuflu piwa przy
Krakowskim Rynku
stepujący między galeriami
pokaż mi Kraków
ten żywy i młody
gorący i stary
Kraków artystów
Kraków żydowski
Kraków codzienny
Kraków zaspany

tylko nie zawróć mi w głowie
ani ty kuflu
ani ty Krakowie

 

15 II 2005

dziewczynka
chce jak Piotruś Pan
nie dorosnąć nigdy
wierzyć we wróżki
nie rozumieć czasu
Kobieta
z miłością bierze ją na kolana
i opowiada bajki
o groźnych piratach
o Calineczce
co mieszka w tulipanie
dziewczynka
kładzie główkę na miękkich piersiach Kobiety
zostawiając swe troski
przenika do krainy snu
Dziewczynka
budzi się Po Drugiej Stronie Lustra
i z Piotrusiem Panem
uczy się latania
Po Drugiej Stronie Lustra
żyją motyle
mają skrzydełka ze spełnionych fantazji
kwiaty są uśmiechami rodziców
a gwiazdy tysiącami ich pocałunków
mieszkają tu bohaterowie zmyślanek- dobranocek
i towarzysze wypraw do indiańskich wiosek
Po Drugiej Stronie Lustra
jest dobrze
zamiast czasu
płynie tu rzeka
gdzie pluskają się radośni mieszkańcy Raju
króluje Matka-Wyobraźnia
ożywia dobre myśli
jeśli tylko
ma pod ręką dostatecznie dużo wróżek
by sprawnie zajęły się szczegółami
Po Drugiej Stronie Lustra
czas nie istnieje
nie trzeba go rozumieć
i zawsze jest dzisiaj wczoraj i jutro
Dziewczynka
chce zostać Po Drugiej Stronie Lustra
i stąd w odbiciu przychodzić do Kobiety
mówić jej kto jest nad rzeką
i czasami
pokazać jak się lata

 

27 I 2007
Boję się burzy
wicher jest zbyt duży
nie wiem co się dzieje
mam nadzieję
że to tylko wieje
Czuję – w mojej duszy
wicher coś poruszył
rozwiał złudzenia
ulotne wrażenia
szepnął
„Żyj.
Zostaw wspomnienia.”
Boję się burzy
sztorm jest zbyt duży
czuję – w tkankach ciała
siła fal wezbrała
rozszalała
się we mnie
wichura
która
lęk
chce
by pękł
by teraz umarł
natura
żywiołu
by panowała
by mnie ze mną samą
oswajała
by nad strachem nikt nie dumał

burza się burzy
wichura wichurzy
W tej aurze
szczęśliwie
można się
zadurzyć?

 

JERZY MAMCARZ

na ustach fortepianu

przesyłam Pani siedem czerwonych róż
na ustach fortepianu
układając przestrzeń
płatkami
kolorowych dźwięków
wypuszczając pogodne latawce
wspomnień
by ocalić Ciebie
przesyłam Pani siedem czerwonych róż
przywołując
ciepło Twoich
przyodzianych w aksamity słów
by ocalić siebie

dopadło mnie

wczoraj wieczorem
dopadło mnie
zamyślenie
– na bliżej nieokreślony temat

dzisiaj wieczorem
dopadło mnie
zadumanie
– na ten sam temat

jutro
co będzie jutro?
– boję się
że nadciąga
apatia

 

Efemeryda

Siedzisz tu jeszcze, już prawie świta
codzienność, płynna dieta
jaka ci jeszcze równia pochyła
co przegapiłeś, u licha
Egzamin chwili zdałeś niejeden
pomysłów nie brakło na życie
a mimo wszystko tylko wciąż trwałeś
oszukany przez własne odbicie
Może już miałeś swoje pięć minut
rozumiem, ta myśl wciąż nurtuje
lecz gdy się zagra, tak sobie, bez trudu
to powiedz, co wtedy się czuje?
Choć czasem przemknie, ledwo uchwytna
Efemeryda spóźnionych słów
To ją utopisz, jak dziś o świcie
Dlaczego tak jest? – mów

ISMENA ŁADECKA

Ismena Ładecka, ur. 17 lutego 1983 roku, studiuje psychologię na UJ, nieodmiennie zainteresowana grami fabularnymi i fantastyka, a także wykorzystaniem baśni i narracji na gruncie psychologicznym. Pisze odkąd pamięta, ale jeszcze nie wydała swojego tomiku wierszy. Uczestniczyła w Rzeszowskiej Biesiadzie Poetyckiej, spotkaniach poetyckich w niegdysiejszym radiu RAK, a także licznych spotkań poetyckich w Irish Pubie, Teatrze Zależnym, Strefie 22.
***

porą nocy dłonie
smukłe najszczerszą porą
w pomiędzyświetle
wszystkie
które ciskają
które broczą
piasek w krocze
     w oczy
     krew
niespokojne
kalekie
mleczne
dosięgną cię
które związałeś
pocałunkiem

Kraków, 2006

DANIEL LIZOŃ

 

 

 

 

 

Daniel „Bizon” Lizoń urodził się 5.10.1984 roku w Nowym Sączu. Pochodzi z Wojnarowej (sąsiadki Krużlowej Wyżnej). Jest absolwentem LO im. Artura Grottgera w Grybowie. Debiutował w grudniu 2004 roku w Dzienniku Polskim na łamach „Wierszowiska”. Zdobył wyróżnienie w II Konkursie Poetyckim Pt. :Echo moich gór”. Od paĽdziernika 2005 uczestniczy w warsztatach grupy poetyckiej „Każdy”, działającej pod patronatem Radia Alfa i prowadzonej przez Annę Kajtochową. Od kwietnia br. Jest wokalistą sądeckiego zespołu rockowego TFB. „Jego” Mistrzem poezji jest Jerzy Harasymowicz. „W słońcu zatopieni” to jego debiutancki zbiór wiersz, z których najstarszy pochodzi sprzed czterech lat.

5 zdań
Czyżby odrodzenie autentyzmu? Debiut poety zamieszkałego w Wojnarowej, wokalisty zespołu Fathers Band przynosi kolejne opowieści o nowosądeczczyĄnie i Bieszczadach. Nowocześnie sąsiadują ze współczesnymi, barbarzyńskimi rekwizytami, jak prysznic czy ulica Wrocławska w Krakowie. Redaktorem tomu jest ostatnia autentystka, Anna Kajtochowa. Zaś mimowolnym patronem – twórczość Jerzego Harasymowicza.


Daniel Lizoń „w słońcu zatopieni”, wyd. Towarzystwo Słowaków w Polsce, Kraków 2006

CHRZEST

każdego dnia
tworzę poezję radości
kiedy czuję że jestem
szczęśliwszy o ćwiartkę

codziennie
wchodzę do Jordanu
zaklętego w czterech ścianach
i oczyszczam
duszę w skórze uwięzioną
prysznic jest moim
chrzcicielem
EPIFAN DROWNIAK

na murku z kamieni
siedzi i maluje
że go rzyć jeszcze nie boli!

widzi świat
naiwnym pędzlem

nieruchomy
jak murek pod nim
od lat
chyba tylko zbutwiał trochę
i spłowiał

Łemko
LAUREAT

na festiwalu niespełnionych modlitw
w amfiteatrze ciszy
przemawiam do siebie
dziękuję dziewczynom za odrzucenie
bez nich nie byłbym samotnikiem

i burza pochmurnych oklasków
flesze niebiańskich reporterów
moja osoba tkwi
w dramacie stworzonym dla Boga

nikogo nie interesuje moja przegrana
którą otrzymałem w nagrodę

 

 

 

Daniel „Bizon” Lizoń urodził się 5.10.1984 roku w Nowym Sączu. Pochodzi z Wojnarowej (sąsiadki Krużlowej Wyżnej). Jest absolwentem LO im. Artura Grottgera w Grybowie. Debiutował w grudniu 2004 roku w Dzienniku Polskim na łamach „Wierszowiska”. Zdobył wyróżnienie w II Konkursie Poetyckim Pt. :Echo moich gór”. Od paĽdziernika 2005 uczestniczy w warsztatach grupy poetyckiej „Każdy”, działającej pod patronatem Radia Alfa i prowadzonej przez Annę Kajtochową. Od kwietnia br. Jest wokalistą sądeckiego zespołu rockowego TFB. „Jego” Mistrzem poezji jest Jerzy Harasymowicz. „W słońcu zatopieni” to jego debiutancki zbiór wiersz, z których najstarszy pochodzi sprzed czterech lat.

5 zdań
Czyżby odrodzenie autentyzmu? Debiut poety zamieszkałego w Wojnarowej, wokalisty zespołu Fathers Band przynosi kolejne opowieści o nowosądeczczyĄnie i Bieszczadach. Nowocześnie sąsiadują ze współczesnymi, barbarzyńskimi rekwizytami, jak prysznic czy ulica Wrocławska w Krakowie. Redaktorem tomu jest ostatnia autentystka, Anna Kajtochowa. Zaś mimowolnym patronem – twórczość Jerzego Harasymowicza.

Daniel Lizoń „w słońcu zatopieni”, wyd. Towarzystwo Słowaków w Polsce, Kraków 2006

CHRZEST

każdego dnia
tworzę poezję radości
kiedy czuję że jestem
szczęśliwszy o ćwiartkę

codziennie
wchodzę do Jordanu
zaklętego w czterech ścianach
i oczyszczam
duszę w skórze uwięzioną
prysznic jest moim
chrzcicielem
EPIFAN DROWNIAK

na murku z kamieni
siedzi i maluje
że go rzyć jeszcze nie boli!

widzi świat
naiwnym pędzlem

nieruchomy
jak murek pod nim
od lat
chyba tylko zbutwiał trochę
i spłowiał

Łemko
LAUREAT

na festiwalu niespełnionych modlitw
w amfiteatrze ciszy
przemawiam do siebie
dziękuję dziewczynom za odrzucenie
bez nich nie byłbym samotnikiem

i burza pochmurnych oklasków
flesze niebiańskich reporterów
moja osoba tkwi
w dramacie stworzonym dla Boga

nikogo nie interesuje moja przegrana
którą otrzymałem w nagrodę

KRZYSZTOF LISOWSKI

foto Paweł Kądzielawski

KRZYSZTOF LISOWSKI urodził się 2 sierpnia 1954 roku w Krakowie. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował jako poeta w roku 1972 na łamach „Życia Literackiego”. Od 1977 roku pracuje w Wydawnictwie Literackim, jest członkiem redakcji miesięcznika „Kraków” oraz współpracownikiem kilku pism ( „Kresy”, „Nowe Książki”). Członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i PEN-Clubu. W latach 1999-2000 członek Komisji Kwalifikacyjnej Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Wykładowca w szkole creative writing Uniwersytetu Jagiellońskiego. Pisywał felietony i omówienia książek do „Megaronu”, „Życia”, „Rzeczypospolitej”. Współredagował „Dekadę Literacką” (1990-2005).

Za twórczość literacką otrzymał m. in.: Nagrodę im. Andrzeja Bursy (1976), Nagrodę im. Stanisława Piętaka (1981), stypendium Fundacji im. Adama Mickiewicza w Toronto (1987), Nagrodę Miasta Krakowa (1990), „Krakowska Książka Miesiąca” (za 33 zapewnienia o miłości do świata – X/1999), stypendium rządu Szwecji na Gotlandii (2000), kilkakrotnie stypendium Ministra Kultury RP.

Jest również laureatem licznych konkursów literackich, m.in. I Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego “Dać Świadectwo” (1993) organizowanego przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie.

Opublikował następujące tomy i wybory wierszy:

1/ Próba obywatelstwa (WL, 1975)
2/ Wiersze (WL, 1977)
3/ Wypożyczalnia i inne wiersze (WL, 1979)
4/ Drzewko szczęścia (WL, 1980)
5/ Pewne kręgi mistyków (WL, 1982)
6/ Wiersze i epitafia (Czytelnik, 1984)
7/ Wybór (WL, 1986 - wybór wierszy)
8/ Ciemna dolina(Śląsk, 1986)
9/ Wieczorny spacer i inne wiersze(Znak, 1992)
10/ Wiersze wybrane(Wydawnictwo Miniatura, 1992)
11/ 99 haiku. Inne wiersze(Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie-
Oficyna Literacka, 1993)
12/ Piętnaście tysięcy dni(Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie-
Oficyna Cracovia, 1995 - wybór wierszy)
13/ Światło lasów (Oficyna Konfraterni Poetów, Kraków, 1996)
14/ Przechodzenie przez rzekę(Wydawnictwo W.A.B., 1997)
15/ 33 zapewnienia o miłości do świata
(Wydawnictwo Baran i Suszczyński, 1999)
16/ Rzeczy widzialne i niewidzialne Wydawnictwo Nowy Świat, 2001)
17/ Stróża. Wiersze ze światła (Wydawnictwo Literackie, 2002)
18/ Feng shui dla bezdomnych (Wydawnictwo Literackie, 2003)
19/ Poszukiwacze światła. Seekers of Light 
(Polski Fundusz Wydawniczy w Kanadzie/Gnome, 2004)
20/ Budzik Platona wyd. Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie,
Polski Fundusz Wydawniwczy, Kraków, wrzesień 2007

Jest również autorem dwóch zbiorków liryki dla dzieci (Wiersze Uli oraz Ktosie i Cosie) i współautorem tomu rozmów z pisarzami emigracyjnymi pt. Londyn – Toronto – Vancouver (Stowarzyszenie Literackie KRESY, Lublin 1993). W 1997 opublikował w Wydawnictwie Literackim książkę poświęconą Stanisławowi Czyczowi pt. Stanisław Czycz Mistrz Cierpienia. Współautor tomu wspomnień o Adamie Włodku Godzina dla Adama (WL, 2000).

Jest autorem wielu opracowań edytorskich, wstępów i posłowi, zajmuje się krytyką literacką, uprawia felieton. W ostatnich latach publikował także za granicą, m. in. w „Liście Oceanicznym” (Toronto), londyńskim „Dzienniku Polskim”, paryskiej „Kulturze”, amerykańskich periodykach – „Quarterly West”, „Boulevard”, „International Quarterly”, „Black Warrior Review”, Mid-American Review” oraz nowojorskim „The Literary Review”. Jego utwory zamieszczane były w kilkunastu antologiach, a także tłumaczone m. in. na czeski, slowacki, ukraiński, rosyjski, serbsko-chorwacki, węgierski, słoweński, francuski, niemiecki i angielski (ostatnio w antologii Dreams of Fires. 100 Polish Pems 1970-1989, Salzburg 2004).
Jego wiersze znalazły się na płycie-antologii Głosy poetów (Kraków, 1997), są śpiewane przez Dorotę Koman ( płyta Te wszystkie kolory we mnie, 1997).
Spotkania autorskie za granicą m. in. w Pradze, Toronto, London (Ontario), Londynie, Słowenii, Trieście, Wiedniu, Bańskiej Bystrzycy, Bratysławie, Ołomuńcu.


 

Wybór wierszy


Nieśmiertelność

Nieśmiertelne są dzieci w wieku lat piętnastu.
Mocne i nieśmiertelne.

Wczoraj pochowały kolegę.

Wypłynął za daleko.
Oddychał wodą.
Zdziwiony, że tak łatwo
ogląda się odwrotność błękitu,
podszewkę światła.

Dziś śmieją się
w pokoju za ścianą.

Piją herbatę.
Wybierają ze szklanej miski
dojrzałe brzoskwinie.

Sok pryska po palcach.
Przedrzeźniają kogoś.

Przed nimi więcej niż
pół wakacji.

Nowe liście.

Długie wstawanie ze snów.
Wiatr na rozgrzanej skórze.
Wieczory w kinie.

Ciepły deszcz.


	15-16 lipca 2004

Remont miasta

rano miasto umyte paruje
lśni jak czysta podłoga 
po której chodzi się bardzo ostrożnie
niektóre ulice kaszlą

światło wciera pierwsze blaski w fasady domów
 freski wiatru i deszczu odsłaniają znaczenia

obok opery w budowie
mężczyźni rozbierają ciemny maneż
cienie koni i jeźdźców
cwałują nad torami
w stronę dawnych łąk

srebrne rury przesyłają prócz wody
szepty podziemi
oddech oceanu lawy pod rynkiem

na piętrach gmachu wyjawiają się
amatorzy Mozarta i Kalmana
ubrani odświętnie i pachnący
już teraz spacerują z filiżankami kawy
między spoconymi robotnikami

widać tu i tam 
niecierpliwość przyszłości

niektórym wydaje się że to miasto
jest starą wyspą
na której od lat ktoś buduje 
obłędną tajemnicę z kamienia i cegieł 
wysokie maszty wieżowców

z dźwigu na długiej linie
sfruwa
żółty odkurzacz


	Kraków, 16-17 września 2005

Zdobycie Thassos

Zawiesiłem na piersi srebrnego lwa na łańcuszku
i wkroczyłem wieczorem do jednego z miast Thassos.

Tam gdzie pasą się turyści pod światłami nadmorskich bulwarów.

Uznano mnie za króla,
nosiłem, o czym nie wiedziałem,
ich stary znak – klucz do tajemnicy.

Poprowadzono do złotego kastro na stoku góry.
Trireme kołysała się w przystani
i załoga sprawdzała wiosła.
Wielki, krwawy żagiel z głową meduzy
Czekał na postawienie.

Starszy z ludu pokazał groźne tormenta,
zmyślne machiny wojenne.

W mieście pojawili się znów Fenicjanie,
oferowali kosmetyki i dobrą bezczynność.

Posadzono mnie w purpurze na tronie,
na owczej skórze.

Kelner podał moim kobietom lody czekoladowe.

Miałem wygłosić mowę do ludu,
ale tylko tajemnym znakiem pobłogosławiłem tłum.

Syreny milczały, leżały na białych kościach dawnych żeglarzy.

Szalbierze wymieniali fałszywe drachmy na euro.

Ocean mielił cicho kamienie na piasek.

Autoportret, latem 2005

ja na tronie

w ceglastego koloru koszulce
i krótkich spodniach khaki
biała bejsbolówka
oczy zmrużone od światła
(w tle przykurzony ligustr
czerwony samochód z grecką rejestracją)

słońce w zenicie
wbiega ślizgiem pomiędzy kolumny
w tym miejscu po mieście
ruinie gwaru

to nie tron jednak
a starożytny ustęp
kamienny wychodek z wyślizganą dziurą
dach znad niego porwały złe wiatry
albo najeźdźca
czas

tu wielu godniejszych siedziało
zgoła nie do fotografii
pozując

poluzowawszy zwieracze
odczuwali ulgę
szli potem szybko do łaźni
albo ułożyć się do snu
w ogromnym mieście Filippi
stąd aż do gór sięgającym

z wysokim kástro
w którym teraz stróżują sokoły
a nad równiną
gorący smutek


	1-2 lipca 2006

Odpływając z Poros
(sześć ujęć świtu)

Ani

kiedy na wygodnych kanapach
w klimatyzowanym salonie dolnego pokładu
zasnęliśmy z T. snem sprawiedliwego pasażera
„Ionnian Ferries”

Ty wyżej i na zewnątrz
odbierałaś poród słońca na wodach
powolny pochód blasku
brzoskwiniowy brzask

najpierw wyczekiwanie
tupot dziecięcych stópek za zasłoną z pluszu

spiczasty stożek  który był wulkanem
udaje nieśmiało wulkan jeszcze raz

na grzbiecie góry staje krążek żaru
jak pachnący plasterek na szklance z koktajlem

radosny najazd cienistych rydwanów
na plaże ze szwadronami śpiących  parasoli

zanurzenie przy brzegu różowego palca
w  wodzie  kiedy dopiero rozpuszcza się kamień

i wreszcie - wytworny ślizg po powierzchni luster
cud idący od wyspy do wyspy i z niskości ku niebu

oddzielający nasz świat od przeraźliwego ogromu 
nieświata

	1 września 2006

Pocztówka z wyspy

co mam ci powiedzieć

wielokrotnie mijam  niepotrzebne mosty 
nad drogami rzek

wyschnięte 
pamiętają historie
kropli

żmije rodzą się z piasku splatanego przez wiatr

czarne kozły
piją wodę z kamienia

cykady pracują 
w 
płonących tartakach

na korze ambrowców motyle
praktykują
waniliowy bezruch

nie mogę spać
nie mogę jeść
przeszkadza mi zachwyt

na nocnym niebie
tylko jedna gwiazda
prowadzi samoloty
chaosu

pod cienkim prześcieradłem
czujnie drzemie
lawa

starsza siostra
popiołu


	lipiec 2006 (z Rodos)

Wyprawa do Księstwa Morwy

pod drzewem
dzieciństwa
atramentowe ślady

na Topolowej i Miodowej
w Morei

rozprzestrzeniające się pisarstwo
roślin

alfa i omega
ziaren i owoców

blask na górach

w dolinach wojny
na które wszyscy wojownicy
zachorowali i umarli

płomień żółtych kwiatów
między szańcami kamieni

harfa traw

pozieleniały hełm koryncki
ze szczeliną
na jedno spojrzenie



  	2 września 2006



 Co robiliśmy w Arkadii
 
 
 siedzieliśmy na tarasie przy białym stoliku
 obserwując jeĄdĄca przesuwającego się wolno
 po czerwonej trawie
 w głębie wieczornego nieba
 piliśmy ciemne zioła
 balsam na sny i rany
 mieszkańców północy
 oliwki winne grona spały już
 na stokach między kamiennymi murkami
 wąż nagrzany słońcem
 kot który nie pojmował naszego języka
 i Ąrebię odpoczywały
 z westchnieniem rozwierały się
 czułe wargi i przyjmowały wędrowców




 *
 
 I znów trzepocze listek,
 drży
 ugina się pod kroplą.
 
 *
 
 jakież nieszczęście
 w kosmosie
 góry posiwiały przez jedną noc
 
 *
 
 nie wiemy z kim pokłóciły się anioły
 może chciały przesunąć tę chmurę
 bardziej w prawo
 

AGATA LINEK

Agata Linek – studentka III roku wiedzy o teatrze oraz I roku Studium Literacko-Artystycznego na UJ. Wiersze pisze od dawna, a ostatnio znów próbuje swych sił w prozie.

Laureatka wielu konkursów, otrzymała nagrodę w Bielsku Białej (2004), I miejsce w Jaśle (2004) i Legnicy (2005), II miejsce w Victorze (2002), Bełchatowie (2006) oraz Legionowie (2007). W czerwcu wydany w Krakowie tomik “Jesteś elfem?” (postscriptum autorstwa Anny Kajtochowej) otrzymał Honorową Nagrodę im. Władysława “Brutusa” i Andrzeja Strumskich za Najlepszy Debiut Podkarpacia 2006.

 

"..."

Wsunęła się przez szparę w oknie?
   ale przecież było domknięte
Wsunęła się przez dziurkę od klucza?
   ale przecież był tam zostawiony klucz
Wsunęła się przez szczelinę pękniętej szyby?
   ale przecież była zaklejona dokładnie
Wsunęła się przez otwór pod drzwiami?
   ale przecież był tam włożony ręcznik
Wsunęła się przez żeberka kaloryfera?
   ale przecież był wyłączony
Wsunęła się przez gniazdko elektryczne?
   ale przecież była awaria

a więc
skąd?
jak?
kiedy?

może miłość
przenika ściany?
pełza po podłodze?
przykleja się do buta?
przyczepia się do paska?

chyba nie
bo
ja sama
ją tu przyniosłam




Kraków, 19 grudnia 2005

"..."

był to rok zwyczajny
nie zaczęło się nowe tysiąclecie
ani nawet nowy wiek
nie było 29. lutego
ani MŚ
ani ME
ani nawet żadnej olimpiady
nie wybuchła żadna wojna
ani żadna z trwających się nie skończyła
Koree nadal były dwie
Czeczenii nadal nie było na mapie
a Wielka Brytania nadal była monarchią

tylko nazajutrz
po Prima Aprillis
dwie godziny i dwadzieścia dwie minuty
do Niedzieli Bożego Miłosierdzia
gdy małe dzieci
zasnęły w swoich łóżeczkach
z paluszkami w buzi
Kasandry
wypuściły różaniec

pierwsza minuta
bez Niego -
szeptały
pierwsza minuta
bez Niego...

2138




droga Kraków-Stalowa Wola, 24 lutego 2006

"Pasja"

życie to sen
z którego budzisz się z krzykiem
gdy nadchodzi czas

gdy nadejdzie czas
zbijemy się w kupkę
pomachamy na pożegnanie czarnym bałwanom
i rozpuścimy w pierwszych promieniach blasku majestatu

życie to teatr
z którego sceny spadamy jedno po drugim
gdy nadchodzi czas

gdy nadejdzie czas
w blasku reflektorów roztrzaskamy się z hukiem
o kamienną posadzkę gmachu przed pierwszą linią widzów
lub poślizgniemy się na bocznych schodkach
i nogami do góry znikniemy w ciemności

życie to gra
z którego planszy wywleka nas biała królowa
gdy nadchodzi czas

gdy nadejdzie czas
potoczymy się powolutku
na pole naszego przeznaczenia
porwie nas czarny nietoperz
albo biały królik
w głębiny gorących źródeł lub przestworza granatowych świątyń

dziś
łykamy tabletki nasenne
zakładamy maski
i udajemy mewy
połykając świat
a krztusząc się jabłkami żelazem rozżarzonym palące wnętrzności
gdy Jego męka nie ma prawa poruszać serc
tylko jako złoty krzyż nad drzwiami
pomóc zapomnieć o tej ofierze
i nauczyć cię z tym żyć
na co dzień

MAŁGORZATA LEBDA

Małgorzata Lebda – ur. w 1985 roku w Nowym Sączu. Wyróżniona Stypendium Twórczym Miasta Krakowa (2006) i Stypendium Grazelli (2006). Autorka tomów Otwarta na 77 stronie (Kraków 2006), Tropy (Gniezno 2009). Tłumaczona na serbski przez Biserkę Rajcić, Vesnę Milutinović, na czeski przez Lenkę Daňhelovą oraz na język słoweński przez Petera Kuhara. Mieszka w Krakowie, gdzie pracuje nad doktoratem i kolejną książką. Fotografuje.

 

gosha®

przed użyciem kilkakrotnie
spojrzeć w oczy
właściwości i działanie:
przeciwdepresyjne
rozweselające
przy czym działanie
rozpoczyna się
już po dotknięciu
i utrzymuje bezczasem
przeciwwskazania:
osoby z ortostatycznymi
zaburzeniami krążenia
uwagi:
nie stosować równocześnie
z blondynkami i innymi kobietami
może to wywołać powikłania
i uszczerbek na zdrowiu
data produkcji:
widnieje na dołączonym
dowodzie
dawkowanie:
zwykle raz na dobę
lub co drugi dzień przed posiłkami
w zależności od stanu pacjenta
jeśli konieczne szybkie działanie
celowe jest zwiększenie dawki
w razie powikłań zgłosić
niezwłocznie Bogu
przechowywać w miejscu
niedostępnym
dla innych mężczyzn
brak danych o przeciwwskazaniach
do prowadzenia
pojazdów mechanicznych
i obsługi maszyn

 

 

”nie umiesz oddać siebie, jakże
masz dostać wszystko”
/Jan Twardowski Jeszcze/
Ty Bólu Dołu Brzucha
Ty pomięte Prześcieradło
Ty Żyletka z wyostrzonym zmysłem

nie mówisz nic
za plastikowo

nie dajesz
za ciasno

Ty rodzisz Mi Brzuch

 

pierwszy pogrzeb

pół Matki Boskiej
w podwórku Ani Ł

jesień

LAM QUANG MY

Lam Quang My – poeta wietnamski kochający Polskę

 

 

 

 

 

 

 

 

Lam Quang My (Nguyen Dinh Dung) urodzony w Wietnamie, ukończył Elektronikę na Politechnice Gdańskiej w 1971r.Pracował w Centrum Badań Nauki i Technologii w Hanoi. Do Polski przyjechał w 1989 r. Jest doktrorem nauk fizycznych , pracował w Instytucie Fizyki PAN.Pisze i tłumaczy wiersze autorów polskich i wietnamskich.Aktywnie uczestniczy w polskim życiu literackim.
Brał udział min. w Warszawskiej Jesieni Poezji, Swiatowych Dniach Poezji UNESCO, Międzynarodowym Listopadzie Poetyckim w Poznaniu. Publikował w pismach “Poezja dzisiaj”, “Literacka Polska”, wietnamskim “Tygodniku Literacko-Artystycznym” oraz w wielu antologiach poetyckich polskich i zagranicznych.

 

 

Ja i mój wiersz

Bywa mój wiersz jak lekki podmuch wiatru
Jak cienkie pasma wiatru po gwałtownej burzy
Co obróciła pejzaż w rumowisko gruzów

Bywa mój wiersz jakby chłopak młody
Jak jego śpiew beztroski gdy krocząc przed siebie
Zobaczy coś przy drodze – ale podnieść nie śmie

A ja? Jestem jak suchy liść późną jesienią
Po starych ścieżkach przeganiany wiatrem
Lecz teraz nie wiem jaki – smutny czy wesoły

Przełoż. Autor i Agnieszka Żuławska-Umeda

 

 

 

Czwarty wymiar

Moja przestrzeń miała trzy wymiary
– za ciasno
Nagle znalazłem wymiar czwarty
– miłość bez dna

Przełoż. Autor i Agnieszka Żuławska-Umeda

 

awers ksiązki

 

Pusty peron

Jestem pustym peronem
Ty jesteś pociągiem
Kiedy nadjeżdżasz – ja lśnię w twoich światłach
Pociąg odchodzi – peron w pustce tonie

Przełoż. Autor i Agnieszka Żuławska-Umeda

RAFAŁ KUCHARSKI

Rafał Kucharski, ur. 1983 rok studiował filozofię na Akademii Pedagogicznej w Krakowie, prowadził wieczorki w Irish Pubie na ul. Garncarskiej (obecnie Dubliner), do czasu aż na ochotnika zgłosił się do armii. Obecnie służy w Ostródzie i ma zamiar zostać żołnierzem zawodowym. Podczas pierwszej przepustki zrobimy mu w ŚOK-u wieczór autorski pt. „W kamaszach i bez”

 

za siedmioma morzami

Może gdyby nie pytali, nie trzeba by kłamać, wdmuchiwać życia przez słomkę w martwe, ba, nieistniejące sprawy. Może gdyby czas się nie liczył, tylko odliczał
diabeł nadal mówiłby tu dobranoc. Może gdyby nie chodniki byłoby nam do siebie bliżej. Może to nie pora. Nawet, jeśli, to nie mam lepszej w zanadrzu. Może tak się dba
o skrzydła, karmi ptaki. Może z przejedzenia zdychają w locie. Może o nic nie chodzi.
Tylko się rozebrać, zrozumieć, że już nic nie ma w odwodzie.

 

takie miejsce

celebracja tego miejsca
przerosła moje najśmielsze oczekiwania
był ogień a potem koszmary
zupełnie takie jak lubię, moje ulubione

w piekle grają na cymbałkach i saksofonie
mówię – kiedyś wszedzie było bliżej
a teraz to bez różnicy
mówię – jesteś moją Laurą Palmer i
wcale mi to nie przeszkadza.

to takie miejsce, w którym się mówi – –
ruszając ustami.

BARBARA KRĘŻOŁEK-PALUCHOWA

 

Barbara Krężołek-Paluchowa – artysta plastyk (absolwentka krakowskiej ASP), poetka, dziennikarka, animatorka kultury. Urodziła się w Kobylance pod Gorlicami. Związana z Beskidem i Ziemią Sądecką, szczególnie z uzdrowiskami Krynicą i Piwniczną Zdrojem, gdzie mieszka i tworzy. Pisze w języku literackim, w gwarze górali nadpopradzkich i pogórzan. Laureatka Nagrody Głównej IX Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego “Dać Świadectwo” organizowanego przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie oraz wielu innych konkursów. Pomysłodawczyni i organizatorka w Piwnicznej Zdroju Zaduszek Poetyckich, Międzynarodowych Spotkań Poezji i Muzyki Gór “Wrzosowisko”, Benefisu wybitnej aktorki Danuty Szaflarskiej na 85 lecie jej urodzin, Międzynarodowego Konkursu P oetyckiego “Sen o Karpatach”. Cykliczny dodatek do gazety Znad Popradu “Górolka i styl” wymyśliła w celu chronienia gwary górali nadpopradzkich. Członkini ZPAP, ZLP i Grupy Poetyckiej Sądecczyzna. Dotychczas ukazały się tomiki: Wiersze (Kraków 1991), Zielenią ku niebu (Nowy Sącz 1993), Trawy płyną (Nowy Sącz 1994), Dom bez okien (Piwniczna Zdrój 1996), Rozmowa z wiatrem (Kraków 1999), W zwierciadle mojego czasu (Kraków 2001), Moim górom (Kraków 2004), Kusoczek Beskida (Odrobina Beskidu), dwujęzyczny polsko-rosyjski wybór wierszy (Sankt Petersburg 2005), W bioły izbie dusy (Piwniczna-Zdrój 2007). Napisała również i zilustrowała książki poetyckie dla dzieci: Za co babcia kocha Kraków (Kraków 2000), O kwiatach i Agatce niejadce (Bochnia 2002), O Piotrusiu obżartusiu (Kraków 2008).


Erotyk zimowy

Uśmiechaj się do mnie
uśmiechaj i przytulaj
w czas ośnieżonych chwil

za ogrodzeniem
ramion twej czułości
zakwitnę welonem jabłoni

będę bzu gałązką na poduszce twego snu

wargi w płomieniu maków
miękkość dłoni rozchylę z pąków róż
gdy ty
bioder biały kielich
smukłość lilii niesioną do ust
rozkołyszesz oddechem

i stanę się jasnością
jaśminu gorejącym krzewem
w iskrach płatków

splatana twymi dłońmi
w kwietny wieniec
jakże piękna będę
jak wonna
w cieple twego spojrzenia
na łąkach twych słów



Odłamek

Sierpniowy księżyc
platynowym wiertłem
zagłębia się w skałę nieba kamienuje gradem
gwiezdnym moje oczy do snu gotowe
leżę w granatowym atłasie traw nietknięta

jednak gdy noc
rozpyla srebro na włosy brzozowe
moja tęsknota drży
odłamkiem nieznanej rozkoszy
draśnięta



Pastela kwietniowa

świtem
słońce jak na zawołanie
wyskakuje spod ziemi

wiatr ze szpuli skowrończego lotu
rozwija trelu zieloną nić
otrząsa czarne płatki jaskółek
z kwitnącej czereśni nieba

spojrzeniem przygarniam niebopienny las
chłonę wiosny wonność
gałązką leszczyny
rozwijam z pąków
jak łza czysty
czas

AGNIESZKA KOTEJA

Agnieszka Koteja, ur. 1964 r. W 1987 r. ukończyła pedagogikę na UJ i wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Albertynek Posługujących Ubogim. Pracowała jako opiekunka i wychowawczyni, obecnie zajmuje się redakcją pism dotyczących charyzmatu św. Brata Alberta. Pierwsza publikacja wierszy ukazała się w “Toposie” (3/2005).


***

Tłustymi oczami

            nie dotknij

tego słowa. W rękę je pocałuj. Dobrze.

Teraz możesz usłyszeć, że lepiej

źle, niepoprawnie kochać

niż wcale


Zakopane 25.11.2007





***

Hostia krągła jak listek lipowy

w słońcu. Hej, hej, Panie Jezu!

- świeć, rozświeć się, promieniej

w cielesność

ułomną

skupiony


Prądnik, luty 2004


 



***

Głupie odczucie, gdy się pęka w szwach

i wyrasta z siebie.

Jednak chcesz.

Więc chwytasz się za trud milczenia

w niewypowiedzianej

biedzie


Prądnik 15.01.2001





Dlaczego nie patrzę

      Mojej Mamie, która uczyła mnie
         widzieć piękno przyrody


I

Gdy góry są za głośne
i kwiaty hałasują
a wiotkie smreki kłują ciszę
i boli każdy kształt
                              skończony

- z nietaktem wobec piękna natury
zamykam drzwi izdebki
Bo za bardzo JESTEŚ


II

Za głośno o Nim mówią.
Za głośno. Rozumiesz?
Ten kamyk z krzykiem
                                    leży przy drodze
Dzwonki coś wyśpiewują,
                                          pewnie kolędy
Motyl plecie trzy po trzy, że nic więcej
                                                mu nie trzeba

No i, rozumiesz,
muszę zamknąć oczy
Bo JEST -


                              Kalatówki, 4.08.97



Wracając z ...

Lśnisz mi w oczach, w uszach dzwonisz
lgniesz do kształtu mojej dłoni
tryskasz szczęścia kaskadami
"jesteś ze mną" rośnie w "z nami"
      Już mi się w gębie nie mieszczą uśmiechy
      a oni tacy smutni
      ci przechodnie
      Głupia zakonnica nie zna życia
      tacy smutni
      pewnie jeszcze nie wiedzą na co Cię stać
      i że to dopiero nadchodzi czas
      rzetelnego cudu

Bo gdy przestaniesz już dźwięczeć i błyszczeć
gdy już umkniesz palcom i spłyniesz mi w ciszę
a uśmiech skurczony nie dotrze do twarzy
bo serce zwiotczałe długo miłość waży
To Ty, mój Wszechwładny
            Domownik-Przechodzień

sprawisz, że nadal
że nadal, o cudzie
      cała będę w Tobie

                        Łaziska, 7.01.98




***

                ...daj Mi swoje grzechy


Gdzież by mi na myśl przyszło
że tak bardzo lubię MIEĆ
                              swój grzech...

Gdzież by mi na myśl przyszło
że tak go potrzebuję
tak trzymam kurczowo puścić nie chcę nie umiem
Że tak ciężkie rozstanie
                        z grzechem odtrącanym...

Mówisz daj Mi swoje grzechy
A co będzie ze mną jak Ci je dam
Czym się będę dziwić
czym się gorszyć będę
czym znaczyć -
Że łatwiej siebie odrzucić
gdzież by mi przyszło na myśl...

                  Łaziska, 24.11.97

PIOTR JAN KOS

Łukasz Mańczyk Szamanka na Mikołajskiej

Piotr Jan Kos, „Szamanka zeszła z gór”, Wydawnictwo KOS, Katowice 2004.

Piotr Jan Kos założył w 1996 roku „Wydawnictwo KOS” i wiele lat minęło, zanim wydał w nim swoje książki, w tym książkę-tryptyk. „Szamanka zeszła z gór”, bo pod takim tytułem figuruje w indeksach księgarni, zawiera pod oboma twardymi skrzydełkami okładki książki-siostry: „Narodziny szamanki” i „Zapiski czasu podróży”. Czasem w wyniku pakowania „Narodziny…” są pierwszą, innym zaś razem trzecią częścią tryptyku. Woluminy opatrzone są naklejkami „Śląska Szkoła Poezji”. Niektórzy nie podają spisów treści postulując aby książka poetycka była traktowana jako całość. P.J.Kos idzie jeszcze dalej poniechawszy… numerów stron.

Książkę zaczyna deklaracją: „jeśli ujrzę Szamankę / będę uratowany”. Czy udał się ten ratunek? Autor czasem w to wątpi: „jej linię abonencką sponiewierał wiatr”. „Szamanka / (…) znikła / szukały ją wszystkie tajne służby aniołów”.

W poprzednim numerze „Lamelli” we wprowadzeniu do wieczoru autorskiego zwrócono uwagę na kontrowersyjność jego poezji. Poza wszystkim zastanawiać może system wersyfikacyjny. Tkwi w tej książce jakiś panteizm, multireligijność, pluralizm religii. Opierając się na samych ilustracjach dostrzec można Boga Ojca, Chrystusa pod krzyżem, ale i Zeusa. A sama Szamanka bywa obsadzana w kulturowej roli Matki Boskiej. Są też osobliwe, zapadające w pamięć „Zwierzenia agenta Mosadu”.
Ważna jest droga J. Kosa do poezji, rzutująca na styl jego książkowych propozycji: ukończył najpierw zawodówkę (mechanik samochodowy) poprzez technikum górnicze, a potem zaczął robić ciągłe zwroty w kierunku humanistyki. Wszystko dlatego że miał być piłkarzem a cała edukacja była „ponadprogramowym kwiatkiem do kożucha”.
Przełom w jego życiu nastał wraz z wysłuchaniem interpretacji C.K. Norwida w wykonaniu Czesława Niemena. Potem zdawał na wydział aktorski, w końcu swoje miejsce znalazł na polonistyce. Grał też w teatrze dla dzieci. W ramach tegoż kierunku również przeszedł długą drogę do poezji: od zauroczenia, poprzez krótki epizod belferski, wydawanie literatury ezoterycznej, skończywszy dopiero na wydawaniu siebie. Wielu można życzyć takiej cierpliwości… Wzrastał najpierw w stopniach wykształcenia, potem w wiedzy, potem zaś w praktykowanej aktywności. Teraz można życzyć dalszego wzrostu w ramach samego pisania wierszy.

Absolutnie dodaną wartość zyskują utwory w jego autorskich interpretacjach. Spotkanie w „Śródmiejskim” było pięćdziesiątym, jubileuszowym, zaprezentowaniem „Szamanki…”. Szamanki, która ponoć wysyłała sms-y z gór i otrzymywała na nie odpowiedzi. Z tego zrodził się cały cykl.
Warto wspomnieć działalność wydawniczą pana Kosa: od interesującego edytorstwa po wyszukiwanie dobrych autorów (np. Barbary Gruszki-Zych „Sprawdzanie obecności”). Jest jednym z wielu najbardziej prężnych wydawców na Górnym Śląsku, zaś jego pozycje ezoteryczne są rozpoznawalne w całym kraju.

Łukasz Mańczyk

KRZYSZTOF KONOPA

Pochwała pedała

Są, którzy pomną tę epokę,
Gdy przyjaźńŸ się rodziła w bólach.
Dziœś to uczucie wyszło bokiem:
Rurociąg “PrzyjaźŸń” – pusta rura

Znów tradycyjna winna sprzeczka:
Pożarł się Putin z Łukaszenką.
Wyschnięta zatem ropy rzeczka,
Z paliwem może być wnet cienko…

Dawny nasz brat przykręcił kurek,
I póŸźno dąsać się lub wkurzać.
Fakt faktem – nigdy pustych rurek
Nie było (fuj! precz!) za Sojuza.

Zapomnieć czas o chandrach, splinach-
Polak zaradny jest, cholera!
Ja proponuję – tak jak w Chinach,
Trzeba zapychać na rowerach.

A co do rury – nasz odcinek
Odciąć, pionowo go postawić,
Tysiące zebrać z dróg dziewczynek –
Tańcem cyklistów będą bawić.

KRZYSZTOF KOŁTUN

 

Lwowski witraż

Idę wzgórkami – drogą
przez miasta kamienne,
miłości ogrody.
Zachwycam się, tęsknie
Patrząc w horyzont z wieżami.
Trudno być wszędzie
– grzech nie być!
Życie jedno –
podarunek Boży,
dzielić trzeba każdego dnia,
rozdawać głodnym,
jak albertyński chleb …
Wystarczy wszystkim,
którzy kochają.
Przede mną witraż –
okopcony płaczącymi świecami
a śliczny …
Białe orły fruwają,
strząsając pył z lilii
naniesionych z odpustu,
od Antoniego z Łyczakowa.
Tęskniącymi oczami
wysadzona korona
– Matki Bożej Łaskawej.
Dzieciątko w kusej koszuli
z Krakowskiego Rynku.

Złote babciunie – klęczniki miłości
obolałymi nogami,
przychodzą ciche
– Straż Honorowa!
Patrzę wokół – życie
Lwowski Witraż
podparty lwimi karkami
z cmentarza Orląt.

Łzy i zachwyt

 

Chełm, świt 23.II.2005

 

Papież we Lwowie

W lwowskim wirydażu modlitw
– tłumaczył słowa światła,
nad pochylonymi głowami matek.
Błogosławił szepty serc
– Stanisławowa, Sokala, Bełza
Z Ihrowicy, Mościsk.
Modlił się za lwowskie dzieci
– różnoimienne, jak wieże świątyń
podpierających miasto.
Wpatrywał się w Madonny
z kościołów i cerkwi
podobne licami do matek
na klęczkach.
Słuchał przytupów polki z kołomyjka
– tęsknił za tymi,
którzy nie wrócili z Sybiru.
Dziwił się jak mocne ramiona
– tysięcy ludzi
doniosły krzyż losu
aż do progu dnia
– by pomodlić się razem,
patrząc w niebo
– witraż życia
i wieczności.

2005

WIESŁAW TADEUSZ KOLARZ

Oczyma Swojej Żony

WIESŁAW KOLARZ (1945 – 2001)
Poeta, recytator, dziennikarz, redaktor

   Urodził się w Nowym Sączu i tu skończył edukację szkolną. Studia w Krakowie.Praca w Krakowie, żona w Krakowie. Przyjaciele, koledzy w całej Małopolsce. Student prof. Marii Dłuskiej, praca dyplomowa o K.I.Gałczyńskim. Wyznawał jego przekonanie “poezja to nie biurko…” Chciał być historykiem sztuki, rzeźbiarzem, malarzem, muzykiem. Starannie wychowany w atmosferze ciepła rodzinnego, domowej biblioteki i Teatru “Akapit” pojechał na studia do Krakowa.
Życie w akademiku, nowe środowisko i atmosfera starego miasta bardzo go usamodzielniły. Mimo sprzeciwów domu nie chciał mieszkać u cioci “na stancji”. Włączył się w wir studenckiego życia kulturalnego. Po studiach szukanie pracy, wątpliwości i rozterki czy wrócić do Nowego Sącza. Praca w Wytwórni Witraży w Krakowie. I nagle propozycja animatora kultury w Związku Młodzieży Wiejskiej.
Poznaje nowych ludzi, zupełnie nowe środowisko i topografię “starego” województwa. Dla młodego, wrażliwego Wieśka jest to szkoła życia. Pobudza ludzi do aktywności kulturalnej, służy radą i pomocą.
Jest znany i ceniony przez tych, którzy ciężko pracują na wsi jak i przez intelektualistów, naukowców. Potrafi pogodzić trudne, czasem biurokratyczne zamierzenia organizacji młodzieżowej z chęciami, zdolnościami mieszkańców małych miasteczek i wiosek. Wyłuskuje talenty. Cały oddaje się tej pracy chociaż miewa chwile załamań i braku zrozumienia. Nie zgadzał się jego wygląd zewnętrzny z wizerunkiem działacza ZMW.
Dzisiaj brzmi to humorystycznie – dostał polecenie służbowe “zgolić brodę!” Nie uczynił tego. Dano mu spokój. Ciepły, życzliwy, nieśmiały był również uparty i stać go było na własne poglądy i opinie. Doceniano jego umiejętności i zdolności. Pojawiła się propozycja pracy w “Gazecie Krakowskiej”. Zajął się redagowaniem i problematyką kulturalną i tak przez 28 lat…

1968 – debiut poetycki w “Życiu Literackim”
1973 – tomik “Ballady Prowincjusza”
1968 – 1973 – praca w komisji Kultury ZW ZMW, przewodniczący krakowskiego Oddziału Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy, wiceprzewodniczący Rady Krajowej KKMP
1969 – 1975 – współzałożyciel grup poetyckich i grupy “Tylicz” współpraca z pismami kulturalnymi “Głos Młodzieży”, “Zarzewie”, wcześniej “Echo Akademickie”
1973 – 2001 – dziennikarz i redaktor “Gazety Krakowskiej”; prowadzi wspólnie z Henrykiem Cyganikiem “Kronikę Obecnych” dając możliwość druku debiutantom. Wielu z nich osiągnęło sukcesy literackie i życiowe.
Publikuje wywiady, recenzje, felietony o tematyce kulturalnej i nie tylko. Zgłębia tajniki trudnego zawodu dziennikarza gazety codziennej. Od października 1994 roku do marca 2000 roku redaguje cotygodniową kolumnę satyryczną “Kaduceusz” 1996 – tomik “Nic, Nic i koniec”
19.IV.2001 – nagroda Stowarzyszenia Dziennikarzy RP “Złota Gruszka” Do końca zajmuje się problemami kultury.

W wywiadzie drukowanym po wręczeniu “Złotej Gruszki” powiedział : ” W 1973 roku trafiłem do “Gazety Krakowskiej” i tak już w niej jestem… Redagowanie mnie pociągało, bo przy tym byłem swego rodzaju reżyserem, decydowałem o kształcie gazety… Czułem się poetą, ale wiedziałem doskonale, że bycie poetą znaczy, że należy robić coś innego a wiersze pisać sobie w nocy…”

Kochał góry bo nie mógł ich
dosięgnąć
nie mógł po nich chodzić!

Z racji zawodu swojego ojca od dzieciństwa przebywał w górach i w lesie.
Sentyment do tego krajobrazu trwał w opowieściach rodzinnych z rodowodem kresowym. Zapach lasu, zapach tartaku, szum potoków górskich na zawsze pozostały w jego wspomnieniach. Potem jako mieszkaniec Krakowa polubił tereny podmiejskie. Zawsze w pejzażu miejskim szukał zieleni i kwiatów. Może doczeka się kiedyś fachowych opracowań. Nie będzie to łatwe. Tak jak w życiu tak i w swojej twórczości był pełen sprzeczności. Powściągliwy, ceniący przyjaźnie, życzliwy, skromny, wrażliwy, z poczuciem humoru.

Olimpia Napolska – Kolarz

Tekst zachowuje oryginalną stylistykę wypowiedzi Autorki.

 

W 2003 roku ukazała się książka poetycka “Czekam” Wiesława Kolarza z ilustracjami Andrzeja Szarka, pod redakcją żony poety, zawierająca utwory poetyckie w większości niepublikowane w formie książkowej.

 

(19 V 1945 – 22 XI 2001)

 

 

 

 

Antyfona
Usłysz mnie co siedzisz w maku
przesypujesz ziarno ziemi
wprawiasz w ruch wiatraki traw
siło złego na nas wszystkich
wzniecająca głogu iskry
źródło beznadziejnych spraw

tajemnico odgadniona
liściu jasny kroplo dnia
realna i dotykalna
prawdo tkwiąca w boku pnia

Najpewniejsze co być może
niewzruszalne aż do łez
pracowita falo zmroku
żuku dnia znający kres

 

Jedno

Szeleści listopad
pomiędzy grobami
Umarli szepczą do nas
płomykami świec
Uśmiechają się blado
w ogrodach chryzantem
Trzaskiem świeżej jedliny
wybaczenia znak
dają nam za to
że jeszcze żyjemy

My im wmawiamy
że są zawsze z nami
że zawinięte w bibułkę pamięci
słowa i gesty
czułość ich spojrzenia
a jeszcze przecież
pozostają sny

Oni przyjmują to za dobry gest
Cóż takie czasy mówią
stać was tylko na te
odwiedziny i pusty talerz przy wigilii

My szybko pochylamy głowę
poprawiamy kwiatki
ruszamy grudki ziemi
by sztuczną gorliwością
oszukać wstyd

Nagle mgła
przeciera z kurzu
ich twarze
zwarzony liść
rysuje ostrzem horyzont
Ustaje szum świątecznego dnia
cichną kaskady wspomnień
I nie wiemy nawet
kiedy stajemy się
JEDNO

 

Nie bój się
Pamięci Cześka Maślany, Mariana Czepca i Adasia Martynowicza

Nie bój się ziemi
Ona jest jak jeż
z pozoru ostra, gwałtowna i mściwa
A przecież nocą czujesz ziemia drży
I sypiąc sen z makówek
krąży w twoich żyłach

Nie bój się ziemi
Bo to matka twoja
Wszak z ziemi wstałeś
i gdzieś wróci musisz
Ona jak miłość tobie przeznaczona
Gwałtowna, niespokojna
kusi

To w niej nadzieja
i twoje spełnienie
Znaki twe w trawach
W ziołach twoje imię
Żuki i krety
otworzą ci drzwi
Nie bój się ziemi
ona cię nie minie

O przyjaciele moi zapomniani
zgubieni w liściach
plączący się w mroku
zagadujący w snach
stojący w progu
Nic nas nie dzieli
ni niebo
ni piach
Żyjemy razem
w ciepłych kroplach głogu

 

* * *
Ojcze mój
zbliżam się do twojej ziemi
jestem tuż, tuż
Zapomniałem twego imienia
to było w prehistorii
kiedy trzymałeś mnie
za rączkę od roweru
i prowadziłeś
na spacer
nad Dunajec

Nie zdążyłeś
uchronić
przed pułapkami na życie
Odjechałeś w nieznane
Nie dając szansy
bym był taki jak Ty

Została mi tylko
wiara
że się niedługo spotkamy
Już niedługo
będzie trwała moja
podróż przez wspomnienia
kamieniste groty snów
może wtedy powiesz mi
jak z godnością nieżyć

 

Zawsze

Jak Cię nazwać
gdy słowom nie dobierzesz miary
źródłem
nadzieją
wiarą

Mówią mi że minęłaś
A Ty przecież jesteś
w każdym kącie pokoju
w flakonach i książkach
i w cieniu filiżanki
którą miałaś w ręce
przy stole w kuchni
i w starym kredensie
w listach i na obrazach
pod strzechą pajęczyn
i w snach
i na dzień dobry

Nigdy się nie witałem
nie żegnałem z Tobą
zawsze byliśmy razem
Dziś wśród czasu liści
gdy przyjeżdżam do Ciebie
W grudki ziemi wrzucam
miłości moje żale
kłótnie
i zawiści

Nie wierzę w żadne brednie
nawet w wyrok boski
że byłaś że spotkamy się gdzieś
po kryjomu
Ja wiem Ty wyszłaś tylko
do sklepu na chwilę
Przecież matki są zawsze!
Bez nich nie ma domu

 

Czy tak naprawdę…

Czy tak naprawdę
nic nie pozostanie
tylko śmiech pusty
który wiatr rozsiewa
tylko dmuchawce
po naszych zaklęciach
suche paździerze
po żarliwych słowach

Jak to możliwe
że po naszych dniach
zostaną tylko
mrówki dat
w kronikach

Wierzymy cicho
że każde źdźbło myśli
ziarno oddechu
gest nawet nietrwały
wszystko to przecież
musi się przechować

A jednak
Ile dziś wiemy o sobie
sprzed lat tysiąca
albo sprzed dwóch dni
Co więc wymagać
mamy od przyszłości skoro się przeszłość
tak z nami obchodzi
jakby w nas tylko
szkielet był
nie ciało
jakby w nas papier
szeleścił miast krwi

I tak w domysłach
w zarysach
szkicowo
pomiędzy niebem a ziemią
stoimy
jak woda w stawie
którą czas
porasta

 

Przesłanie

Czas nam się zmienił
Przybył rok
Ciągle się opcja zmienia
Lecz to nie ważne
Powiedz miła
Co masz mi dziś do powiedzenia?

I nie chcę mrugnięć, nie chcę gestów
Półsłówek ani min błazeńskich
Powiedz mi – póki jeszcze jestem
Prawdę. O życiu. I o szczęściu.

 

* * *
Olimpii

słyszę cię
przez jedlinę snu
zbliżasz się w mroku
z obłokiem zmęczenia
toczą się pola
skrzypią koła dróg
zajęcze oczy
wyglądają z ziemi

co niesiesz w sobie
osty raczą wiedzieć
lęk drży na liściach
słowa ciszę piją
w jałowcowym milczeniu
drzemie traw zawiłość
i zmyślone zwierzęta
śpią pod kępą cienia

stoisz u powiek
a jednak daleko
żeby ci z oczu
zetrzeć rosy ziarno
syci się odległość
kruchością spojrzenia
bieleje echo
na zmarzniętych wargach
odwrócisz głowę
pozostanie ślad
i głóg piekący
gorzkim smakiem winy
może to tylko wiatr
potrącił strach
i zbudził nieostrożnie
zaspaną leszczynę

może to upadł
oczu twoich orzech
a las najeżył
potarganą sierść
w zielonym lustrze stawu
odbite twe kroki
i topią w kołach
lśniące żuki łez

 

Karnawał
Żonie

Coraz mniej mamy czasu
znowu rok skurczył się
w palcach
nie bocz się na mnie
miła moja
jeszcze raz zaproś mnie
do walca

Niech sunie walc
przez noc
niech lśni tańcem
karnawał
Niech nikt nie martwi się
że gorzej wygląda ten bałagan

Że ceny idą w górę
że wszyscy rwą pod siebie
wszak nasza racja
Liberalizm
choć nikt o nim nic
Nie wie

Nie płacz
Bardzo Cię proszę
Tańczmy. To nam wystarczy
wszak tyle lat
patrząc w Twe oczy
Prosiłem Ci o walca

 

* * *

Ile tych wierszy szeleszcze
aż wstyd się przyznać
że trzymam je w domu
na uwięzi
rano jeszcze śpią
ale wieczorem
czynią zgiełk
pchają się do moich
zmierzchów miłości
i pokątnych zdrad
grają mi na nosie
wiercą dziury w całym
Kiedy ja chcę iść
spać
one zapalają ognisko
w mojej wyobraźni
Mnie opadają pióra
a im chce się bawić
z gwiazdami
Tego wytrzymać się
nie da

 

Marzenia
On mówi – kocham
Ona – kocham milczy
Tylko w jej oczach
delikatność łąki
w trawach zroszonych
malinami świtu
błyszczącą nadzieją
złocieni obrączki

On dumny w mchy
i puchy smokingów
Ona zaś margaretek
przystrojona łzami
Jadą w przyszłośc
wtuleni ufnie w przestrzeń nieba
unoszeni do ślubu
srebrnymi mleczami

Nie wesela ich cieszyć
ni torty skowronki
klangor życzeń
toastów magiczne spełnienie
Oni chcą zostać sami
i tylko we dwoje
jak Romeo i Julia
żyć wiecznie we wspomnieniach

 

Amen

Prosimy, Panie
daj nam wiarę
siłę by przeżyć
życie mądrzej
i szarym ludziom
zrzuć pieniądze
a władzy daj
komórki szare
A gdy przeminą
ślady burzy
spraw by w tym kraju
nikt nie tchórzył

 

WYJĄTKI Z RECENZJI KSIĄŻEK AUTORA

O tomiku “Nic, Nic i koniec”
” Co wiemy o Kolarzu? Nie mogłem odszukać go w żadnym z posiadanych słowników pisarzy (….) Nadal mamy tu klasyczne tematy “tyliczańskie” – spis pór roku, antyfony rodzinne, poetyckie rozmowy z krewnymi i przyjaciółmi, zapisy wigilijnych zadumań i rozczuleń, pastorałki i kolędy, motywy Jesieninowskie”

(Krzysztofa Lisowskiego “Wiersze serdeczne”, Rzeczpospolita nr 32, 1997)

“Wiersze Wiesława Kolarza zdają się oddawać istotę tytułu zbioru. Większość z nich poprzez poetyckie konstrukcje stara się przeciwstawić temu codziennemu i nieuchronnemu przemijaniu (… )Powtarzalność pewnych motywów i refleksji; cykl pór roku, jego niezmienność, ale też nieunikniony koniec tego cyklu – zima. Ona właśnie najbardziej fascynuje i niepokoi poetę (…). Jest przecież zima symbolem końca życia, ale życia wciąż się odradzającego. Kolarz jawi się więc bardziej jako poeta ludzi poszukujących sposobów uświadomienia sobie sensu życia niż jako artysta mocno w ten sens wierzący”

(Andrzeja Warzecha “Uczmy się mówić prosto”, Dziennik Polski, nr 12,1998)

KUBA KISIELEWSKI

Kuba Kisielewski ur. 1984 r., studiuje na drugim roku Automatyki i Robotyki na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Prowadzi imprezę cykliczną Anna Dymna i Wolna Poetycka Trybuna. Należy do grupy poetyckiej “Sylaba”, której opiekunem jest Elżbieta Zechenter-Spławińska.Tam też drukował swoje pierwsze wiersze. Uczęszczał na spotkania Koła Młodych przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Otrzymał wyróżnienie pierwszego stopnia w I Wojewódzkim Konkursie Poetyckim „roczników 80-tych”. Ukończył XII Liceum Ogólnokształcące im. Cypriana Kamila Norwida w Krakowie – profil matematyczno-fizyczny. Był jednym z redaktorów gazetki szkolnej „Hybrydy”. Z powodzeniem brał udział w przeglądzie teatralnym organizowanym przez szkołę, grał główne role w sztukach będących inscenizacją Witkacego i Moliera. Ponadto zdał egzamin na instruktora sportu ze specjalnością tenis ziemny. Poezja, tenis i automatyka wyparły tak pasjonujące zainteresowania jak wędkarstwo i zbieranie znaczków J. W bieżącym roku ukaże się jego debiutancki tomik, którego redaktorem jest Łukasz Mańczyk.

 

Toruński wiersz

Nie uwierzycie –
Kopernik nie pozwala sobie robić zdjęć z facetami —

Nie uwierzycie –
Nie tylko Kraków jest piękny ale i Toruń —

Nie uwierzycie –
Nie tylko w Krakowie są piękne dziewczyny ale i w Toruniu —
A szczególnie taka jedna
Dlatego w Toruniu są piękne dziewczyny

Dlatego tam są najlepsze sylwestry i tam najlepiej smakuje piwo

Ten wiersz nie ma puenty

 

Wiersz z odzysku

W sobotę oglądałem teleexpress nie pokazali:

Wieczorem pojechałem na imprezę na złom imprezę
Pojechałem sprzedać dwa piecyki gazowe
Oddzieliłem materiał dobry od złego
Zrozumiałem dlaczego w wózkach zamiast dzieci
Wożą pralki i puste lodówki

Stanąłem w kolejce
Jechałem pierwszą klasą
Za mną ojciec z dwójką dzieci i workiem puszek
Dalej starszy pan który chciał pojechać na wczasy
Do Żywca albo w Tatry mocne
Pani z workiem na plecach jak święty Mikołaj
Zebrała tyle aluminium
Że można by wytopić nowego Lenina

Czy mogą odzyskać jakieś życie?

 

Perspektywy?

Znalazł się powód
By powrócić z powrotu
Nie wierzę sam sobie
I Ty nie wierzysz że ja w to wierzę

Lecz gdy znowu nastanie pustka
Powróce do powrotu z powrotu
I choć nie wierzę jeszcze
Znów znajdzie się powód by
Powrócić z powrotu z powrotu z powrotu

 

Opowiadanie firmowe

Jak przystało na pracownika wziętej amerykańskiej firmy budzik mam w komórce To był ostatni czwartek tej wspaniałej cegły. Ale jako że mamy kapitalizm, nie ma się czym specjalnie przejmować. Firma kupi mi nowy telefon, wpisze go sobie w koszta i jeszcze poklepią mnie po plecach, bo wyjdzie im to całkowicie na zdrowie. Skoro już omal dziury nim w ścianie nie zrobiłem, to wypadałoby zwlec się z tego łóżka lewą nogą, prawą nigdy nie wstaję, bo po prawej stronie mam ścianę, a poza tym jestem za równouprawnieniem, kobiety usprawiedliwiają się wiadomo czym, a ja tym, że wstaję nie tą nogą, co trzeba. Zresztą myślenie o tak poważnych sprawach o piątej rano jest średnio wskazane, więc czym prędzej jak Stevie Wonder dowlokłem się do kuchni. Kawa w papierowym kubku, dwie łyżeczki cukru, pół wrzątku, pół lodu i nareszcie widzę. W papierowym, bo nie dorobiłem się zmywarki, bo szef słabo płaci, a słabo płaci bo bezrobocie sięga zenitu. A kobiety, która by mi zmywała też nie mam, a nawet jakbym miał, to by mi nie zmywała, a jak by mi nie zmywała to i tak bym ją zaraz rzucił, zresztą jak się nie ma kobiety to koszta maleją, a jak koszta maleją, to szybciej dorobię się zmywarki. Chociaż tego nauczyłem się na SGH. A! pół wrzątku pół lodu, żeby nie mieć dylematu, czy czekać aż kawa wystygnie i spóˇnić się na metro, czy oparzyć kubki smakowe.

Jako że harmonogram od rana mam bardzo napięty, więc biegnę na metro, z metra biegnę na dworzec. Czasem mógłbym tak biec i biec jak Forest, ale nikt chyba by mi za to nie zapłacił, więc wyhamowuję, kupuje bilet na ten pociąg co zwykle, oczywiście pierwszą klasę, żeby mnie szef poklepał po plecach, że ma co wpisać w koszta, jak mnie będzie chciał wyrzucić, to go oskarżę o molestowanie. Wszystko jest zgrane w czasie idealnie, zdążam jeszcze wypalić jednego papierosa na peronie, czytam że palenie powoduje raka i choroby serca, a skojarzenie mam tylko jedno. Raka czyli trzeba czytać od tyłu tę formułkę i wychodzi że choroby serca powodują palenie, jako że ostatnio parę przyjaciółek mnie rzuciło, to nawet by się to zgadzało. Pociąg podjechał na peron, wsiadam do pociągu i od razu mam dylemat. Wybrać przedział w którym nikt nie siedzi, czyli nic do mnie nie mówią, choć ludzie w ogóle nie mówią dziś nic konkretnego, chyba że narzekają, a jak narzekają to się nie wyśpię, a jak się nie wyśpię to będę zły, choć i tak już jestem bardzo zły na tę komórkę, której musiałem skrócić żywot. A jak uczynię się panem i władcą któregoś przedziału to sen będzie mnie trochę kosztował. Zwykle kartę kredytową, trochę kasy i wszystkie dokumenty.

Podróż do pracy, jak wygląda, każdy wie. Piwa przed 11:30 nie pijam, papierosów w samotności palić też nie muszę, a na trasie z dworca do pracy liczbę szyn przeliczyłem parę razy, wyciągnąłem średnia arytmetyczną i pewnie lepiej to porachowałem niż nasze wspaniałe koleje. I to wszystko było w miarę normalne, można to wytłumaczyć moją nerwicą, zaspaniem, kacem z dnia wczorajszego, ale potem…  potem stało się coś dziwnego, nagle wszystko zaczęło się zlewać. Efekt był taki, jakbyśmy nasypali do szklanki cukru, zalali wodą i nagle nic już nie było klarowne.
Pociąg zahamował. Dziwne, bo w rozkładzie jazdy nie figurowała tu żadna stacja. Pierwsza myśl – “Janusz Kulig”.   W każdym razie było to bardzo głupie myślenie, to mógł być zwykły semafor, a że pociąg się nie wykoleił, będzie okazja do wypicia w piątek wieczorem. Staliśmy tak dłuższą chwilę aż zacząłem się niecierpliwić. Zwykle o tej porze papierosek i kawa w papierowym kubku, dwie łyżeczki cukru, pół wrzątku, pół lodu, a ja siedzę w przedziale, okno od zewnątrz zaszronione, nie wiem gdzie jestem i co robię. Szef się ucieszy z drogiego biletu i rozwalonego o ścianę telefonu, ale ze spóˇnienia już nie, a jak się nie ucieszy to mnie nie poklepie, jak mnie nie poklepie, to nie będę go mógł oskarżyć o molestowanie, w każdym razie mnie wywali.

Ale szczerze mówiąc nawet o tym nie myślałem. Wyszedłem tylko z przedziału, ludzie palili na korytarzu. Między nimi przeciskał się konduktor oznajmiający, iż to przerwa na papierosa, siusiu, zakupy w pobliskim hipermarkecie, odświeżenie się, generalnie – róbta co chceta. Cóż wysiadłem z pociągu, bo po co miałem się tłoczyć w śmierdzącym papierosami korytarzu. Dziwne – pomyślałem – nie znałem tej miejscowości. Stacyjka jak stacyjka, ale hipermarket duży i nawet zatłoczony. Lepper ma rację. – pomyślałem – Żabojady wygryzą nasz drobny handel. Te piękne kasjerki pracujące tam za 600 zł miesięcznie, pracujące na nie wiadomo ile zmian z pampersami. – słyszałem jak mówili w Radio Maryja. A więc wysiadłem wziąłem tę małą walizkę i nereczkę z dokumentami.

Jak hipermarket wygląda każdy wie, ten jednak był jakiś dziwny. Aby wziąć wózek zwykle trzeba wrzucić złotówkę lub dwie, a tu wózki były za friko. No tak – pomyślałem – nowa kampania reklamowa. Chyba że to hipermarket niemiecki, ale Niemcy uważają nas za złodziei, nie grało mi tu nic. Wtoczyłem się z tym wózkiem do hipermarketu. Dziwne bo zwykle leci jakaś muzyka. – Ryszard Rynkowski: “Jedzie pociąg z daleka” albo Krzysiu Krawczyk: “Bo jesteś Ty, znów przy mnie budzisz się”, bo podobno wtedy sprzedaż wzrasta, bo samotni faceci kupują piwa i wieczorem mogąą się tylko urżnąć w cztery dupy. A tu tylko podają komunikat: “Każdego podróżującego pociągiem tym i tym prosimy o wyrobienie zdjęcia legitymacyjnego.” Hm.. pierwsza myśl?? Pomyślałem że ukradli mi portfel i jakąś boską siłą kobieta pracująca w informacji wiedziała, że będę musiał od nowa wyrabiać wszystkie dokumenty. Ale dziś kocham życie, bo spałem, a nie zniknęła mi z portfela ani złotówka. Sytuacja stawała się koszmarna – przecież nic dziś nie jest za darmo, a jeśli nie wiadomo o co chodzi…, a Balcerowicz musi odejść, i to wszystko kotłowało się w mojej głowie. Kupiłem co było na promocji, generalnie wszystko było. Zrobiłem to cholerne zdjęcie. Papierosy sprzedawali, ale tylko super lekkie, z alkoholi jedynie wiśnie w czekoladzie. Dziwny ten hipermarket, ale jedno w nim było dobre. Ceny były niskie, produkty nie przeterminowane, obsługa mówiła “dzień dobry”, “do widzenia”, miała duże dekolty i nie sprawdzała każdej pięciozłotówki, czy to aby czasem nie jest jakaś fałszywka. Wszystko było bardzo ale to bardzo podejrzane. Jak to się dziś mówi – zbyt piękne co by było prawdziwe. Nagle komunikat: “Pociąg ten i ten odjeżdża”, po czym baba z informacji puściła Marylę: “Wsiąść do pociągu byle jakiego”, więc pakuję te wszystkie rzeczy, pakuję się do pociągu nie byle jakiego, a następnie do przedziału i pojechaliśmy.

Wciąż nie wiedziałem gdzie jestem, w końcu pociąg znowu się zatrzymał. Myślałem, że to miejscowość, w której pracuję, ale do przedziału wchodzi celnik i pyta co mam do oclenia i czy mam to cholerne zdjęcie i wyszedł. Dziwne – po drodze do pracy nigdy jeszcze nie przekraczałem granicy. Nie zdążyłem się nawet zdziwić kiedy do przedziału wszedł starszy facet z brodą i powiedział, że na mnie czeka. Wiem co myślicie, ale to nie był Bin Laden. Starszy facet z brodą wytłumaczył mi, że Bin Laden mnie tu tylko wysłał. Dziadzia dał mi legitymację, zrobił mi chyba niezły numer bo pisało na niej: dokument ten uprawnia do zniżek przy przejazdach chmurkami i turbośmigłową mgłą.

Ważny do: kolejnej spowiedzi.

ANETA KIELAN

 

Aneta Kielan ur. 1981 r. w Proszowicach k. Krakowa, jest absolwentką krakowskich uczelni: Wyższej Szkoły Zarządzania i Bankowości oraz Akademii Ekonomicznej. W 1996 roku zajęła drugie miejsce w konkursie poetyckim radia RAK za wiersz pt. „Z dnia na dzień”. Publikowała w szkolnej gazecie „Plaga”, piśmie „Znad Wilii” i licznych Antologiach, m.in. „Słony smak piękna – Zaduszki Poetów” (Kraków 2003), „Każdy Rodzi się Poetą – Na Jubileusz” (Kraków 2005), „I Bronowicki Karnawał Literacki” (Mydlniki 2006), „Sfera 2 – Almanach Koła Młodych przy SPP” (Kraków 2006). Członkini Krakowskiej Konfraterni Poetów, Formacji Szesnaście przy Dworku Białoprądnickim, Grupy Poetyckiej „Każdy…” przy Radio ALFA oraz działającego przy SPP Koła Młodych. Uczestniczka Maja nad Wilią w Wilnie, Zjazdu Poetów w Pławowicach oraz Najazdów Poetyckich na Zamek Piastów Śląskich w Brzegu. Wydała zbiory wierszy: Z dnia na dzień (2001), Przystań (2005) oraz Wariant na życie (2007).

 

 "Na temat..."

Na miłość
nie ma definicji
wzoru matematycznego
nazwy geograficznej
Miłość to nie data
miejsce
lodówka z gwarancją
roczną
lub dwuletnią
Miłość to pytanie
często bez odpowiedzi
lokata uczuć
inwestycja z ryzykiem
mniejszym lub większym
w drugiego człowieka


„Pilnik”

Paznokcie
kobieca ozdoba
charakter na dłoni
pilnikiem ścieram
niedoskonałości
ostrym brzegiem
nadaję im kształt
łagodną stroną poleruję
by radosny bił blask
pędzlem srebrzę
smukłe płytki paznokci
i wydrapuję nimi 
swoją ścieżkę


„Zawsze nigdy”

Ciemno, zimno
tylu ludzi mnie mija
wielu przechodzi obok
obojętni, zapatrzeni
strach wzrasta
jak roślina
podlewany
bieżącymi wiadomościami
ze świata
chciałabym wtulić się w Ciebie
i pozostać tak na zawsze
nigdy więcej się nie bać
nigdy i zawsze
każde bez początku
każde bez końca
nigdy nie pewne
zawsze zawodne

WOJCIECH KAWIŃSKI

 

Wojciech Kawiński urodził się w 1939 roku w Dębicy. Od 1958 mieszka i pracuje w Krakowie. Poeta, dziennikarz, współpracownik pism literackich m.in. “Magazynu Kulturalnego”, “Literatury”, “Poezji”, “Tygodnika Kulturalnego”, “Kultury” (Paryż), “Okolicy Poetów”, “Metafory”. Ogłosił ponad 20 zbiorów wierszy, takich jak Odległości posłuszne (1964) debiut, a następnie, m.in.: Pole widzenia (1970), Lustro dnia (1975), Pod okiem słońca. Wiersze wybrane (1980), Żelazna rosa (1995), Planeta Ognia (1997), Kręgi zdarzeń (1999) Widok z okna (2002), Ciało i duch. Wiersze nowe i wybrane (2003), Obrót Koła (2008), Dwa Lata wierszy (2008). Laureat kilku nagród za twórczość poetycką. Tłumaczony m.in. na francuski, niemieckie, bułgarski, grecki, ukraiński, węgierski, serbsko-chorwacki, czeski, słowacki, albański, litewski, rumuński, macedoński.

ADAM KAWA

Adam Kawa, poeta krakowski, urodzony 28 października 1942 r. we Lwowie, na Zamarstynowie. Po wojnie, po zajęciu Lwowa przez Rosjan, opuścił w 1944 r. rodzinne miasto wraz z rodzicami i zamieszkał w Krakowie. W związku z chorobą dość wcześnie zaczął czytać i pisać. Jak mówi, świat książek zastępował mu dzieciństwo z piłką i rówieśnikami. W latach sześćdziesiątych studiował filologię rosyjską, historię i filologię polską, zmieniając kierunki. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych pracował w Krajowej Agencji Wydawniczej w Krakowie. Poetycko zadebiutował w 1960 r. na łamach “Głosu Nowej Huty”. Pierwsza książka “Sonety do Gienki” ukazała się w 1973 r. w Wydawnictwie Literackim, po ośmiu latach oczekiwania na druk. Za książkę wyróżniony został przez Ministerstwo Kultury Stypendium Twórczym im. Tadeusza Borowskiego. Kolejne książki ukazały się po wielu latach poetyckiego milczenia. W 1999 r. ukazuje się “Rajski Pies”, w 2005 r. “Sonety wieków ciemnych”, a w 2009 r. “Sonety Polskie”. Autor za tom “Sonety Polskie” uhonorowany został Nagrodą Krakowska Książka Miesiąca Kwietnia 2009 r. przyznawaną przez Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie.
Znużony spokój w pieszczocie przedświtu,

pot kroplą światła spływa po ramieniu.

Cisza się spełnia - w nas. Proszę, nic nie mów.

Obejmij, przytul.

Brzask zawstydzony śni na progu wstydu
nagość twych bioder, chciał wejść, ale nie mógł,
rumieni niebo i chmury w strumieniu
wstydem błękitu.

Kształt odnajduję w przeczuciu dotyku,
wilgoć wisienki, czułość w zawstydzeniu.
Noc ogromnieje - w nas. Proszę, nic nie mów.
Obejmij, przytul.

Nie opowiadaj co i jak być mogło.
Słuchaj przeczucia, ale ufaj biodrom.



BOGDAN KASPROWICZ

Bogdan Stanisław Kasprowicz, urodzony w 1950 r. w Katowicach, od wczesnego dzieciństwa mieszkaniec Bytomia, cała duszą Lwowa obywatel (tam Ślub wzięli jego rodzice, członkowie zasłużonych lwowskich rodów). Już studiując prawo w murach Uniwersytetu Śląskiego, działał w kabarecie “Tohuwabohu”. Dzisiaj w wolnych chwilach prowadzi kancelarię prawno-podatkową, a z potrzeby serca zajmuje się lwowskim pisaniem. Jest twórcą kabaretu “Teatrzyk bez Granic”, w którym prezentuje własne teksty i piosenki, uzupełnione nieznanymi utworami z jego przebogatych kresowych archiwaliów. Ma jedną z największych w Polsce kolekcji pamiątek z Grodu Zawsze Wiernego. Wydał dwa zbiory poezji: “Moim miastom – wiersze i piosenki z Bytomiem i Lwowem w tle”, “Wypijmy za Lwów”, “Lwów sentymentalny”, “Daleko od Lwowa”. Opublikował ponad 200 artykułów o tematyce kresowej i ormiańskiej. W Radiu Piekary prowadzi autorską audycję Lwowiacy na Śląsku. Jest członkiem Instytutu Lwowskiego w Warszawie. Współpracownik “Dziennika Zachodniego” a także TVP Katowice. Urodzony gawędziarz i facecjonista z najlepszej lwowskiej gliny. Zna ukochane miasto lepiej niż wielu jego mieszkańców. Swoje życiowe credo: “o Lwowie pamiętać, pamiętać, pamiętać” wprowadza w czyn, tak wychowując nowe kresowe pokolenie (jako ojciec czworga dzieci), jak i nie pozwalając obojętnym zapominać, że Leopolis semper fidelis. W Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie promował swój najnowszy zbiór wierszy “Lwów zawsze i wszędzie” wydany przez krakowskie “Małe Wydawnictwo” (Kraków 2011).

 

HEMINGWAY

Lwowskim, bytomskim,
wrocławskim tramwajarzom



W parterowym oknie
ulicy Korfantego
(choć wtedy jeszcze, tfu, Armii Ludowej)
krwistoczerwona pelargonia
na palecie głębokiej zieleni
w glinianej doniczce
(niski parter, więc wszystko widać jak na dłoni)
a obok
żywe popiersie
krzepkiego staruszka
kędzierzawa siwa głowa
i wielka srebrna broda
dopełniają
kształtu i barwy obrazu
zamkniętego ramami
ościeżnic
rozdzielonego
kwadratami szyb
niczym
kościelny witraż
codziennie przechodzimy tędy
w drodze do mamy
na ulicę Matejki
(wczoraj, teraz i zawsze)
i codziennie
oni tkwią w tym oknie
pelargonia
nastraja nas radośnie
a on nieznacznie porusza dłonią
w geście pozdrowienia
odpowiadamy więc uśmiechem
a Grażyna energicznie macha
wysoko uniesioną ręką
jak do kogoś bliskiego
komu zaraz rzuci się  na szyję
nazwała go Hemingway
(faktycznie był podobny)
i tak już zostało
nasz Hemingwayktóregoś dnia
okno zobaczyliśmy puste
po jakimś miesiącu
ujrzawszy
wychodzącą z bramy drobną  staruszeczkę z pieskiem
Grażyna zagadnęła ją  o Hemingwaya
joj, kuchana
ta mąż umarł
miesiunc beńdzi
ali jak un na was czekał
jak bałakał
a czemu jeszczy ni idzieci
abu ży tak długu was ni widać
un stary lwoski tramwajarz był
na nogi był  chory
chodzić  ni mógł
taj siedział  w tym okni cały boży dzien
dzieci my ni mieli
tak un was kochał  jakby swoich
do dzisisiaj nie wiem
czy nie zdążyliśmy
żeby coś więcej...
czy tylko tyle
było trzeba...jedzie
czerwona ?edynka?
pnie się pod górę  na Łyczaków
motorniczy uśmiecha się
my jeszcze czekamy na przystanku
kiedyś wiem
nadjedzie po mnie
poznam go
po srebrnej brodzie i pelargonii...




WSZĘDZIE DOPADNIE CIĘ LWÓW


"Lwów jest wszędzie"
Adam Zagajewski
Jechać  do Lwowa



Myli się pan
panie Zagajewski

Lwowa nie ma 
nigdzie

ani hałdy Bytomia
ani gliwickie radio
ani campanile Opola
ani rynek Wrocławia
ani renesans Brzegu
nie tworzą 
krajubrazu

ani śląskie wróble
ani nadodrzańskie gołębie
ani puchacze w sudeckich lasach
ani skowronek nad Nową Cerekwią
ani słowiki w Chronowie
ni śpiwaju

ani kwiaty w ogrodach
ani jabłka w strzelińskim sadzie
ani strucla na niedzielnym stole
ani barszcz, mamałyga i kutia
ni pachni

ani Gazeta Lwowska z Rzeszowa
ani Rocznik Lwowski z Warszawy
ani Leopolis z Krakowa
ani Semper Fidelis z Wrocławia
ni piszy

ani kibic bytomskiej Polonii
ani tramwajarz wrocławski
ani przekupka z Opola
ani batiar z Londynu
ni bałaka

Lwowa nie ma nigdzie

tam 
coś na kształt 
frankensteina

tu
zamienniki
bez znaku jakości

a Lwów
jest już tylko
w sercu

kto je ma

tam cię dopadnie
zawsze
i wszędzie...




TADEJ KARABOWYCZ

Tadej Karabowycz – ur. w 1959 r. w Sawinie na Chełmszczyźnie. Poeta, krytyk, tłumacz.
Wykładowca na Uniwersytecie im. Marie Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Pisze w językach polskim i ukraińskim.
Debiutował w „Kamenie” (1980). Wydał poezje: „Zapatrzenia”, Lublin 1985, „Wołohist’ zemli”, Warszawa 1986; „Atlantyda” Edmonton 1989, Warszawa 1993; „Bila wohoniu” Warszawa 1990; „Czekaju tebe jak łastiwiku” Warszawa 1991; „W pusteli nebo czorne” Chełm-Warszawa 1995; „Szczo stoju za stinoju spomniw” Warszawa 1997; „Wybrani poezji” Białystok 2001; „Dolga razluka” Lublin 2005.
W przekładzie na j. polski ukazały się dwa wybory jego poezji: „Powrót” Białystok 1998 i „Już dzień się nachylił do czterech krańców świata” (2004). Jest ponadto autorem antologii poezji ukraińskiej „Po tamtej stronie chmur” Lublin 1998 oraz wykładów „Dziecictwo kultury ukraińskiej” (2001), „Tożsamość cerkwi ukraińskiej” (2004) i monografii „Portret ze skrzydłem archanioła. O poezji Ihora Kałyncia” (2003).
Zainicjował wydawanie (od 2001) rocznika literackiego poświęconego wyłącznie twórczości poetów mniejszości ukraińskiej w Polsce „Ukraiński Zaułek Literacki”.
Jego wiersze tłumaczono na kilka języków m.in. białoruski, czeski, włoski i rumuński. Mieszka w Holi.

***

Będzie jeszcze[Portret ze skrzydłem Archanioła:O poezji Ihora Kałynca]

***
***
Deszcz

Klucze

***

Dźwięk

 

* * *

modliłem się późną nocą
pod Twoim krzyżem niebieskim
o lilię w dłoni
Gabryela
o wrzeciono w ręku
Bogurodzicy
a derkacze za płotem
wyfrunęły z nocy

i promień słońca
oświetlił moją modlitwę

Będzie jeszcze

będzie jeszcze wiele złota jesiennego
zapomnienia
ciszy

wieczorami
na Wschodzie brzozy zawstydzone
będą spowiadały się z grzechów
dokonanych i niedokonanych

przystępowały będą do Komunii
w wieczerniku kory białej
jak modlitwa

będą jeszcze całowane krzyże
przydrożne z dziuplami

Hola, 30 VIII 2004

* * *

o świcie mgła przytuliła
Twoje krzyże do siebie
z boku przebitego strumieniem
rzeką oceanem
sączy się krew
jutro pojutrze
na trzeci dzień
przyjdziesz
w bieli

25 VII 2001

* * *

przez to miasto płynął potok
szumiąc w kamiennych brzegach

przepychaliśmy się przez tłum
by zobaczyć
chustę którą niosła Weronika
ale to nie było możliwe

więc ktoś powiedział
wracajmy do swoich namiotów
Pan jest już daleko
a noc jest blisko

Deszcz

droga od chmur ociężała
o świtaniu powróci jej mowa

idę do ciebie przez deszcz
droga deszczem odpowie

słowa niedopisane jeszcze
roztrwoni czas

prośby wyszeptane deszczem
przepadną w cudzych snach

13.08.2003

Klucze

zostaną po mnie niepotrzebne wiersze
całe góry słów
jak budowle
z zawilgoconymi
pomieszczeniami
i sypialniami

labirynty przejść
szerokich
i wąskich

nozdrza schodów
z niezliczoną ilością schowków
skrywających samotność

17.11.1993

***

zastukaj do moich drzwi
słowem
dotykiem
gestem

zajrzyj

chcę odpowiedzieć na twoje stukanie
do moich otwartych drzwi

Dźwięk

dźwięk zabrzmiał bólem
wierzę w moje słowo jeszcze niedopowiedziane

28.04.2002

WYJĄTKI Z RECENZJI KSIĄŻEK AUTORA

Eryk Ostrowski
W lesie naprzeciw domu Tadeja Karabowycza jest opuszczona wioska Czołoma, w której prawie wszystkie domy stoją puste. Tadej często o niej mówi.
A jeden ze swych wierszy tak zaczyna:

„Zostaną po mnie niepotrzebne wiersze
całe góry słów
jak budowle
z zawilgoconymi
pomieszczeniami
i sypialniami”.

Nie jest łatwo pisać o artyście, po którym tak wiele słów zostanie, bo Tadej Karabowycz należy do tych prawdziwych i coraz rzadszych artystów, którzy żyją Słowem i dla Słowa.
W swym dorobku ma wiele książek własnych, zarówno poetyckich jak i naukowych, oraz translatorskich. Wydał m.in. imponującą antologię poezji ukraińskiej „Po tamtej stronie chmur” oraz przybliżył polskiemu czytelnikowi takich pisarzy jak Ihor Kałyneć (któremu poświęcił też monografię „Portret ze skrzydłem archanioła”), Wira Wowk, Jurij Tarnawśkyj, Nadzieja Artymowicz, czy wreszcie Bohdan Bojczuk, od kilku lat kandydujący do Nagrody Nobla. Ale na tym nie koniec, bo Karabowycz tłumaczy również polskich autorów na język ukraiński. Poeta Jan Leończuk zaczyna swój wstęp do polsko-ukraińskiego wyboru wierszy Karabowycza „Już dzień się nachylił do czterech krańców świata” od uwagi, iż „skazany jest na samotność, którą pogłębiają złożona natura poety, wrażliwość oraz skłonność do myślenia mitycznego”. Wiele w tym prawdy.
Dlaczego najciekawszy autor ukraiński zamieszkały w Polsce, mający najwięcej do przekazania o kulturze i literaturze swego kraju, nie „wypłynął” na fali boomu Pomarańczowej Rewolucji, która uczyniła poezję ukraińską modną i popularną, a wyniosła na powierzchnię wielu mniej ciekawych, by nie rzec miernych pisarzy? Tego nikt nie zrozumie, kto choć raz nie zawita do przyjaznego i zawsze otwartego domu Alinki i Tadeja Karabowyczów w Holi, 70 km od Lublina. Dom ten to prawdziwa idylla, umiejscowiona pomiędzy lasami, z dala od ludzkich siedzib. To prawdziwy i żywy skansen. Poeta opiekuje się rzeczywiście tamtejszym skansenem, który znajduje się na terenie jego posiadłości, oraz cerkwią, w której nabożeństwa odbywają się co drugi tydzień. „To Chełmszczyzna, ziemia rodzinna, żywi wyobraźnię poety i umuzycznia ją” – dodaje Leończuk. Odnajdujemy ją nie tylko w domu autora „Zapatrzenia”, który jawi się niezwykłym w istocie muzeum, bo Karabowycz od lat jest kolekcjonerem sztuki ludowej; posiada niezliczoną ilość prac prymitywistów oraz wielką kolekcję sztuki huculskiej, ale i w hermetycznej ze względu na swój mistycyzm poezji Tadeja Karabowycza.
Poeta, na co dzień wykładowca UMCS, jakby pogłębia milczenie w swej poezji, która staje się coraz bardziej „wieczorna”. Trudno uwierzyć w prostotę dawniejszych zapisów, jak choćby te z debiutanckiego tomiku „Zapatrzenia” wydanego w języku polskim, trudno rozpoznać w nowych utworach autora „Atlantydy”, rodzimego poematu o charakterze politycznym, który ukazał się w 1989 w Kanadzie i cztery lata później w Polsce. A właśnie ukazała się nowa książka Karabowycza zatytułowana „Długa rozłąka”. Po kilku wyborach w językach polskim, rumuńskim i ukraińskim jest to pierwszy tom z nowymi zapisami, nad którymi autor pracował od 1997 roku. Właśnie: zapisami. Bo trudno nazwać wierszem te nierzadko dwuwersowe teksty składające się może bardziej z zadumy i milczenia niźli refleksji. Do tomiku trafiły też, po raz pierwszy, prozy poetyckie. Ta skłonność do milczenia oddala Karabowycza od środowisk twórczych, więc mimo autentycznego pragnienia jakie deklaruje („chcę odpowiedzieć na twoje stukanie
do moich otwartych drzwi”) czy nie zbyt „wiele trzeba czasu
by wymodlić Źródło poezji”?
Lecz gdy w październiku odwiedziłem cudowny dom Alinki i Tadeja, zrozumiałem, że sam proces „wymadlania” jest szczęściem i każde wyjście na zewnątrz wymaga potem trudu powracania. Tadej dochodzi do swoistej pełni, jaką zawsze jest odnalezienie harmonii z naturą, poczucia z nią jedności. Prawdziwe są w odniesieniu do Karabowycza słowa wiersza tłumaczonego przezeń ulubionego poety ukraińskiego, Bohdana Bojczuka: „Obmyj moje słowo
z zatęchłej nienawiści
i złości,

by ludzi wybielało ku wiośnie
i unosiło
do nieba”.

Każdego dnia w ten wyjątkowo ciepły i jasny październik Tadej wynosił drewniany stół i ustawiał go pod wiązem naprzeciw werandy. Zwróciłem uwagę na ten szczegół. To tak jak Kochanowski, tyle że on pod lipą, a Tadej pod wiązem. Cud istnienia święci się jednak każdego dnia ten sam. Bo w Holi naprawdę ma się wrażenie, iż czas się zatrzymał. Czytałem u Tadeja wiersze Małgorzaty Hillar, towarzyszyły mi na każdym kroku i, chyba po raz pierwszy, mogłem bez niepokoju iż „po przebudzeniu nie znajdę słów wartych powtórzenia” przeżywać moją ulubioną poetkę. Mogłem iść jej tropem i powtarzać leżąc w lesie, „w głębokim leju po bombie zarośniętym mchem”:
Dobrze tu
wrzosowo”. I to też była pełnia. Kiedy wyjeżdżałem Tadej podarował mi duży, gliniany huculski dzban, bardzo piękny. Bym mógł i u siebie w domu mówić za moją Małgorzatą: „Mam na stole
gliniany dzban

Taki dzban
ulepił stary garncarz
aby matki niosły w nim
mleko
pachnące trawą i słońcem

(…) W takim dzbanie
Chrystus wodę w wino
zamienił

W moim dzbanie
mieszkają słoneczniki
od ciebie”.
Eryk Ostrowski

ANNA KAPUSTA

 

Anna Kapusta – doktorantka Wydziału Polonistyki (literaturoznawstwo) i Wydziału Filozoficznego (socjologia) Uniwersytetu Jagiellońskiego. Poetka, stypendystka Miasta Krakowa oraz dwukrotnie, Prezesa Rady Ministrów. Wiersze opublikowała w tomikach “Biały ptak”(2003) i “Kobiety mistrza”(2006).

 

siostra

			Siostrom

na kryształowym szydełku
zrobiła mój cień
szarą nicią

o krok przed moim krokiem
trwa
w uniesieniu stopy

czasem
ciałem
przeglądam się
w jej sukience

jej fotografią
pierwszy raz
spojrzałam sobie w oczy

***


modlitwa
			sobie samej
			
poezjo świecie papierowy
wybaw mnie

od panów poetów
pewnych swej nieśmiertelności
jak chorągiewka wiatru

wybaw mnie
od pań poetek
szeleszczących wzruszeniami sukien
szeptem gaszących świece
parafinowe pochodnie natchnienia

wybaw mnie
od cierpliwości papieru
bladego dumnie gotowością kurtyzany

daj mi
nienasycenie mgły
przenikliwość zawieszenia głosu
skruchę skalnej lawiny

przytul mnie
sarkofagiem grudki ziemi

***

Anna Kapusta, Wybór wierszy, [z:]
Kobiety mistrza.
29 grudnia 2003-29 grudnia 2004, Kraków 2006.



ANNA KAJTOCHOWA

Anna Kajtochowa urodziła się 21 lipca 1928 w Brzozowie. Ukończyła studia dziennikarskie na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pracowała w zespole redakcyjnym Gazety Krakowskiej, Głosu Młodzieży Wiejskiej, Głosu Młodzieży, Studenta, TeMi. Należała do grupy literackiej “Nadskawie” (1981-1988). Za powieść “Tamten brzeg” otrzymała wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie ZLP i wojewody lubelskiego (1988). Debiutowała jako dziennikarka na łamach Gazety Krakowskiej w 1949 r. Jej utwory ukazywały się m.in. w Dzienniku Polskim, Gazecie Krakowskiej, Głosie Młodzieży, Kulturze, Okolicach, Poezji, Profilach, Tak i Nie, Tu i teraz, Życiu Lierackim. Wiersze publikowała w zbiorowych tomikach Konfraterni Poetów. Członkini Związku Literatów Polskich od 1984 r. Członkini honorowa Polish American Poets Academy (USA).W 1997 r. ukazała się autoryzowana biografia Poetki (Eryk Ostrowski: Wędrówki o świcie: opowieść o Annie Kajtochowej. – Kraków: PiT, 1997.). W Śródmiejskim Ośrodku Kultury opiekuje się grupą poetycką KAŻDY.

Wybór?

Każdy widzi że
za i przed ścianą codzienności
przyjdzie kiedyś doświadczyć
przenikania omijania
albo i nie
Wewnętrznej ściany
bo o takiej mowa
ominąć niepodobna
Piętrzy się wokół
szumem massmediów
zimnych uśmiechów i spojrzeń
najbliższego otoczenia
A gdzie wybór?
Tylko Hamlet może odpowiedzieć
pytaniem
Zwykły zjadacz chleba
wychodzi albo zostaje
Jedno jest pewne
albo wewnątrz czterech ścian
albo w obłej urnie




Czereśniowy Sandomierz

Przede mną wzgórze
z czereśnią
w czerwonych koralach
Słoneczną smugą
okrywa ją słońce
a wieczorem
ptasia gromada
złakniona słodyczy
Po chwili syta milknie powoli
w oddechu nocy
nad miastem
jedenastu kościołów
i bohater-dziewicy
która w pojedynkę
ocaliła sklane gniazdo
przed tatarską nawałą

Śpi teraz w podziemiach
pod czereśnią
w czerwonych koralach

Sandomierz, 28 VI 2005



Cisza

przesłania wspomnienia
albo maluje je
nowymi barwami
Mienią się jak topazy
w wilgotnej zieleni
albo diamenty
rozrzucane przez wiatr
Cisza
dar nieba
dla żyjących
w cieniu
lub jeszcze żyjących

19 VI 2005


ALEKSANDER JASICKI

„Kobieta z Deneboli” – kolejny, dziewiąty tomik wierszy Aleksandra Jasickiego – to poetycki zapis historii zmagań Autora z chorobą nowotworową; swoisty dziennik odczuć i doznań doświadczanych przez poetę podczas wielu tygodni spędzonych w szpitalnych salach, blokach pooperacyjnych, pokojach zabiegowych; to codzienne jego odkrywanie w sobie zdumiewających pokładów niespodziewanej odporności na ból, strach i upokorzenia. Z nimi, jak można sądzić z treści poszczególnych utworów, jest szansa jeszcze jakoś się uporać. Trzeba tylko przyjąć odpowiednią, adekwatną do okoliczności i na miarę swych możliwości (wynikających z cech charakteru) postawę…Gorzej z torturą cierpienia wrażliwej duszy… To ten ustawicznie towarzyszący każdemu pacjentowi kliniki chirurgicznej lęk o jakość ewentualnego przyszłego życia po dokonanym zabiegu operacyjnym. W niepewności co do jutra można także nie tyle oswoić, co również oczekiwać (!) na śmierć. Myśl o niej towarzyszy poecie nieprzerwanie w jego rozważaniach; również i takie rozwiązanie – jako alternatywę dla innych sposobów zakończenia cierpień – bierze on pod uwagę, jak choćby w prośbie.: „//abym w końcu – bo nie cierpi – trupem był//” z wiersza „Jad i z żółcią pęcherze”, który to cały utwór opatrzył dewizą: „Mors servituti turpitudiniqe anteponenda” („Ponad niewolę i ohydę należy stawiać śmierć” – Cycero) W formie groteski, tragifarsy, czy wręcz satyry ujął Autor swoje przemyślenia i doznania; uprzedza o tym już na samym wstępie tomu, stosując jako motto dla całości tego swoistego w treści i formie poematu sentencję greckiego(?) filozofa Juwenalisa: „Difficile est satiram non scribere”(„Trudną jest rzeczą (w takich okolicznościach) nie napisać satyry”). Tomik poezji o fabule niezwykle intymnej: z częścią pierwszą (cykl pt. :Różdżka profesora”, stanowiący w swej odrębności zapis Genius morbi ciała) splatają się i z nią korespondują wątki równie osobiste z drugiego cyklu, noszącego tytuł: „ Czas na nie pisanie wierszy”; mógłby on w analogii do cyklu pierwszego nosić miano Genius morbi (historię choroby) duszy… To poprzedzający chorobę Autora dramat rozpadu rodziny i ciężar związanej z tym rozstaniem samotności; także nowe (z reguły w tak skomplikowanych momentach życia nieprzewidywalne) relacje z otaczającym go zewnętrznym światem…

Kobieta z Deneboli 
(Nieudana próba spisania testamentu, 
przerwana mobbingiem nachalnej wyobraźni)


Spisać wszystko, bo jeszcze później się zapomni.
Później będzie za późno. Po prostu się nie będzie.
Dość patrzenia w sufit o piątej nad ranem.
Siostro kartkę ołówek. I jakiś kaganek.

W szafie dla syna zostawiam kilka marynarek.
Zapewne wyrzuci, czego pożałuje.
Nie minie ćwierć wieku - znowu będą w modzie.
Także spodni tuzin, dwa niezłe krawaty.
I koszulę na stójce zapinaną przy brodzie.

Ze ściany trzy portrety. Do wzięcia, a jakże.
Choć wątpliwe by mogły czyjeś ubogacić domy.
Spoglądać z nich wszak będzie człowiek nieżyjący
(poruszam tu czas przyszły, acz nieunikniony).

I komu, i co powie ta twarz z innej ery
oglądana w świetle energii branej z Puppis,
Syriusza, Wenus, Marsa, czy jakiejś innej wioski
bliżej czy dalej od miasta Ziemia położonej?
Skąd także zdrową żywność sprowadzać się będzie.
I z której prawnuk mój być może przywiezie sobie żonę.

Kobieta z Deneboli, Trianguli, Telescopii...
Świeciłaby jak gwiazda. Dość nudy w murach Ziemi!
W dodatku jeszcze takiej w rodzinie nie było.
Nie ręczę zaś za materiał na żonę z Vulgaris.
Mogłoby nie być przyjemnie. I niezupełnie miło.

Dzieci z samicą z Lupus...
Czy będą zielone?
I czy ustąpią miejsca starszym w autobusie?
Czy nogę podłożą i będą przezywać?
Języki by jakieś trzeba, tylko teraz - jakie?
Podobno ten z Microscopii ma obowiązywać.

Może lepiej niczego nie spisywać.
Najlepiej nie pamiętać co się tu widziało.
Zachować portrety, nie są do oddania.
Dość patrzenia w sufit o szóstej nad ranem.
Siostro kartkę zwracam. Czystą. 
I kaganek.

Denebola, Puppis, Triangula  etc. - gwiazdy, gwiazdozbiory

 

 

Nie przepłacać Charona


Nie przepłacać Charona! 
To dupek -  jest od tego,
żeby nas bezpiecznie 
dowiózł 
na tamten  brzeg.

Poza tym 
jeśli mamy dobre informacje -
ma za wszystko 
z góry 
nieźle zapłacone...

on 
i wredny Cerber

parszywy jego pies...

 

 

Dyptyk o uśmierzaniu bólu.

Słodkie kilogramy


Ma szwagra z dojrzewalnią bananów w Krakowie.
Sam nie przejem, patrz pan 
ile mi tego tu przynosi.
Pan Adam  (jutro zabieg) bierze torbę, wychodzi.
Niesie torbę. W torbie 
będzie z dziesięć kilogramów.

Twarz alabastrowa po wyjęciu drenów...
Nawet nie spróbuje pralinek koktajlowych 
przez wnuczkę przyniesionych dzisiejszego ranka.
Pani Jasia dźwiga cierpiące ciało z łóżka 
- ja tylko te pomadki zaniosę 
wracam zaraz.

Codzienny rytuał pokrzywdzonych bytów:
pokój pielęgniarek, powrót z siatką pustą.
Rodzina przyjdzie też jutro i pojutrze.
Lęk przed bólem pomniejszany 
o słodkie kilogramy.

 

ALICJA JANUSZ

Alicja Janusz /pseudo artystyczne Shynshyllah Shnytt,lub bardziej popularnie Mysha/ – ur. w 1979 r. w Nowej Hucie. Mieszka w Tomaszkowicach pod Wieliczką. „Interesuję się kulturą Skandynawii, Sumeru (Mezopotamii), tanatopsychologią, suicydologią, muzyką, poezją, malarstwem i nie tylko. Poszukuję Piękna we wszystkich dziurach, jamach i zapadniach świata i ludzkiej Duszy. Poszukuję Piękna, a Ono mnie znajduje… często w miejscach, od których inni odwracają wzrok. Każdy powinien mieć Pasję – Ona daje nam szczęście, poczucie misji, które nas wzbogaca. Pasja otwiera nam na Piękno oczy, Ono daje nam szczęście, a Szczęście to najlepszy kosmetyk. Dla ciała i dla Duszy. Nie da się ukryć, że w moich pieśniach Śmierć jest tematem dominującym. Ale tylko uprzedzeni nie widzą w nich miłości i szczęścia…pytano mnie o smutek…jest, ale ten dający spokój, smutek jako powaga i refleksja, smutek, który tworzy obrazy-nie zabija, a daje nam głębię. Zdarzają się również teksty wściekłe, waleczne, pełne jadu, ale prawie we wszystkich jest element tragizmu, choć często pełnego absurdu bądź ironii.”


Zniewolenie

Opasana nicią srebrnych pajęczyn
wyciosanych z lodu dłoni Twych
Przykrywam się ogniem spojrzeń
zakrzepła krew, nie płyną łzy

Skrępowane mam ręce i nogi
w ustach knebel ze świeżych ziół
Lecz broń ma silniejsza od dłoni
przebywam wymiary bez nóg

Wyłączyłeś mi dziś wszystkie zmysły
Zabrałeś mi mowę i ruch
A ja jestem znów tutaj, skąd przyszłam
nie człowiek, ale nie duch

I czego się tkniesz, co poruszysz
obudzisz tym tygrysa z gór
śnieżnobiały zwiastun śmierci
szablozębny tępy ból






	3 VII Przylasek Rusiecki
***
Wykąpałam się w Twych oczach
nie utonęłam
wróciłam
otrząsnęłam się 
z wrażenia
wysuszyłam oddechy

Wychodząc zmoczyłam włosy
nie celowo
niewinnie
przymknąłeś na to oko
przytrzaskując kosmyki

Zostawiłam mokre ślady
na podłodze Twej szyi
nie starłam ich
idę dalej
gdy złapiesz oddech
wrócę
 
Wykąpałeś się w mych oczach
i już widziałam wszystko
stałeś się wirem
nurkuję
toniemy razem
do rana


***
Te sny

czarniejsze niż śmierć
wędrują wciąż ze mną 
wśród żywych skał
wciąż czujne szybują pod niebo
prąd powietrza mrozi
płyną jeziorem niemi
w paznokciowej łodzi

Gdy jawa nie nadchodzi
bolesna, jaskrawa
nawet w dzień nie przybywa
obrażona panna
Rozmowna, sympatyczna
odwiedza mnie zjawa
szara niemal jak śmierć
lepka Myśl Poranna

Skaczę w otchłań istnienia

przepaść życia zwiedzam
lotem sokoła ścinam
gwiazdy - niechaj więdną
Dumne me serce, Radość w Duszy
nawiedza mnie, kiedy
te Sny, czarniejsze niż śmierć
wędrują wciąż ze mną...

inspir. by Xasthur

JÓZEF JANCZEWSKI

Józef Janczewski – członek Zarządu Głównego Stowarzyszenia Twórczego Artystyczno-Literackiego w Krakowie, skarbnik, recenzent i redaktor. Sekretarz Bronowickiego Koła Przyjaciół Sztuk Wszelkich. Uhonorowany Złotym Krzyżem Zasługi za twórczość oraz działalność na rzecz STAL. Jego utwory drukowane były w almanachach, antologiach i licznych pracach zbiorowych. Są tłumaczone na języki obce. Wiersze oraz proza zdobywają nagrody na ogólnopolskich konkursach literackich. W 2007 r wydał “Na pięciolinii czasu”. Jest też twórcą pejzaży akwarelą i pastelami.

Śmiertelne zapasy

W oczach liter widzę
kruchość mego wiersza
jakbym chodził po krawędzi
a przecież krawędź to pragnienie

U moich nóg kuca niecierpliwość
komuś z radia sypią się opiłki muzyki
garstką echa mkną na skrzydłach
po sinusoidach krętej drogi

Resztki promieni słońca
załamują ręce w nurcie rzeki
nad którą usiadłem i płaczę
nad habitusem mojego niepokoju


Napięty do szeptu i krzyku

Kiedy popieleje już mrok
biorę nierdzewny klucz
i z ptaszarni uwięzionych słów
uwalniam sekrety zaklęte w drzewach

W słowach mieści się cały świat
tkany naszym istnieniem
W bezlitosnym jego lustrze
drzemią cierniste zagadki

Piszę szeptem o awangardzie nóg
o niesytej krwi poezji

Gdyby pojąć języki ognia
i dzwony na anioł bezpański



Credo

Pod wysokim stropem nieba
w zielonej swej postaci minęła
moja młodość

Wokół było tysiące probierzy, gdy
mozolnie kułem obraz męczeństwa
- ja pątnik w swej pielgrzymiej drodze

Dziś moja dusza trwożna
jeszcze w powłoce szorstkiej bryły
choć serce nabiera miękkości

Zdradzony przez pierzchliwe dni
coraz mi ciaśniej w komorze pomyłek
coraz bardziej wyboisty szlak

Tylko Ty możesz nakłonić ucha
i choćby przez małą szczelinę
wyprowadzić mnie ku światłu prawdy

TOMASZ JAMROZIŃSKI

Tomasz Jamroziński – ur. 1978. Autor tomu wierszy pt. stenogramy (Korporacja Ha!art, Kraków 2004). Druga książka poetycka Przylądek do skrócenia ukaże się w tym roku w olsztyńskim wydawnictwie Portret.Wiersze publikował m.in. w “Czasie Kultury”, “Ha!arcie”, “Kresach”, “Odrze”, “ProArte”, “Studium”. Laureat konkursów poetyckich m.in. im. H. Poświatowskiej, K.K. Baczyńskiego, Z. Dominiaka. Recenzował dla “Dekady Literackiej”, “FA-artu”, “Opcji”, “Studium”. Pisze doktorat z teorii interpretacji na UJ. Mieszka w Częstochowie.

nowi lunatycy

     Rykoszet światła zupełnie wybił sen z głowy. Pustka,
     a po chwili flakoniki perfum, pudełko po cukierkach.
     Rzeczy przybierają na wartości i na kolorze. Zegarek
     zbyt daleko, żeby upewnić się jak bardzo zapuszczona

     to godzina. Ręka zatknięta na jej biodrze trzyma ciepło.
     Śmiechy z głębi korytarza, nie rozróżniam zjadliwości
     od zatroskanych uwag na temat poranka, jedynie szum
     dociera do mnie z pewnym opóźnieniem. To przelotny

     deszcz podszczypuje rzekę, łamie się na setki klaśnięć.
     Przebudzić ją? Opowiedzieć o tym, że terytoria wciąż
     nieoswojone? Może skrawek. Pokoje, klatki, podjazdy
     są jak przylądki do skrócenia. Chciałbym mieć z tobą
     wspólnych sąsiadów, do których mówiłoby się rzutkie
     "dzień dobry" po tym, jak dzień wcześniej się nabroiło.
     Już nie boję się odwracania plecami, bo z tomaszkiem
     rozbrat, dług przeszłości spłacony. Szepczę jej do ucha
     - chodź ze mną, wypijemy rzekę

     wiersz z zapowiadanego tomiku "Przylądek do skrócenia"



        oczodoły
        
        przedustawny porządek podwórka mocno
        zachwiany a seans to jedynie przykrywka
        przeznaczona dla niewprawnych oczątek
        
        pokrzyżowane arterie skamlą w nagłówku
        nie przynoś więcej tego do domu błagam
        
        
        
        świerszczom
        
        w natłoku nadbrzeża całe chmary świerszczy
        nikomu nie przyjdzie do głowy, że te dźwięki
        to jedynie zapowiedź zimnej wojny listopada
        
        a jeśli nawet kisną teraz, jeśli nawet, to nie
        powód, żeby je ruszać i łączyć nas w pary



IANINA HAHULA

 

 

 

 

 

 

 

 

Ianina Hahula urodzona 1984 r. w Suczawie w Rumunii. Pochodzi z rodziny polskich górali osiedlonych na terenach Bukowiny Rumuńskiej w 1834 roku. Studentka UJ na kierunku pedagogika – animacja kultury.  Jej wiersze znajdują się w Antologii wierszy studentów zagranicznych – Rzeszów 2003 i Almanachu II Polonijnych Spotkań Literacko – Artystycznych wydanym w Krosnie (2004).

Martwa myśl
Trzymam na dłoniach
Zmarłego motyla
Patrzę z podziwem
Na jego niebiesko - fioletowe skrzydła
Trzymam go w dłoniach
I myślę
Ile ma lat?
Dni?
Sekund?
Od kiedy jest martwy?
Wypadł mi z głowy.

1 III 2006, Kraków

Sen na początku grudnia
Dotykam cię
Miękkimi rzęsami pamięci
lekko
jak pastelowe skrzydła motyli
I płynę posrebrzana
W głuchym świetle księżyca
ku tobie...
Kołyszesz mnie jak lampę miłości
Twoim uśmiechem
I przetwarzam się
w srebrnym pyłku
Na dłoni twojego serca...
Wdychasz mnie
Ocieplam ci pierś
I jestem jedno z tobą, w tobie
Zasypiam...
...śnię srebrny sen
na początku grudnia

30 XI 2005, Kraków

Sen z czerwonymi makami
Ubieram się miękkością moich włosów
Podnoszę się na palcach
i kroczę do twego snu
Dotykam ci czoło
pocałunkiem czerwonych maków...
...i we śnie budzisz mi się
czeszesz me włosy
tysiącami pieszczotami
mówiąc mi
że śniłam ci się
z czerwonymi makami w zbożowych włosach.

30 XI 2005, Kraków

Skamieniała
Jestem smutnym wesołym aniołem
Płaczę zmarłymi kwiatami
Tymi oczami kiedyś letnimi
Dłonie skamieniały mi
dookoła narządu
Kiedyś nazwanym "serce"
Nogi ugięły mi się pod ciężarem
Ciała
Rozbiłam kolano
o takich kamieniach zwanych "słowa"
Włosy mam ciężkie i chaotyczne
a brudne skrzydła
wiszą ołowiane.
Kamieniują mnie
Twe ciężkie słowa.

14 I 2006, Kraków

ANNA HYDZIK

Anna Hydzik ukończyła Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Krakowie, jest także absolwentką Wydziału Wychowania Artystycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie. Jej pasją jest malarstwo, historia sztuki i gra na fortepianie. Obecnie poświęciła się pracy z dziećmi i młodzieżą, ucząc plastyki. Z poezją związana jest od 20 lat. Tomik wierszy „Barwy świata” jest jej debiutem poetyckim, a zawarte tam wiersze powstały w krótkim okresie przed wydaniem. Tematyka utworów skoncentrowana jest wokół Boga, miłości, tęsknoty, cierpienia. Zamysłem poetki było wyrażenie nie tylko swoich przeżyć, odczuć, ale próba identyfikowania się w nich z drugim człowiekiem, który doświadcza podobnych problemów. (na podstawie noty wydawniczej w: Barwy świata (2007)).

 

Wdzięczność

Wdzięczna Ci jestem
za spokój przyrody
jej dostojeństwo i ład

za psa przystojnego
z piwnymi oczami
zatroskanego

za ptaków rozmowy
i harmider jaki
swym dźwiękiem
czynią w powietrzu

za mgłę jesienną
popielatą
posadowioną pomiędzy
drzew ramionami

za ciepło i aromat słońca
które przyzwalając istnieć
kolorom, samo trwa

za wszechobecność Twoją Panie,
za Ducha, którego udzielasz światu
za to, że poruszasz to wszystko
potęgą Swych dłoni

za zaplanowane przypadki
tak dziwne i niespodziewane
Wielbię Cię, Panie.

Dalie

Szkarłatna
miłość
dalii

ze śnieżnobiałym
welonem
tęsknoty,

samotność
dziewanny
złotej

i smutek
dzwonków
płaczących,

czystość
konwalii
muśniętych

rosą
srebrną
i chłodną

wierność
aksamitek
pomarańczowa

świeżość
mchu
gdy

jeszcze
sen
wokoło,

rumieniec
róży
pąsowej

i namiętność
piwonii
czerwona

melancholia
fiołków
maleńkich

to wszystko,
kolory mojej
miłości

do ciebie



Pora odejść

Pora
odejść,
zapomnieć,

porzucić
nadzieję
brzemienną

w myśli
opętaną,
nieugiętą.

Pora opuścić
wygodne
marzenia

bo z własnej
woli
utkane.

Pora powitać
inny
świt i poranek

wonnością
Twojej woli
napełniony

I oddać wszystko
co trwało
w przeszłości

aż dotąd

w troskliwe
ramiona
jutra

JAREK GAWLIK

 

 

 

 

 

Jarek Gawlik  Rocznik 1961. Studiował polonistykę, potem wiedzę o teatrze. Jest aktorem, reżyserem, poetą, pedagogiem; współpracuje z kabaretem “Kuzyni” i festiwalem Fama (prowadzi tam warsztaty teatralne). Gra w kapeli – jak mówi – radosnego punka “Rokers Pokers”. W czasie studiów w Londynie założył teatr niezależny, w którym grali przede wszystkim Anglicy – sceniczne pomysły Gawlika zrobiły na nich szczególne wrażenie. Żonaty z Magdą Ujmą, krytykiem sztuki. Mieszka w centrum Krakowa, ma kota Kołka. Lubi chodzić po górach, czasem można go spotkać w “Pięknym Psie”, gdzie organizuje happeningi.

 

z cyklu: “Wierszyki świnoujskie na slam”

Hande hoch!
Hande hoch!
Jestem Włoch
z Irlandii.
Mam zasuszone wargi.
Gdzie to ja byłem!
A gdzie nie byłem!
Z kim to ja piłem!
A z kim nie piłem!

Mam na oku pewną gęś,
no i co z tego, że mam lat pięć.

 

Jeszcze będzie pięknie…? Monolog z panią ze Szczyrku.

I.
Jechałem do Bielska, jak się jedzie do Bielska – busikiem i autobusikiem, Kalwaria, Wadowice, Polska katolicka, to nieważne, mówią w reklamie.
Zatłoczonymi ulicami, żeby zdążyć na otwarcie wystawy, na stojąco i wisząc, potem siedząc. Układałem z nudów przytup: piękno! odciśnij piętno! Bielsko! czuję się sielsko! Pomówmy o wystawie. Bielsko, nie ma gdzie zjeść, sklepy zamykają w południe, chodzą spać z kurami, wernisaż o 15 w sobotę, po zamknięciu ostatnich sklepów, przed pójściem spać.

Z miasta jechałem na prowincję, do Bielska, oglądać wystawę o grzmiącym tytule: Piękno. Miałem wyobrażenia piękna, tak, pani ze Szczyrku, do której to, miałem ideały piękna, kobiety, dziewczyny, na czym zawiesić wzrok, piękni chłopcy nie tak bardzo jak dziewczęta. Mam ideały, piękne krajobrazy, wchodzisz zmęczony na górę i rysuje się perspektywa. Piękno mechanizmu, raczej piękno natury, ożywione i ewentualnie zmimetyzowane w pracy plastycznej. Dzieła: surowe piękno starego Egiptu i kunszt późnego Egiptu, różne. Otwierasz usta.

Na wystawie nic nie zachwyciło. Jak ma zachwycać, skoro nie. Raczej brzydota niż piękno. Ci ludzie? Czemu nie ma piękna? Wychodzę, daleko i jest piękno, nie w galerii. Skanseny piękna w muzeum, zachwyt dziełami epok minionych, dobór koloru. Raczej tu do czynienia z myślaczami, nieporadność wobec tematu, chore i pokręcone. Że nie oglądam telewizji, oglądam. Kino i krajobrazy, patrzę, piękno zmysłowe odbieram, zachwyt nad ludzkim, nad pięknem natury, zostało. Co do ludzkich, nie pamiętam. Piękne samochody? Nie, ani architektura. No, Włochy – miasta, nie tylko natura: kościoły romańskie, mozaiki z Rawenny. Nawet Vedova, abstrakcje, Pollock. Malewicz, z oryginałów, Otto Dix, z oryginałów i Kandinsky, Hans Arp, Calder, dzieła w oryginale. Brancusi, Giacometti, Bourdel, secesja i kubizm czeski. Harmonia. Robić rzeczy piękne, dobre, żeby harmonia, uszczęśliwić, tu namalowane pogruchotane ręce, karykatury, samobójstwa, kobiety w ciąży z maską świni – w tym miejscu jesteśmy?! Robale na filmie targane konwulsyjnym ruchem – piękno? Efekty malarskie. Nie było artystów od piękna – dla nich to bolesny temat, nie radzą sobie. Perfidia kuratorek, wybór artystów, którzy nie radzą sobie. Dobry malarz Sztwiertnia, tematy medyczne, operacje na oku, odciętych palcach. Zdjęcia przyrody, martwy jelonek Wiechowskiej. Robale. Praca z dziurką, widać sowę, Bogackiej. Kpina, nieudolność, gimnastykują się, głowią, esy floresy, nie radzą sobie, przyzwyczajeni do służby społeczeństwu, przesiadywania w sądach i zmagań z Ligą Polskich Rodzin, odpowiednikiem ligi włoskich rodzin, nie powiem jakich. Tragiczne zbiorowisko. Wyklęci mieliby nagle zejść z tonu moralizowania i walki o jakość społeczeństwa, zajmować pięknem? Z polskim piętnem zajmować się pięknem? Małgosia Markiewicz, w rozrzuconych ciuchach po sali, aspekt społeczny piękna. Abstrakcje Burskiej, krew, z patriotycznej stała się miesięczną, krew to krew, za tym Chrystus, męczeństwo, Polska, ogrom zbrodni i niedoli, żywot tragiczny, wampiryzm historii, ducha dziejów. Ci biedni, pogmatwani mieliby się zająć pięknem? Oni nie umieją. Nie mówię o Simonie, który z przerażenia wysadził się w powietrze, z bezradności. Baumgart musiała się wstawić za Matkami Polkami, zdeprawowanymi, nie chcą być Matkami Boskimi. Książek, są takie wyjątki, musi być cudak we wsi, który dziubie świątki i gra na fujarce. Wiechowska musiała zabić jelonka ofiarnego, Ostoya – popełniać samobójstwo. Nie piszę o Sawickiej, same wielkie litery, to przerażające. Patos odbija się, uwolnić się, splunąć za siebie. Kod potworny, destrukcyjne DNA, Boże, pozwoliłeś, że urodziłem się Polakiem?! (Polki też Polakiem, Polki Polakami – potworne, geje też Polakami). Wchodzisz, chcesz o pięknie, Polska.

II.
Z obsesją Polski tak, jak pani mówi, ze Szczyrku. O ostatnich miesiącach Dudy-Gracza, zmarł w przeddzień, w wigilię wernisażu w Bielsku, nie dojechał, samotny podczas pleneru w Łagowie ginął. Jak pani mówi, on się spełnił na koniec, słuchał Szopena i malował pejzaże polskie, beskidzkie, z wplecionym kluczem wiolinowym, pięciolinią, plamy układały się w klawisze. Kto oszalał, proszę pani. Ideał pani piękna, Polak z duszy i krwi, potworne, tych prac nie widziałem, bluźnię profesora oczerniając, prześmiewając się z pani, straszne przejścia, jak piękno podejść, ugryźć. Dla pani piękne, dla mnie chore, nie zrozumiemy się, to przerażenia początek, pisał Rilke w wersji Jastruna. Czy rzeczywiście, ogląda się piękno, za nim diabeł. Głowa boli od słów, wypowiedzieć nie umiem, do cholery z pięknem, nie ma, robaki jedzące ciało, listopad, święto umarłych.

“Piękno, czyli efekty malarskie”. Wystawa zbiorowa. Kuratorki: exgirls – Magdalena Ujma & Joanna Zielińska. Artyści i artystki: Anna Baumgart, Agata Bogacka, Bogna Burska, Paweł Książek, Małgorzata Markiewicz, Magdalena Moskwa, Anna Orlikowska, Anna Ostoya, Jadwiga Sawicka, Jan Simon, Grzegorz Sztwiertnia, Monika Wiechowska. Wernisaż – 6 listopada 2004. Galeria Bielska BWA.

(c) Jaro Gawlik, listopad 2004

Appendix: Jak się miała otwierać wystawa “Piękno” we Wrocławiu, zabili Beksińskiego. Co jest? Lepiej, żeby nie przenosiły dziewczyny dalej wystawy, a nuż Henryk Waniek albo Dwurnik…
[22 lutego 2005]

ELIGIUSZ DYMOWSKI

Eligiusz Dymowski

Eligiusz Dymowski– franciszkanin, wykładowca teologii pastoralnej, poeta i krytyk literacki. Uczył się w Liceum Ogólnokształcącym w Wieliczce, studiował teologię w Krakowie i na Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie. Doktoryzował się w Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Pracował jako duszpasterz w Pińczowie i w Somma Vesuviana koło Neapolu. W latach 1999–2005 pełnił funkcję rektora Wyższego Seminarium Duchownego OO. Franciszkanów w Krakowie, w Bronowicach Wielkich. Obecnie zajmuje się pracą dydaktyczną, naukową i literacką. Członek Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, a także Oddziału Polskiego Stowarzyszenia Kultury Europejskiej (SEC), którego jest również wiceprezesem. Debiutował w 1987 roku. Autor licznych publikacji prasowych. Wielokrotnie występował w różnych rozgłośniach radiowych. Jego wiersze były tłumaczone na język włoski, esperanto, angielski i rosyjski, które można znaleźć w polskich i obcojęzycznych antologiach. Opublikował następujące tomiki wierszy: 1988 – „ W cieniu drzew”, 1990 „Wołanie głębin”, 1992 – „Krople nadziei”, 1993 – „Tęsknota do bezimienności”, 1995 – „Cierpienie anioła”, 2000 – „W poczekalni świata”, 2003 – „Okruchy poezji” – „Le briciole di poesia” (tomik polsko-włoski), 2005 – „Przemilczenia” – „Unsaid” (tomik polsko-angielski), 2006 – „Wędrówki z Nobilis”. Ponadto jest autorem książek: „I ministeri laicali nell’ecclesiologia di Y. M.-J. Congar” (2001), „W ciszy Boga” (2001).

 

Świt w Toledo

Nie pytajcie ile miałem lat
kiedy obudził się we mnie
krzyk spalonej ziemi

właśnie wschodziło słońce
gdy nagle
pod welonem nieba
uniosły się wszystkie kolory

w wąskich uliczkach
przechadzały się wydłużone cienie
jak z obrazów mistrza El Greco
który najchętniej o tej porze
kosztując smak gorzkiej kawy
mruczał pod nosem
hymn o stworzeniu świata



Istnienie

Moja egzystencja
to nie pusta wyobraźnia
bez światła
ani świtu
dojrzewającego drzewa
cierpkich owoców
życia
moja egzystencja
to systematyczny
bieg czasu
ku Nadziei


Odchodzimy

Odchodzimy
jeden po drugim
na tamtą stronę.

Nad brzegiem morza 
w żałobnym tańcu
nimfy wykrzykują rozpaczliwe:
Miserere nobis, miserere...

O błogosławiona chwilo
w blasku wschodzącego Słońca.

PATRYK DZICZEK

PATRYK DZICZEK

Nazywam się Patryk Dziczek i pochodzę z małego miasteczka Orneta. urodziłem sie 8 wrzesnia 1983r. Jestem studentem IV roku na AWFiS Gdańsk . Interesuje sie sportem, teatrem, książką i poezją w szczególnosci Wisławy Szymborskiej, którą cenię za styl bycia oraz umiejętność dotarcia do mojego wnętrza poprzez swoje teksty mimo tak dużej różnicy wieku. W przyszłym roku chciałbym zdać do szkoły teatralnej a w przyszłośći mieć szczęśliwą rodzinę.

 

Wojtkowi Czerniewiczowi
   z przekonaniem

Na mapie
Której nigdy mi nie
Narysowałeś
Jest zapisane...

Ona jest inna niż 
Wszystkie
Prawda?
Nie ma oznaczonych
Dróg
Nie ma zaznaczonych 
Granic

Jest za to określony
Czas
I ilość obecnych
Osób

Dwie

Liczba przerażająca ale...
Nie dla Ciebie
Prawda?

Najchętniej złożyłbyś Ją w
Kopertę
I przekazał listonoszowi który nigdy
Nim nie był
Aby wysłał Was
W miejsce

Bez adresu

Opisywanie Jej nie mieści się
W słowniku mojego
Umysłu
Dlatego pozostawiam to...
Tobie
Jak klucz pod wycieraczką
Wszyscy o nim wiedzą ale
Tylko Ty nosisz go na 
Szyji

Z przekonaniem stwierdzam
Że będziesz sprawcą
Uśmiercenia koniczynki

Nie zależnie od którego
Listka
Zaczniesz wyliczać

W ygrasz



Do Wisławy Szymborskiej-
w sprawie kałuży

Reguły świata się nie sprawdziły
Lęk ten sam Muszę przyznać
Dziura jak dziura w płocie
Rzecz normalna

Kiedy spadałem moje wszystkie czarne komórki
Złączyły się w jedną
Abym mógł widzieć rzeczy bardziej wyraźnie
Niż są zazwyczaj
Zalanie asfaltem bez mojej formalnej zgody
Prośba to najczęściej tylko
Teraz pozostaje mi tylko czekanie
Na kolejny Pani wiersz
Który mnie stamtąd wydostanie
Znając biografię
Obawam się że nie nastąpi to szybko

Ani nawet długo


BOŻENA BOBA-DYGA

Bożena Boba-Dyga (pseudonim Sylvia von Sielberstein). Wielokrotnie nagradzana konserwatorka dzieł sztuki (m.in. trzykrotna laureatka modernizacji roku), projektantka, autorka fotografii oraz muzyki do wierszy, pieśniarka i poetka. Zadebiutowała tomikiem Skrytka Sylvi von Sielberstein (2003). Laureatka międzynarodowych konkursów literackich, publikowała w prasie i almanachach: Słony smak piękna (2003) i Wiara nadzieja miłość (2005), Odnajdziemy się w muzyce (2005), Sfera 2 – Almanach Koła młodych przy SPP w Krakowie (2006), Konfontation/Konfrontacje (2006) ZPAP Okręg krakowski Kolonie Weddind E.V. z Berlina. Tłumaczona na angielski, niemiecki, francuski, hiszpański i włoski. Członek zarządu sekcji konserwacji ZPAP okręg krakowski i Koła Młodych SPP w Krakowie oraz Krakowskiej Konfraterni Poetów.

(z noty wydawniczej w: Kropla, Kraków 2007)

***

dedykowane Wisławie S.
	
nie jestem żoną Lota
a jednak co dzień
zamieniam się w nieśmiały
słup soli


Ostatnia kropla

jestem kroplą

(czystą) wody dla smutnych pociechy spragnionych
(ciemną) krwi zakrzepłej na ranie sercowej
(żółtą) moczu i tą rosy porannej na liściach i trawie
przeglądajcie się we mnie jak w lusterku


Epitafium żartobliwe

Zacykają świerszcze
na jej ziemnym grobie:
jej truchło tu zgnije
przyrzekam ja tobie.
Kos przeleci i wilga
nad jej niepamięcią
zakwilą zaśpiewają jako niemowlęciu:
moja wierna duszko
ziemi gruda wilgotna
jest ci już poduszką
poleżysz, tu poleżysz aż do
Zmartwychwstania
gdy na głos wielkiej trąby
podniesiesz się sama
i będziesz wtedy jako
ci anieli w niebie
lekka biała skrzydlata
bliżej nam do ciebie...

AGNIESZKA BUBKA

Agnieszka Bubka – ur. 1982r. animatorka i inspiratorka wydarzeń kulturalnych i poetyckich, autorka opracowań muzycznych i asystentka reżysera w Teatrze im. J. Słowackiego, aktorka, a także dyrektor krakowskiego oddziału Fundacji ABCXXI.

 

Akt

Ziemskie mięśnie
Boskie skrzydła
opętane nagością gołębie.


Diament

Jestem niczyja-
Spłonę na stosie ślepej wiary.
Papierowa nić.
Przebudzenie
Wygasły.
Poróżnione niczym Wschód i Zachód.
Nasze ciała o poranku.

 

JAROSŁAW WOJCIECH BURGIEŁ

Jarosław Wojciech Burgieł

Jarosław Wojciech Burgieł ur. w 1962 roku w Krakowie. Muzyk i pedagog, pracuje w szkole muzycznej jako nauczyciel gry na gitarze. Wydał dwa tomiki poetyckie: Wyszedłem po wiersz (wyd. Miniatura, Kraków 1992), Chwilowe ucieczki ze świata (wyd. Fundacja Kultury i Sztuki Ars Longa Mieczysława Święcickiego, Kraków 2001). Należy do Formacji 16 działającej przy Dzielnicowym Domu Kultury „Dworek Białoprądnicki” w Krakowie, brał udział w pracach Koła Młodych przy SPP w Krakowie. Został nagrodzony w I Konkursie Poezji Religijnej w roku 1993, a także wyróżniony w dwóch kolejnych edycjach tego Konkursu. Autor został też wyróżniony w I Pienińskim Konkursie Poetyckim w roku 1995.

 


 
SKORO BÓG JEST WSZĘDZIE
(Po lekturze pism Jana Pawła II) 

„Lepiej istnieć niż nie istnieć”
W istocie wszystko istnieje
począwszy od próżni,
poprzez okruchy kosmosu
życie organiczne,
ludzką duszę,
aż po Ducha Wszechmogącego,
który jest wszędzie.
Tylko nieistnienia nie ma 
                  16 05 2005


ELITA JEDNOOSOBOWA 
Nie muszę chodzić na salony
nie muszę ubierać się wieczorowo
i zachowywać dobrego tonu
Wieczór sam w czerń mnie ubierze
lampa zawiesi na szyi cień krawatu
a bon ton przybędzie wraz z symfonią
Do wyższych sfer wejdę przez wers poezji
słysząc przy tym  „Witam państwa”
albo „Dzień dobry”, „Dobry wieczór”
ale nikomu nie trzeba się odkłaniać
i gdy potrzeba można wyjść 
gdzie król chodzi piechotą 
bez obrażania wielkich figur
Nie muszę chodzić na salony
Salon mam w swoim pokoiku
ukryty między pokrętłami
w poszumie głośnikowym radia 
                              4 - 5  II  2004


 OTWIERANIE CZELUŚCI PIEKŁA 
       Źdźbło  trawy
       na skraju ścieżki
       wdeptane w błoto
       buciorami, które
       się nie chciały ubrudzić
       i przemoczyć
       jest jak człowiek
       niesprawiedliwie upodlony.
       Z tego deptania
       ścieżka się poszerzy
       aż zniknie ostatni
       pęd zieleni:
       wtedy nikomu 
       przejście tą ścieżką 
       nie ujdzie na sucho
                   6 XII 2004



JOANNA BĄK

Joanna Bąk – Studentka Edytorstwa i Komunikacji Medialnej w Instytucie Filologii Polskiej Akademii Pedagogicznej w Krakowie. Pisze właściwie od zawsze, choć to zawsze trwa dopiero kilkanaście lat. W tym roku swoje wiersze opublikowała w debiutanckim tomiku “pomiędzy”.

galeria

patrzą na mnie oczy obrazów
już zapomnianych
jeszcze nie stworzonych

farba rozlewa się na linii horyzontu
krzepnie pod skórą płótna
marszczy się w wąwozach
zastyga na skraju lasu

zniosę krajobraz prawdy
wybaw mnie od pozorów
ziemski malarzu



łóżko

jestem intruzem
zagubionym wśród cieni
przedmiotów

na cudzym łóżku rozkładam
zmęczone sny i kości

łopatki przebijają materiał
nogi drętwieją na złość nocy
pięści kurczą się w pościeli
pełnej duchów

materac buntuje się
cudzą przeszłością
kołdra przytłacza
niechęcią do obcych

rzeczy żyją
własnym prawem biologii

znikam z pola widzenia
znów nie ma ratunku
od skóry łóżka



gra

przegrałam casting na mrówkę
zostałam powołana do roli człowieka

garderobiana jeszcze w zamyśle
zapięła skórę pod szyją
dokleiła rzęsy i paznokcie
wpuściła w maliny włosów
w kanał którym wychodzi się
w centrum uwagi

zagraj sens -  podpowiadali aniołowie
no graj - wciąż krzyczą
gdy próbuję uciec
w formę embriona

nie ma drogi powrotnej
są tylko pierwsze kroki
gra z czasem
w sens


 

JÓZEF BARAN

Józef Baran urodził się w Borzęcinie koło Tarnowa w 1947 r. Ukończył polonistykę w WSP w Krakowie. Jest autorem ponad 20 książek, a jego poezja była tłumaczona na kilkanaście języków. Wiersze J. Barana wyróżniono nagrodami im. Stanisława Piętaka, Andrzeja Bursy, Fundacji Kościelskich w Genewie, Funduszu Literatury. Jego utwory znalazły się w repertuarze Elżbiety Adamiak, Grupy pod Budą, Starego Dobrego Małżeństwa, Mirosława Czyżykiewicza, Oli Maurer. Tłumaczone były na kilkanaście języków, m.in. angielski, hebrajski, niemiecki, czeski, rosyjski. Publikowano je w wielu antologiach krajowych i zagranicznych. Laureat nagrody Krakowskiej Książki Miesiąca (marzec 2001) za tomik pt. Dom z otwartymi ścianami (Warszawa 2000). Od 25 lat jest dziennikarzem, obecnie na emeryturze, współpracuje z krakowskim “Dziennikiem Polskim”. Zaprasza na swoją stronę internetową www.baran.art-krakow.pl
DIALOG Z DUSZĄ

skryta uzurpatorka
z nieziemskimi manierami
ma o sobie
ho ho
jakie wyobrażenia
powołuje się na gwiezdne powinowactwa
to znów czyni aluzje
do nieśmiertelnych genów
skazana
jak twierdzi
nie z własnej woli
na ziemski mezalians

bosko wyniosła
domyśla się
jak powiada
tajemnicy reszty
która jest milczeniem
lecz nie zdradza jej ciału
bo jest na to za tępe

nigdy się nie zgadzała
i za żadne skarby nie zgodzi
by ją skrzydlatą
zamykano w ciasnym horyzoncie

zawsze pragnęła się nieść
ponad ograniczeniami grawitacji
jak salwa nieskończoności
w studni bez dna

przestrzeń nieograniczona
w wolnym człowieku
domagająca się pysznie
- dlaczegóżby nie?! -
by ją napełniano
wiecznością



ANNA BAGRIANA

Anna Bagriana / Aннa Бaгpянa/ – ukraińska poetka z “pokolenia dwutysięczników” /pisarzy, którzy debiutowali po 2000 roku /. Autorka poetyckich książek “Kwiatostan słów” Kijów 2000) “Wśród snu bzów” (Kijów 2002) “Między Bogami a nami” (Kijów 2005), utworów dramatycznych “Ponad czasem”, “Rododendron”, “Jest w aniołach – coś szatańskiego” Urodziła się w 1981 roku, ukończyła z wyróżnieniem w 2004 roku wydział filologiczny Uniwersytetu Kijowskiego im. Tarasa Szewczenki. Pracowała w redakcji sieci telewizyjnej “JuAna” prowadziła autorski program telewizyjny “Harmonia duszy”, była starszym redaktorem Ogólnoświatowego Komitetu ds. Ukraińskiego Radia naczelnym referentem Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów ds. problemów ukrainoznawstwa, korespondentem ukraińskich periodyków.Jest laureatką wielu konkursów, w tym “Poetyckich warsztatów – 2002”, oraz nagrody za mistrzostwo w posługiwaniu się słowem “Rękodzieło” w 2003 w kategorii poezji i w 2004 w kategorii dramatu.

Sekretarz Rady Narodowego Związku Pisarzy Ukrainy ds. twórczości młodzieży, naczelny redaktor pisma literackiego “Granoslowije”, autor i redaktor prowadzący autorskiego literackiego programu na kanale “Kultura”.

Przewodnicząca Ogólnokrajowej Ligi Kobiet Ukrainy i Stowarzyszenia Poetów Kijowa.

 

TO W PRZYBLIŻENIU TAM...



to w przybliżeniu tam

gdzie Bogu zabrakło nici

gdzie ziemia nie sfastrygowana z niebem

porusza się

jak oderwana łapka pluszowego niedźwiadka

resztka cudzego dzieciństwa

to w przybliżeniu tam

gdzie boska ręka

nie rusza cienia samotnego drzewa

powalonego rękami człowieka

w przededniu Święta

to w przybliżeniu tak

że słońce w kręgu stojąc

błaga o przebaczenie

u ciebie

u mnie

za to

że nazbyt późno

ogrzało

nasze serca


*   *   *

kamień ciśnięty z góry

słowo rzucone w plecy

w milczeniu patrzymy

jak walczą

słowo i kamień

o to

kto z nich zamyka koło

granicę zakreśloną dla życia

to jest w stylu tutejszego Boga

ale słowo nie było na początku

pierwszy kamień upadł na ziemię

ja

ten nefryt znalazłam

dla ciebie



*   *   *

oprócz szmaragdów

nie mam

niczego kosztownego

mój storczyk

umarł wczoraj

nie przywykł do klimatu

tylko w Kijowie

nie ma żadnego przyzwoitego cmentarza

dla kwiatów

dla serc

dla szmaragdów

tak samo śmiertelnych

jak orchidea

nie ma



AFFIRMATIVE

Kuba Kisielewski – przystanek Krewetkowo

Eryk Ostrowski – przystanek śnieżne góry

Łukasz Mańczyk – przystanek Affirmative

Zespół Niezwykle Smutna Ryba

Kuba Kisielewski (ur. 1984 r. , Kraków) studiuje na drugim roku Automatyki i Robotyki na Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Prowadzi imprezę z cyklu Anna Dymna i Poetycka Wolna Trybuna. Należy do grupy poetyckiej „Sylaba” przy Domu Kultury im. CK Norwida w Nowej-Hucie, której opiekunem jest Elżbieta Zechenter-Spławińska. Tam też drukował swoje pierwsze wiersze. Uczęszczał na spotkania Koła Młodych przy Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Otrzymał wyróżnienie pierwszego stopnia w I Wojewódzkim Konkursie Poetyckim „roczników 80-tych”. Ukończył XII Liceum Ogólnokształcące im. Cypriana Kamila Norwida w Krakowie – profil matematyczno-fizyczny. Był jednym z redaktorów gazetki szkolnej „Hybrydy”. Z powodzeniem brał udział w przeglądzie teatralnym organizowanym przez szkołę, grał główne role w sztukach będących inscenizacją Witkacego i Moliera. Ponadto zdał egzamin na instruktora sportu ze specjalnością tenis ziemny. Poezja, tenis i automatyka wyparły tak pasjonujące zainteresowania jak wędkarstwo i zbieranie znaczków J. W bieżącym roku ukaże się jego debiutancki tomik, którego redaktorem jest Łukasz Mańczyk.

Kuba Kisielewski „Przystanek Krewetkowo”

*** (Jeśli możesz wszystko)

Jeśli możesz wszystko
Ześlij mi z nieba jak mannę
Wszystkie muzy mojego życia
A oddam Ci w ofierze wszystkich moich Izaaków

Jeśli boją się lotu przekonaj je do mnie
A przeprowadzę przez ocean
Wszystkich grzeszników ze mną na czele

A jeśli są zatwardziałe spraw chociaż by były w życiu szczęśliwe

Krewetkowo

Kiedyś umiałem kochać
Od prawej
Do lewej
Ufać
I jeszcze nie wiedzieć komu

Tęsknię
Za tą ostatnią minutą szans
I nie nagrałem na video
Za tą dziecinadą zaślepieniem
Któremu nie pomogłyby nawet okulary z Vision Express

Czy tylko po to by pamiętać że kiedyś umiałem kochać od prawej do lewej?

Toruński wiersz

Nie uwierzycie –
Kopernik nie pozwala sobie robić zdjęć z facetami —

Nie uwierzycie –
Nie tylko Kraków jest piękny ale i Toruń —

Nie uwierzycie –
Nie tylko w Krakowie są piękne dziewczyny ale i w Toruniu —
A szczególnie taka jedna
Dlatego w Toruniu są piękne dziewczyny

Dlatego tam są najlepsze sylwestry i tam najlepiej smakuje piwo

Ten wiersz nie ma puenty

Wiersz z odzysku

W sobotę oglądałem teleexpress nie pokazali:

Wieczorem pojechałem na imprezę na złom imprezę
Pojechałem sprzedać dwa piecyki gazowe
Oddzieliłem materiał dobry od złego
Zrozumiałem dlaczego w wózkach zamiast dzieci
Wożą pralki i puste lodówki

Stanąłem w kolejce
Jechałem pierwszą klasą
Za mną ojciec z dwójką dzieci i workiem puszek
Dalej starszy pan który chciał pojechać na wczasy
Do Żywca albo w Tatry mocne
Pani z workiem na plecach jak święty Mikołaj
Zebrała tyle aluminium
Że można by wytopić nowego Lenina

Czy mogą odzyskać jakieś życie?

Dr Guillotin

Stoją zawsze w kółeczku

I koniecznie w kilkoro

Cukrują
Rechoczą
Podskakują

Puchną okręgi
Koła wzajemnego strachu

Odstępstwo grozi
Wzrokotyną
Plotkotyną

A ja
Wchodzę do środka
I wbijam cyrkiel żeby było równo

Chcieć to sobie można

Chciałbym cofnąć czas
Chcieć to sobie można

Wiem nie umiesz kłamać
Nigdy mi nie wybaczyłaś

Nie potrafię z tym żyć

Wegetować

To nie Twoja wina

Wiem
Trudno się mówi

Chciałbym Ci pomóc
Chcieć to sobie można

Przeze mnie nikomu nie zaufasz
Wiem pochlebiam sobie
Niczyje życie nie zależy ode mnie

Moje wyrzuty sumienia z odzysku
Wtedy to nie byłem ja

Tylko mój niedojrzały cień

Powinienem Cię zostawić z Twoim strachem
Powinienem siebie zostawić z Twoim bólem
Powinienem zostawić nas ze wspomnieniem
Tego cienia

Nie lubię tego co powinienem

Za bardzo krzyczy we mnie
Twoja niewinność

Wiem to mi się należy

Mam nadzieję że Bóg da mi w niebie
Nowe ciało

Może mnie nie poznasz

*** (Ziemianie już prawie życie odkryli)

Ziemianie już prawie życie odkryli
Na innej planecie

Asteroid B-613
Zaraz obok Małego Księcia

Każdy by tak chciał

*** (Gdy zobaczyłem Cię przez dziurkę)

Gdy zobaczyłem Cię przez dziurkę
Od
Dyskietek
Próbowałem pojąć system dziesiętny

Od dziś

Jestem dwu karą
Jestem lawą turą
Jestem mszą
Jestem mono torem
Jestem procesem

Wróć mi logikę zerojedynkową

Perspektywy?

Znalazł się powód
By powrócić z powrotu
Nie wierzę sam sobie
I Ty nie wierzysz że ja w to wierzę

Lecz gdy znowu nastanie pustka
Powróce do powrotu z powrotu
I choć nie wierzę jeszcze
Znów znajdzie się powód by
Powrócić z powrotu z powrotu z powrotu

Eryk Ostrowski (Wojciech Ostrowski) (1977). Utwory poetyckie: „Śnieżne Góry”, 1996; „Ultramaryna”, 1997; „Słońce”, 1999; „Ludzie których obecność wystarczy”, 2003; „Mięta”, 2004.
Poeta, prozaik, eseista, redaktor. Urodził się w Krakowie w 1977 r. Debiutował słuchowiskiem Spacer pośród cierni (PR pr. I 1995, reż. Romana Bobrowska). Jest autorem książki „Wędrówki o świcie. Opowieść o Annie Kajtochowej” (1997) oraz szkiców poświęconych literaturze dla dzieci ogłaszanych w kwartalniku “Guliwer”. Wespół z Marianną Bocian wydał „Ostatnią rozmowę z Joanną Salamon” (2003). Zajmuje się twórczością wybitnych polskich poetek Joanny Salamon, Marianny Bocian, Anny Kajtochowej, którym opracował ostatnie książki poetyckie. W ostatnich latach opracował też debiutanckie zbiory poezji Łukasza Mańczyka oraz Jacka Pakuły; (tom Łukasza Mańczyka „służebność światła” wyróżniono nagrodą im. Kazimiery Iłłakowiczówny za „Poetycki debiut roku” 2004). Poezję i eseje publikował m.in. w czasopismach “Wi꼔, “Zeszyty Literackie”, “Topos”, “Tygiel Kultury”, “Przekrój” oraz serbskich (“Kniżevni list”, “Treci Trg”). Swoją twórczość prezentował też za granicą: w Instytucie Polskim w Sztokholmie (2002) i na 41. Miedzynarodowym Kongresie Pisarzy w Belgradzie (2004). W 2005 roku serbski PEN Club ogłosił jego arkusz poetycki Sneżne planine w przekładzie wybitnej tłumaczki Biserki Rajcić. Ostatnio nakładem wydawnictwa Skrzat ukazała się książka dla dzieci Jak żółw Bursztynek szukał domu. Mieszka i studiuje w Krakowie. Od 2001 roku jest opiekunem spuścizny literackiej Joanny Salamon. Stypendysta Miasta Krakowa w 2002 roku.

Eryk Ostrowski – Przystanek śnieżne góry

ŚNIEŻNE GÓRY

Śniłem pewnej nocy
o słońcu, które spadło.
Leżało u moich stóp,
widziałem gasnące promienie.
W jednej chwili
powróciła zima.
Nie było łatwo –
stałem się człowiekiem.

Śniłem tamtej nocy
o podróży do Śnieżnych Gór.
Czułem śnieg w zaciśniętych dłoniach.
Wśród chmur wypatrywałem życia.
Zatopiony w jeziorze,
tak bardzo chciałem
stanąć na szczycie.
Tak bardzo

wśród kamiennej bieli
byłem między Śnieżną Górą a Bogiem.
Pragnąłem zawołać,
po imieniu ujrzeć
słońce,
słońce między lodowcami.

Pod wyniosłą limbą
wdychałem wiatr,
czułem –
anioł?
przy mnie
– stoi? –

NAD WODAMI

1.

Uczciwość nakazywała milczeć przez wiele miesięcy.
– Pamiętam jak kiedyś przylatywała tu samotna para łabędzi, powiedział gdy mijaliśmy rzekę. Któregoś dnia zjawili się myśliwi. Ale jacy to znowu myśliwi! Strzelali do zajęcy, a trafili łabędzicę. Młode zginęły z głodu. Samiec przylatywał jeszcze przez dwa lata, sam. Trzeciego roku już się nie pojawił.
Popatrzyłem na rzekę. Nurt w tym miejscu był silniejszy, a fala rozlewała się daleko, rozszerzając koryto. Żółty kolor nadawał wodzie szacunek godny przeczuwanej głębi, jakby nakazywał nie podchodzić zbyt blisko. Którejś czerwcowej nocy przyśniło mi się, że napisałem nowe wiersze po długiej przerwie.
To mała rzeka, ale nigdy nie ma pewności.

2.

Po tych deszczach pierwsze słońce na żółtej fali rzeki opływającej stary młyn.
Wyjazd na wieś. Nisko pokładły się łąki. Myślisz – dla ciebie, tylko dla ciebie i tylko ziemia przeczuwa, każe kłaść się trawom, by dodać odwagi stopom.
Pod pierwszym mostem woda zarasta rzęsą i tatarakiem, spomiędzy gałęzi wystają krótkie dziecięce nogi. Ale to tylko lalka. Nie minął jeszcze rok od ostatniej powodzi. Strach wciąż towarzyszy ludziom zamieszkującym te wilgotne okolice.

3. Legenda

Za sczerniałym opuszczonym młynem stał dwór. Przebłyskują z oddali pomarańczowe ruiny. Mieszkali tam dwaj bracia, właściciele tych ziem. Zatrudniali tutejszych, byli dla nich dobrzy, w razie potrzeby nawet leczyli. Niedługo po wojnie, w latach pięćdziesiątych, wydano nakaz konfiskaty majątku, chociaż nie wykraczał ponad przepisowe (50 ha). Na wieść o tym w ciągu jednej nocy bracia puścili wolno po łąkach wszystkie zwierzęta, podpalili dwór i z kilkoma walizkami porzucili tę ziemię. Nigdy póĽniej nie widziano ich już tutaj.

4.

Idąc asfaltową szosą, wśród dyszących od upału czerwcowych pól myślisz, że brakuje tylko kartki papieru i pióra, by opisać bielinka, którym zajmuje się już mrówka.

Ktoś zetnie drzewo i martwe przyjmie martwe.
Kto da Ľródło, skrzydła złożone do lotu –

5. Zanim i ty

kładka mostu łączy bagniste łąki przedzielone wąską rzeką, której fala wezbrała po ostatniej ulewie;
możesz tutaj usiąść, wsłuchać się w głos wodospadu skrywanego przez betonowe przęsło.
Spod bliskich krzewów okalających i splatających się nad nurtem cień słońca płynie,
by zniknąć dopiero pod nagim błękitem i bielą; niebo prawie bez chmur.
Ku krzewom pikuje muskając wodę jaskółka,
furkot skrzydeł, znów nic i już nazwałbyś tę niezmienność,
lecz w niej, bezwolnie, żółta fala unosi w stronę mostu opadłe liście i owady: płyną,
dopiero po chwili dostrzegasz powolny ruch skrzydeł, nóg;
nad powolną falę próbują unieść się, wzlecieć,
za moment spadek wód może ostatni lot w rozbryzgujących się kroplach, gdy jest już
po

wszystkim

ale nie wiedzą

o tym

i do ostatniej chwili trwa przedśmiertne legato.
Możesz tutaj usiąść i zobaczyć: to jest cisza.

6.

W polu żyta w zagajniku wierzbowym sarna urodziła dwoje dzieci
Jechały kosiarki
Sarna wyła do póĽnej nocy

ODPOWIEDŹ

Irytował hałas przejeżdżających przed domem traktorów. Wiele pytań pełnych wykrzykników. Na wszystkie przyszła odpowiedĽ tamtego dnia, na ściętym drzewie, na skraju ciszy sierpniowego lasu;
koiła muzyka z dalekich pól

ŚWIĘTY FRANCISZEK PRZEMAWIAJĄCY DO PTAKÓW

Ostatniej nocy
śniłem o łące
pełnej czerwcowych kwiatów
z których każdy
był bliski.
Chodziłem po łące
i zrywałem kwiaty
– miłość utworzyła bukiet
jakiego nie znałem.

Rano zobaczyłem
głowy zwieszone
usta milczące.
Zebrałem bukiet
chciałem odnieść
lecz nie było już łąki.

ANNA

Poruszyło się w Annie Jesteś
Jeszcze owad już w ptaku
Poruszyło się w locie
Przeprowadzę groblę bo nie mam skrzydeł
Umieszczę kamień w podskórnych wodach

Ale kamienie mogą być skrzydlate

Poczuła Anna sens
Jest jak ziemia okryta jeziorem
Teraz z pąków rozwijają się dłonie i pną ku trawom
tam gdzie wzbiera słońce

Anna przenosi kamienie
Nadaje imiona patykiem na piasku
Tu pierwszy krok
Tu rozluĽnię uścisk
Przenosi Anna kamienie

Krew płynie do jeziora
Bicie serca w sercu
Anna zapala światło w oknie
Poruszyło się
Grobla jest gotowa

BENZYNA

10 sierpnia 2002 roku na asfaltowej drodze między polami
znalazłem chrząszcza miał błyszczący pancerz, jak benzyna
był bardzo duży długimi czułkami dotykał asfaltu potem podnosił je do góry w
najpierwszym zdziwieniu i znów opuszczał
i była w tym opuszczaniu bezradność, jak cień
okien rzucony na podłogę; będę patrzeć i nie zobaczę będę wdychać ale nie
poruszę
swoim oddechem
przesuwających się po linoleum kwiatów
ani gałęzi, ale mówią że w cieniu także jest życie;
nie wiem, kwiaty przesuwają się w prawo i w lewo w prawo i w lewo
nie wiem, dotykał asfaltu.
Szybko poruszał przednimi nogami, lecz nie były w stanie pociągnąć ciała;
pod drugą parą nóg, które ledwie wykonywały najmniejszy nawet ruch
tkwiły drobne kamienie, prawdopodobnie wbiły się w pancerz tuż pod ramionami –

któremu kamienie nie utkwiły nigdy w miękkim ciele pomyślałem czy
owady czują
tak jak miękkie ciało
człowiekowi wtedy jakby wstyd że dopuszcza zwątpienie
ale to i w mojej naturze

trzecia para nóg leżała wzdłuż ciała wyprężona nie ruszała się
tuż za nimi coś białego tkwiło w odwłoku;
a więc spotkało go to podczas składania jaj, tak było ich wiele
białe podłużne zbite w zwartą masę
próbował się od nich uwolnić przesuwać naprzód ile sił
w miękkim ciele ile sił
i co jest twarde a co miękkie, teraz nie wiem
nie było odpowiedzi w suchym paśmie trawy którym ostrożnie odczepiłem kamienie

nie chciały odejść może za wiele myślałem o tym
co jest twarde co miękkie w wędrowcu pośród pól
a wtedy przypomina się wszystko naraz
o podaniu ręki żebrakowi który okazuje się być Jedynym
o prowadzeniu tylko kto kogo wtedy prowadzi
o ostatnio przeczytanej książce gdzie była mowa o oślepieniu chłopca który dzięki temu zobaczył
zobaczył i jak by to było gdyby mnie przyszło żyć w ciemności której się boję tak strasznie się boję
i to nazywać dniem i światłem
gdzie pozostaje tylko milczenie bo w żadnych słowach nie tkwią lustra Ľrenic
i jeszcze to że tak naprawdę wszystko widzimy do góry nogami
ktoś pomaga nam przez to przejść ale nie zawsze się udaje
i pewnie stąd tak bardzo różnimy się
i są tacy co butem pokrywają wędrowców pośród pól i bez zmrużenia oczu
a także tacy co mrugają choć nie mogli zauważyć że także ginąc życie daje życie nikłe
lecz pełne Obietnicy
że poznamy co miękkie co twarde;
których nie rozumiemy chociaż w nas Ľródła tego co cierpieniem
nazywamy je złem a to tętnice, są tak bardzo są że już niedostrzegalne
ledwie wyczuwalne
ale od nich wszystko kierują krwiobiegiem

kładę uwolnionego od kamieni
na szerokich pasmach ciemnozielonej trawy wilgotnej przed zachodem
przebiera przednimi nogami porusza czułkami w górę i w dół dotykając ĽdĽbła i tak
wciąż od nowa Nie wiem
ale czy chcę wiedzieć dlaczego gdy znieruchomiał pochylił głowę i zaczął jak to
owady pocierać ją to prawą to lewą
to prawą to lewą pochylając głowę nie wiem ale czy chcę
jestem zmęczony Trzeba długo patrzeć w niebo które jest niebieskie,
żeby nie oślepnąć.

*	*
     *

Oto „bałwanek”, który gładzi –
najpierwsze wspomnienie dzieciństwa: hydrant na spacerowej trasie, już na
własnych nogach, z wysoko podniesioną ręką.
Teraz, gdy twoje są wszystkie grzechy świata, wystarczy rozejrzeć się,
wyrastają wszędzie
– „bałwanki”; gładzą rączkami krótkimi, lecz podniesionymi wysoko!

MIĘTA

Odwiedziłem kiedyś poetkę Mariannę Bocian
Nigdy nie byłem u niej ale wiedziałem że ma małe mieszkanie
Tym razem zobaczyłem jednak dom
Nie pamiętam obejścia droga wiodła prosto ku facjatce którą otrzymałem
za pokój gościnny
Nie przychodziła do mnie nie odwiedzała a pewnie na to najbardziej
liczyłem
Aż któregoś dnia stromymi ciemnymi schodami w dół
Przemykała się drobna i pochylona nie słyszała moich kroków
Między strzelistymi topolami które rosły w bawialni wznosiła oczy ku niebu
Zobaczyłem wysokie sklepienia łukowate otwory w ścianach za którymi ciemność
Z ciemności wynurzała się by potem znów zniknąć
kładąc na niewidocznych blatach małych okrągłych stolików filiżanki z gorącą
herbatą, między drzewami

Odszedłem
Kiedy innym razem wróciłem w to miejsce nie zastałem jej
ośmieliłem się zejść ze schodów
chodziłem między stołami a drzewa wyrastały nagle i biły po twarzy
suchymi gałęziami
bolało
szedłem wciąż dalej aż stanąłem u okna szyba oddzielała salon od ogrodu
poza nią dalsze topole i rzadkie jarzące mięty, czułem jak parno jest na
dworze
i było jasno, jak przed burzą, choć słońce pozostawało gdzieś poza
krajobrazem
wreszcie zaczęło padać
ostre igły uderzając o liście mięty rozlewały się w kałuże
na ich powierzchni tworzyły się bąble i pękały pod naporem
Trzeba stąd wyjść odejść nim powróci

Maj 2002

Oisin wraca z Krainy Młodości<br>
Harry! ~ to mój najlepszy kumpel ~ Harry czekaj! Kretyn wcale tak o nim nie myślę wiesz tylko teraz jestem nawalony Sorry czy nie mógłbyś odstąpić jeszcze jednego papierosa to dla niego zapal mi nie mogę
kurwa przepraszam
Wiesz on ma dwieście złotych nie wiem jak ciągnie
Pracuję od dwóch tygodni a ona wiesz chce alimenty
Trzysta rozumiesz na rozprawie sędzina a ona w płacz “ja nie mam gdzie mieszkać!” i sędzina
trzysta pięćdziesiąt Dobra Ale nie jest dobrze
Wiesz teraz jestem nawalony ale do dziecka to nigdy tak Asia
jedenaście miesięcy
Bo wiesz ożeniłem się już z dzieckiem jej córka ma teraz sześć lat i
płacę co robić na troje
ostatnio to kupiłem mojej córce wózek i taką parasolkę za stówkę
rozumiesz stówkę
a ona dalej swoje alimenty no to jej mówię “wózek albo pieniądze”
Ale kocham ją i dlatego to wszystko Naprawdę cokolwiek bym tu teraz
o niej nie mówił wiesz
jestem nawalony
ale przy dziecku nigdy Teraz pierwszego czerwca jestem umówiony tu
nad Wisłą o szesnastej
Dzień Dziecka wycieczka na Bielany statkiem (dziesięć złotych kurwa) z
córkami to wszystko
dla niej
wiesz jej córka ma sześć lat a moja jedenaście miesięcy to ona chuj z
tego będzie wiedzieć
Pracuję od dwóch tygodni w służbie zdrowia sześćset brutto na rękę
pięćset z tego stówka
dla komornika plus alimenty
Rok temu w zimie rzucałem się do Rudawy Tak rozumiesz do Rudawy
Nie za tym z tamtego mostu
Ale kurwa takie zimno że od razu wyskoczyłem
i tylko szukałem czegoś żeby się okryć
i ten gość do mnie “masz tu pięć złotych”
Wyrzuciłem bo ja nie dlatego Ja przy dziecku nigdy
Wyrzuciła mnie z mieszkania Bo piję
I potem wszystko zabrała po kolei wiesz dywany karnisze no wszystko czego
dorobiliśmy się
“Dorobiliśmy” to znaczy czego ja się dorobiłem kiedy ona z tymi dziećmi ~
wszystko dywany
karnisze
Zabrała do drugiego pokoju A ja jej kupiłem ten wózek Asia
I teraz kiedy wchodzę do tego pokoju żeby się przebrać tylko po to
wiesz ja tam pod tym sufitem takie misie przyczepiłem dla dziecka
to smutno mi po prostu
Przypieprzyłem mu mojemu teściowi bo wiesz przy moich kumplach w tym
mieszkaniu on do mnie “spierdalaj stąd”
Gadają że nie bije się teściów fakt byłem wtedy pijany
Moja matka nie widzi ojciec nie żyje miałem piętnaście lat Nie bije się
teścia! Stary komandos
kurwa czterdzieści pięć lat
I ona to widziała i potem za tatusiem jemu prędzej da niż mnie Ale przy
dziecku nigdy
Wiesz ostatnio zabrałem ją na mecz no i ona nagle w tym słońcu “tata
am” (mówi już “am”)
no to ja do baru i taki soczek jej sto procent marchwi czy coś takiego
patrzę mam dwa dwadzieścia i mówię “wal stary”
a on “co na piwo?” a ja ” nie na sok dla dziecka”
Gorąco było już więcej nie zabiorę jej na mecz Taka moja fantazja
Nie chce się żyć Cogito ergo sum To Sokrates?
Wiem że nic nie wiem ~ to Sokrates
Czy wszystkie baby są takie same On na ulicę uciekał przed Ksantypą
żeby z obcymi ludĽmi gadać
a zresztą kto je tam wie
Ale kocham ją
Sorry może to ty cierpisz teraz słuchając mnie kiedy ja tu o sobie
od Adama i Ewy ale
cokolwiek nie powiem tu o niej kocham ją i nawet kiedy ona
Mam dwadzieścia dziewięć lat Nie, dwadzieścia osiem
Dwadzieścia osiem czy dwadzieścia dziewięć? A kurwa czuję się jak mamut Poszedł? Czekaj! Harry ~

Uśmiecha się mrużąc w ostrym słońcu duże brązowe oczy
Długie rzęsy mrugają nerwowo Rzeka płynie jak godzinę temu Wolno
Słońce sypie iskry na wodę Brwi unoszą się jakby zdumione
Zmarszczki na pobliĽnionym czole
Siedzi skrzyżowawszy nogi
Na lewej stopie dziura w skarpetce
Wełniany sweter cały w pasmach skoszonej spłowiałej od upału trawy
Przed chwilą leżał nad brzegiem zapominając
Trzy małe brązowe butelki dwie duże zielone jedna przezroczysta Puste
(ale przy dziecku nigdy)
Twarz z kilkudniowym zarostem jeszcze bardzo młoda chwilami prawie dziecięca
ale już dojrzała
Nad czołem przerzedzające się nastroszone krótkie ciemne włosy
(i gdy ja po mordzie teścia to kumpela mnie z tyłu za włosy a kumpel o tak
pod szyję)
Uśmiech
Przypomina teraz zranionego jelonka który pochyla głowę nad
strumieniem
Cogito ergo sum Mrużąc w ostrym słońcu duże brązowe oczy

* * *

1. Wieki ciemne.

Wklęsła ziemia jeszcze nie sczerniała.
Tutaj drzewo rosło.
Teraz ani głowy przyłożyć. Cisza.
Ani dłoni. I muzyka inna. Inna.

Lecz wrócę, Panie, każdy kiedyś.
Gdy ukryję w ziemi miłość ziemię pokocham.
Trzeba mi w ciemność, aby światło. Trzeba.

Tak nieraz ludzie są ze sobą i nie potrafią tego nazwać.

Łukasz Mańczyk ur. 11 09 1978 roku w Krakowie. absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. stypendysta miasta Krakowa. książka poetycka „służebność światła” Kraków Homini 2004 uhonorowana nagrodą im. Kazimiery Iłłakowiczówny za debiut roku . tłumaczony na serbski przez Biserkę Rajcic. publikacje m.in. WięĽ, Ha!art, Pogranicza, Tygiel Kultury, Pismo – organ serbskiego PEN Clubu. Pracuje w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w Krakowie na ul. Mikołajskiej 2.

Łukasz Mańczyk- przystanek Affirmative

Zamiast Pióra z ognia

czy konwencja tego spotkania
zakłada że czytamy tylko
wiersze dobre? bo chciałem
przedstawić trochę młodszych
głupszych niż teraz jestem
bo muszę się od nich uwolnić
od myśli obrazów
wiader i aloesów
niech ktoś w końcu powie
coś o nich

to tylko słowa
pomylone z ogniem
pisane by coś robić
gdy nic nie szło

to tylko lata które minęły
im dalej tym bliżej

klimat umiarkowanie zły
a kwaśne deszcze
spłukują wszystkie objawy
paroksyzmów młodości

kiedyś to były te problemy – –
kiedyś to było o czym pisać a teraz już nie – –
kiedyś się kochało
a teraz tylko myśli jak do tego wrócić
bo są same seksy a nie ma jednej miłości
czy pamiętacie szampana w wiadrze,
lekcje chemii i glosolalię

czy konwencja tego spotkania
zakłada pytania zadawane sobie
w nieprzyzwoitej formie?

Marianna Bocian

ostanie się to co lubimy, każdy z osobna
z trzech kolorów pryzmatu
i wszystko co starałem się zmieszać uczynić oryginałem
najlepiej smakuje osobno w pierwotnych zestawieniach
udoskonalone w wielu konfiguracjach czasu
zapomniane na sto, potem modne przez dwieście
lat złożone do muzeum w depozyt nieprawidłowy

i znów, przez desygnat do filozofii
która stała się najbliższą siostrą skupienia i miłości
do znów konkretnego człowieka

zobaczyłem zobaczyłem znów
jak moją pięść otwiera niewidzialne dobro
i wkłada walutę obcą dawno wycofaną z obiegu

prowadĽ mnie
(zamykam oczy, czuję tylko rękę
która mnie prowadzi

wyprowadĽ mnie
nie będę miał żalu
w pole
wyprowadĽ mnie na ścieżki którymi chadza tylko Bóg i aniołowie
prowadĽ mnie – bądĽ moim drogowskazem, w ciemności pochodnią
bo choćbym szedł ciemną doliną…

opowiem ci takie rzeczy których nie dało się opowiedzieć
dopiero potem okazywały się prawdą

wyprowadĽ mnie bym bardzo tego żałował
na ścieżki z których nie można zawrócić
bym nikomu nie mógł spojrzeć w oczy

prowadĽ mnie
do wszystkich dni i miesięcy
zobaczyć je podwójnie, jakbym dłużej żył
albo tylko żył
tyle że naprawdę

wyprowadĽ mnie
z labiryntu małych ulic
gdzie w czwartym wymiarze dzieje się spełnienie
a nie ma nic dla mnie

spraw
– by pies był tylko psem tylko
– telewizor dawał się czasami wyłączyć
bym nie bał się podróży windą w dół
bo gdy zamykam oczy jesteś przy mnie
zawsze)

affirmative

dziś przed egzaminem widziałem wschód słońca
oświetlał tą drugą połowę mojego życia
tę co dopiero przede mną

wczytałem sen
teraz go tylko prześnię

i widzę siebie idącego na wszystkie egzaminy których nie zdałem
(oczywiście tego nie wiem, lecz pełen jestem złych przeczuć)

zrównuję puls z oddechem

widzę siebie jak staję przed ołtarzem życia zaręczam się ponownie
ślubuję sobie być ze wszystkich sił i znowu uwierzyć w coś co i tak będzie
tylko na jakiś czas
chcę znowu: kochać przedmioty ocierać się o idee rozmawiać językiem młodych
kleryków mówiących o Bogu

nie będę ci krzyżował marzeń
życzę by w tych lędĽwiach zakwitło życie
a piękno i tak będzie jest poza całą względnością stosunku
niewiedza czasem błogosławi
stawianiem trudniejszych pytań

teledysk na czasie

wojtek lat 76 idzie do kumpla swego jana ze szkoły podstawowej pawła
pochwalić się nowym dzwonkiem i grą w formacie java
paweł wyłącza laptop z fire-wire na tarasie domu starców. dziś piątek będą
skakać przez płot
by znaleĽć się na rockotece w żelaznej, hardcore.
julii fleszuje się pamięć ilekroć się zakochuje waży w sklepach najnowsze
podpaski nie żałuje
życie boli nim uschnie
patrz na allegro: jaką płytę nagrała młodo zmarła edith piath.

gdy byli jeszcze innymi dziećmi wybiegali z pracy, w domach czekały mamy z
ciepłym
puddingiem
pamiętają swoje pierwsze żony i to jak bawili się w dom, dzwonili do teściów
jak ugotować
pierwszy bigos spłacali pierwszych komorników i seks już nie stał na
pierwszym
planie
pamiętają pierwszą chwilę gdy postanowili że już więcej nie będą się uczyć
i jak zapominali to co wiedzieli w swojej nieświadomości

bohema

było ich trzech i załóżmy że mieli wiele do powiedzenia.
w poszukiwaniu pi trafiamy do mitów i tam wszystko znajduje swoje
przeproszenie w
dziejowej konieczności

jesteśmy miastem o dwunastu bramach
wiem że wszystko już było ale może jeszcze znajdzie się jedna harmonia i
rytm i ktoś
dostrzeże to lepiej

mówi Jan Poprawa: skonstruował pojazd z łóżka w akademiku. ojciec był w
radzie narodowej, próbowali to zarejestrować, nie udało się ale jeĽdzili
dalej.

wszędzie towarzyszyły im dziewczęta, były duszą tych spotkań i były
oczywiście piękne. zabawy trwały do rana i tak wypijali swą młodość. w
szufladach mieli po dziesięć wersji swoich wierszy. z wierszem który ma
wersje coś jest nie tak.

i tak trwali, i tak trwali
pozostały po nich książki i dzieci w różnych miastach
te opowieści. ta świadomość że są najlepsi i w swoim gronie ustalą ranking
wszechrzeczy

odnajdziemy Jasia Kapelę w Majakowskim
Kaczkę w Tuwimie

lecz tego traktatu młody człowiek nie napisze

on tu mieszkał od dawna tylko ci nie mówiłem. żył w śmieciach, w tym koszu
do którego
kapała woda. zawsze ilekroć sprzątałem łazienkę myślałem żeby nie zrobić mu
krzywdy, baczyłem na jego pajęczynę. wędrował między czterema
piętrami z każdego z nich wybierał
owady zaplątane w sieć

pozwoliliśmy mu uciec na klatkę schodową. od razu gdzieś się zaszył, pobiegł
w róg
wszystko od nowa przemyśleć i budować swoje życie od początku

wiersz taty

gdy byłem na letnisku w Siedlcach pod Częstochową myślałem: jakbym był
marszałkiem wojska polskiego, zorganizowałbym dwie tyraliery, jedna by żaby
przegnała na wschód a druga na zachód.
a żaby jak były tak są.
włącza się matka: teraz wyhodowali białe żaby w Polsce

człowiek z kombinatu

spisuje wszystkich ludzi którzy zmarli i mi pokazuje.
cztery zmiany pod jednym kierownikiem, nie można przecież troszczyć się o
cały świat a – o
siebie jednego nie wypada. pisze
wiersz złożonych z samych jeno nazwisk. może – gdy ich już wszystkich
wyliczy coś mu się
nieco przejaśni

Zespół Niezwykle Smutna Ryba to koncepcja na przemian rozwijająca się i zwijająca w świecie realnym. Narodziła się na samym początku roku 2004 za sprawą uliczno-knajpianego grajka Apolinarego POlka i grającej na gitarze basowej Karoliny “Brydzi” Czerskiej, jako Zakład Przetwórstwa Słowno-Muzycznego BRYDPOL. Pod tą nazwą pracowali nad POlkowymi piosenkami do czerwca, kiedy to zagrali na festiwalu piosenki turystycznej Bazuna. Brydzia otrzymała tam wyróżnienie jury, zaś piosenka Zapis milicki do słów Jerzego Harasymowicza została uwieczniony na płycie “Bazuna 2004 – Laureaci”.

Po Bazunie Brydzia pojechała do Francji, POlek natomiast jeĽdził po Polsce, grając i śpiewając na różnych przyjaznych imprezach z różnymi przyjaznymi istotami. Należeli do nich m. in.: Justynka i Ola Surma, czyli Aniołki ze Schroniska Myśli, z którymi już rok wcześniej zdobył laury na Giełdzie Piosenki w Szklarskiej Porębie, Tomek Fojgt, Pelton i Sylwek Szweda, znani z projektu “W górach jest wszystko co kocham”.

Właśnie na Giełdzie Piosenki, w wyniku głupawki wywołanej rubryką z ciekawostkami tygodnika “Przekrój” i zamieszczonym w niej zdjęciem jadowitej ryby o wdzięcznej nazwie Szkaradnica, powstała idiotyczna nazwa – Niezwykle Smutna Ryba.

Kiedy Brydzia wróciła po wakacjach z dalekich krajów, nie pozostało jej nic innego, jak zaakceptować, nową nazwę zespołu i wokalistkę Justynę Surmę, która rozpoczęła studia w Krakowie. Grali razem na koncertach “W górach jest wszystko co kocham” w Krakowie i we Wrocławiu, gdzie supportowała ich dzielnie siostra Justynki, Ola.

Niezwykle Smutna Ryba wzięła też dwukrotnie udział w konkursie “Śpiewać każdy może”, otrzymując tam kilka pożytecznych rad. Udział w tej imprezie wykorzystany też został do rekrutacji nowych członków. Udało się złowić Patrycję Polek, pochodzącą spod Krakowa chórzystkę gospel i wielbicielkę poezji śpiewanej, Pidżamy Porno i Kazika Staszewskiego.

Może własnie z powodu pewnego oddalenia spowodowanego osobno spędzonymi wakacjami i – ogólnie – różnych środowisk towarzyskich, Brydzia i Justynka odeszły z zespołu na początku 2005 roku.

POlek z Patrycją zostali więc sami. We dwójkę radzili sobie jednak całkiem nieĽle – zdobyli jedną z głównych nagród oraz wyróżnienie na festiwalu Yapa 2005 w Łodzi piosenką “Kołysanka dla Nieznajowej”.

Grywają trochę nastrojowych balladek w stylu SDM-owym, Bukowinowym, Neil-Youngowskim, przechodząc coraz częściej w stonę dylanowskiego rocka. Ciężko jednak grać taką muzykę z jedną tylko gitarą. Patrycja uczy się grać na saksofonie, ale jeszcze trochę czasu minie, zanim ten istrument będzie mógł do nas dołączyć.

W maju 2005 r. na jedno z rozwieszanych po Krakowie ogłoszeń poszukiwawczych, odpowiedział basista Maciek Szczudło, dzięki któremu zespół wziął się o roboty w sposób znacznie bardziej konkretny i dynamiczny. Mają już za sobą nagranie w studiu. Wykonana wraz z zaprzyjaĽnionym bębniarzem Mieszkiem Stanisławskim (Dom o Zielonych Progach) “Kołysanka dla Nieznajowej” znajdzie się na płycie “W górach jest wszystko co kocham IV”.